banner ad

„Ostatnie tchnienie” – przeczytaj całe opowiadanie Joego Hilla ze zbioru „Upiory XX wieku”

27 września 2021

Wydawnictwo Albatros wznowiło debiutancki zbiór opowiadań Joego Hilla zatytułowany „Upiory XX wieku”. Tym samym możemy już skompletować wszystkie utwory prozatorskie pisarza – łącznie siedem tytułów – w jednolitej szacie graficznej, za którą odpowiada ekipa Dark Crayon. Jeden z tekstów znajdujących się w książce, opowiadanie „Ostatnie tchnienie”, udostępniamy wam poniżej w całości. Jak pisze we wstępie do „Upiorów XX wieku” Christopher Golden, historia ta przyprawiona jest „szczyptą Bradbury’ego”. Autor „Kronik marsjańskich” i „Jakiś potwór tu nadchodzi” należy do ulubieńców Joego Hilla. Opowiadania Raya Bradbury’ego syn Stephena Kinga określił „arcydziełami niesamowitej prozy, które można przeczytać w dziesięć minut i nigdy ich nie zapomnieć”. „Ostatnie tchnienie” Joego Hilla również do takich perełek należy.

OSTATNIE TCHNIENIE

Tuż przed południem weszła jakaś rodzina. Mężczyzna, kobieta i syn. Chcieli się rozejrzeć. Byli to pierwsi goście od rana, a Alinger miał prawo przypuszczać, że będą jedynymi zwiedzającymi tego dnia. W muzeum nigdy nie było tłoku. Miał dość czasu, żeby ich oprowadzić.

Przywitał ich w szatni. Kobieta wciąż stała z jedną nogą na schodach, wahając się, czy wejść. Patrzyła nad głową syna na męża z wyraźną niechęcią i zwątpieniem. Mąż zmarszczył brwi. Trzymał się za klapy kożucha z przystrzyżonej skóry baraniej, ale sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, czy ma go zdjąć. Alinger widział takie zachowanie setki razy. Po przekroczeniu progu, gdy ludzie mogli zajrzeć poza foyer, do sali równie przygnębiającej jak dom pogrzebowy, zaczynali mieć wątpliwości, zastanawiali się, czy trafili we właściwe miejsce, i myśleli, czy nie lepiej będzie się cofnąć. Tylko mały chłopiec wydawał się zupełnie swobodny; już ściągnął kurtkę i właśnie wieszał ją na haku przymocowanym na wysokości właściwej dla dzieci.

Nim zdążyli się wycofać, Alinger odkaszlnął, żeby zwrócili na niego uwagę. Nie zdarzało się, żeby ktoś wyszedł, gdy wiedział, że już został zauważony. W walce lęku ze społecznymi konwenansami, te ostatnie niemal zawsze zwyciężały. Alinger splótł dłonie i uśmiechnął się do nich – miał nadzieję, że sprawił wrażenie dziadka dodającego odwagi wnuczkowi. W rzeczywistości osiągnął niemal dokładnie odwrotny efekt. Alinger był chudy jak szkielet, miał ponad dwa metry wzrostu i zapadnięte skronie. Jego niewielkie, szarawe zęby (choć stuknęła mu osiemdziesiątka, wciąż miał własne zęby) wyglądały tak, jakby ktoś je zaostrzył pilnikiem. Ojciec nieco się cofnął. Kobieta odruchowo chwyciła dziecko za rękę.

– Dzień dobry. Nazywam się Alinger. Proszę, niech państwo wejdą.

– Och, dzień dobry – odpowiedział ojciec. – Przepraszamy za zawracanie głowy.

– Nie ma mowy o zawracaniu głowy. Muzeum jest otwarte.

– Tak? Bardzo dobrze – odrzekł z niezbyt przekonującym entuzjazmem. – Cóż zatem tu… – zaczął, ale nie dokończył zdania. Umilkł; albo zapomniał, co chciał powiedzieć, albo nie wiedział, jak to wyrazić, albo nie starczyło mu odwagi.

– Słyszeliśmy, że w muzeum jest wystawa – przejęła inicjatywę jego żona. – To jakieś naukowe muzeum?

Alinger znowu zaprezentował im swój uśmiech. Prawa powieka mężczyzny zaczęła nerwowo dygotać, jakby miał tik.

– Ach, to pewne nieporozumienie – powiedział Alinger. – Oczekiwali państwo muzeum nauki. To muzeum ciszy.

– Hm? – zdziwił się ojciec.

– Czy na pewno dobrze słyszałam? – spytała matka, marszcząc brwi.

– Chodźmy, mamo – poprosił chłopiec, oswabadzając rękę. – Chodź, tato. Chcę to zobaczyć.

– Serdecznie zapraszam – powiedział Alinger, usuwając się w bok, i wychudłą ręką z długimi palcami wskazał im drogę. – Z przyjemnością państwa oprowadzę.

Zasłony w oknach były zaciągnięte, dlatego w pokoju wyłożonym mahoniową boazerią panowały ciemności jak w teatrze na chwilę przed podniesieniem kurtyny. Eksponaty jednak oświetlono od góry zogniskowanym światłem z lamp zamontowanych pod sufitem. Na stołach i postumentach stały puste szklane naczynia, zlewki i kolby, znakomicie wypolerowane. Szklane kule świeciły tak mocno, że mrok wokół nich wydawał się jeszcze gęstszy.

Do każdej kolby dołączony był przyrząd, który wyglądał jak słuchawka lekarska, z membraną przyklejoną do szkła za pomocą przezroczystej taśmy i oliwkami czekającymi na użytkownika. Chłopiec szedł pierwszy, za nim podążali rodzice, a na końcu Alinger. Zatrzymali się przy pierwszym eksponacie, słoju na marmurowym piedestale, stojącym niedaleko wejścia do sali, po prawej stronie trasy zwiedzania.

– Przecież tam nic nie ma – powiedział chłopiec. Rozejrzał się dookoła, przyglądając się innym naczyniom. – Wszystkie są puste. Tak jak ten.

– Ha – mruknął ponuro ojciec.

– Nie są całkiem puste – wyjaśnił Alinger. – Każde naczynie jest szczelnie, hermetycznie zamknięte. Każde zawiera ostatnie tchnienie jakiejś osoby. Mam największą na świecie kolekcję ostatnich oddechów, zgromadziłem ich ponad sto. Niektóre z tych naczyń zawierają ostatnie wydechy bardzo sławnych ludzi.

Teraz kobieta wybuchła śmiechem. Śmiała się naprawdę, wcale nie udawała. Przycisnęła rękę do ust, próbując stłumić chichot, ale nie zdołała całkowicie się uciszyć. Alinger się uśmiechnął. Pokazywał swoje zbiory już od wielu lat. Przywykł do różnych reakcji.

Chłopiec znowu odwrócił się twarzą do najbliższego słoja. Przyglądał mu się z zachwytem i fascynacją. Chwycił urządzenie, które wyglądało jak słuchawka lekarska, ale było czymś innym.

– Co to takiego? – spytał.

– Zgonoskop – odrzekł Alinger. – Bardzo czuły. Włóż oliwki do uszu, jeśli masz ochotę, a usłyszysz ostatnie tchnienie Williama R. Sieda.

– Czy to ktoś sławny? – zainteresował się chłopiec.

Alinger pokiwał głową.

– Przez pewien czas był bardzo znany… tak jak niekiedy zbrodniarze stają się sławni. Wywołują oburzenie, ale i fascynację. Czterdzieści dwa lata temu zasiadł na krześle elektrycznym. Osobiście wypisałem świadectwo zgonu. Zajmuje honorowe miejsce w moim muzeum. Był pierwszą osobą, której ostatnie tchnienie udało mi się pochwycić.

Kobieta już się uspokoiła, ale wciąż trzymała chusteczkę przy ustach. Wyglądała tak, jakby z wielkim trudem wstrzymywała kolejny wybuch wesołości.

– A co on zrobił? – zapytał chłopiec.

– Dusił dzieci – odpowiedział Alinger. – Trzymał je potem w zamrażarce, od czasu do czasu wyjmował, żeby popatrzeć. Zawsze powtarzam, że ludzie kolekcjonują najróżniejsze rzeczy. – Kucnął, dzięki czemu jego głowa znalazła się na tej samej wysokości co twarz chłopca. Razem patrzyli na słoik. – Jeśli masz ochotę, możesz posłuchać – zachęcił go.

Chłopiec założył słuchawki. Wpatrywał się w naczynie wypełnione światłem i nawet nie mrugał. Przez chwilę uważnie nasłuchiwał, po czym zmarszczył brwi.

– Niczego nie słyszę – powiedział i podniósł ręce, żeby zdjąć słuchawki z uszu.

– Poczekaj – wstrzymał go Alinger. – Są różne rodzaje ciszy. Cisza muszli morskiego ślimaka. Cisza po wystrzale. W naczyniu wciąż jest jego ostatni oddech. Twoje uszy muszą się dostosować. Za chwilę dosłyszysz jego szczególną, końcową ciszę.

Chłopiec pochylił głowę i zamknął oczy. Dorośli uważnie go obserwowali.

Nagle otworzył oczy i spojrzał na Alingera. Pulchna twarz chłopca jaśniała entuzjazmem.

– Słyszałeś? – spytał Alinger.

Chłopiec wyjął słuchawki z uszu.

– Trochę jak czkawka, ale na odwrót – rzekł. – Wie pan? Jak… – Przerwał, po czym zrobił gwałtowny, krótki wdech.

Alinger pogłaskał go po głowie i wstał.

Matka wytarła oczy chusteczką.

– Pan jest lekarzem? – spytała.

– Emerytowanym.

– Nie sądzi pan, że to bardzo dalekie od nauki? Nawet jeśli pan rzeczywiście zdołał zamknąć w słoju nieco tlenku węgla, który ktoś wypuścił z płuc na chwilę przed śmiercią…

– Dwutlenku – poprawił Alinger.

– Gaz w słoiku nie może wydawać dźwięku. Nie można zamknąć w butelce dźwięku, wywołanego przez ostatni oddech umierającego.

– Nie można – zgodził się Alinger. – Ale to nie dźwięk jest zamknięty w naczyniu, lecz pewna odmiana ciszy. Istnieją różne rodzaje ciszy. Droga pani, czyż pani mąż nie milczy w inny sposób, gdy jest zadowolony, niż gdy jest zły na panią? Ludzkie uszy potrafią odróżnić rozmaite rodzaje nicości.

Kobiecie nie spodobało się, że zwrócił się do niej per droga pani. Już chciała powiedzieć coś nieprzyjemnego, ale jej mąż odezwał się pierwszy, dając Alingerowi okazję, żeby się odwrócił ku niemu. Podszedł do stołu przy ścianie, na którym stała kolba, niedaleko małej sofy.

– Jak pan zbiera oddechy? – spytał.

– Za pomocą aspiratora. Niewielka pompka, którą wciągam wydychany gaz do próżniowego zbiornika. Stale noszę ten aparat w torbie lekarskiej, tak na wszelki wypadek. Sam go zaprojektowałem, ale podobne urządzenia były w użyciu już w dziewiętnastym wieku.

– Tu jest napisane „Poe” – powiedział mężczyzna, wskazując na etykietę z kości słoniowej przed kolbą.

– Tak – potwierdził Alinger. Nieśmiało zakasłał. – Ludzie zbierają ostatnie oddechy umierających, od kiedy skonstruowano aparaturę umożliwiającą uprawianie tego hobby. Muszę przyznać, że zapłaciłem dwanaście tysięcy dolarów za ostatnie tchnienie Poego. Sprzedał mi je prawnuk lekarza, który był obecny przy jego zgonie.

Kobieta znowu się zaśmiała.

– To może się wydać dużą sumą, ale proszę mi wierzyć, że to była wyjątkowa okazja – cierpliwie wyjaśnił Alinger. – Ostatnio Scrimm, z Paryża, zapłacił trzy razy tyle za ostatni oddech Enrica Carusa.

Ojciec pomacał zgonoskop dołączony do kolby z oddechem Poego.

– Niekiedy cisza wyraża pewne uczucia – powiedział Alinger. – Wydaje się, że umierający chcą coś wyartykułować. Wiele osób, które słuchały ostatniego oddechu Poego, po jakimś czasie wyczuwało pewne pragnienie. Nie słyszały konkretnego słowa, ale czuły, co Poe zawarł w swym ostatnim tchnieniu. Proszę posłuchać, zobaczymy, czy pan również to wyczuje.

Ojciec pochylił się i założył słuchawki.

– To śmieszne – powiedziała kobieta.

Jej mąż uważnie nasłuchiwał. Syn chwycił go za nogę i mocno się przytulił.

– Czy ja też mogę posłuchać, tato? – spytał. – Czy mogę posłuchać po tobie?

– Cicho – skarcił go ojciec.

Wszyscy zamilkli, z wyjątkiem kobiety, która coś szeptała do siebie poirytowanym tonem.

– Whisky – rzekł ojciec bezgłośnie, tylko poruszając ustami.

– Niech pan odwróci etykietę z jego nazwiskiem – powiedział Alinger.

Ojciec usłuchał. Po drugiej stronie etykiety z kości słoniowej było wypisane słowo „whisky”.

Zdjął słuchawki. Miał uroczysty wyraz twarzy i patrzył na kolbę z wyraźnym szacunkiem.

– Oczywiście. Alkoholizm. Biedny człowiek. Wie pan, gdy byłem w szóstej klasie, nauczyłem się na pamięć Kruka – powiedział ojciec. – Wyrecytowałem go na lekcji, nie robiąc nawet jednego błędu.

– Och, daj spokój – wtrąciła kobieta. – To jakaś sztuczka. Prawdopodobnie pod naczyniem jest ukryty głośnik. Przez słuchawki można usłyszeć nagranie, ktoś szepcze „whisky”.

– Wcale nie słyszałem szeptu – odpowiedział ojciec. – Po prostu to pomyślałem. Tak jakbym słyszał w głowie jakiś głos, takie rozczarowanie…

– Nagranie jest bardzo ciche – wtrąciła kobieta. – Rejestrujesz je podświadomie. Tak jak w różnych reklamach.

Chłopiec założył słuchawki, żeby usłyszeć to, czego jego ojciec nie słyszał.

– Czy to wszystko są ostatnie oddechy sławnych ludzi? – spytał mężczyzna. Wyraźnie zbladł, ale wysoko na policzkach miał czerwone plamy, tak jakby dostał gorączki.

– Nie, skąd – zaprzeczył Alinger. – Uchwyciłem ostatnie tchnienia doktorantów, urzędników, krytyków literackich, wielu zupełnie nieznanych ludzi. Jedną z najpiękniejszych cisz w mojej kolekcji jest ostatni oddech woźnego.

– „Carrie Mayfield” – kobieta odczytała etykietę przy zakurzonym wysokim słoju. – Czy to jedna z tych nieznanych osób? Pewnie gospodyni domowa.

– Nie – odpowiedział Alinger. – Nie mam jeszcze w zbiorach żadnej gospodyni. Carrie Mayfield była młodą Miss Florydy, rzeczywiście niezwykle piękną. Jechała do Nowego Jorku z rodzicami i narzeczonym, żeby pozować do zdjęć do pisma dla kobiet. To była dla niej wielka szansa, ale odrzutowiec rozbił się na bagnach Everglades. Zginęło wielu ludzi, to była głośna katastrofa. Carrie przeżyła, ale nie na długo. Gdy uciekała z rozbitego samolotu, została oblana płonącą benzyną. Poparzenia trzeciego stopnia, ponad osiemdziesiąt procent powierzchni ciała. Straciła głos, wzywając pomocy. Żyła jeszcze przez tydzień na oddziale intensywnej opieki medycznej. Wykładałem w tym czasie, dlatego przyprowadziłem tam studentów, żeby ją zobaczyli. Jako osobliwość. W tamtych latach rzadko zdarzało się, żeby ktoś żył po takich oparzeniach. Poszczególne części ciała połączyły się z innymi. Na szczęście miałem przy sobie aspirator, bo zmarła w trakcie badania.

– To najstraszliwsza opowieść, jaką w życiu słyszałam – powiedziała kobieta. – Co się stało z jej rodzicami i narzeczonym?

– Zginęli na miejscu. Spalili się na jej oczach. Nie jestem pewny, czy udało się odnaleźć ich ciała. Aligatory…

– Nie wierzę panu. Ani trochę. Nie wierzę w te opowieści o ostatnich oddechach. I mogę szczerze powiedzieć, że moim zdaniem to dość głupi sposób nabierania ludzi i wyciągania od nich pieniędzy.

– Kochanie… – wtrącił jej mąż.

– Proszę pamiętać, że nie pobieram żadnych opłat – odpowiedział Alinger. – Wstęp jest wolny.

– Tato, popatrz! – wykrzyknął chłopiec z drugiego końca pokoju. Przeczytał nazwisko na etykiecie. – To autor Jakubka i brzoskwini olbrzymki.

Alinger obrócił się ku niemu, gotów skomentować ten eksponat, ale kątem oka zauważył, że kobieta zrobiła krok w kierunku słoja z ostatnim oddechem panny Mayfield.

– Radziłbym najpierw posłuchać innych – powiedział. Kobieta już zakładała słuchawki. – Wielu zwiedzającym niezbyt podoba się to, czego nie słyszą w przypadku Carrie Mayfield.

Kobieta zignorowała jego słowa, wsunęła oliwki do uszu i słuchała z mocno zaciśniętymi ustami. Alinger splótł palce, pochylił się lekko i uważnie śledził wyraz jej twarzy.

Nagle, bez ostrzeżenia, kobieta zrobiła krok do tyłu. Wciąż miała w uszach słuchawki, dlatego pociągnęła słój po stole. Alinger się przestraszył, ale szybkim ruchem przytrzymał naczynie, nim spadło na podłogę. Kobieta zdjęła słuchawki; jej ruchy nagle stały się nieporadne.

– Roald Dahl – odezwał się ojciec, kładąc rękę na ramieniu syna i patrząc z podziwem na słój, który odkrył jego syn. – Naprawdę. Widzę, że ma pan upodobanie do literatów, nieprawdaż? – zwrócił się do Alingera.

– Nie podoba mi się tutaj – powiedziała jego żona.

Miała rozszerzone źrenice. Patrzyła na słój z ostatnim tchnieniem Carrie Mayfield, ale go nie widziała. Głośno przełknęła ślinę, trzymając rękę na szyi.

– Skarbie? – zwrócił się do niej mąż. Podszedł bliżej. Marszczył brwi i wydawał się zaniepokojony. – Chcesz iść? Przecież dopiero co weszliśmy.

– Nic mnie to nie obchodzi – odparła ostro. – Chcę już iść.

– Och, mamo – jęknął syn.

– Mam nadzieję, że zechcą państwo wpisać się do księgi gości – powiedział Alinger.

Odprowadził ich do szatni.

Mężczyzna zachowywał się bardzo troskliwie. Podtrzymał żonę za łokieć, patrzył na nią z niepokojem.

– Czy mogłabyś poczekać w samochodzie? – spytał. – Tom i ja chcielibyśmy się tu jeszcze rozejrzeć.

– Chcę już jechać – odpowiedziała bezbarwnym głosem. – Wy też stąd chodźcie.

Mąż podał jej płaszcz. Chłopiec wcisnął ręce w kieszenie i z niezadowoleniem kopnął zniszczoną starą torbę lekarską stojącą obok stojaka na parasole. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, co kopał. Przykucnął i bez najmniejszego wahania otworzył torbę, żeby obejrzeć aspirator.

Kobieta włożyła rękawiczki z koźlej skóry, pedantycznie obciągając je na wszystkich palcach. Wydawała się całkowicie zatopiona we własnych myślach, dlatego wszyscy byli zaskoczeni, gdy nagle obróciła się na pięcie i wbiła wzrok w Alingera.

– Jest pan okropny – powiedziała. – Jak hiena cmentarna.

Alinger skrzyżował ramiona na piersi i patrzył na nią ze współczuciem. Już od lat prezentował swoją kolekcję i przywykł do najróżniejszych reakcji.

– Och, skarbie – wtrącił jej mąż. – Spójrz na to z pewnej perspektywy.

– Idę do samochodu – odpowiedziała, pochylając głowę. – Dogonicie mnie.

– Poczekaj – poprosił. – Poczekaj na nas.

On jeszcze nie włożył płaszcza, podobnie jak chłopiec, który klęczał przy otwartej torbie i delikatnie obmacywał aspirator, urządzenie przypominające chromowany termos z dołączonymi gumowymi rurkami i plastikową maską na twarz.

Kobieta nie usłyszała ostatnich słów męża. Odwróciła się i wyszła, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Schodziła po granitowych schodach, cały czas wpatrując się w ziemię. Szła jak lunatyczka, lekko chwiejąc się na nogach. Nie rozglądając się na boki, weszła na jezdnię, zmierzając do samochodu zaparkowanego po drugiej stronie.

Alinger sięgnął po księgę gości – pewnie miał jeszcze nadzieję, że mężczyzna zechce się wpisać. W tym momencie usłyszał ostry pisk hamulców, zgrzyt metalu, tak jakby samochód wpadł na drzewo, ale nawet nie wyglądając na ulicę, wiedział, że to nie było drzewo.

Usłyszał krzyki mężczyzny. Gdy się obrócił, zobaczył, jak gość zbiega po schodach. Na ulicy stał na skos czarny cadillac. Spod zgniecionej maski wydobywała się para. Drzwi kierowcy były otwarte. Właściciel samochodu stał na ulicy, z kowbojskim kapeluszem zsuniętym na tył głowy.

Mimo dzwonienia w uszach, Alinger usłyszał słowa kierowcy:

– Nawet nie spojrzała. Wyszła prosto pod koła. Jezu. Co miałem zrobić?

Ojciec go nie słuchał. Klęczał na jezdni i obejmował żonę. Chłopiec stał w szatni, z jedną ręką w rękawie kurtki. Patrzył prosto przed siebie. Na jego czole pojawiła się pulsująca żyła.

– Doktorze! – krzyknął ojciec. – Doktorze! Proszę! – wołał, oglądając się na Alingera.

Alinger sięgnął po płaszcz. Był marzec, wiał wiatr, staruszek nie miał ochoty się przeziębić. Jeśli nie byłby taki ostrożny, nie dożyłby pewnie osiemdziesiątki. Kiedy mijał chłopca, pogłaskał go po głowie. Gdy był w połowie schodów, zatrzymał go okrzyk dziecka.

– Doktorze – wyjąkał chłopiec.

Alinger odwrócił głowę i spojrzał na niego. Malec podał mu otwartą torbę lekarską.

– Pana torba – powiedział. – Może pan czegoś potrzebować.

Staruszek uśmiechnął się z zadowoleniem, wrócił do drzwi i wziął torbę z zimnych palców chłopca.

– Dziękuję – powiedział. – To niewykluczone.

Joe Hill „Upiory XX wieku”
tłumaczenie: Piotr Amsterdamski
wydawnictwo: Albatros
ilość stron: 448

Opis: Książka, która przyniosła Joemu Hillowi sławę. Uhonorowana Bram Stoker Award – najważniejszą nagrodą z dziedziny literatury grozy. Czternaście opowiadań, które udowadniają, że ich autor jest jednym z najważniejszych pisarzy literatury grozy XXI wieku. Koszmary, obsesje i niespełnione sny, które ukształtowały XX wiek, najbardziej przerażające stulecie w dziejach ludzkości. Historie, które zjeżą Wam włos na głowie i każą Wam prosić o więcej… Jak ta o dziewczynie, młodej, pięknej i… martwej, czekającej bez końca w budynku kina pewnego popołudnia 1945 roku… Albo ta o chłopaku, który kiedyś był człowiekiem, ale obudził się jako gigantyczna szarańcza i teraz nie spocznie, dopóki wszyscy w miasteczku nie zaczną trząść się ze strachu, kiedy usłyszą jego śpiew. Lub ta o mężczyźnie zamkniętym w zalanej krwią piwnicy z zabitymi dziećmi i starym telefonem, który wciąż opętańczo dzwoni, choć dawno został odłączony…

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: opowiadania