Wciągająca opowieść o kulisach japońskiej przestępczości. Przeczytaj fragment książki „Tokyo Vice. Sekrety japońskiego półświatka” Jake’a Adelsteina

3 listopada 2021

Będąc amerykańskim dziennikarzem w Japonii, Jake Adelstein poznał świat nieznany dużej części Japończyków, a co dopiero obcokrajowcom: świat zorganizowanej przestępczości. Przez dwanaście lat prowadził śledztwa dla największej tamtejszej gazety, „Yomiuri Shinbun”. Wspomnienia z tamtych doświadczeń zebrał w książce zatytułowanej „Tokyo Vice”. Poniżej możecie przeczytać fragment, w którym autor opisuje, jak rozpoczął pracę w Japonii jako dziennikarz.

Los będzie ci sprzyjał

Dwunasty lipca 1992 roku okazał się przełomowy, jeśli chodzi o moją wiedzę na temat Japonii. Siedziałem ze wzrokiem utkwionym w telefonie i z nogami w przenośnej lodówce – w środku lata dobry jest każdy sposób na ochłodę – czekając, aż odezwie się ktoś z „Yomiuri Shimbun”, najbardziej prestiżowego japońskiego dziennika. Albo załapię się do niego jako reporter, albo pozostanę bezrobotny. To był długi wieczór, ukoronowanie trwającego ponad rok procesu.

Niewiele wcześniej pławiłem się w luksusie niedbania o przyszłość. Studiowałem literaturę porównawczą na mieszczącym się w samym centrum Tokio Uniwersytecie Mądrości (Jōchi Daigaku) i pisywałem artykuły do gazetki studenckiej.

Miałem zatem pewne doświadczenie, niewystarczające jednak, by mogło stać się zaczątkiem kariery. W hierarchii pracujących w Japonii obcokrajowców plasowałem się oczko wyżej niż nauczyciele języka angielskiego. Zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze na tłumaczeniach z angielskiego na japoński filmów instruktażowych do kung-fu, co w połączeniu z wpływami z masażu szwedzkiego, który robiłem zamożnym japońskim kurom domowym, zapewniało mi dość forsy na życie. Nie wystarczało to jednak na czesne za studia. W tej kwestii musiałem polegać na rodzicach.

Nie wiedziałem, co właściwie chcę robić. Większość kolegów z uczelni już przed podjęciem studiów miała zagwarantowane zatrudnienie – zjawisko to nazywa się naitei i jest mało etyczne, ale co z tego, skoro wszyscy tak robią. Ja również otrzymałem podobną obietnicę – od Sony Computer Entertainment – ale pod warunkiem kontynuowania nauki jeszcze przez rok. Nie o takim zajęciu marzyłem, ale w końcu co Sony, to Sony, prawda?

Pod koniec 1991 roku, mając stosunkowo niewiele zajęć na studiach i mnóstwo wolnego czasu, postanowiłem zgłębić tajniki języka japońskiego. Wymyśliłem sobie, że zdam egzaminy z komunikacji masowej, przeznaczone dla przyszłych absolwentów, i postaram się znaleźć pracę jako dziennikarz. Chciałem pisać po japońsku. Ubzdurałem sobie, że pisanie do dziennika, który czyta osiem czy dziewięć milionów osób w całym kraju, nie może być trudniejsze niż klecenie artykułów do szkolnej gazetki, a to przecież umiałem robić.

W Japonii młodzi ludzie, przyszli dziennikarze, nie wspinają się po szczeblach kariery tak jak w innych zawodach – nie zaczynają od skromnych, lokalnych pisemek, żeby skończyć w najpoważniejszych i najważniejszych dziennikach – ale rekrutują się prosto z uczelni. Redakcje hurtem zatrudniają studentów, ale dopiero kiedy ci zdadzą znormalizowany „egzamin wstępny”. Rytuał wygląda następująco: razem z pozostałymi kandydatami na reporterów wchodzisz do wielkiej sali konferencyjnej i dostajesz testy, których rozwiązanie trwa nawet cały dzień. Jeżeli zdobędziesz wystarczająco dużo punktów, następnym etapem kwalifikacji będzie rozmowa, a po niej kolejna i jeszcze jedna. Jeśli dobrze ci pójdzie, a przy okazji przypadniesz do gustu rozmówcom, otrzymasz gwarancję zatrudnienia.

Szczerze mówiąc, niespecjalnie liczyłem na to, że zechce mnie zatrudnić jakakolwiek japońska gazeta. Nie ma co ukrywać: jakie jest prawdopodobieństwo, że żydowski chłopak z Missouri dostanie się do elitarnego bractwa japońskiego dziennikarstwa? Ale co tam! Stwierdziłem, że jeżeli wyznaczę sobie cel, choćby nawet nieosiągalny, i jeśli moja nauka będzie czemuś służyła, to – kto wie – może przy okazji uda mi się zrobić coś więcej. Na przykład zdołam podszkolić japoński.

Zastanawiałem się, gdzie złożyć podanie. W Japonii ukazuje się wyjątkowo dużo gazet i z reguły pełnią one dużo ważniejszą funkcję niż na przykład w Stanach.

Dziennik „Yomiuri Shimbun” miał największy nakład – codziennie ponad dziesięć milionów egzemplarzy – spośród wszystkich wydawanych w Japonii (i nie tylko tam, bo w ogóle na całym świecie). „Asahi Shimbun” zajmował drugie miejsce – do dziś nic się nie zmieniło, tyle że obecnie pismo notuje większą stratę w stosunku do konkurenta. Mówiono, że „Yomiuri” jest tubą konserwatywnej Partii Liberalno-Demokratycznej (PLD), głównej siły politycznej w Japonii od końca drugiej wojny światowej; „Asahi” to naczelny organ socjalistów, w tej chwili na marginesie sceny politycznej; a „Mainichi Shimbun”, trzecim pod względem wielkości nakładu japońskim dziennikiem, rządzą anarchiści, ponieważ gazeta nigdy nie potrafi się zdecydować, po czyjej stoi stronie. „Sankei Shimbun”, tytuł zajmujący w tamtym czasie czwartą pozycję na liście najsilniejszych dzienników, uznawano za głos skrajnej prawicy; niektórzy powiadali, że gazeta ma mniej więcej taką wiarygodność jak ulotka reklamowa z supermarketu, czasem jednak puszczano w niej niezłe materiały.

Agencję prasową Kyodo, czyli japoński odpowiednik Associated Press, zdecydowanie trudniej zdefiniować. Dawniej nazywała się Domei i służyła jako narzędzie oficjalnej propagandy, zwłaszcza w latach drugiej wojny światowej. Po zakończeniu działań wprawdzie stała się instytucją niezależną, jednak nie wszystkie powiązania z rządem zostały zerwane. Ponadto jej pakiet kontrolny posiada Dentsu, największa i najpotężniejsza w Japonii (i na świecie) agencja reklamowa, co zapewne w jakiś sposób rzutuje na obiektywność doniesień Kyodo. Istnieje jednak coś, co sprawia, że wielu marzy o pracy w Kyodo: związki zawodowe, obiekt zazdrości każdego japońskiego dziennikarza. Związki pilnują, aby reporterzy korzystali z przysługujących im urlopów, co w większości japońskich firm zdarza się niezwykle rzadko.

Jest jeszcze Jiji Press, młodsza, ale bardzo pracowita siostra Kyodo. Zatrudnia mniejszą liczbę dziennikarzy i popularnością nie dorównuje konkurentce. Krąży dowcip o tym, że reporterzy Jiji piszą swoje teksty po przeczytaniu doniesień Kyodo na ten sam temat. Żart okrutny, ale i środowisko niezbyt łagodne.

Z początku skłaniałem się ku „Asahi”, ale przeszkadzała mi skłonność gazety do ukazywania Stanów Zjednoczonych w złym świetle przy każdej nadarzającej się okazji. Kłóciło się to z obrazem Ameryki, jaki moim zdaniem gościł w umysłach większości mieszkańców Japonii: głosu demokracji, ostoi swobody i sprawiedliwości w wolnym świecie.

Za to redaktorzy „Yomiuri” byli twardzi, nieustępliwi, konserwatywni oraz – jak na mój gust – nieco zbyt często posługiwali się ogólnikami i polegali na kanji (chińskich ideogramach), ale teksty zamieszczane w sekcji krajowej naprawdę robiły wrażenie. Zanim jeszcze powszechnie zaczęto używać określenia „handel żywym towarem”, dziennik „Yomiuri” opublikował serię zjadliwych, obszernych artykułów o losie Tajek szmuglowanych do Japonii w charakterze prostytutek. Autorzy pisali o swoich bohaterkach z szacunkiem i nawet pozwalali sobie na łagodną krytykę policji za lekceważące podejście do problemu. W moim przekonaniu w ten sposób gazeta jednoznacznie opowiedziała się po stronie pokrzywdzonych. Walczyła o sprawiedliwość.

Testy dla kandydatów na dziennikarzy „Asahi” i „Yomiuri” odbywały się tego samego dnia. Zapisałem się na egzamin do „Yomiuri”.

Egzamin stanowił część organizowanego przez dziennik seminarium na temat dziennikarstwa, które było zawoalowaną – i często stosowaną przez firmy – formą rekrutacji pracowników przed oficjalnym początkiem „sezonu łowców głów”. Chodziło oczywiście o zwerbowanie śmietanki absolwentów. Gazeta nie reklamowała seminarium, nie anonsowała go na pierwszej stronie, dlatego jeżeli ktoś poważnie myślał o pracy w „Yomiuri”, musiał czytać dziennik od deski do deski, żeby przypadkiem nie przegapić ogłoszenia i nie zmarnować okazji. Cała marząca o posadzie dziennikarza w „Yomiuri” redakcja gazetki studenckiej uważnie przeglądała każdy numer.

Ponieważ Japonia to kraj, w którym wygląd ma niebagatelne znaczenie, musiałem prezentować się stosownie do okazji. Otworzyłem szafę i odkryłem, że wilgotne letnie powietrze zamieniło moje dwa garnitury w kolonię grzybów. Pobiegłem do dyskontu z męskimi ciuchami i za mniej więcej trzysta dolarów kupiłem sobie czarny letni garnitur z matowymi wykończeniami, uszyty z cienkiego oddychającego materiału. Wyglądałem w nim naprawdę nieźle.

Tym nowym – w moim mniemaniu eleganckim – strojem chciałem zrobić wrażenie na Inukai, koledze i redaktorze naczelnym gazetki uczelnianej. Kiedy jednak zjawiłem się w biurze, mieszczącym się w ciemnej, przypominającej średniowieczne lochy piwnicy, Inukai zareagował zgoła inaczej, niż się spodziewałem.

– Moje kondolencje, Jake-kun.

Aoyama-chan, koleżanka z redakcji, wyglądała na pogrążoną w zadumie. Nie odezwała się ani słowem.

Nie wiedziałem, co jest grane.

– Co się stało? Czy to ktoś znajomy?

– Jaki znajomy?

– Ten, co umarł.

– Hę? Nikt nie umarł. Wszyscy mają się świetnie.

Inukai zdjął okulary i wytarł je o koszulę.

– Sam kupiłeś ten garnitur? – spytał.

– No tak. Zapłaciłem trzydzieści tysięcy jenów.

Inukai miał wyraźnie dobry humor. Wiedziałem o tym, bo mrużył oczy jak zadowolony szczeniak.

– A powiedz, jaki garnitur chciałeś kupić? – zapytał z udawaną powagą.

– W reklamie było napisane reifuku.

Aoyama-chan zachichotała nerwowo.

– No co? – zdziwiłem się. – O co biega?

– Ty głupku! Kupiłeś garnitur na pogrzeb! Nie reifuku, tylko mofuku!

– A jaka to różnica?

Mofuku są czarne. Nikt nie wkłada czarnego garnituru na rozmowę o pracę.

– Nikt?

– Tylko yakuza.

– Mogę udawać, że wracam z pogrzebu. Może ze współczucia dorzucą mi punkty.

– Dobry pomysł. Ludzie rzeczywiście współczują upośledzonym umysłowo.

– Zgłoś się do yakuzy! – wtrąciła się Aoyama. – Oni ubierają się na czarno! Będziesz pierwszym gaijinem1 yakuzą!

– Gdzie on się nadaje do yakuzy! – odparł Inukai. – A co zrobi, kiedy go wyrzucą?

– To prawda. – Aoyama pokiwała głową. – Jeśli nie wyjdzie w yakuzie, będzie trudno wrócić do pisania. Stukanie w klawisze dziewięcioma palcami to niełatwa sztuka.

– Myślę, że nie uchowa dziewięciu palców. – Inukai się rozkręcił. – Co najwyżej osiem. Przecież to typowy nieudacznik. Prymitywny, niezdarny, zawsze się spóźnia. Jak to barbarzyńca!

– To widać – przyznała Aoyama. – Stworzony do polowania i grzebania w ziemi. Ale jeśli chodzi o karierę, to moim zdaniem yakuza zdecydowanie nie jest dla niego, nawet jeśli w tym czarnym wdzianku wygląda zabójczo.

– No to co mam zrobić?

– Kupić inny garnitur – odpowiedzieli zgodnie.

– Nie mam kasy.

Inukai wyglądał, jakby się zamyślił.

– Hm. Może przymkną oko, bo jesteś gaijinem. Może powiedzą, że to urocze… o ile wcześniej nie uznają cię za kretyna!

Postanowiłem to sprawdzić.

Seminarium ruszało 7 maja i miało trwać dwa dni z przerwą. Ubrany w garnitur na pogrzeb powlokłem się na pierwsze zajęcia, które zaczynały się za dziesięć pierwsza i odbywały się w imponującej sali w budynku obok siedziby „Yomiuri Shimbun”. Pierwszego dnia zaplanowano wykłady, drugiego miały się odbyć enshū, czyli „manewry” – pod tym eufemizmem krył się egzamin, co odnotowałem z zaskoczeniem, ponieważ zasadniczo terminu tego używa się w wojskowości2.

Seminarium otwarto powitalną przemową i wykładem dla „marzących o pracy dziennikarza”, po którym wygłoszono pogadankę na temat podstaw etyki reporterskiej. Potem podczas dwugodzinnej sesji ci z „pierwszej linii frontu” – czyli dziennikarze zatrudnieni w „Yomiuri” – opowiadali o swojej pracy, o radości ze znalezienia ciekawego materiału i o złości, kiedy najlepszy kąsek przypadnie konkurencji.

Niewiele pamiętam z wykładów. Wysiłek, jaki wkładałem w naukę pisania i czytania po japońsku na jakim takim poziomie, powodował, że zaniedbywałem pracę nad umiejętnością rozumienia ze słuchu. Zresztą, nie mówiłem też zbyt płynnie. Mimo to z rozmysłem postanowiłem zaryzykować. Liczył się egzamin pisemny, musiałem zdobyć na nim wystarczająco dużo punktów, żeby nie przejmować się częścią ustną. Dlatego szczególną uwagę poświęciłem właśnie pisaniu i czytaniu. To nie tak, że byłem całkiem głuchy na japoński. Powiedziałbym raczej, że miałem poważną wadę słuchu i wymowy.

Opowieści dziennikarza piszącego o pracy sekcji bezpieczeństwa publicznego tokijskiej policji – z tego, co udało mi się zrozumieć – brzmiały całkiem ciekawie. Gość wyglądał na czterdzieści lat, miał siwą czuprynę i opadające ramiona – Japończycy nazwaliby jego postawę „kocią”.

Mówił, że sekcja bezpieczeństwa publicznego bardzo rzadko wydaje oświadczenia i nigdy, przenigdy nie publikuje komunikatów prasowych. Wszystkie informacje podawano na briefingu, więc jeśli się nie uważało, mogło się przegapić niezły materiał. To nie było miejsce dla osób spragnionych mocnych wrażeń (ani dla obcokrajowców). Zdarzało się, że reporterzy przez okrągły rok nie mieli okazji napisać choćby słowa. Ale kiedy dochodziło do jakiegoś aresztowania, sprawa niemal zawsze trafiała na pierwsze strony. W końcu w grę wchodziło bezpieczeństwo kraju.

Egzamin – „musztrę”, jak na niego mówiono – zaplanowano trzy dni później w Szkole Zawodowej Inżynierii Maszyn pod patronatem Yomiuri na przedmieściach Tokio.

Zdziwiłem się, że gazeta ma własną zawodówkę. Moje zdumienie wynikało z nieznajomości prospektu firmy i nieświadomości, że Yomiuri to nie tylko dziennik – korporacja stawiała na różnorodne formy działalności, takie jak park rozrywki Yomiuriland, biuro podróży Yomiuri Ryoko i tradycyjny japoński zajazd w Kamakurze. Firma dysponowała ponadto własnym niewielkim szpitalem, ulokowanym na trzecim piętrze korporacyjnego biurowca, kwaterami sypialnymi na czwartym piętrze, a także kawiarnią, apteką, księgarnią i gabinetem masażu. Sponsorowana przez gazetę drużyna baseballu Yomiuri Giants popularnością dorównywała New York Yankees. Imperium Yomiuri działało w branży rozrywkowej, turystycznej, zdrowotnej i sportowej; w Japonii można było przeżyć całe życie, nie opuszczając jego granic – dotąd nic się nie zmieniło pod tym względem.

Od stacji poszedłem za tłumem młodych Japończyków w granatowych garniturach i czerwonych krawatach, czyli w typowym „stroju rekruta” w tamtych czasach. W 1992 roku oznaczało to również, że wszyscy ci, którzy ulegli modzie i ufarbowali włosy na brązowo albo czerwono, musieli teraz przefarbować je z powrotem na czarno. Wśród kandydatów znajdowała się garstka kobiet ubranych w schludne, granatowe kostiumy.

Dotarłem do szkoły kwadrans przed rozpoczęciem testu i wpisałem się na listę. Jeden z pracowników gazety, mężczyzna obsługujący stanowisko recepcji, spytał, czy na pewno trafiłem we właściwe miejsce.

– Na pewno – odparłem grzecznie.

Egzamin składał się z czterech części. Pierwszy był sprawdzian z japońskiego, drugi – test z języków obcych (kilka do wyboru), trzecia część polegała na napisaniu eseju, a czwarta pozwalała zdającemu zaprezentować się potencjalnemu pracodawcy z jak najlepszej strony.

Gładko przeszedłem przez pierwszy etap i skończyłem go dwadzieścia minut przed czasem. Rozsiadłem się wygodnie i dumny z siebie delektowałem się sukcesem, dopóki od niechcenia nie odwróciłem karty egzaminacyjnej. Zobaczyłem coś, od czego zakręciło mi się w głowie: po drugiej stronie również znajdowały się pytania. Spanikowany zabrałem się do pracy, chociaż docierało do mnie, że najprawdopodobniej zawaliłem egzamin. Po upływie wyznaczonego czasu oddałem to, co zdążyłem zrobić (i to, czego nie zdążyłem). Wściekły na siebie wróciłem na miejsce i pomyślałem, że zdecydowanie będzie lepiej, jeśli od razu zapomnę o egzaminie i pojadę do domu.

Kiedy tak siedziałem już jakiś czas z przygnębioną i zaskoczoną miną, podszedł do mnie pracownik „Yomiuri” i poklepał mnie po ramieniu. Miał włosy obcięte na bitelsa, nosił okulary w drucianych oprawkach i mówił chropawym głosem, który nijak nie pasował do jego wyglądu i postury. (Po pewnym czasie dowiedziałem się, że nazywał się Endō i pracował w dziale personalnym; kilka lat później zmarł z powodu powikłań po raku gardła).

– Wyróżnia się pan spośród kandydatów – stwierdził po japońsku. – Dlaczego postanowił pan zdawać egzamin?

– Pomyślałem, że jeśli sobie poradzę, będzie mi łatwiej zdobyć pracę w angielskojęzycznej „The Daily Yomiuri”.

– Zerknąłem na pański test. Naprawdę nieźle pan sobie poradził z pierwszą częścią pytań. Ale co z resztą?

– Wstyd się przyznać. Za późno się zorientowałem, że pytania są wydrukowane po obu stronach kartki.

– Aha. Pozwoli pan, że sobie zanotuję – powiedział i wyjął notesik z kieszeni marynarki. Coś w nim napisał, a potem zwrócił się do mnie: – Proszę nie zawracać sobie głowy „The Daily Yomiuri”. Byłoby szkoda, gdyby pan się tam zmarnował. Proszę pomyśleć o głównym wydaniu. Jeszcze nie wszystko stracone. Studiuje pan na Uniwersytecie Mądrości, prawda?

– Tak – odparłem.

– Tak właśnie myślałem. No to głowa do góry – dodał, klepiąc mnie po ramieniu.

W mojej głowie toczyła się gorąca dyskusja: odpuścić sobie i pojechać do domu czy pociągnąć test do końca? Wstałem i zarzuciłem plecak na ramię. Rozejrzałem się po sali i naraz odniosłem wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Ucichł gwar rozmów, ludzie zamarli w połowie ruchu. Usłyszałem przenikliwe brzęczenie. I nagle dotarło do mnie, że być może stoję przed najważniejszym wyborem w moim dorosłym życiu: wyjść czy zostać? W świecie równoległym wyszedłem. W tym – zostałem.

Grzmotnąłem plecakiem o blat i usiadłem. Wyjąłem ołówki, przysunąłem krzesło i wyprostowałem plecy. Byłem gotowy na drugą rundę. Gdyby istniała ścieżka dźwiękowa do mojego życia, w tym momencie rozbrzmiałby motyw z Jamesa Bonda. Wprawdzie scena układania ołówków na ławce tak, żeby leżały w równym rzędzie, raczej słabo nadaje się na czołówkę filmu akcji, ale nigdy nie czułem się większym bohaterem.

Drugą część egzaminu stanowił sprawdzian z języka obcego. Sprytnie wybrałem angielski – kilka miesięcy tłumaczenia nudnych filmów instruktażowych o kung-fu i przygotowywania napisów w końcu się opłaciło. Potem musiałem przetłumaczyć z angielskiego na japoński fragment artykułu o wolnym handlu w Rosji i z japońskiego na angielski akapit z tekstu o postępie społecznym w nowoczesnych społeczeństwach. Wyrobiłem się gładko przed kolejną dziesięciominutową przerwą.

Następnie: esej. Temat: gaikokujin, czyli obcokrajowcy. O ile pierwsza część egzaminu mnie dobiła, o tyle trzecia dodała mi skrzydeł. W Japonii obcokrajowiec nie jest w stanie uciec przed tematem gaijinów. Podczas zajęć na studiach wielokrotnie pisaliśmy o tym wypracowania.

Czasem człowiek ma więcej szczęścia niż rozumu.

Okazało się, że choć w części poświęconej językowi japońskiemu poszło mi tragicznie, to i tak uplasowałem się na dziewięćdziesiątym miejscu na stu zdających. To oznaczało, że poradziłem sobie lepiej niż dziesięć procent kandydatów, dla których japoński był językiem ojczystym. W części poświęconej językom obcym zdobyłem najwięcej punktów, zarówno w tłumaczeniu z angielskiego na japoński, jak i odwrotnie. Co ciekawe, gorsze noty otrzymałem za tłumaczenie na angielski, co chyba kiepsko świadczy o mojej znajomości tego języka. Mój esej oceniono na czwórkę, przy czym bardziej spodobała się jego treść niż styl i gramatyka. Łącznie zgromadziłem siedemdziesiąt dziewięć punktów na sto i zająłem pięćdziesiąte dziewiąte miejsce na stu zdających. Wynik nie zachwycał, ale i tak zaproszono mnie na rozmowę. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodziło mi do głowy, to takie, że ktoś potraktował mnie ulgowo, bo zorientował się, że nie odpowiedziałem na wydrukowane po drugiej stronie kartki pytania z japońskiego.

Pierwsza rozmowa odbyła się trzy tygodnie później i trwała na szczęście bardzo krótko. Zdążyłem wyjaśnić, dlaczego zawaliłem sprawdzian z japońskiego, odpowiedzieć na pytanie, jakie mam oczekiwania w związku z pracą w gazecie, i wyrazić gotowość zostawania po godzinach. Podkreśliłem, że potrafię i chcę ciężko pracować. Przepytali mnie z wiedzy o „Yomiuri”. Wspomniałem o cyklu artykułów o tajskich prostytutkach i zaznaczyłem, że zrobiła na mnie wrażenie głęboka analiza problemu – zapunktowałem tym u obecnych na rozmowie dziennikarzy z wiadomości lokalnych.

Powiedzieli, że czekają mnie być może jeszcze dwie rozmowy. A potem nie odzywali się przez kilka tygodni.

Denerwowałem się. Pomysł, który z początku wydawał się zwariowany i nierealny, mógł się urzeczywistnić. Codziennie szybko wracałem do domu i czuwałem przy telefonie. Z nabożną czcią studiowałem każde wydanie gazety. Ostro wziąłem się do nauki japońskiego. Stwierdziłem, że jeśli dostanę tę pracę, to przecież jakoś będę musiał sobie poradzić. Chcąc poprawić umiejętność rozumienia ze słuchu, zacząłem pasjami oglądać telewizję.

Pewnego dnia nieznośne poczucie życia w stanie zawieszenia wygnało mnie z domu i zaprowadziło do kina w Kabukichō na paskudny horror.

Po filmie, wracając do domu, zauważyłem stojącą przy wejściu do pasażu handlowego osobliwą maszynę do tarota. Ponieważ miałem mętlik w głowie, uznałem, że w sumie nie zaszkodzi zasięgnąć porady eksperta.

Włożyłem sto jenów do otworu. Ekran rozświetlił się, zamigotał i błysnął różowo-zielonym wirem. Wybrałem kategorię „Praca”, potem wróżkę „Madame Tantra”, a na koniec wprowadziłem zestaw informacji o sobie. Na ekranie w obłoku dymu pojawiła się Madame Tantra, ładniutka Japonka w szalu i z czerwoną kropką na czole, niczym hinduska kapłanka, i kazała wybrać karty. Poruszyłem przypominającym kryształową kulę dżojstikiem i wskazałem karty rozłożone na wirtualnym stoliku.

Wynik: Król Mieczy, pozycja prosta.
Sukces.
Słowo kluczowe: ciekawość.
Idealnie nadajesz się do pracy w charakterze autora haseł reklamowych lub redaktora. Potrafisz pisać dobre teksty. Do tego zajęcia niezbędne są zdolności literackie, ceni się również bezpośredniość i dociekliwość. Ponieważ posiadasz obydwie te cechy, z pewnością wykorzystasz swoje umiejętności. Jeśli zawsze będziesz czujny i głodny informacji oraz będziesz dążył do zaspokojenia chorobliwej ciekawości, LOS BĘDZIE CI SPRZYJAŁ.

Poczułem rozkoszny dreszcz. Przepowiednia tak doskonale trafiła w punkt, że aż zachowałem wydruk z maszyny. Podbudowany błogosławieństwem od Losu, złapałem ostatni pociąg i wróciłem do domu. Sprawdziłem automatyczną sekretarkę – nagrała się wiadomość od „Yomiuri”. Zaproszono mnie do wzięcia udziału w drugim etapie rozmów kwalifikacyjnych.

Podczas drugiej rozmowy zmierzyłem się z trzyosobową komisją. Dwóch sędziów tryskało entuzjazmem, ale trzeci patrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym był muchą, która usiadła na jego sashimi. Czułem, że moja kandydatura budzi kontrowersje. Po serii pytań i odpowiedzi jeden z członków komisji zrobił bardzo poważną minę i powiedział:

– Jest pan Żydem, prawda?

– Technicznie rzecz biorąc, tak.

– Wielu Japończyków jest przekonanych, że Żydzi sterują światowymi rynkami. Co pan o tym sądzi?

– Czy uważa pan, że gdyby Żydzi naprawdę kontrolowali globalną gospodarkę, ubiegałbym się o posadę dziennikarza w japońskiej gazecie? – odparłem błyskawicznie. – Tak się składa, że wiem, ile płacicie początkującym reporterom.

Widać udzieliłem poprawnej odpowiedzi, bo mężczyzna zarechotał i puścił do mnie oko. Na tym skończyły się pytania.

Wstałem i kiedy zbierałem się do wyjścia, jeden z członków komisji odezwał się:

– Adelstein-san, czeka pana jeszcze jedna rozmowa. Jeśli zaprosimy pana na nią, będzie to oznaczało, że prawie na pewno zostanie pan przyjęty. Do kandydatów, którzy przejdą ten etap rekrutacji, zadzwonimy dwunastego lipca. Proszę być w domu. Zadzwonimy tylko raz.

Dwunastego lipca 1992 roku siedziałem z nogami w lodówce i dłonią przyklejoną do aparatu. Zaschło mi w gardle, przechodziły mnie dreszcze. Czułem się jak nastoletni desperat, który liczy na to, że ktoś w ostatniej chwili zaprosi go na studniówkę.

Zadzwonili o dwudziestej pierwszej trzydzieści.

– Gratulacje, Adelstein-san. Przeszedł pan do ostatniego etapu rekrutacji. Proszę przyjechać do Yomiuri Building trzydziestego pierwszego lipca. Czy ma pan jakieś pytania?

Nie miałem.

Ostatnia rozmowa poszła naprawdę nieźle. Wszyscy się uśmiechaliśmy, panowała luźna atmosfera. Nie poruszyliśmy żadnych niewygodnych, trudnych kwestii. Jeden z członków komisji zadał mi jakieś wyjątkowo skomplikowane pytanie dotyczące japońskiej polityki, ale mówił z tak silnym dialektem z Osaki, że za nic nie potrafiłem go zrozumieć. Zabawiłem się więc w psychiatrę: powtarzałem fragmenty jego wypowiedzi i okraszałem je niezbyt precyzyjnymi komentarzami, na przykład: „Cóż, to tylko jeden z wielu aspektów tej sprawy”. Sprawiał wrażenie, jakby ogólnikowość moich wypowiedzi brał za zgodę z własnymi argumentami, więc nie wyprowadzałem go z błędu.

Na koniec padły jeszcze dwa pytania:

– Czy może pan pracować w szabat?

Nie ma problemu.

– Czy je pan sushi?

Ależ oczywiście.

Wreszcie Matsuzaka-san, zajmujący wysokie stanowisko w dziale personalnym – nawiasem mówiąc, wyglądał wyjątkowo „żydowsko” jak na Japończyka – poklepał mnie po plecach i powiedział:

– Gratuluję. Zostałeś przyjęty. Wszystkie niezbędne dokumenty otrzymasz jutro pocztą.

Odprowadzając mnie do drzwi, szepnął mi konspiracyjnie do ucha:

– Sam też skończyłem Uniwersytet Mądrości. Twoi wykładowcy mieli o tobie dużo dobrego do powiedzenia. Cieszę się, że będę mógł pracować z absolwentem tej uczelni.

Niesamowite. Okazało się, że szczęście – to w zastępstwie rozumu – nie tylko towarzyszyło mi przez cały proces rekrutacji, lecz także sprawiło, że w komisji rekrutacyjnej znalazł się sprzymierzeniec w osobie absolwenta mojej uczelni.

Nie wiem, dlaczego Los był dla mnie łaskawy, ale uznałem, że najlepiej mu podziękować i już więcej go nie kusić. Po drodze do domu zajrzałem do ogrodu przy Muzeum Sztuki Nezu i rzuciłem parę monet na stosik przed posążkiem Buddy.

Zapożyczyłem się u niego na kilka jenów (któregoś dnia zabrakło mi na bilet na metro), a zawsze staram się spłacać długi.
(…)
_
Przypisy:
1. Gaijin (jap.) – obcokrajowiec.
2. Dziennikarzy „Yomiuri” czasem określa się mianem Yomiurigun (armia Yomiuri), a współpracowników sekcji shakaibu (wiadomości z kraju, wiadomości lokalne, kronika kryminalna) – yūgun (dosł. „armia dekowników”, choć tradycyjnie termin ten oznacza „siły rezerwy”).

Jake Adelstein „Tokyo Vice. Sekrety japońskiego półświatka”
tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 443

Opis: Jake Adelstein jest jedynym amerykańskim dziennikarzem śledczym, który został dopuszczony do tajemnic japońskiego świata przestępczego. Przez 12 lat pisał o ciemnej stronie Japonii: morderstwach, wyłudzeniach, handlu ludźmi, przestępstwach podatkowych i oczywiście yakuzie. Pracował dla jednej z największych japońskich gazet, gdzie rozpoczął śledztwo w sprawie korupcji w tokijskiej policji. Doprowadziło to do skandalu, który wstrząsnął całym krajem. Adelstein musiał zmierzyć się z groźbami pod adresem swoim i swojej rodziny. Za jego głowę wyznaczono wysoką cenę. „Tokyo Vice” to wciągająca opowieść o kulisach japońskiej przestępczości, która pokazuje nieznaną twarz Japonii. To także intrygująca kronika przemiany nieopierzonego dziennikarza w doświadczonego reportera, który pokonał strach i powrócił, by walczyć. HBO nakręci serial inspirowany wydarzeniami z książki.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek