Apokalipsa przemian – recenzja książki „Pieśń krwi” Grega Beara
Greg Bear „Pieśń krwi”, tłum. Krzysztof Sokołowski, wyd. Vesper
Ocena: 8,5 / 10
Choć Greg Bear nie jest w Polsce tak rozpoznawalny jak Isaac Asimov czy Arthur C. Clarke, należy do tego samego panteonu twórców, którzy nadali fantastyce naukowej jej współczesny kształt. „Pieśń krwi” jest tego najlepszym dowodem.
Punktem wyjścia jest tu historia naukowca, Virgila Olama, który tworzy noocyty, inteligentne komórki zdolne do reorganizacji materii biologicznej, i decyduje się wstrzyknąć je do własnego organizmu. Książka zapowiada się więc jako klasyczna opowieść o genialnym badaczu igrającym z naturą i ponoszącym ostatecznie konsekwencje przekroczenia granic. Ale Greg Bear szybko burzy te oczekiwania. Owszem, znajdziemy tu elementy body horroru przywodzące na myśl kino Davida Cronenberga, a także krótkotrwały zachwyt nad nowymi możliwościami, jakie otwierają się przed bohaterem. Nie trzeba jednak długo czekać, by stało się jasne, że wątek Olama jest jedynie prologiem do znacznie bardziej rozbudowanej historii, a przemiana nie tylko wymyka się spod kontroli, lecz również przekracza ludzkie rozumienie.
Tak naprawdę bowiem najbardziej interesuje Beara skala globalna. „Pieśń krwi” przekształca się w opowieść o świecie stojącym w obliczu czegoś, co dla większości ludzi jawi się jako biologiczna katastrofa. Autor nie ogranicza się przy tym do perspektywy naukowej. Równie istotny jest dla niego wymiar społeczny i geopolityczny z rosnącą paniką, reakcjami rządów, czy oddolnymi ruchami próbującymi powstrzymać rozprzestrzeniające się zjawisko. To właśnie w tych fragmentach powieść nabiera rozmachu, ukazując, jak krucha jest struktura współczesnej cywilizacji w obliczu czegoś, czego nie da się ani przewidzieć, ani kontrolować.
Jednym z największych atutów książki jest sposób, w jaki Bear eskaluje wydarzenia. Zaczynamy od diablo nieodpowiedzialnego eksperymentu, przechodzimy przez osobiste konsekwencje dotykające naukowca, by ostatecznie stanąć wobec wizji potencjalnego końca ludzkości… a może nawet życia na Ziemi, jakie znamy. Każdy kolejny etap odsłania nowe warstwy zjawiska, podważa wcześniejsze założenia i zmusza zarówno bohaterów, jak i czytelników do nieustannego redefiniowania sytuacji.

Greg Bear (fot. Carlos Javier Sanchez/TEDx Seattle/Flickr)
Najciekawsza jest jednak kwestia, która unosi się nad całą powieścią i nigdy nie zostaje jednoznacznie rozstrzygnięta: czy mamy do czynienia z pandemią i katastrofą, czy raczej z procesem przemiany, którego po prostu nie rozumiemy? Noocyty, będące źródłem całego zamieszania, nie są bowiem jedynie bezmyślnym zagrożeniem. Bear przedstawia je jako inteligentną formę, zdolną do komunikacji z gospodarzem, próbującą nawiązać dialog, a przy tym dysponującą możliwościami poznawczymi dalece wykraczającymi poza ludzkie pojmowanie. W pewnym momencie pojawiają się nawet sugestie, że ich zdolności mogą obejmować manipulację czasoprzestrzenią. To przesunięcie akcentu – od zagrożenia do potencjalnej ewolucji – nadaje powieści głęboko filozoficzny wymiar.
Jednocześnie autor nie zapomina o czynniku ludzkim. Wielka przemiana oglądana jest przez pryzmat jednostkowych historii: zarażonego właściciela firmy biotechnologicznej, który świadomie poddaje się eksperymentom; dziewczyny przemierzającej opustoszałe tereny Stanów Zjednoczonych, zastanawiającej się, dlaczego choroba jej nie dosięgła; czy farmerów próbujących odszukać bliskich. Te różnorodne perspektywy nie tylko urozmaicają narrację, ale też pozwalają uchwycić pełnię doświadczenia, od strachu i zagubienia po fascynację i nieoczekiwaną nadzieję.
Niezwykle (i przerażająco zarazem) przedstawia się tu obraz Stanów Zjednoczonych, które w ciągu kilku dni ulegają biologicznej transformacji. Bear puszcza wodze wyobraźni, kreśląc wizje nowych form życia, nielogicznych z punktu widzenia ludzkiej biologii, a jednak funkcjonujących według własnych, wewnętrznie spójnych zasad. Największe wrażenie robią jednak fragmenty opisujące przemianę samego człowieka: moment, w którym indywidualna świadomość zaczyna stapiać się ze zbiorowością komórek, nie tracąc przy tym całkowicie swojej tożsamości. Autor trafia tu w dziesiątkę ze swym refleksyjnym przekazem i jestem przekonany, że niejedna osoba poczuje zaskakującą nutę tęsknoty za czymś czystym, pozbawionym ludzkich kategorii dobra i zła, obiecującym jedność i wspólnotę, nawet jeśli miałoby się to odbyć kosztem fizycznej formy.
Mimo operowania biologiczno-chemicznym żargonem „Pieśń krwi” nie odstrasza laików twardą fantastyką naukową. To raczej apokaliptyczny thriller wyrastający na naukowym fundamencie, momentami pod względem konstrukcji przypominający powieści Michaela Crichtona. Choć od publikacji powieści minęło już ponad 40 lat, nie straciła ona nic ze swojej siły oddziaływania. To historia o granicach człowieczeństwa, ale też o możliwościach ich przekroczenia. I w tym właśnie tkwi jej największa siła.
Maciej Bachorski
TweetKategoria: recenzje














