banner ad

Nieznana historia miłosna Pająka, jednego z bohaterów serii „Kolory zła”. Przeczytaj opowiadanie kryminalne „Cytrusy i migdały” Małgorzaty Oliwii Sobczak

2 czerwca 2021

Mamy nie lada gratkę dla czytelników serii kryminalnej „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak. W opowiadaniu „Cytrusy i migdały” autorka opisała historię miłosną Pająka, policjanta, który jest jednym z głównych bohaterów cyklu. Ci, którzy mają już za sobą lekturę trzeciego tomu serii zatytułowanego „Biel”, wiedzą, że ma on złamane serce i w związku z tym jego charakter się zmienił. Jak do tego doszło? Oto historia, której nie znajdziecie w żadnej z części „Kolorów zła”. Opowiadanie „Cytrusy i migdały” pierwotnie ukazało się w antologii „Wigilijne opowieści” (Wydawnictwo W.A.B.). W internecie przeczytacie je wyłącznie u nas.

Cytrusy i migdały

1

Klucz zgrzytnął. Nie dała rady go obrócić. Zamek musiał zamarznąć. Zacisnęła usta i kopnęła w liche drzwi. Odskoczyły na milimetr, ale nie ustąpiły. Śnieg opadł z wizytówki; szybko zabrał go porywisty wiatr.

Od lat powtarzała Bernardowi, żeby zrobił coś z tymi cholernymi drzwiami – obdrapanymi, z nieustannie zacinającym się zamkiem, zupełnie niereprezentacyjnymi, choć zamieszkiwali dwupiętrowy dom w pierwszej linii zabudowy w malowniczej dzielnicy Sopotu – Przylesiu. Ale ten facet był niereformowalny. Wiedział swoje. I uważał, że nie ma sensu wymieniać całkiem sprawnych drzwi, które można po prostu odmalować na wiosnę. A jak dobrze się kopnęło, jednocześnie podnosząc klamkę, klucz w zamku w końcu się przekręcał. Dodatkowe zabezpieczenie przed złodziejami, ot co.

Marianna Stawicka westchnęła. Była zmęczona. Bardzo zmęczona. Jakby brodziła we śnie. Oparła się plecami o ścianę i kucnęła. Najchętniej by usiadła, ale na schodach leżała gruba warstwa śniegu. Ciemna obcisła sukienka podwinęła się do kolan. Poczuła zimno na nogach w cielistych rajstopach. Opuściła nisko głowę. Czarne kozaki na niewielkim obcasie wsunęły się w biały puch. Palce w butach powoli zaczęły sztywnieć, ale Marianna nie mogła się ruszyć. Była zdrętwiała, zupełnie pozbawiona energii.

„Ludzie umierają! – usłyszała w głowie głos Renaty. – Umierają, wiesz? Przestają żyć. Po prostu już dalej nie oddychają, a ich ciała zjadają robaki”.

Miała wtedy osiem lat i nigdy wcześniej nie słyszała o śmierci. Patrzyła na starszą siostrę szeroko otwartymi oczami i starała się pojąć jej słowa. „Mama i tata nigdy nie umrą!” – krzyknęła nagle. „A właśnie że umrą! Wszyscy kiedyś umrą! I ja, i ty, i mama, i tata też!”. Marianna tak mocno popchnęła Renatę, że ta walnęła biodrem o szafkę. „Kłamiesz! Jesteś ohydną kłamczuchą!”. Wybiegła z pokoju. Nie wierzyła w słowa siostry, ale łzy i tak ściekały jej ciurkiem po twarzy.

Zacisnęła powieki. Nadal w to nie wierzyła, choć przed chwilą widziała, jak zamykają trumnę. Nawet rzuciła na jej wieko grudkę cmentarnej gliny. Ale to się nie działo. To się nie wydarzyło naprawdę.

Resztkami sił dźwignęła się z ziemi. Naparła całym ciałem na drzwi, pociągnęła za klamkę, podnosząc ją o milimetr do góry. Przekręciła klucz. Zamek ustąpił.

Weszła do środka i kilkakrotnie tupnęła nogami. Śnieg opadł na wycieraczkę ze sztywnego beżowego włosia. Sięgnęła do cholewy. Naciągnięta wilgocią skóra przywarła do rajstop. Marianna lekko się zatoczyła. W końcu but został w dłoni. Z drugim poszło lepiej. Odstawiła je na półkę. Ściągnęła czarne sztuczne futro. Odwiesiła na haczyk. Spojrzała w okrągłe lustro wiszące na starej boazerii. Blada, niemal pięćdziesięcioletnia twarz, wokół oczu rozmazany tusz, ściągnięte usta pomalowane karminową pomadką. Matka wyglądała dziś lepiej niż ona. Spokojnie leżała na czarnym atłasie. Dostojna, piękna. Jakby życie nigdy jej nie doświadczyło, a przecież nie było jej łatwo. Mama, jej mama. Mariannę ścisnęło w żołądku.

„Ludzie umierają!” – znów usłyszała nad sobą głos Renaty.

Zamknęła oczy i oparła rękę na lustrze. Po chwili uchyliła powieki. Zza szeroko rozpiętych palców błysnęły zielone tęczówki. Coś w nich dostrzegła. Jakby należały do kogoś innego. Szybko cofnęła dłoń. Znów spojrzała na nią zmęczona, trupio blada twarz. Znów była sobą.

– Jestem! – krzyknęła w przestrzeń i skierowała się do kuchni. Palce stóp nadal były zdrętwiałe. Niemal ich nie czuła. Flanelowe kapcie sunęły po parkiecie. Marianna chwyciła szary rozpinany sweter z oparcia krzesła i narzuciła na ramiona. Odkręciła kurek. Woda z cichym szumem zaczęła wypełniać czajnik. Odstawiła go na okrągłą elektryczną podstawkę. Sięgnęła po torebkę herbaty. Wrzuciła ją do ulubionego kubka – wyblakły renifer wyszczerzył się w zatartym uśmiechu. Wiele lat temu dostała ten kubek od Bernarda na mikołajki. Miał odpowiedni kształt, herbata smakowała w nim wybornie. W mężu na co dzień irytowało ją wszystko, ale raz mu się coś udało. Nie żeby mu to powiedziała. Nie dałaby mu tej satysfakcji. „Po co wydawać pieniądze na nowe kubki, jak mamy ich pełno?” – burknęła. A jednak od tamtej pory herbatę piła tylko z kubka z reniferem.

Sięgnęła po jeszcze jedną torebkę. A co tam, jemu też zaparzy. Wyjęła pierwszy z brzegu kubek. Bernard nie miał swojego ulubionego. W sumie nie wiedziała, co mąż tak naprawdę lubi. On nie mówił. Ona nie pytała.

Przygotowała napój. Otuliła kubek palcami. Parzył. Zacisnęła zęby i chwilę przytrzymała. Mróz i gorąco – przynajmniej tyle czuła. Rozejrzała się po kuchni. Za oknem zaczął sypać śnieg. Ciężkie płatki osiadały na parapecie. Jakiś mężczyzna w grubej czerwonej czapie szedł po chodniku, ciągnąc za sobą związaną sznurkiem choinkę. Obok niego wesoło podskakiwał chłopczyk. Jakby nigdy nic. Jakby świat nie przestał się kręcić, jakby nadal wszystko było normalnie.

Za dwa dni Boże Narodzenie – przypomniała sobie. A ona nie była przygotowana. Czy w tych okolicznościach obchodzenie świąt w ogóle miało sens? Jeszcze rok temu spędzali je z rodzicami. Mama nawiozła pierogów. Nikt nie robił tak dobrych. Dużo starszy od mamy ojciec już wtedy ledwo się trzymał. Wodził po wszystkich niewidzącymi oczami, jakby był w innym wymiarze. Nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Ale gdy w telewizji puścili Małego Księcia, nagle się uspokoił. Przysiadł na skraju fotela i zaczął oglądać. Marianna jeszcze nigdy nie widziała, żeby ojciec oglądał bajkę. A on mruczał coś pod nosem, kiwał głową, nawet się uśmiechał. „Dobry film dali!” – powiedział po wszystkim i z powrotem zapadł się w sobie.

Znów zakłuło ją w piersi. Świat bez rodziców. Przecież taki nie istniał. Nie istniał taki świat!

Spojrzała przez okno. Ulicą 23 Marca przejechał błękitny samochód. Na dachu też wiózł choinkę. Chodnikiem po drugiej stronie jezdni szli kobieta z mężczyzną. W rękach trzymali siatki z zakupami. Nagle przystanęli naprzeciwko siebie, mężczyzna odłożył siatki na ziemię i poprawił kobiecie czapkę, która opadała jej na oczy. Kobieta coś powiedziała, a mężczyzna się zaśmiał. Znów poszli przed siebie.

Marianna musiała się czymś zająć. Upiła łyk gorącej herbaty. Pierogów lepić nie umiała. To była domena mamy. Ale mogła zrobić dorsza w galarecie na przykład. W zamrażarce powinna mieć kilka porcji ryby, które dwa tygodnie temu kupiła na przystani rybackiej w Karlikowie. Specjalnie pojechała przed siódmą rano, bo zdarzało się, że po ósmej już wszystko mieli wyprzedane. Bernard zawsze się wściekał, że ona te ryby mrozi. „Po co mrozić, jak codziennie można mieć świeże?” – kręcił głową. Ale ona lubiła mrozić. W ten sposób była przygotowana na każdą okoliczność. Bo jakby wojna się zaczęła? Albo jakiś wirus się rozpanoszył? Mrożonek miała tyle, że mogliby przeżyć bez wychodzenia z domu pół roku. Zaradna była, i tyle.

Ruszyła w stronę piwnicy. Otworzyła drzwi, wymacała kontakt w ciemności. Światło odbiło się od kredowych ścian. Na chwilę ją oślepiło. Powoli zeszła na dół. Otworzyła wieko białej skrzyniowej zamrażarki stojącej pod ścianą. Powiodła wzrokiem po mrożonkach. Przerzuciła kilka z nich. W końcu znalazła to, czego szukała.

„Mrożone ryby na wigilię – pomyślała, wchodząc po schodach. – Mama kręciłaby nosem”.

Weszła do kuchni i położyła lodowaty pakunek w zlewie. Rozejrzała się. Herbata dla Bernarda. Pewnie wystygła, ale on i tak wypije. Nigdy nie był wybredny.

Chwyciła kubek i podreptała na górę. Uchyliła drzwi pokoju męża.

W środku nikogo nie było.

2

– Mówi pani, że męża nie ma od dwóch dni? – zapytał nadkomisarz Paweł Pągowski.

Szczupły, wysoki policjant, zwany przez kolegów Pająkiem, długimi palcami przeczesał sterczące do góry płowe włosy. Nie mógł się skupić. Szare ciężkie chmury wisiały nisko nad ziemią. Gęsty śnieg sypał nieprzerwanie od rana. Dawno w Wigilię nie było tak klimatycznie; albo plucha, albo deszcz. Nie żeby to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Od kilku lat w każde święta brał dyżur, zastępując kolegów, którzy spieszyli do dzieci i żon. Na niego nikt w domu nie czekał. I nie było miejsca, w którym czułby się tak dobrze jak w pracy.

Zerknął na ścienny zegar. Było daleko do południa, a pokój ogarnęła ciemność. Automatycznie sięgnął do pstryczka stalowej lampki stojącej na biurku. Strumień światła oświetlił twarz kobiety. Jej zielone oczy zaiskrzyły, nim zdążyła zacisnąć powieki.

– Przepraszam – powiedział policjant i skierował główkę lampki w stronę blatu.

Dopiero teraz tak naprawdę przyjrzał się kobiecie.

Brązowe włosy zebrane w kok, z którego wysunęło się kilka niesfornych kosmyków. Twarz biała jak kreda. Ciemne grube brwi dodające powagi. Ściągnięte usta. Wystające kości policzkowe. I te oczy. Kocie, lśniące, inteligentne. Było w nich coś… nie wiedział, jak ująć to w słowa. Poczuł małe ukłucie, jakby z tyłu głowy czaiło się jakieś zatarte wspomnienie.

– Tak, mąż zniknął dwa dni temu – potwierdziła kobieta i niespokojnie zerknęła w stronę okna.

– Kiedy ostatni raz go pani widziała?

– Przed wyjściem na pogrzeb mamy. W środę. Mąż musiał jeszcze podjechać do pracy coś tam załatwić i mieliśmy się spotkać na miejscu.

– Czyli na pogrzebie się nie pojawił?

– No właśnie… Nie wiem. – Marianna Stawicka oblała się rumieńcem. – Byłam pewna, że gdzieś mi mignął w tłumie. Chyba go widziałam… Nie wiem, było sporo ludzi. – Westchnęła.

– Nie zdziwiło pani, że mąż do pani nie podszedł?

– Nie pomyślałam o tym. Z mężem… hm… od lat nie byliśmy już blisko. Zazwyczaj działał mi na nerwy. Może nie chciał… W każdym razie wydało mi się to naturalne. – Marianna zamyśliła się i po chwili dodała jakby do siebie: – Tym bardziej że obok mnie była Renata.

– Renata? – zapytał Pająk.

Stawicka oderwała wzrok od okna. Przez moment wydawała się nieobecna.

– Obok pani była Renata – powtórzył nadkomisarz i spojrzał na kobietę wyczekująco.

– Moja siostra – wyjaśniła Stawicka. – Nigdy nie miała z moim mężem najlepszych relacji. Całe życie uważała, że stać mnie było na kogoś lepszego, natomiast Bernard twierdzi, że Renata jest zgnuśniałą starą panną.

– Rozumiem. – Policjant coś zanotował. – Czyli nie jest pani pewna, czy mąż dotarł na pogrzeb. Nie podszedł do pani również po ceremonii? Nie mieliście razem wracać do domu?

Marianna wzruszyła ramionami.

– Po pogrzebie poszłam jeszcze do biura parafialnego, chciałam zamówić mszę za mamę w następną niedzielę. Uznałam, że Bernard wrócił do domu. Z cmentarza komunalnego na Malczewskiego to dziesięć minut piechotą.

– No dobrze. A w domu… czy były jakieś ślady włamania, ślady walki? Może coś zginęło?

– Raczej nie. Niczego takiego nie zauważyłam.

– A rzeczy męża? Czy jest możliwe, by mąż… – Pająk uśmiechnął się przepraszająco – by mąż wyjechał?

Marianna Stawicka pierwszy raz spojrzała Pągowskiemu prosto w twarz. Jej oczy błysnęły. Zawahała się.

– Czy mógł mnie po prostu opuścić? – spytała rzeczowo. Znów popatrzyła w okno. Płatki śniegu opadały powoli i miarowo. Był w tym widoku jakiś spokój. – Tak. Choć rzeczy zostały, mógł wyjechać. Już dawno powinien był to zrobić.

Paweł Pągowski wysoko podniósł brwi. Chrząknął i zapisał coś w notesie.

– Okej. Chyba wszystko mam. Sprawdzę kilka rzeczy i odezwę się do pani, dobrze?

Marianna Stawicka wstała z krzesła. Krągłe biodra zarysowały się pod ciemną wełnianą sukienką. Jej usta ułożyły się w grymas, który mógł być formą uprzejmego uśmiechu. Pągowski znów poczuł nikłe ukłucie, ale czający się tuż pod powierzchnią obraz nie chciał się ujawnić.

3

Ten uśmiech. Skąpany w słońcu. Brązowe włosy lśnią, otulają twarz. Kobieta sięga po jabłko. Podnosi je i wącha. Kiwa głową i podaje owoc sklepikarzowi. Ten pakuje jabłka do szarej papierowej torby, a ona odlicza pieniądze. Kobieta kilkakrotnie przejeżdża palcem po monetach, bezgłośnie otwierając usta. W końcu płaci i bierze torbę. Gdy przechodzi obok Pająka, który obserwuje ją od kilku minut, pozostawia za sobą cytrusowy zapach.

Paweł Pągowski nagle otworzył powieki. Na ekranie telewizora, jak zawsze w święta, jasnowłosy chłopczyk uciekał przed włamywaczami. Film Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy, który od lat oglądał w Wigilię, musiał się już skończyć. Na stole stały niedokończony zestaw sushi i na wpół wypite ryżowe piwo. Skołowany policjant usiadł i starał się przypomnieć sobie sen. Zielone oczy w kształcie migdałów, które przelotnie spotkały się z jego wzrokiem, prześlizgnęły się po jego twarzy zupełnie nieobecne, jakby zanurzone w innym wymiarze. Ukłucie w brzuchu, gdy kobieta zniknęła za rogiem.

Kiedy to mogło być? Dawno temu, jeszcze w czasach, gdy myślał, że jemu też pisane jest bycie z kimś. Coś w niej było takiego, że wypatrywał jej potem przez jakiś czas na sopockim rynku przy Polnej. Nadal kupował jabłka u tego co ona wtedy sklepikarza, choć zapomniał już, czemu kierował się właśnie do niego, skoro wokół było tyle podobnych stoisk. Nuta cytrusów też od lat wprawiała go w melancholijny nastrój. Ale nigdy potem nie zobaczył tej kobiety, choć może przechodziła gdzieś obok. Kto wie?

Policjant zmarszczył brwi i sięgnął długą ręką po butelkę ulubionego sapporo. Upił łyk, a rozświetlone słońcem brązowe włosy znów zatańczyły mu przed oczami.

Czy to mogła być ona? Wprawdzie włosy były spięte, a usta zaciśnięte… Minęło kilka lat, ale oczy pozostały te same. To była Marianna Stawicka.

Pająk wstał gwałtownie i podszedł do okna, mijając zestaw samurajskich mieczy na podstawce. Imitacja, ale ładnie wyglądały. Kiedyś sprawi sobie prawdziwe ręcznie kute miecze wykonane zgodnie ze starą japońską sztuką. Ostrza z widocznym hamonem pięknie zalśnią w świetle.

Z dziesięciopiętrowego, najniżej położonego w Dolnym Sopocie bloku przy Okrzei rozciągał się widok na szare, wzburzone morze. Stojące na redzie statki wysyłały słabe sygnały świetlne. Po zaśnieżonym pasie plaży przechadzali się sopocianie niepotrafiący znaleźć spokoju w tę wigilijną noc.

Pająk starał się zebrać myśli, ale ulotny zapach cytrusów nie pozwalał mu się skupić. Spojrzał w gwiaździste niebo, chwilę się wahał, po czym złapał wiszącą na oparciu krzesła żółtą puchową kurtkę i wybiegł z mieszkania.

4

Stanęła przed bramą Opery Leśnej. Zamknięte skrzydła i pomalowana na kolor morskiej zieleni metalowa konstrukcja połyskiwały od mrozu. Nie wiedziała, po co tu przyszła. Mama lubiła to miejsce. Co roku z dużym wyprzedzeniem kupowała bilety na sopocki festiwal, czekając na występ Rodowiczki. Kolorowe jarmarki od siedemdziesiątego dziewiątego były ulubioną piosenką Weroniki Kamińskiej. „Taka ładna melodia” – mawiała. Ta myśl sprawiła, że Marianna na chwilę znalazła się w ich mieszkaniu przy Kościuszki. Z magnetofonu szpulowego leciała głośna muzyka, a mama kręciła się w koło w jednej ze swoich spódnic z krepy, które w tamtym czasie wypełniały jej szafę. Marianna i Renata też szaleńczo się obracały, a pokój wypełniał śmiech.

Chwyciła palcami pręt bramy. Mocno i kurczowo, jakby miała ptasie szpony, jakby próbowała uchwycić wspomnienie, które już rozpływało się w ciemności nocy. Bardzo chciała wejść do środka; usiąść na widowni, spojrzeć na scenę, która lada chwila rozbłysłaby dzikimi światłami zapowiadającymi występ. Mogła przejść lasem wzdłuż płotu, by choć zerknąć na odnowioną muszlę koncertową, ale śnieg był wysoki na pół metra, a w prawym bucie już zrobiło się mokro i nieprzyjemnie. Musiała mieć dziurę w podeszwie, a może impregnat przestał trzymać?

Marianna niezdecydowana spojrzała w głąb lasu. Zrobiła krok w przód, krok w tył. W końcu zawróciła i ślizgając się, zaczęła iść chodnikiem w dół.

„Szybciej! Za mną! – wołała w jej głowie Renata, biegnąc jak szalona. – Szybciej! Nie ma się czego bać!”. Ale ona schodziła ostrożnie, czepiając się ręki mamy. Nie lubiła ryzyka. Była przeciwieństwem siostry.

Teraz też stawiała małe kroczki, opierając się sile, która pchała ją do przodu. Latarnie stojące w sporej odległości od siebie dawały tak słabe światło, że Marianna niemal nie widziała prowadzącej dość stromo w dół krętej drogi. Zdecydowanie łatwiej było wdrapywać się pod górę. W końcu ulica Stanisława Moniuszki przestała opadać. Teraz Marianna szła już pewniej. Śnieg chrzęścił pod nogami, a mróz szczypał w policzki. Tuż przed sobą widziała mamę i tatę. Na głowach mieli wełniane czapki, wokół szyj grube szaliki. Szli pod rękę, raz po raz się do niej odwracając. Uśmiechali się radośnie, dając znaki, że ma się pospieszyć. Ich postacie były tak realne, że Marianna na chwilę zapomniała, że skończyła czterdzieści sześć lat, a rodziców już nie ma.

„Renata pewnie biegnie z przodu” – pomyślała, wysilając wzrok. Siostra zawsze i wszędzie była pierwsza. I we wszystkim musiała być lepsza.

Tak, teraz jej sylwetka też majaczyła przed domem. Była tuż przy drzwiach i czekała, aż do niej dołączą.

– Dobry wieczór. – Marianna usłyszała męski głos, gdy zamknęła furtkę i zmierzała w stronę wejścia.

Renata rozpłynęła się w powietrzu. Mama i tata też zniknęli. Na schodach stał wysoki mężczyzna w żółtej puchowej kurtce, niepewnie się uśmiechając.

– Przepraszam, że panią nachodzę, i to w taki wieczór – dodał miękkim głosem.

Marianna skądś znała tę twarz. Duże życzliwe oczy, orli nos, mięsiste policzki. I włosy – sterczące ku górze, płowe, zapewne tak samo miękkie jak głos, który zastygł w zimnym powietrzu.

– Nadkomisarz Paweł Pągowski – przedstawił się. Musiał zrozumieć, że Marianna go nie poznaje. – Rozmawialiśmy dzisiaj na komendzie.

– Ach tak. – Skinęła głową.

Wspięła się po stopniach. Minęła policjanta. Naparła ciałem na drzwi. O dziwo, gdy obróciła klucz, zamek od razu ustąpił.

– Niech pan wejdzie. Strasznie zimno – powiedziała w przestrzeń i wkroczyła do środka.

Paweł Pągowski skwapliwie podążył za nią. Marianna już zniknęła w kuchni.

W domu czuć było spalenizną. To pierwsze, na co zwrócił uwagę Pająk. Było też ciepło. Naprawdę gorąco.

Stawicka stała przy blacie. Tym razem włosy miała rozpuszczone. Zgarnęła je na prawą stronę, tak że zakrywały część twarzy. Wyciągnęła z szafki dwa kubki. Woda w czajniku zaszumiała. W końcu Marianna spojrzała w kierunku Pągowskiego, ale jej wzrok znów prześlizgnął się po nim, jakby go tam nie było.

– Piec się zepsuł – powiedziała jakby do siebie, zsuwając rozpinany sweter z ramion. – Grzeje jak szalony. Musiałam wyjść się przejść, żeby nie zwariować.

Wyciągnęła z pudełka dwie saszetki herbaty. Nagie ramiona były smukłe i prężne. Poruszały się z gracją godną tancerki. Było w tym widoku coś hipnotyzującego, coś, co sprawiało, że Pająk znieruchomiał i pozwolił, by czas przepływał przez niego jak woda.

To chyba właśnie te ruchy sprawiły, że wtedy na rynku zwrócił na nią uwagę. Podobnie jak teraz zamarł, a wraz z nim zamarł cały świat. Czy gdyby ich ścieżki się nie przecięły, siedziałby dzisiaj w jej kuchni? Czy przyszedłby tu w wigilijną noc jak tułacz, który odnalazł na swojej drodze dom? Nie, na pewno nie. Marianna była wspomnieniem; nie wiedział, czy jest realna.

Kobieta podeszła do okna i patrzyła w pokrytą białym puchem noc. Gęste brązowe włosy opadały na ramiona. Jej łopatki wystawały spod czarnej podkoszulki.

– O północy zawsze chodziliśmy na pasterkę – wyznała. – Do Świętego Jerzego. „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą”. Proroctwo Izajasza. Cały dzień te wersy chodzą mi po głowie. Świat doskonały. Mama lubiła ten fragment.

– Bardzo mi przykro z powodu pani mamy. – Pająk się ocknął. Czuł się tak, jakby oglądał film.

– Tak. Gdy rodzice odchodzą, w końcu stajemy się dorośli – westchnęła Marianna. – To chyba na tym polega. Trzeba kiedyś w końcu dorosnąć. Może by pan zerknął? – Nagle na niego spojrzała. Jej oczy po raz pierwszy spotkały się z jego oczami. Wyczekiwały.

– Zerknął? – wykrztusił Pągowski.

– Na piec. Może coś by pan poradził. Powinnam mieć tu jakieś narzędzia. – Rozejrzała się niepewnie. – Hmm, pewnie są w piwnicy, no tak.

Wzięła go za rękę i poprowadziła na dół.

5

Nadkomisarz Adam Kowalewski rzucił akta sprawy na biurko Pająka.

– Przemoc domowa. Stary tak dołożył żonie, że potem sam jej nie poznał. Mówię ci, jak ją zabierała karetka, to krzyczał: „To nie moja Zosia przecież! Panie, to nie moja kobita no!”.

– Święta, co zrobić? – Pająk wzruszył ramionami.

– No tak, sezon na pobicia w końcu, nie? Jakby chlania i prania nie było, to tak, jakby barszczu zabrakło – skonstatował Kita i poprawił czarną gumkę na kitce, od której wzięła się jego ksywa.

– Dobrze, że normalni ludzie też w Sopocie mieszkają – odpowiedział Pągowski i uśmiechnął się pod nosem.

– A coś ty taki rozanielony? – Kita przyjrzał mu się podejrzliwie.

– Ja?

– Nie, ja. Wyglądasz jak uśmiechnięta emotka! Myślałem, że chociaż w święta entuzjazm ci opada, ale widzę, że samotna wigilia tylko dodała ci animuszu.

Pająk machnął ręką i sięgnął po dokumenty. Udał, że czyta, ale tak naprawdę nie mógł się skupić na tekście. Litery układały się w twarz kobiety. Lśniące włosy opadające na czoło, oczy w kształcie migdałów wpatrujące się w coś, czego on nie umiał dostrzec. Nawet jej dom był jakiś taki odległy, pusty, głuchy, zupełnie nieprzystępny. Przez głowę policjanta przebiegła myśl, że nigdy nie będzie miał dostępu do jej świata, co sprawiło, że poczuł dziwny ucisk w piersi.

„Czy Bernard Stawicki rozumiał się ze swoją żoną?” – zastanawiał się Pągowski. Wziął do ręki fotografię, którą Marianna przyniosła na komendę. Dość drobny mężczyzna o ostrych, trochę groźnych rysach, miał ciemne, gęste włosy i takie same brwi. Był zupełnym przeciwieństwem wysokiego, chudego Pająka o błękitnych oczach i łagodnym wyrazie twarzy. Rzeczy osobiste zaginionego, które wczoraj Pająk formalnie przejrzał w domu Stawickich, nim zasiadł z Marianną do kolacji („Przecież jest Wigilia, o mój Boże! Zupełnie zapomniałam! Koniecznie musi mi pan towarzyszyć podczas wieczerzy!”), nic szczególnego o nim nie mówiły. Ze stojących na półce w łazience pędzla z naturalnego włosia i kremu do golenia Wars Pająk mógł wnioskować, że Stawicki nie lubił zmian. Ale już wiszące w jego szafie ciemne garnitury, czarne, hurtowo kupowane skarpetki, szare slipki i kilka par średnio znoszonych butów mogły należeć do kogokolwiek i na pewno nie służyły za wskazówkę, gdzie można byłoby go szukać.

– Jaki jest pani mąż? – zapytał w końcu Mariannę.

Była zupełnie zaskoczona pytaniem. Przez chwilę milczała, po czym odparła:

– Zwyczajny. Mój mąż jest zwyczajny.

„Co też mogło się z nim stać?”. Pająk postukał palcami w blat biurka. Sąsiedzi nie widzieli nic podejrzanego, ale facet nie pojawił się w pracy w dniu zaginięcia. Właściciel firmy deweloperskiej, w której pracował, był zdziwiony. „Stawicki dostał przecież urlop i nikt nie wzywał go w żadnej pilnej sprawie”. Mąż musiał oszukać Mariannę.

Pająk telefonicznie sprawdził szpitale, noclegownie i ośrodki pomocy społecznej, a nawet zadzwonił do zakładu medycyny sądowej – nie odnotowano tam nikogo o takim nazwisku oraz wskazanym wyglądzie.

Zerknął na zegarek, po czym wstał i włożył kurtkę.

– Jadę na rozpytanie – poinformował Kitę. – W sprawie tego zaginięcia – dodał.

– Nie lepiej jakiegoś sierżanta wysłać? – zdziwił się Kowalewski. – Sierściuch Andrzejek dzisiaj jest. To jest dopiero recesywny typ, co? A do tego taki antypiczor, że do śmierci baby nie znajdzie! – Kita zaczął się rubasznie śmiać.

– No, sam widzisz. Nawet do rozpytania się nie nadaje – stwierdził Pająk i poklepał boki kurtki.

Klucze zabrzęczały w prawej kieszeni.

– Coś ty, kurna, kręcisz, przyjacielu. – Kowalewski podniósł brew i podparł się pod boki. – Jakieś bajabongo ci się szykuje, co? – Szeroki uśmiech wypłynął mu na twarz.

– Bajabongo to ty masz w dupie – odparł rozbawiony Pająk i skierował się do drzwi.

Partner z wydziału dochodzeniowo-śledczego jak zwykle czytał z niego jak z opakowania kornflekesów.

6

Siostra Marianny Stawickiej w niczym jej nie przypominała. Bardzo szczupła i niewysoka, z kanciastą, trójkątną twarzą. Choć wyglądała trochę jak kieszonkowe wydanie standardowej kobiety, to jednak była atrakcyjna. Kręcone jasnobrązowe włosy opadały na ramiona, piwne oczy miały w sobie blask, pod czarną sukienką rysowały się kształtne piersi. Poruszała się szybko i energicznie, jakby bała się gdzieś spóźnić. Była w niej jakaś nerwowość, której zupełnie brakowało Mariannie.

Mieszkanie przy Kościuszki, jasne i przestronne, zapewne niedawno wyremontowano. Pająk wyjrzał przez okolone beżową zasłoną okno o białych szprosach. Naprzeciwko stały dziewiętnastowieczne eklektyczne kamienice. Za leniwie opadającymi płatkami śniegu rysowały się wykusze, balkoniki, wieżyczki, galeryjki, balustrady i gzymsy – wszystko to, co nadawało Sopotowi ten specyficzny uzdrowiskowy klimat. Nadkomisarz, czuły na architektoniczną estetykę przestrzeni, zawsze powtarzał, że nadmorskie miasto, w którym żył od urodzenia, paradoksalnie zyskało na tym, że chciało przypominać wysokogórskie szwajcarskie miasteczka. Podobno na początku ubiegłego wieku tak bardzo promowano kojarzący się z najlepszymi kurortami styl alpejski, że właścicielom, którzy nadawali domom urozmaiconą formę, obniżano podatki od nieruchomości.

– Gorąca herbata. – Renata Kamińska mówiła szybko wysokim głosem.

Jeszcze jedna różnica w stosunku do Marianny, która wypowiadała słowa powoli, nadając im okrągły kształt.

– Dziękuję. – Pająk przyjął parujący kubek. – Piękny widok. – Wskazał na widok rozciągający się z wysokiego czwartego piętra.

– Tak. Rekompensuje hałas przejeżdżających pociągów i nocne krzyki imprezowiczów. Tu niedaleko, obok ronda, jest taka knajpa Wtedy. Zna pan? Co tam się dzieje pod tym lokalem, mówię panu! Pijane dziewuchy, podejrzane typki, prochy palą, nieraz widziałam! I karzeł tam pracuje, wyobraża sobie pan? Sopocki celebryta ponoć, nawet w teledysku małego Jezuska zagrał! To chyba pod jakiś paragraf podchodzi, prawda? – Wyczekująco spojrzała na policjanta.

Paweł Pągowski naturalnie kojarzył knajpę. Sopot to naprawdę mała rybacka wioska, w której każdy zna każdego. Właściciele Wtedy, totalne szajbusy, ale złote chłopaki, nagrali też swego czasu kilka zajebistych piosenek, które podbiły YouTube’a. „Jeszcze Murzyn, Boże, gdzieś ty się nie mył. Chodź tutaj, bracie, on się nie mył wcale” – ulubione wersy Złej Kolendry, w której karzeł faktycznie zagrał Jezuska, Kita powtarzał codziennie przez jakieś dwa miesiące. Dopiero jak go Pająk zapytał, czy chce wylądować w rowie, to się w końcu zamknął.

– Nie sądzę – uciął i przeszedł do sprawy: – Jeszcze raz przepraszam, że zawracam głowę w pierwszy dzień świąt, ale sama pani rozumie.

– Nie, oczywiście, sprawa jest poważna. Zaginięcie, mój Boże – szepnęła.

– Bernard Stawicki. Czy widziała go pani podczas pogrzebu matki?

– Nie. Na pewno go tam nie było. Nawet zapytałam Mariannę, gdzie jej mąż, ale ona… cóż, chyba mnie nie słyszała, jakby była w jakimś innym świecie. No, ale łatwo nie jest. Niecały rok temu tata, a teraz… – Kobieta westchnęła i z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Bardzo mi przykro. – Pająk spojrzał na Renatę Kamińską łagodnie i przysiadł się do stołu, przy którym ona usiadła chwilę wcześniej. – Czyli jest pani pewna, że Bernard Stawicki nie stał gdzieś z tyłu na przykład?

– Na pewno nie.

– Rozumiem, że nie kontaktował się też z panią od tego dnia? Nie widziała go pani? Nie dzwonił? Nie pisał?

– Nie. Nigdy nie miałam ze szwagrem zbyt dobrego kontaktu. Zawsze uważałam, że Bernard z Marianną do siebie nie pasują. Zresztą stało się to kością niezgody pomiędzy nami.

– A kiedy ostatni raz widziała pani szwagra?

Renata Kamińska drgnęła.

– Oj, naprawdę nie mam pojęcia. Musiałabym sięgnąć pamięcią, ale… Dawno w każdym razie, dawno. – Wzruszyła ramionami. – Na pogrzebie ojca może?

– Rozumiem. No dobrze, nie będę pani męczył. – Pająk wstał i ruszył ku drzwiom. – Najważniejsze, że ustaliliśmy, że Bernard Stawicki zaginął tuż przed pogrzebem.

– Nie wierzę w to. To wszystko jest nierzeczywiste. – Kobieta oparła się o ścianę, przymknęła na chwilę powieki, wzięła głęboki wdech i z drżeniem wypuściła powietrze.

– Dokładnie takich samych słów użyła wczoraj pani siostra – zauważył Pająk, trzymając rękę na klamce otwartych drzwi.

– Naprawdę? – zdziwiła się Renata. – A jednak coś nas łączy. – Uśmiechnęła się blado.

– Jeśli mogę spytać, czemu uważa pani, że Bernard nie pasował do Marianny? – zapytał, na powrót przymykając drzwi.

– Raczej Marianna do Bernarda.

Pająk podniósł pytająco brwi.

– Marianna zawsze była taka wycofana, spokojna, wszystkiego się bała. A Bernard, cóż, ma charyzmę. Lubi pożartować i wypić, i potańczyć. I summa summarum miałam rację. Zmarniał przy niej. Nie tego poszukiwał w życiu.

– Hmm. – Pająk wydął dolną wargę. – Skoro pani tak twierdzi. – Wysilił się na uśmiech. – A pani dokądś się wybiera? Na wycieczkę? – Wskazał otwartą, wypełnioną ciuchami walizkę stojącą w progu pokoju za plecami Renaty Kamińskiej.

Kobieta podążyła za jego wzrokiem.

– Wybierałam się – przyznała. – Ale to już nieaktualne.

7

Komendant Komendy Miejskiej Policji w Sopocie przy Armii Krajowej Juliusz Szewczyk zerknął na nadkomisarza Pawła Pągowskiego znad okularów.

– O co ci tak naprawdę chodzi, Pająk? – zapytał, prostując się na krześle.

Położył ręce na biurku i zacisnął wargi w cienką linię, czekając na odpowiedź.

– Czy ja cię kiedykolwiek zawiodłem? – Pągowski wysilił się na uspokajający uśmiech. – Skalpela rozpracowaliśmy? Rozpracowaliśmy. Potwora z Kartuz namierzyliśmy? Namierzyliśmy. Intuicja, Julek, intuicja, i tyle. Co ma się kobieta zamartwiać?

Komendant Szewczyk pokręcił głową i mruknął z niedowierzaniem:

– Pilne czynności z trzysta osiem, też mi… – Wzruszył ramionami, wziął do ręki pieczątkę i zawiesił ją nad wnioskiem. – Dobra, masz kwit. – Przybił ją z hukiem. – Załatwiaj.

Pająk chwycił dokument i pospieszył do wyjścia.

Przed nowoczesnym trzykondygnacyjnym budynkiem komendy stał Kita i palił papierosa. Pomimo siarczystego mrozu miał na sobie jedynie skórzaną czarną kurtkę.

– A ty gdzie tak prażysz? – rzucił.

– Na dworzec – odparł Pągowski, przystając. – Muszę się jak najprędzej dowiedzieć, co się stało z Bernardem Stawickim.

– Pająk… – Kowalewski zdusił papierosa na rudej cegle, którą wyłożono elewację komisariatu. – Może ty lepiej na trening tego swojego karate pójdź, co? Albo na strzelnicę? Razem sobie postrzelamy, zrelaksujesz się trochę. – Złapał Pająka za ramię i pociągnął w stronę drzwi wejściowych.

Pągowski strącił jego rękę.

– Nie! – krzyknął. – Kurwa, Kita, ty nie rozumiesz?

Patrzył na partnera wzrokiem szaleńca. Kita jeszcze nigdy nie widział przyjaciela w takim stanie. Zawsze pogodny, spokojny i wyluzowany Pająk od kilku dni był innym człowiekiem.

– Co jest, stary? Co się dzieje? – spytał Kowalewski zmartwiony.

– To ta kobieta, Kita – odparł w końcu Pająk. – To ta jedyna. To ona. – Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Kita podniósł brwi. Tego się nie spodziewał. Od rozwodu wiele lat temu, kiedy Iwona Pągowska zostawiła Pająka z jedną parą gaci, Paweł nigdy nie wspominał o kobietach.

– No bracie! – zakrzyknął Kita. – A to ci news! Nasz pieprzony Don Johnson! – Siarczyście poklepał go po plecach. – Leć, leć!

Policjant popędził w stronę auta.

– Pająk! – zawołał za nim jeszcze Kita.

– No? – Pągowski ledwo zahamował na oblodzonej kostce brukowej.

– Znów wyglądasz jak emotka!

Pająk prychnął, wsiadł do starej srebrnej hondy accord i odpalił silnik.

„Następna stacja. Litr wódki i pół wina, koniec lipca, za chwilę już znów zima” – zapodał Taco Hemingway.

Pająk uwielbiał polski rap, w przeciwieństwie do Kity, który gustował w ciężkich brzmieniach. Zawsze się spierali o to, co puścić, gdy jechali razem w teren. Najczęściej kończyło się na tym, że wyłączali sprzęt.

Podgłośnił. Słuchał tej płyty na okrągło od kilku miesięcy. Po raz pierwszy włączył ją chwilę po tym, jak zamknęli sprawę potwora z Kartuz; dobrze mu robiła.

Przejechał ulicą Armii Krajowej, przeciął Niepodległości i wjechał w Kościuszki. Po chwili po prawej wyrósł nowy budynek dworca, oddany do użytku zaledwie kilka dni temu. Sto milionów nie poszło w piach. Przeszklona nowoczesna bryła z licznymi restauracjami w środku zastąpiła obskurny barak. Wyglądała imponująco. Pająk wjechał na parking podziemny i po chwili był już na parterze przy kasach. Ogromna choinka tuż obok migotała natarczywie jak billboardy na Manhattanie. Bezpardonowo minął ogonek podróżnych i przyłożył odznakę do okienka. Charakterystyczna srebrna gwiazda trzasnęła o szybę. Kasjerka obsługująca klientkę popatrzyła na niego osłupiała.

– Waldek! – krzyknęła za siebie.

Za chwilę w podświetlanej kabinie pojawił się brzuchaty mężczyzna z rudą czupryną. Przyjrzał się nadal opartej o szybę odznace i dał znak Pająkowi, że wpuści go do środka bocznym wejściem.

– Stawicki, Stawicki – powtarzał Waldemar Piotrowski, menedżer dworca kolejowego, wolno klikając jednym palcem w klawiaturę komputera. Po długim poszukiwaniu w końcu powiedział: – Mam!

Jeszcze raz spojrzał nieufnie na podbity przez komendanta policji wniosek o udostępnienie informacji i odwrócił do Pająka ekran.

Bernard Stawicki miesiąc temu kupił przez internet dwa bilety do Krakowa na dwudziestego drugiego grudnia. Jeden dla siebie, drugi dla Renaty Kamińskiej.

– Wsiadł do tego pociągu? – zapytał opanowanym głosem Pająk.

Nagle poczuł się spokojny.

– Żaden z biletów nie został zeskanowany – odparł Waldemar Piotrowski. – Ale to nie znaczy, że tych państwa nie było w pociągu. Przed świętami zawsze jest kocioł. – Wzruszył ramionami.

8

Renata Kamińska długi czas milczała. Wpatrywała się w okno. Śnieg zacinał z prawej strony, niesiony silnym wiatrem od morza. Zmierzchało. Stała bez ruchu tak długo, że w końcu jej twarz zaczęła odbijać się w szybie.

Paweł Pągowski spokojnie jej się przyglądał. Co widział w niej Bernard Stawicki? Lekko zadarty nos, ostre kości policzkowe, charakterystyczne, mocno zarysowane łuki brwiowe. Atrakcyjna kobieta w średnim wieku. Filigranowa, zadbana. Mogła się podobać, na pewno.

W końcu Kamińska otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk, jakby nie mogła wypowiedzieć zdania:

„Miałam romans z mężem własnej siostry”.

– Pewnie chce pan wiedzieć, jak to się zaczęło? – wydukała w końcu.

Nadkomisarz nie odpowiedział.

– Jak wszystkie tego rodzaju romanse. Każde z nas pragnęło zostać wreszcie zauważone. Marianna… ona zawsze była oziębła, wycofana, jakby w innym świecie. A Bernard to prawdziwy mężczyzna, temperamentny, bystry. Dwa przeciwieństwa. Od początku wiedziałam, że to małżeństwo prędzej czy później się rozpadnie. Ale nikt nie chciał mnie słuchać. No w każdym razie w sierpniu wpadliśmy na siebie na ulicy. Zaprosiłam Bernarda na górę na kawę. I wtedy to się stało. Po prostu mnie pocałował. – Uśmiechnęła się lekko do siebie. – Pan mnie ocenia – stwierdziła.

– Nie – odparł Pająk. – Chcę się tylko dowiedzieć, co się stało z zaginionym Bernardem Stawickim. Tyle.

Kobieta pokiwała głową. Jej czarne, odbijające się w szybie oczy wydawały się puste.

– Nie wiem, co się z nim stało. Mieliśmy wyjechać razem. Zobaczyć, czy to wspólne bycie w ogóle nam wyjdzie. Potem może zacząć nowe życie. – Wzruszyła ramionami. – Bernard kupił bilety. Do Krakowa, bo ja nigdy nie byłam i bardzo chciałam pojechać. Ale mamie się pogorszyło. Sepsa. Dali jej w szpitalu coś na uspokojenie i już się nie obudziła. Więc zadecydowaliśmy, że wszystko odłożymy. W dniu, w którym mieliśmy wyruszyć w tę naszą romantyczną podróż, odbył się pogrzeb. Paradoks, prawda? – Renata z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Ale Bernard Stawicki na pogrzebie się nie pojawił.

– Nie – prychnęła. – Pewnie wyjechał sam. Tak było wygodniej. Sam zaczął nowe życie. Oszukał zarówno Mariannę, jak i mnie. – Przymknęła oczy i zacisnęła usta. – Powie jej pan? – Odwróciła się do niego.

Pająk podniósł pytający wzrok.

– O nim i o mnie. Powie pan?

Policjant przyglądał się Renacie dłuższą chwilę. Jej twarz wyrażała ból.

– Nie – zdecydował w końcu. – Nie chcę, żeby znowu cierpiała. – Wstał i skierował się do wyjścia. – Nie zasługuje na to – powiedział, nim zamknął za sobą drzwi.

9

Fajerwerki rozbłysły nad morzem, zabarwiając wodę wieloma kolorami. Marianna Stawicka krzyknęła, odwracając się w jego stronę. Jeszcze nigdy nie widział na jej twarzy uśmiechu. Najpierw nie chciała dać się wyciągnąć, mówiła, że żałoba, że nie wypada. („Nie zapraszam cię przecież na bal. Zwykły spacer po plaży. No może nie zwykły… spacer z fajerwerkami i szampanem”. „Mamie spodobałby się ten pomysł” – odparła po dłuższej chwili).

– Otwórz szampana – powiedziała, lecz wybuchające ognie zagłuszyły jej głos.

– Co?! – zawołał stojący nieopodal Paweł.

– Szampana! Otwórz szampana! – śmiała się Marianna. Narysowała w powietrzu butelkę, wyciągając na migi korek.

– Aaa! Już!!! – Pająk dał jej znak, że zrozumiał, i sięgnął po stojącego na zimnym piasku zmrożonego moëta.

Korek poleciał w górę. Po szyjce ściekła piana. Nadkomisarz rozlał alkohol do plastikowych kubeczków.

– Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem… – zaczęli odliczać ludzie wokół.

Jednak Pająk nie widział nikogo prócz niej. Dla niego byli na plaży sami.

– Trzy, dwa, jeden!

Całe niebo pokryło się kolorowymi plamkami kreślącymi szalone wzory. W tej dziwnej choreografii Pająk znajdował ukojenie. Nie czuł ucisku wspomnień. Iwona nie pakowała walizek, nie trzaskała drzwiami, by po chwili zniknąć w czarnym bmw. Rozwiedli się szybko z orzeczeniem o jego winie. Za dużo pracował. Zaniedbywał ją. Ale oboje wiedzieli, że czarne bmw przyjeżdżało po Iwonę na długo przed tamtym sylwestrem.

„To była niewierna suka – powtarzał mu Kita. – Czemu dajesz jej się oskubać?”.

Paweł Pągowski był samurajem. Popełnił materialne seppuku. Ale teraz nie miało to znaczenia. Marianna Stawicka podskakiwała na plaży jak mała dziewczynka, wskazując rozbłyskujące raz po raz fajerwerki.

– Patrz na te! A te! O jaaa! – krzyczała bezgłośnie w huczącą przestrzeń.

Pająk podążał wzrokiem za jej ręką. Oglądał to, co chciała mu pokazać. On też zamierzał pokazać jej tak wiele.

Podszedł w końcu do niej, przyciągnął mocno do siebie i zanurzył w jej oddechu. Był słodko-cierpki jak wytrawny szampan. Marianna Stawicka po chwili wyrwała się z pocałunku. Spojrzała mu głęboko w oczy. Jej wzrok był pytający.

– To ty! – zawołał i zaczął się śmiać. – To ty, tylko ty, rozumiesz? To ty jesteś tą jedyną! To tyyyyy!!! – krzyczał jej do ucha.

– Wariacie!

– Co???

– Wa-ria-cieeeeeee!!!!!

Pająk znów przyciągnął ją do siebie. Pocałował dokładnie tak samo, jak Bernard Stawicki pocałował Renatę, poszukując zrozumienia i ciepła. Choć mróz przeszywał ich na wskroś, ich usta były gorące, idealnie dopasowane.

10

Funkcjonariusze policji równocześnie wprowadzili magazynki do gniazd glocków 17, przeładowali, wymierzyli broń i wystrzelili serię pocisków. Rozległ się huk. Po chwili na transporterach podjechały do nich tarcze strzelnicze.

– Zajebistość dziesięć! – skwitował Kita, zdejmując słuchawki. Na samym środku jego tarczy widniało pięć dziur.

– Easy-peasy, kurwa. – Umięśniony brunet, mister sopockiej komendy, aspirant Bartosz Cybut vel Cybutek odłożył broń, bardzo z siebie zadowolony.

– W imię zasad, skurwysynu! – Nikt tak dobrze jak Romek Warlecki nie naśladował Bogusława Lindy.

– A ty jak tam, Pająk? – Kowalewski wychylił się ze swojej kabiny.

Zielono-żółte ściany odbijające światło reflektorów sprawiały, że jego twarz miała trupi kolor.

– W kitę – odparł zgryźliwie Pająk.

– Tak to jest, jak się człowiek zakocha. – Kita zaczął się śmiać.

– A co, Pająk sobie duże lustro sprawił? – Otyły podinspektor Warlecki zaciekawiony zerknął na kolegów.

– Jakie tam lustro! Pająk ma dziewczynę! – pospieszył z informacją Kita. – I to od ponad miesiąca! Nie widzisz, jakie kolorowe motyle wokół niego polatują!

– W dupę, nie na sanki! – Zdziwiony Warlecki zrobił minę pełną uznania. – No Pająk, myślałem, że już jesteś w tym temacie stracony. – Podszedł do Pągowskiego i przybił z nim siarczystą piątkę. – To może jakaś połóweczka, co? No taka okazja…

-Ja odpadam. – Pająk rozłożył ręce. – Marianna zaprosiła mnie na kolację.

– Romek, od miesiąca się próbuję z nim umówić, bez szans. Ciągle tylko Marianna to, Marianna tamto. Przepadł chłopak – włączył się Kita.

– Na początku zawsze jest słodko, a potem słodko-pierdząco – zauważył Cybut. – Najpierw udają, że są takie wyluzowane, że nie mają nic przeciwko temu, że dużo pracujesz, same ci wódkę leją, jak z roboty wracasz, a potem buła, łokieć, łokieć, żyć nie dają.

– Marianna taka nie jest. – Pągowski się uśmiechnął.

– Wszystkie takie są, Pająk. Jeszcze się nie nauczyłeś? – Warlecki pokręcił głową. – Babę to trzeba od początku krótko, bo jak smycz poluźnisz, to zaczyna kąsać. Znacie to? Jak spośród stu kobiet wybrać tę, z którą się nie dogadasz? Losowo! – Podinspektor wybuchnął tubalnym śmiechem.

– A dlaczego kobiety mają stopy mniejsze od mężczyzn? Żeby stać bliżej zlewozmywaka – podchwycił Bartosz Cybut.

– Dziesięć kobiet połączonych uszami: tunel próżniowy! – popisał się Kowalewski.

Wesołość się wzmogła. Warlecki złapał się za brzuch, nie mógł przestać się śmiać.

– A słuchajcie tego. – Kita otarł mokre oczy. – Co zrobić, żeby w oczach kobiety pojawił się blask? – Popatrzył wyczekująco po kolegach. – Zaświecić jej latarką do ucha!

Policjanci znów się zatrzęśli.

– Dobra, psy. Ja spadam. – Pająk pokręcił głową, podniósł rękę w pożegnalnym geście i ruszył do wyjścia.

– Spadaj, spadaj, ale pamiętaj, że najpiękniejszy romans to ze sobą samym – zawołał za nim rozbawiony Cybut i przejechał po bokach głowy małym grzebykiem, który wydobył z tylnej kieszeni spodni.

– Nie no, Pająk, też musisz do konia czymś rzucić! – krzyknął za odchodzącym nadkomisarzem Warlecki.

Paweł Pągowski przystanął, odwrócił się do reszty i spokojnym głosem zapytał:

– Co wyjdzie z krzyżówki blondynki z psem husky?

– No, dawaj! – krzyknął Cybutek.

– Albo najgłupszy pies świata, albo kurwa odporna na mróz. Funkcjonariusze ryknęli.

– Hahaha, nasz sensei przyłożył! – pochwalił, krztusząc się, Warlecki.

– Marianna jest brunetką. – Pająk przekornie wzruszył ramionami i wyszedł.

Zmienił ubranie w szatni, włożył żółtą puchówkę i caterpillary. Na dworze było bezwietrznie. Latarnie rzucały światło na świeży śnieg, który pokrywał podjazd. Pająk wyciągnął z hondy szczotkę i oczyścił z puchu szyby. Wsiadł do auta i odpalił silnik. Z głośników popłynął jazz. Sleep Safe and Warm – kawałek w wykonaniu kwintetu Wojtka Mazolewskiego oparty na temacie z Dziecka Rosemary płynął spokojnie jak rzeka, unosił go przez zimę, która w tym roku nie wydawała mu się surowa i ciężka, lecz czysta i kojąca. To właśnie ten utwór puściła Marianna, gdy spędził u niej pierwszą wspólną noc. Rozłożona sofa w salonie, szarość poranka, leniwie opadający za oknem śnieg i muzyka, która otuliła ich skołowane umysły. Czas przestał istnieć, rozpłynął się po ścianach, rozszedł po podłodze, zniknął. Pająk powoli wjechał na rondo, lecz i tak tył samochodu lekko zarzuciło. Koła zabuksowały. Gładko wyprowadził hondę na prostą i zjechał na 23 Marca. Instrumentalna muzyka sprawiła, że poczuł się jak detektyw z amerykańskich filmów; miał przez chwilę ochotę przekrzywić wyobrażony brązowy kapelusz na głowie. Uśmiechnął się do swojego odbicia we wstecznym lusterku.

Zaparkował przed domem i sprężystym krokiem wbiegł na schody. Po chwili Marianna otworzyła drzwi. Ubrana na czarno, błyszczała i nie trzeba było świecić jej do ucha.

– Cześć – powiedziała i nieśmiało pocałowała go w policzek. Choć od miesiąca byli niemal nierozłączni, nadal czuli się jak uczniaki. To wszystko było tak nowe i niezwykłe, że zawstydzali się niemal każdym gestem.

– Cześć – szepnął Pająk i wszedł do środka.

– Przyniósłbyś drewna z piwnicy? Napalimy w kominku – poprosiła.

– Pewnie!

– Pod schodami! – krzyknęła, gdy schodził na dół.

Piwnica pachniała żywicą. Pod ścianą we wnęce złożono równej wielkości polana. Wysoki Pająk musiał przykucnąć, żeby po nie sięgnąć. Zaczął układać kawałki drewna w zagięciu łokcia, by wziąć jak najwięcej na raz. Gdy wstawał z kolan, zachwiał się i zatoczył do tyłu. Uderzył ciałem w skrzyniową zamrażarkę, lekko ją przesuwając.

– Szlag – stęknął pod nosem, gdy jedna ze szczap spadła na podłogę.

Z trudem się po nią schylił.

I wtedy coś przykuło jego wzrok. Ciemna plama na kafelku, który musiał się odsłonić, gdy Pająk walnął w bok skrzyni.

Ostrożnie odłożył drewno.

Był śledczym od dwudziestu pięciu lat. Nie musiał sprawdzać, by wiedzieć, co to jest. A jednak przejechał palcem po gęstej mazi, a ta została na jego skórze. Roztarł ją między opuszkami. Wstał i spojrzał na zamrażarkę. Była duża i pojemna. Wiedział, że w gastronomii mówiono na takie trumna. Nie chciał jej otwierać, a jednak wiedział, że musi. Sięgnął do wieka i je uniósł.

Mrożonki. Groszek z marchewką, pyzy, truskawki, ryby w przezroczystych woreczkach.

Przerzucił kilka opakowań. Pomiędzy nimi pojawiła się twarz. Niebieskawy odcień skóry, szeroko otwarte oczy, ciemne oszronione brwi.

Usłyszał za sobą jakiś dźwięk.

Tuż za nim stała Marianna. Patrzyła to na niego, to na oniemiałą twarz męża wystającą spośród zamrożonych produktów spożywczych.

Szeroko otworzyła usta. Nic nie mówiła. Dopiero po chwili zaczęła krzyczeć. Przeraźliwie, wysoko, ostro.

Nie pamiętałam. Nie pamiętałam tego. Nie pamiętałam – szeptała, gdy Pająk wziął ją w ramiona.

11

Powoli schodziła na dół. Schody prowadzące do piwnicy jeszcze nigdy nie wydawały jej się tak długie i strome. Szła i szła, brnęła jak przez mgłę, a stopnie się mnożyły jak w złym śnie.

„Umarła – nadal słyszała w głowie głos Renaty. – Mama umarła przed chwilą w szpitalu. Akurat do niej przyjechałam. Spała od czternastu godzin i po prostu przestała oddychać”.

Marianna też przecież miała tam właśnie pojechać. Już przygotowała rosół do wzięcia. Wyparzyła słoik, wlała do niego gorącą zupę, zakręciła i odwróciła do góry dnem. Pasteryzacja na sucho. Tak jak uczyła ją mama. Miała być w szpitalu dosłownie za kwadrans. Ale mama nie poczekała. Umarła przy Renacie.

W końcu Marianna stanęła na posadzce. Zobaczyła plecy Bernarda. Miodowa koszula, ciemne gęste włosy w nieładzie. Schylał się nad otwartą zamrażarką.

– A! Jesteś! – powiedział.

Nie widział, w jakim jest stanie. Już dawno przestał na nią patrzeć.

– Gdzie są agnolotti z duszoną wołowiną? Szukam i szukam, ale nie widzę.

– Chyba nie ma – odparła automatycznie.

– Jak to nie ma?! – W końcu się do niej odwrócił. Miał zaciśnięte usta.

– Nie wiem, chyba zapomniałam kupić. – Jej głos był bezbarwny.

– Zapomniałaś kupić. Przecież cię prosiłem! Prosiłem czy nie prosiłem? No powiedz! Wszędzie te mrożone ryby, które możemy mieć codziennie świeże! Tego to w bród. Ale jak człowiek ma ochotę na agnolotti, które miałaś kupić, to nie ma! – Z hukiem zatrzasnął klapę zamrażarki. – Wszystko robisz źle! Nawet siekiery nie potrafisz odłożyć na miejsce! Zawsze muszę jej szukać!

– Może zostało jakieś opakowanie na dnie – wypowiadała słowa bezwiednie, zupełnie jakby ciało nie należało do niej.

– Tak? To znajdź! Proszę! – Znów otworzył wieko trumny.

– Sama sobie grzeb w tym gównie!

– Mama nie żyje – powiedziała.

Zdanie wydało jej się absurdalne. Zupełnie nie pasowało do tej sytuacji, do tego miejsca.

– Co?

– Mama nie żyje – powtórzyła.

Nie czuła niczego. Pewnie byłoby inaczej, gdyby tam wtedy z mamą była. Trzymałaby ją za rękę. Gładziła po policzku. Może pogłaskałaby ją po głowie, a mamie od razu zrobiłoby się lepiej. Otworzyłaby oczy. Znów byłaby dla niej.

– Boże – sapnął Bernard. – Kiedy pogrzeb?

– Za dwa dni.

Nie wyobrażała sobie tego dnia. Pochowają mamę. Jej ciało pod ciężką mokrą gliną. Mama nie lubiła pogrzebów. Przeważnie wysyłała na nie tatę. „Idź, Tadzik, reprezentuj rodzinę” – mawiała.

– Za dwa dni. – Bernard z niedowierzaniem pokręcił głową. – Dwudziestego drugiego.

– Tak – westchnęła. – Nie wyobrażam sobie tego, nie wyobrażam…

Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości.

– Ludzie umierają. To normalne. Wszyscy kiedyś umrzemy. I ja, i ty. – Głos Bernarda był cierpki, cyniczny.

Czy opowiadała mu o Renacie? Czy powiedziała mu, jak dowiedziała się, że ludzie odchodzą? Nie pamiętała. Ale nienawidziła go teraz bardziej niż kiedykolwiek.

Bernard znów odwrócił się w stronę zamrażarki. Dłonie położył na jej brzegach. Opuścił głowę.

Marianna wymacała ręką przedmiot leżący na szafce. Siekiera była lekka, poręczna, taka, by i ona mogła przerąbać drwa, gdy chciała napalić w kominku.

Nie pamięta, jak zbliżyła się do męża. Nie wie, czy wydała z siebie jakiś dźwięk, czy zrobiła to bezszelestnie. Przystojny policjant o brązowych włosach, który spisywał zeznania, powiedział, że ostrze weszło gładko i głęboko.

Krew wytarła szmatami, których spalone strzępy wraz z nadpalonymi biletami na pociąg znaleziono w kominku. Siekierki nie wytarła. Odwiesiła ją na ścianę, tam gdzie jej miejsce.

Starała sobie wszystko przypomnieć, ale obrazy ulatywały, nie chciały ułożyć się w całość. Patrzyła na światełka na małej sztucznej choince wciąż stojącej w rogu pokoju przesłuchań, choć dziś wypadało święto Matki Bożej Gromnicznej.

Uśmiechała się lekko.

To były najlepsze święta od lat.

„Biel” to trzeci tom mrocznej serii „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak. Pewnego zimowego poranka z okna sopockiej kamienicy skacze studentka prawa. Ślady na jej ciele wskazują, że przed śmiercią młoda kobieta była krępowana i duszona. Na miejsce zdarzenia przybywa prokurator Leopold Bilski, który po sprawie w Kartuzach wrócił do Trójmiasta. Tropy wiodą do środowiska nocnych klubów, które kryją mroczne pragnienia i tajemnice głęboko osadzone w przeszłości.

fot. Małgorzaty Oliwii Sobczak: Iwona Wojdowska

Tematy: , , , , ,

Kategoria: opowiadania