Dekonstrukcja gatunku w imię dziejowej sprawiedliwości – recenzja książki „Drzewa” Percivala Everetta
Percival Everett „Drzewa”, tłum. Tomasz Macios, wyd. Marginesy
Ocena: 8 / 10
Na księgarskie półki trafiła właśnie druga w polskim przekładzie powieść Percivala Everetta, nagrodzonego Pulitzerem za „Jamesa”. W „Drzewach” pisarz zabiera nas do Money w stanie Missisipi za czasów pierwszej kadencji Trumpa, jednocześnie zmyślnie budując całą intrygę na problemie rasizmu, który sięga wiele pokoleń wstecz.
Percival Everett dał się poznać polskiemu czytelnikowi dzięki głośnej książce „James”, w której ukazywał wydarzenia znane z „Przygód Hucka Finna” Marka Twaina z perspektywy czarnoskórego niewolnika. Klasyka awanturniczej powieści przygodowej dla młodzieży służyła mu za pretekst do ukazania koszmaru niewolnictwa w czasach wyraźnych podziałów rasowych. Druga wydana na polskim rynku powieść amerykańskiego pisarza, „Drzewa”, obiera podobną strategię. Autor pod płaszczykiem kryminalnej intrygi opowiada o rasizmie płynącym we krwi współczesnych Amerykanów.
W miasteczku Money w stanie Missisipi ginie biały mężczyzna. Zostaje brutalnie okaleczony, a na miejscu zbrodni szeryf znajduje również ciało czarnoskórego. Problem w tym, że choć jest on równie martwy, co zamordowany biały, to znika z kostnicy tylko po to, by po jakimś czasie pojawić się na miejscu kolejnego zabójstwa. Ponadto do złudzenia przypomina chłopaka zlinczowanego w Money kilka dekad wcześniej. Choć lokalne władze najchętniej zamiotłyby niewygodną sprawę pod dywan, do jej rozwiązania zostają oddelegowani dwaj czarnoskórzy detektywi. Czy uda im się rozgryźć zagadkę, w którą mogą być zamieszane siły nadprzyrodzone, i to w miejscu, gdzie podziały rasowe są wciąż żywe, a niejeden przykładny obywatel skrywa w szafie białą szatę ze spiczastym kapturem…?

Percival Everett (fot. Charlotte Lesnick)
O ile w „Jamesie” Percival Everett bawił się znaną fabułą Marka Twaina, tak tutaj eksperymentuje z gatunkiem. W efekcie dostajemy: kryminał, w którym najważniejsze wcale nie jest rozwiązanie zagadki; komedię – równie śmieszną, co straszną, bo dotykającą czegoś dojmująco prawdziwego; wreszcie horror o nadnaturalnej, niepowstrzymanej sile, która wyrównuje dawne rachunki, co dla jednych jest spełnieniem marzeń, a dla innych koszmarem stającym się rzeczywistością. Tak rozpostarte gatunkowe fundamenty służą Everettowi do wprowadzenia zamieszania, potrząśnięcia czytelnikiem i zachwianiem jego światopoglądem. Brutalne morderstwa wpływają na społeczność małego miasteczka, otwierają stare rany, a na wielu mieszkańców taplających się dotychczas we własnym sosie – destylacie z zadowolenia, uprzedzeń i nierzadko głupoty – pada blady strach. To ironiczna opowieść o sprawiedliwości, krzywdach sprzed lat i specyficznej odmianie ludobójstwa, która była (i jest) powszechnie akceptowana. Choć mieszkańcy Money są przerysowani i pociągnięci humorystyczną kreską (zwłaszcza ci reprezentujący pewną organizację), uśmiech często zamiera czytelnikowi na ustach, bo to, z czego naśmiewa się pisarz, jest po prostu przerażające. Udowadnia, że często za tragedią całych pokoleń stoją ograniczone myślenie i beton własnych przekonań – tak kiedyś, jak i dziś. Między tym wszystkim trudno o autorefleksję.
Wspomniałem o postaciach i społecznym tle – oba te elementy budowane są na dialogu. Już w „Jamesie” język był niezwykle istotnym elementem powieści, bo dawał bohaterom podmiotowość, która była im instytucjonalnie odbierana. I tutaj również dialogi stanowią większość książki (rozbudowane opisy można wręcz policzyć na palcach dwóch rąk) – to o tyle istotne, że pozwala poznać świat przedstawiony bezpośrednio słowami postaci, zarówno białych, jak i czarnoskórych (to znamienne, jak nawzajem o sobie mówią). Przekonujemy się, że Money w stanie Missisipi to tylko z pozoru miasteczko, jakich wiele, gdzie życie toczy się leniwym rytmem, a szeryf i jego zastępcy nie mają wiele do roboty. Pod idealną powierzchnią społeczność skrywa wiele grzechów i uprzedzeń, które wyzwalają w ludziach to, co najgorsze.
„Drzewa” to książka ze wszech miar nietypowa, swobodnie traktująca rytm opowieści, zgrabnie zmieniająca tonacje i pomysłowo korzystająca z różnych gatunków. Rozpisana na wielu bohaterów, zbudowana z krótkich rozdziałów, sprawnie posługująca się rozpoznawalnymi tropami z innych dzieł. Mimo rozrywkowej formy ma drugie dno – i to takie, do którego wielu wolałoby się nie dokopać. Tak specyficzna mieszanka daje zaskakujące efekty: Percival Everett nie tylko pisze zajmująco, dzięki humorowi oswajając najgorsze demony historii, ale przede wszystkim mądrze. „Drzewa” są fascynującym obrazem współczesnej Ameryki i miejscowości takich jak Money, gdzie czas stoi w miejscu, a najgorsze instynkty mają się równie dobrze, co w czasach jawnej segregacji rasowej. Jedyna różnica polega na tym, że obecnie muszą być skrupulatniej ukrywane i ujście znajdują tylko w czterech ścianach lub w zaufanym towarzystwie. Choć finałowe wydarzenia nadają powieści rewizjonistyczny charakter, to i tak najważniejsze pytanie pozostaje zawieszone w powietrzu: czy kiedykolwiek się to zmieni…?
Jan Sławiński
Kategoria: recenzje















