Finał najlepszy z możliwych – recenzja książki „Obsidio” Amie Kaufman i Jaya Kristoffa
Amie Kaufman, Jay Kristoff „Obsidio”, tłum. Mateusz Borkowski, wyd. Vesper
Ocena: 9 / 10
Napisanie powieści young adult, która trafi z przekazem do każdej grupy wiekowej, to rzadka sztuka. Amie Kaufman i Jay Kristoff opanowali ją do perfekcji. Zamykając swoją brawurowo pomyślaną trylogię „Akta Illuminae”, nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że potrafią zaangażować również dojrzalszych czytelników.
Akcja powieści „Obsidio” rozpoczyna się chwilę po finale „Geminy”. Kady, Ezra, Hanna Donnelly i Nik Malikov cudem uszli z życiem po ataku na Heimdall i wraz z dwoma tysiącami ocalałych tłoczą się teraz na pokładzie frachtowca Mao, dawnej własności Travisa Falka. Zniszczona stacja przesiadkowa i kurczące się zapasy nie pozostawiają im wyboru: muszą wrócić na Kerenzę, choć od inwazji minęło już siedem miesięcy i nikt nie wie, co tam zastaną. Na miejscu tymczasem przetrwała kuzynka Kady, Asha Grant, która po pierwszym ataku BeiTechu dołączyła do prowizorycznego, mocno zdziesiątkowanego ruchu oporu. Sytuację komplikuje jednak nieoczekiwane lądowanie na planecie jej chłopaka z przeszłości, Rhysa Lindstroma, który… służy teraz w oddziale BeiTechu. Fabuła rozbita jest odtąd na dwa fronty: na powierzchni Kerenzy, gdzie koloniści toczą podjazdową walkę z oddziałami próbującymi utrzymać kontrolę nad planetą, oraz w przestrzeni kosmicznej, gdzie ocaleńcy z Hypatii i Heimdall wreszcie spotykają się na wspólnym gruncie, by niemal natychmiast stanąć w obliczu buntu wewnątrz własnej załogi. Zegar tyka, odliczając w trzecim tomie czas do uruchomienia uszkodzonej bramy skoku, która pozwoliłaby BeiTechowi uciec z układu i tym samym skazać kolonistów na pewną śmierć.
„Obsidio” da się w gruncie rzeczy podsumować hasłem: „po co psuć coś, co działa”. Finałowy tom bez wahania sięga bowiem po wszystkie rozwiązania, które sprawdziły się w dwóch poprzednich. Kaufman i Kristoff powielają charakterystyczny dla young adult schemat: w centrum fabuły postawili po przeciwnych stronach barykady dwoje młodych ludzi, a ich relacja zaczyna się od czegoś na kształt wzajemnej niechęci, by z czasem przerodzić się w płomienny romans. Tym razem role te przypadają Ashy, farmaceutce z zaatakowanej kolonii, i Rhysowi, technikowi na usługach BeiTechu – z tą różnicą, że łączy ich już wspólna przeszłość. Trudno o bardziej konfrontacyjny układ, ale autorzy pokazali wcześniej, że w budowaniu romansu opartego na kontrastach czują się jak ryby w wodzie i tym razem ten mechanizm działa równie sprawnie.
Obok nowych twarzy pojawiają się też postacie znane z poprzednich tomów, jak Kady, Ezra, Hanna, Nik i sztuczna inteligencja AIDAN. Każde z nich dostaje własny, wyraźnie zarysowany wątek. Formuła książki również nie uległa zmianie. Znów otrzymujemy zbiór dokumentów: zapisów z komunikatorów, wycinków prasowych, schematów statków, zdjęć, tablic informacyjnych, transkrypcji nagrań z kamer czy wewnętrznych monologów AIDAN-a. Skojarzenia z powieścią graficzną, zauważalne już w poprzednich tomach, tu zostają dodatkowo uwypuklone. Ba, w pewnym momencie dostajemy wręcz kilkustronicowy komiks wpleciony w tekst. Te zabiegi nie zaskakują już tak, jak za pierwszym czy nawet drugim razem – trudno wszak oczekiwać efektu nowości po raz trzeci – ale wciąż sprawiają, że strony same przewracają się pod palcami.
Największym atutem „Obsidio” jest jednak dynamika. Autorzy sprawnie żonglują wieloma wątkami, eskalując napięcie równolegle na kilku frontach. Od początku ustawiają zegar odliczający czas i nieustannie tworzą wrażenie, że jeśli bohaterowie w ogóle zdążą, to dosłownie w ostatniej chwili. Trzeba im też oddać, że poszczególne wątki są solidnie umotywowane. To nie intryga dla samej intrygi, tylko efekt nakładających się na siebie okoliczności, które popychają bohaterów do desperackich decyzji. Wszystko to składa się na jeden z bardziej przejmujących emocjonalnie finałów, jakie można przeczytać w tym gatunku. Na każdym kroku czuć tu ciężar niewypowiedzianych słów, ostatnich pocałunków i łez w kącikach oczu. Autorzy przygotowują czytelnika na starcie na miarę Dawida z Goliatem, przypominając przy każdej okazji, jak niewielkie są szanse bohaterów na wyjście z tego cało. W ostatnich rozdziałach dzieje się tyle, że starczyłoby materiału na kilka osobnych książek, a mimo to Kaufman i Kristoff nie ulegają zakusom i domykają trylogię, która przez trzy tomy nie straciła nic ze swojej pomysłowości i tempa.
„Obsidio” to finał, jakiego można było sobie życzyć. Okazuje się, że nieustanne podkręcanie tempa może się nie znudzić, jeśli tylko za każdym razem towarzyszy mu wystarczająco dopracowana fabuła i postaci, o których losy trudno się nie martwić. Cała trylogia „Akta Illuminae” pozostanie zatem w pamięci na długo – również u tych, którzy sięgają po literaturę young adult po raz pierwszy, a szukają po prostu dobrze skonstruowanej, emocjonującej historii science fiction.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje











