William Golding zmagał się z kryzysem i wojenną traumą

17 marca 2012


Uważany za jednego z najciekawszych i najoryginalniejszych pisarzy brytyjskich XX wieku, William Golding przez całe swoje artystyczne życie zmagał się z poczuciem porażki, lękiem przed odrzuceniem i wojenną traumą.

O prywatnym i mało znanym szerokiej publiczności obliczu autora „Władcy much” opowiedziała tygodnikowi „The Observer” córka noblisty, Judy Carver. Według słów kobiety Golding, kiedyś nauczyciel, był wrażliwym człowiekiem. Zawsze zamknięty w sobie, wręcz nieśmiały, także w przypadku własnej twórczości, nosił przez całe życie strach przed odrzuceniem.

„Był skomplikowanym człowiekiem, pełnym głębokiej niechęci do samego siebie, czego nie potrafię wytłumaczyć” – wspomina Judy. „Bardzo go kochałam, bardziej niż kogokolwiek innego, dopóki nie urodziły się moje dzieci. Ale potrafił być okrutny i to okrucieństwo miało wpływ na nas wszystkich.”

Córka pisarza niewiele pamięta z okresu, kiedy powstawał „Władca much”, miała wtedy kilka lat. To co utkwiło jej w pamięci, to wychodzące i przychodzące paczki, z maszynopisem powieści. O wiele więcej wspomnień posiada z poźniejszego okresu, naznaczonego kryzysem w życiu Goldinga, który doprowadził rodzinę na skraj rozpaczy.

córka Williama Goldinga, Judy Carver

Judy wspomina w rozmowie wieczór 12 kwietnia 1964 roku, kiedy pisarz wraz z rodziną zasiedli przed odbiornikiem radiowym, w którym rozpoczęła się audycja BBC „The Critics”. Niedawno ukazała się nowa powieść Goldinga „Wieża”, która podzieliła krytyków i autor liczył, że pozytywna recenzja opiniotwórczego programu pomoże w sprzedaży książki. Program szybko zamienił się jednak w koszmar. Edward Lucie-Smith, jeden z krytyków, zaatakował powieść, nazywają ją „bardzo, bardzo, bardzo złą książką”. Nawet głos obrony ze strony szanowanego redaktora literackiego Karla Millera nic nie pomógł. Wymiana zdań z biegiem programu stała się bardzo nieprzyjemna. Tymczasem rodzina Goldingów słuchała audycji w zdumieniu i oburzeniu. William opuścił pokój po pierwszych słowach Lucie-Smitha, jego żona Anna wybuchła potokiem obelg pod adresem programu.

„Mówiła niczym budowlaniec, w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam” – wspomina córka pisarza. „Wielu słów nie słyszałam wcześniej i nie rozumiałam ich znaczenia.”

Zdaniem Judy Carver, program mocno go zranił. Obecnie „Wieża”, paraboliczna historia ludzkiej obsesji wielkości utrzymana w biblijnym stylu, uważana jest za najdojrzalsze dzieło Goldinga i zaliczana jest do arcydzieł, ale wówczas wydarzenie to zadziałało niczym katalizator osobistego i artystycznego kryzysu Goldinga. Kryzysu, który trwał ponad dziesięć lat i skończył się dopiero z wydaniem „Rytuałów morza” uhonorowanych nagrodą Booker?a.

Nastroje Goldinga, bywało że desperackie, sprawiły, iż Judy wspomina dzieciństwo i życie rodzinne jako interesujące, ale nigdy szczęśliwe: „Potrafił być prawdziwym wariatem, ale to zdarzało się rzadko i wynikało ze specyficznych niepowodzeń. Przeważnie był ciepły i bardzo zabawny. I śmiał się sam z siebie. Biedny tatko, jedną z ról, którą spełniał, była rola błazna. Przez całe życie czuł się nim, w tym dobrym i złym znaczeniu.”

Judy uważa, że ? obok podatności na krytykę ? niebagatelne znaczenie odegrał również „mrok”, który pisarz nosił w sobie od czasów wojny (Golding służył w Marynarce Królewskiej na trałowcu – statku przeznaczonym do usuwania min). „Wielu weteranów miało inne podejście do wojny. Mówili sobie: 'To było wtedy, teraz jest teraz’ i kontynuowali życie. Tato tak nie zrobił. Wojna, jako doświadczenie, podcinała nam skrzydła przez całe moje dzieciństwo.”

Sytuacje pogorszyło pojawianie się w życiu pisarza „drugiej” kobiety – Virginii Tiger, amerykańskiej uczonej i oddanej miłośniczki jego twórczości. Virginia była żoną antropologa Lionela Tigera i skontaktowała się z Goldingiem w sprawie doktoratu poświęconego jego twórczości, który właśnie pisała. Golding zazwyczaj ignorował tego rodzaju prośby, ale tym razem odpowiedział. I choć Tiger utrzymywała przez całe życie, że nigdy nie łączył jej z Williamem romans, jej pojawienie się było przyczyną wielu starć między pisarzem i jego żoną. „Była bardzo pewna siebie, atrakcyjna i zawsze dobrze ubrana. Odczuwało się między nimi wzajemne przyciąganie, które irytowało i przerażało moją matkę” – wspomina Judy.

Co ciekawe, Golding zdawał się w pełni świadomy tego, co dzieję się w jego życiu. Na pierwszych stronach pamiętnika zanotował: „Trudno mi zdecydować, kiedy zaczął się ten kryzys. Można powiedzieć, że był intensywny w 70 i 71 roku, ale równie dobrze można powiedzieć, że zaczął się w 60/61, a potem znów, że w 54 czy w 1911 [rok urodzin pisarza]. Ale od 71 zaczął być nie do uniesienia(?) Na domiar wszystkiego doszła bezsenność każdej nocy, gdy każda sekunda miała swój ciężar, niczym chińska wodna tortura.”

Golding zaczął prowadzić pamiętnik w 1972 roku, żeby zapisywać swoje sny. Przez następnych dwadzieścia lat notatnik rozrósł się do kolosalnych rozmiarów. Tysiące stron zostały zapełnione niejednokrotnie dziwnym wizjami, a niektóre słowa rozciągały się nawet na 2 metry. Okres pomiędzy jednym a drugim skrupulatnie zapisanym snem wypełniała bezsenność. „Lekarstwem oczywiście było picie” – zapisał w pamiętniku Golding. „Stara, stara anodyna [lek przeciwbólowy z początku XX wieku]. Nie pamiętam, ile razy byłem zalany w trupa w tym okresie. Anna mogłaby pewnie powiedzieć, ale było to przynajmniej raz w tygodniu i oczywiście każdy kac ciągnął mnie coraz bardziej w dół. Raz lub dwa piłem dłużej niż przez jeden dzień; powiedziałem niewybaczalne rzeczy Annie i przynajmniej trzy razy szarpałem się z nią.”

William Golding na żaglówce, fot. Judy Carver

Ale życie Goldinga to nie tylko zmagania się ze samym sobą, ale także chwile pełne spokoju i szczęścia. A to za sprawą morza, które pisarz szczególnie ukochał i uważał, za kolebkę ludzkości (nie tylko w sensie ewolucyjnym, ale także cywilizacyjnym). „Kochał morze. Był świetnym żeglarzem, ale zawsze podejmował wielkie ryzyko. Dla mnie to zawsze było przerażające” – wyznała Judy. „To cud, że wciąż tu jesteśmy.”

Golding był właścicielem „Dzikiej Róży”, przerobionej żaglówki poławiaczy małż. Lyn Weeks, jeden z przyjaciół rodziny, wspomina niemal idylliczne wakacje pod żaglami, które spędził z pisarzem. Popłynęli wzdłuż południowego wybrzeża. Wieczorami wiosłowali do brzegu, by pić w Buckler?s Hard i słuchać, jak Holding, uzdolniony pianista-amator, gra z nut Schuberta, Beethovena czy Chopina na barowym pianinie.

Ale i ten okres szczęścia nie trwał długo. W 1966 roku Golding zamienił „Dziką Różę” na większą i szybszą „Upartą”. 13 lipca 1967 roku wyruszył wraz z rodziną w rejs. Była 10, może 11 w południe, kiedy z gęstej mgły wyłonił się niespodziewanie japoński frachtowiec na kursie kolizyjnym. Pomimo starań Goldinga nie udało się uniknąć zderzenia i ?Uparta? zaczęła tonąć. Przez kilka przerażających minut rodzina Goldingów musiała czekać w lodowatej wodzie na ratunek. Po tym wydarzeniu pisarz przysiągł, że nie narazi już więcej niczyjego życia i nigdy więcej nie będzie żeglował.

Ratunkiem dla pisarza okazała się literatura. Niemal przez całe lata 70. Golding szukał w sobie tej iskry, którą nazywał „magią”, a która pozwoliłaby mu na napisanie powieści dającej mu satysfakcję jako pisarzowi, a jednocześnie zyskała przychylność krytyki. W 1976 roku rozpoczął pracę nad „Widzialną ciemnością”, która ukazała się drukiem w 1979 roku. Była to powieść, o której nigdy nie chciał mówić, w druku najkrótsza, w maszynopisie zaś ogromne i ciężkie dzieło. Dzięki pracy nad nią udało mu się odzyskać stan równowagi. „Kiedy została napisana, życie zmieniło się” – wspomina Judy. Jednocześnie Golding pracował nad „Rytuałami morza”, powieścią historyczną traktującą o podróży morskiej pewnego młodzieńca do Australii, by tam rozpocząć karierę polityczną. Pisarz porusza w niej również tematy różnic klasowych i seksualności. Sam Golding przyznał potem, że powstała, jakby była w całości podyktowana przez jego podświadomość. Książka była pierwszą z trylogii morskiej, która stanowi opus magnum pisarza. Golding zapewnił nią sobie miejsce na literackim parnasie. W 1980 roku otrzymał Nagrodę Bookera, trzy lata później pojawił się Nobel, a w 1988 roku tytuł szlachecki otrzymany z rąk królowej Elżbiety II. Życie stało się jakby odrobinę lżejsze.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: newsy