A jednak całkiem sporo – recenzja książki „Kiedy kocham, krzyczę” Chisako Wakatake
Chisako Wakatake „Kiedy kocham, krzyczę”, tłum. Dariusz Latoś, wyd. W.A.B.
Ocena: 7,5 / 10
W popularnych mediach hasło „Japonia” wciąż zazwyczaj uruchamia fotoplastykon, w którym przewijają się sceny z modnych dzielnic Tokio, futurystyczna technologia i wideoklipy do J-popowych przebojów. Zerkając jednak poza ten kolorowy obrazek, dostrzec można problemy, które nijak nie pasują do wyobrażenia o kraju, który – jak zapewniają memy i filmy z TikToka – wyprzedził już XXI wiek.
W rzeczywistości od przeszło dwóch dekad w Japonii narasta niewidoczna bieda. Niewidoczna, bo oficjalne bezrobocie pozostaje relatywnie niskie, a rzesza ludzi zatrudnionych na słabo płatnych i niepewnych posadach nie nawykła mówić głośno o swoim położeniu. Jeszcze przed pandemią Covid-19 dane OECD mówiły o blisko 16 proc. społeczeństwa żyjących za mniej niż połowa średniego krajowego wynagrodzenia. Koronawirus nie tylko pogłębił kryzys, ale też obnażył jego rozmiary i konsekwencje.
Ubożeniu towarzyszy samotność. Z niej też wynika i ją pogłębia. Instytucjonalna pomoc jest fikcją, ale jeszcze bardziej dotkliwy okazuje się brak siatki wsparcia wśród osób, które można nazwać najbliższymi. Niepewni jutra Japończycy nie zakładają rodzin, seniorzy starzeją się w czterech ścianach, dzieci samotnych rodziców start życiowy rozpoczną z pozycji zapomnianych w tyle maruderów. O ile słupek bezrobocia powiększony o jeden procent nie wygląda tak strasznie na papierze, w realnym życiu przelicza się na kilka tysięcy samobójstw rocznie.

Osoby w kryzysie bezdomności w trzecim co do wielkości japońskim mieście – Nagoja (fot. isadocafe/Flickr)
Powidoki wszystkich tych procesów towarzyszą nam, kiedy czytamy o bohaterach nowej powieści Chisako Wakatake. Oto czworo mieszkańców podupadłej przemysłowej dzielnicy Tokio, którzy z różnym skutkiem walczą co dzień o to, by utrzymać głowę nad powierzchnią. Wykluczająca starość, rozpad rodziny, ekonomiczna niewola, bezdomność – złowieszcze opcje życiowego bingo. „Nie jestem jedyna. Takich jak ja, bez stabilnej pracy, jest na pęczki. I ta ulica też nie jest jedyna: przecież w całym kraju roi się od podobnych” – snuje swój monolog jedna z bohaterek. „I ja, i to państwo utknęliśmy w martwym punkcie” – dodaje. Jeśli narzekają, to po cichu, w głąb samych siebie. Raczej z niemocy i zimnego wychowania, niż w przekonaniu, że cały ten znój jest tylko chwilową przykrością, która należy przyjąć z zaciśniętymi zębami.
Zrządzenie losu sprawia, że cała czwórka trafia pod pewien adres. Jego lokatorka ma dla gości ciepły posiłek i nie tyle namiastkę domu, co być może jedyny dom, jaki zdołają poznać. Pod jej dachem spotykają się rozbitkowie, a chata bogata jest towarzystwem, rozmową, chwilą spokoju. A wreszcie i poczuciem, że nie są sami i że coś innego może wypełniać przestrzeń dookoła, niż tylko nieme, przejmujące poczucie żalu.
„Kiedy kocham, krzyczę” nie przynosi żadnych głębokich analiz sytuacji w Japonii, tym bardziej nie podsuwa rozwiązań. Nie musi tego robić. Jest po prostu ciepłą i pełną empatii opowiastką z życia kraju, który pod wieloma względami wydaje się papierkiem lakmusowym późnego kapitalizmu. Nie tak urzekającą, jak debiut „Pójdę sama”, lecz niewątpliwie naznaczoną tym samym stylem autorki. Jeżeli potrzebujecie serdecznego uścisku, znajdziecie go na tych kartach. Niewiele, a jednak całkiem sporo.
Sebastian Rerak
Kategoria: recenzje
















