Buntowniczy garb – recenzja książki „Chleb aniołów” Patti Smith
Patti Smith „Chleb aniołów”, tłum. Dariusz Żukowski, wyd. Czarne
Ocena: 8 / 10
Jeśli czytaliście „Pociąg linii M” i „Poniedziałkowe dzieci”, musicie sięgnąć także i po ten tytuł. A jeżeli ominęły was poprzednie autobiograficzne książki Patti Smith, to nic straconego. „Chleb aniołów” może być znakomitym wprowadzeniem do prywatnego świata jednej z bardziej frapujących artystek naszych czasów.
O ile dobrze liczę, to już siódma książka Patti Smith, która doczekała się u nas wydania. Skądinąd wśród tytułów przełożonych na polski znajdziemy pełen przekrój jej literackiej twórczości – z prozą, poezją i autobiografią. To musi cieszyć, bo dla autorki tak przełomowych albumów jak „Horses” czy „Waves” pisarstwo nigdy nie było wyłącznie kwiatkiem do butonierki ani spełnieniem zachcianek ego. O tym, że była na nie niejako skazana, przypomina także „Chleb aniołów”.
Dla obchodzącej w tym roku osiemdziesiąte urodziny Smith książka ta jest najbardziej intymną i osobistą spośród jej autobiograficznych pozycji. Bardzo wiele uwagi poświęca w niej dzieciństwu i wczesnej młodości, które przypadły wprawdzie na pierwsze dwie dekady po II wojnie światowej, ale miejsca, w jakich dorastała przyszła artystka, znajdowały się raczej za kuchennymi drzwiami wielkiej Ameryki i gospodarczy boom z wszystkimi jego atrakcjami docierał tam z opóźnieniem. Lub w ogóle zapomniał dotrzeć.

Mała Patti Smith w domu z dwojgiem młodszego rodzeństwa (fot. archiwum Patti Smith)
Rodzice chorowitej Patti i jej trojga młodszego rodzeństwa przeprowadzali się kilkakrotnie, ostatecznie zamieniając rozsypującą się komunałkę w Filadelfii na tanie lokum w nowym osiedlu na obrzeżach New Jersey. Autorka ze szczególną czułością wspomina ojca – weterana pokiereszowanego udziałem w piekle na Pacyfiku, który po wojnie chwytał się kiepsko płatnych prac fizycznych, aby utrzymać biedującą rodzinę. Niedomogi bytowe rozjaśniały dziewczynce jej prywatne objawienia, a wśród nich książkowy skarbczyk irlandzkich legend, „Szczęśliwy książę” Oscara Wilde’a, poezja Rimbauda, obrazy Picassa, muzyka Boba Dylana… Bodaj najważniejszym odkryciem była i tak pewna cecha własnej osobowości, którą sama nazywa „buntowniczym garbem”, a bez której nie mogła przekuć fascynacji sztuką w aktywne jej doświadczanie.
Narracja przyspiesza w momencie wejścia w dorosłość, a to miało dla Smith dramatyczny przebieg. Jako dziewiętnastolatka zaszła w ciążę, a po oddaniu dziecka do adopcji wyjechała do Nowego Jorku, by tam realizować swój sen. Ten etap życia artystki doczekał się bardziej wyczerpującego opisu w „Poniedziałkowych dzieciach”, co tłumaczy szybki, zgoła amfetaminowy przelot w omawianej tu książce. Dość powiedzieć, że cezurą tych kilkunastu lat jest niespodziewany sukces na scenie muzycznej. A niespodziewany, bo ów buntowniczy garb mógł przynieść status matki chrzestnej punk rocka, ale na pewno nie podszeptywał wyborów procentujących masową popularnością.

Patti Smith na scenie podczas koncertu w Norwegii w 2026 roku (fot. Birgit Fostervold/Wikimedia Commons)
Na dłużej czytelnik zostaje z Patti, kiedy ta odkrywa miłość życia. Fred „Sonic” Smith, gitarzysta legendarnej grupy MC5, poza nazwiskiem dzielił z nią niepokornego ducha i bardzo sielankową wizję życia. Nowożeńcy zamieszkali na prowincji w Michigan, gdzie zaadaptowali na dom opuszczony hotel, odnowili starą łódź i oddawali się podróżom. Opis ich związku jest o lata świetlne odległy od burzliwych relacji znanych z celebryckich memuarów – jeśli nawet w domu państwa Smith nie zawsze bywało dobrze, Patti dyskretnie o tym milczy. Ten bukoliczny trip przerwała jednak przedwczesna śmierć Freda w 1994 roku.
Strata i żałoba poprzedzają w biografii Smith artystyczne odrodzenie. Wtedy także objawia się wpływ, jaki zdążyła wywrzeć swoją twórczością w relatywnie krótkim czasie. Do powrotu na scenę namawiał ją sam Allen Ginsberg, Tom Verlaine dołączył do jej zespołu, a nie kto inny, jak Dylan zaprosił na wspólne koncerty. I kiedy akcja książki grozi zamianą w trwające przeszło dwie dekady triumfalne pasmo tras koncertowych, płyt, książek i wyrazów uznania, w życiu rodzinnym Patti dochodzi do tąpnięcia, jakiego nie zdołaliby wymyślić nawet autorzy kryminałów.
„Chleb aniołów” potwierdza klasę Patti Smith, jej językowy kunszt i schludność dostępną wielkim amerykańskim autorom. To historia uwielbienia sztuki, pełna zachwytu, bólu, szczęścia, straty, iluminacji… Seria stylowo odmalowanych obrazków z życia przeżywanego z dużą intensywnością. Tropiciele poloniców odnotują zaś fakt, że wstęp do książki zanotowany został w Dolinie Charlotty, gdzie w 2017 roku Patti wystąpiła na Festiwalu Legend Rocka. Najwidoczniej buntowniczy garb wiedzie także i w takie miejsca.
Sebastian Rerak
TweetKategoria: recenzje











