banner ad

„Azymut” – jedna z najpiękniejszych baśni współczesnego komiksu w klimacie „Niezwykłych przygód Barona Münchhausena”

11 czerwca 2019


Wydawnictwo Kurc postanowiło reaktywować na polskim rynku prawdziwy diamencik spod znaku komiksowej fantastyki – serię „Azymut” Wilfrida Lupano i Jean-Baptiste’a Andréae. Jednocześnie ukazały się wznowienia trzech opublikowanych wcześniej albumów oraz premierowe wydanie czwartego.

Miłość potrafi być silniejsza niż śmierć, a czy jest potężniejsza niż upływający czas? Czy dla kilku stuleci młodości jednej osoby warto poświęcić tysiące ludzkich istnień? I dlaczego królik, który reprezentuje biegun północny, postanowił udać się w niebezpieczną wyprawę na południe, gdzie rezyduje groźny watażka Baba Musir? Pytania, wydawać by się mogło, szalone – prawda? Ale w tym szaleństwie tkwi metoda, o czym przekonuje seria komiksowa „Azymut”.

Rozum i serce, czyli ucieczka od śmierci i miłosne pragnienia

Jeżeli w baśniach można zapisać ludzkie lęki i marzenia, to „Azymut” – jako wymykająca się klasyfikacji opowieść przesiąknięta magicznym folklorem – stanowi idealny przykład na potwierdzenie tych słów. W historii rozgrywającej się poza czasem i pomiędzy miejscami kilkoro bohaterów stara się bowiem zrozumieć uniwersalne prawdy dotyczące życia i śmierci, dwóch stron tej samej monety. Przyjrzyjmy się kilku głównym aktorom występującym w tym zadziwiającym widowisku, których poznajemy już w pierwszym albumie zatytułowanym „Poszukiwacze zaginionego czasu”.

Profesor Arystydes Brelokwint to ekscentryczny naukowiec, który całe lata poświęcił na zrozumienie fenomenu czasu. Można powiedzieć, że jest on reprezentantem świata nauki, a bardziej niż serce i uczucia, ceni rozum i wiedzę. Choć to też nie do końca prawda, bo dzieło swego życia dedykuje tragicznie zmarłemu ojcu… Scenarzysta Wilfrid Lupano zadbał o to, żeby działania każdej z postaci były odpowiednio umotywowane. Czy będzie to chęć odkupienia win i zmaganie się z osobistymi demonami, czy próba zrozumienia naukowego fenomenu, czy też, jak w przypadku Mani Ganzy, nieprawdopodobnie zmysłowej pomocnicy profesora, misja odnalezienia źródła wiecznej młodości. Bo Mania, wyjątkowo frywolna bohaterka, pod powłoką próżności i pewnej erotycznej lubieżności (potraktowanej jednak ze smakiem i autentycznym wdziękiem) skrywa głęboko strach przed przemijaniem.

Twórcy nie budują jednak fabuły wyłącznie na egzystencjalnych motywach. Jednym z głównych tematów jest też oczywiście miłość – piękna, ale też tragiczna, bo romantyczna – której poszukuje choćby Eugeniusz, utalentowany malarz, którego muzą jest wspomniana Mania, znana także jako wyjątkowa oszustka, złodziejka królewskich koron, specjalistka od łamania męskich serc. Niewiasta to niezwykle inspirująca, zwłaszcza dla artystów takich jak Eugeniusz.

Bajkowe światotwórstwo – magiczna fauna i flora

Skoro już przy sztuce jesteśmy, to trzeba powiedzieć, że warstwa graficzna komiksu wyczarowana przez Jean-Baptiste’a Andréae naprawdę zapiera dech w piersi. Grozę i zadumę budzi sposób, w jaki ukazana została śmierć (jako Pożeracz Czasu), w zachwyt mogą wprawić szczegółowe zdobienia i misterne formy, zainteresowanie rodzi różnorodność świata przedstawionego. Francuski rysownik wykreował bowiem całe baśniowe uniwersum, zamieszkiwane przez fantastyczne istoty. Rozmachu przedsięwzięcia dowodzą zamieszczone na wyklejce fragmenty ilustrowanej encyklopedii owadów, ryb i ptaków chronoskrzydłych, której autorem jest profesor Arystydes. Dywan Jednogarbny, Kukułka Zegarówka, Mucha Czasołówka, Ważka Pamiętnica czy wreszcie Dawnotemu, wyjątkowo rzadki ptak, którego ostatnie, dwunaste jajo może ponoć dać życie wieczne – to zaledwie mały wycinek fauny, którą podziwiamy na kartach albumów frankofońskiej serii komiksowej „Azymut”. Nazwy zdradzają też akcenty humorystyczne, których w komiksie – za sprawą neologizmów, językowych smaczków, jak i humoru sytuacyjnego – jest pełno!

Bywa śmiesznie, bywa też strasznie. Bo wspólnie z bohaterami przemierzamy nieznane lądy (w równym stopniu piękne, co niebezpieczne), wchodzimy do królestw, aby podziwiać monumentalne sale, ale też eksplorować podziemne miasta. Andréae ukazał nam na przykład krainę Ponduszu władaną przez Jego Wysokość Ireneusza Wielkodusznego (niedoszłego małżonka Mani), do której trafił niejaki Hrabia Quentin De La Perue, niespełniony, nieszczęśliwy, nieco groteskowy odkrywca. W wielkiej wyprawie uczestniczy też niejaki major Orestes, który w towarzystwie dziwoczka przypominającego królika musi odnaleźć Manię. Zadanie powierzyła mu z kolei królowa Etera, despotyczna kobieta również pragnąca – i to za wszelką cenę – zachować młodość i witalność.

Każdy kolejny album to nowy rozdział historii. Opowieść nasączona jest cudnymi, różnorodnymi barwami, które doskonale współgrają z konkretnymi miejscami na mapie fantastycznego świata. Tę zależność można doskonale zaobserwować, gdy w tomie „Niech Piękna zdycha” trafiamy na dwór barona Smutku. Barokowy pałac skąpany jest w odcieniach szarości, co zwiastuje pesymistyczny, a nawet mroczny nastrój opowieści o możnowładcy. Baron skrywa bowiem sekret związany z makabryczną praktyką poświęcania ludzkich istnień. A wszystko w imię sztuki i wiecznego życia. Z kolei w trzecim tomie, „Antropotamy Nihilu”, poznajemy orientalną rzeczywistość, krainę, którą włada bezwzględny Baba Musir – Mania ma być mu przeznaczona jako małżonka, jednak na jej odsiecz wyrusza zdeterminowany Eugeniusz, a także pozostali towarzysze wyprawy. Magia graficznej opowieści przejawia się w cudownych scenografiach, jak i zmysłowym portretowaniu bohaterów, zwłaszcza płci pięknej. Subtelna erotyka łączy się z niesamowitą wyobraźnią i dbałością o każdy, najmniejszy nawet detal.

Cudowna harmonijność

Wartość „Azymutu” przejawia się z jednej strony w tym, jak piękna wizualnie jest to seria, ale z drugiej w tym, jak ciekawie i oryginalnie porusza zagadnienia związane z ludzką egzystencją. Choćby dotyczące czasu, który niemiłosiernie odlicza nasze dni. Bohaterowie mają pełną świadomość przemijania, boją się tego, co może nastąpić, jednak stopniowo – chciałoby się powiedzieć, że właśnie wraz z upływem czasu – dojrzewają do poświęceń. Poszukują nie tylko rozkoszy, bogactw, ale przede wszystkim starają się odnaleźć siebie. A nie jest to łatwe, wszak z krainy, w której żyją, ze wszystkich kompasów zniknęła Północ. Świat zwariował!

Na swój sposób to kontrolowane szaleństwo połączone ze spektaklem wyobraźni, prawdziwie czarownych iluzji, jest niesamowicie wciągające czytelników, zwłaszcza – choć z pewnością nie tylko – rozkochanych w fantastyce. Znać w „Azymucie” odwołania do klasyki literatury i filmu. Kłaniają się chociażby „Przygody barona Münchhausena”, pasjonująca ekspedycja jest niczym poznawanie kolejnych powieści Julesa Verne’a, a wszystkie składniki fantastycznego folkloru wiązać można ze śmiałą i wyjątkowo ciekawą interpretacją motywów z baśni braci Grimm (nie brakuje bowiem w tym świecie antropomorficznych zwierząt i biomechanicznych hybryd, których odkrywaniem zajmuje się niestrudzony profesor Arystydes). „Azymut” to perełka, zarówno w treści, jak i formie, oferująca zmysłowe przyjemności, egzystencjalne refleksje i wielką podróż w nieznane. Wspólne dzieło Wilfrida Lupano oraz Jean-Baptiste’a Andréae to jedna z najpiękniejszych baśni współczesnego komiksu.

Marcin Waincetel

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: premiery i zapowiedzi