banner ad

Trzy dziewczyny dorastają w latach 90. w „zapadłej dziurze” w Anglii. Fragment powieści „My, kruche kawałki mięsa” Colwill Brown

16 września 2026

Okładka książki "My, kruche kawałki mięsa" na tle fragmentów map.

W Serii z Żurawiem wydawnictwa Bo.wiem ukazała się powieść „My, kruche kawałki mięsa” autorstwa Colwill Brown. To historia trzech dziewczyn dorastających na przełomie lat 90. i 2000. w angielskim mieście Doncaster. Ich losy zostały przedstawione w dwunastu pełnych emocji i humoru opowieściach. Wszystkie je spaja jeden wątek przewodni: skrywana od dawna tajemnica, która grozi zniszczeniem przyjaźni całej trójki. Poniżej przeczytacie sam początek książki.

ZWYCIĘSTWO

Pamiętacie, jak żeśmy myślały, że Donny to cały świat? Zanim się dowiedziałyśmy, że jesteśmy z Północy, kiedy się nam jeszcze wydawało, że to centrum, jak wyrzynałyśmy całe kraje na polach, jeżdżąc na rowerach przez łany rzepaku sięgające nam do szyi, torując sobie ścieżki. Łodygi zgniatane pod kołami, słodki zapach miodu i zgnilizny, pyłek kwiatowy barwiący naszą skórę na żółto. Łańcuchy rowerów stukają, mięśnie w udach palą, a my podpuszczamy się nawzajem do jazdy bez trzymanki. Normalnie stan umysłu, ta jazda bez trzymanki – trzeba się po prostu puścić i uwierzyć. Stare dobre czasy, kiedyśmy się zajadały blokiem czekoladowym. Gadałyśmy o seksie, stroiłyśmy do siebie dziwne miny i wywalałyśmy młodsze dzieciaki z tylnych siedzeń w autobusie. Stare dobre czasy, kiedy w letnie wieczory nad kanałem przeżywało się romantyczne chwile podlane Smirnoffem, wylegując się na trawie w promieniach późnego słońca. Tak późnego, że mało kto wierzył w nadciągający zmierzch. Kiedy łoiło się browary pod wieżą z bel siana, która górowała nad rzędami domów niczym maszt statku, a sama miała kształt smutnego faceta gapiącego się na własne wyciągnięte nogi. Raz żeśmy próbowały się wspiąć na szczyt, słoma powłaziła nam w staniki i skarpetki, a potem cały ten pierdolnik się zjarał, bo któraś niechcący upuściła peta.

Jak zapytasz kogoś spoza Północy, to będzie kojarzyć Donny tylko z dowcipów albo jako stację, gdzie kiedyś się przesiadał w drodze do Londynu. Przypomni sobie popołudnie, gdy przez piętnaście minut marzł na peronie i ogrzewał ręce cappuccino w papierowym kubku, czekając, aż ekspres LNER zabierze go dokądś indziej. Pewnie się też spodziewał, że jak tylko wyjdzie za drzwi dworca, to od razu pięciu kolesi – z czego przynajmniej jeden dwa razy – zapyta go: „Ej, szefie, szef pożyczy ze dwaiścia pensów na telefon, co?”. Nie ma sensu zapuszczać się dalej do miasta, które miejscowi pieszczotliwie nazywają „Donny Sroni”, a mieszkańcy zamożniejszych miejscowości określają jako „centrum dresiarstwa”, „zbieraninę szumowin”, „zbiorowisko byłych górniczych wiosek, które nie przestają narzekać na Thatcher”, ewentualnie „siedzibę najgorszej drużyny piłkarskiej w kraju”. Zdaniem niektórych Doncaster może się pochwalić najwyższym w królestwie odsetkiem moczymord w stosunku do ogólnej liczby ludności, ale to samo honorowe miano przysługuje każdej zapadłej dziurze w Anglii. Każdy podróżny głupi na tyle, by choćby na chwilę opuścić progi stacji, wróciłby biegiem do hali dworcowej, wdzięczny w chuj, że nie utknął tam na dobre. Gdyby nie to, że pociągi muszą tędy przejeżdżać – pomyślałby wtedy – to Doncaster w ogóle nie miałby racji bytu.

Tacy ludzie nie mają pojęcia o spaniu pod gwiazdami na polu pełnym zboża, na posłaniach ze słomy, o rozmowach do białego rana. Nie wiedzą, jak to jest palić ognisko przez całą noc w starym lesie albo skradać się o świcie z powrotem do domu, omijając kępki dzwonków, których nie miałyśmy serca zdeptać. Albo budować w weekend trony z gładkich głazów znalezionych na brzegu rzeki, przy szumie wodospadu. Nigdy nie widzieli, jak we trzy siedziałyśmy na tych tronach – spocone, padające z nóg, szczęśliwe – i przysięgałyśmy sobie, że zawsze będziemy trzymać się razem.

Nie wiedzą o naszych rodzicach, o tym, jak śpiewali, ściskali się i płakali, jak tańczyli na sofie do czwartej nad ranem, kiedy Partia Pracy Tony’ego Blaira wygrała wybory. O nadziei naszych rodziców na lepszą przyszłość: na to, że teraz może być już tylko lepiej.

O nas wszystkich, o tym, jak głośno się śmiejemy, jak głęboko czujemy, jak mocno kochamy, jak czule.

Nie mają też pojęcia o wciąż widocznym fragmencie rzymskiego fortu w Donny, ale szczerze mówiąc, my żeśmy też nie miały. Nie rozpoznałyśmy długiego na prawie sześć metrów fragmentu zwietrzałego kamienia, porośniętego mchem i trawą, grubszego niż długość ludzkiego ciała. Nie czułyśmy minionych stuleci pod zmarzniętymi tyłkami, kiedy kupiłyśmy dwa litry cydru i przesiedziałyśmy popołudnie na tym murze w dresach Adidasa, z każdą chwilą coraz bardziej nawalone. Nie wyobrażałyśmy sobie żołnierzy w skórzanych sandałach, którzy walczyli tam, ściskając w rękach włócznie o żelaznych grotach. Za bardzo pochłaniały nas własne bitwy.

Pamiętacie, jak za gówniaka jeszcze żeśmy się tak nie rządziły w mieście? Jak szkoła to był cały nasz wszechświat, jak wystarczało nawet najmniejsze zwycięstwo, żebyśmy czuły się niepokonane i wierzyły, że jeśli tylko będziemy się trzymać razem, to nasza trójka wygra każdą walkę – jak wtedy, gdy Pan od WF-u kazał nam grać w piłkę z chłopakami, chociaż poza nami trzema nie było żadnych innych dziewczyn, a śnieżki latały po boisku jak rój wściekłych pszczół? Sam widok z okna przyprawiał nas o dreszcze, a przecież w szatni było ciepło. Chłopaki zdążyli już wtedy nieźle wyrosnąć; wszyscy pozakładali ochraniacze na piszczele i piłkarskie korki. My miałyśmy tylko Reeboki, szorty, niechronione nogi i gołe kolana. Nabijali się z nas, jak usłyszeli, że błagamy nauczyciela, żeby nas zwolnił:

– A wy co? – wrzeszczeli. – Ciotę macie?

Ale nauczyciel nie zamierzał dawać nam forów tylko dlatego, że byłyśmy dziewczynami. Nie rozumiałyśmy, dlaczego to on miał decydować o tym, czy ktoś powybija nam zęby. Nie rozumiałyśmy, dlaczego nie możemy powiedzieć „nie”.

Postanowiłyśmy, że będziemy stały razem na bramce, trzy w rzędzie. Ale kiedyśmy dotarły na boisko, wiatr okładał nas po policzkach gradem lodowych kulek, a bramka wisiała nad nami jak wielka biała zszywka, i zdałyśmy sobie sprawę, że same się wystawiłyśmy na cel. Chwyciłyśmy się pod ręce i stanęłyśmy blisko siebie.

Na boisku dziewiętnastu chłopaków ganiało się po błocie. Nagle piłka przecięła deszcz ze śniegiem jak pocisk i poleciała na nas. Rozpierzchłyśmy się jak stadko gołębi. Piłka uderzyła jedną z nas prosto w cyce – przewróciła ją i odebrała oddech. Błotnista plama na białej koszulce wyglądała jak tarcza, jak piętno.

Chłopak, który strzelił gola, naciągnął koszulkę na twarz i przebiegł przez boisko z rozłożonymi rękami, jak Fabrizio Ravanelli.

– TY CHUJU! – krzyknęłyśmy. Wiatr złapał te słowa i rzucił je z powrotem w naszą stronę.

Kolana otarte, piekące. Łokcie czerwone i podrapane. Ból zaostrzony lodowatymi podmuchami wiatru. Sprawdzałyśmy, czy nie jesteśmy pokrwawione, szukałyśmy ran, które pozostawiłyby blizny, ale chłopaki tego dnia zafundowali nam tylko sińce, które po kilku dniach zbladły, a potem zniknęły. Zebrałyśmy się w sobie, otrząsnęłyśmy się z szoku, złączyłyśmy ramiona. Oddychałyśmy płytko, w płucach szczypało nas od zimna.

Pan od WF-u zagwizdał; chłopaki pobiegli na drugą stronę boiska, ustawili się na nowo. Po drugim gwizdku powoli zawrócili w naszym kierunku. Ich twarde ciała, niewyraźne kształty we mgle. Stanęłyśmy jeszcze bliżej siebie, z obawy, że znów nas rozdzielą.

Zbliżyli się na tyle, że widziałyśmy ich koszulki, całe uwalone na brązowo, przylegające do mokrych torsów. Wiatr walił po bębenkach w naszych uszach. Ich głosy docierały do nas w strzępach, w echach, protesty przeciwko brutalnym faulom, złym decyzjom sędziego: „Akurat! Niby od kiedy?”. W milczeniu patrzyłyśmy, jak podchodzą. Na tyle blisko, że widziałyśmy obłoczki pary otaczające ich głowy.

Piłka przelatywała tam i z powrotem po boisku. Im była bliżej, tym bardziej się wydawało, że wkrótce będziemy musiały się rozłączyć i radzić sobie pojedynczo. Miałyśmy gęsią skórkę, kuliłyśmy się, czekając na uderzenie piłki i ból aż do kości, który po nim nastąpi.

Potem widać już było ich łydki, napięte mięśnie. Zbliżali się, a my rozluźniłyśmy ramiona, wyprostowałyśmy łokcie.

Potem zobaczyłyśmy twarze, wykrzywione we wściekłości, gdy pokonywali ostatnie dwadzieścia metrów, zbliżając się w szyku jak myśliwce Jej Królewskiej Mości. Wśród łoskotu ich stóp, dudnienia ich kolczastych podeszew na zamarzniętym boisku, popatrzyłyśmy na siebie.

– Pieprzyć to! – powiedziałyśmy.

Zacisnęłyśmy dłonie na obszyciu naszych koszulek gimnastycznych. Wtedy zobaczyłyśmy oczy, skierowane na nas, zmrużone dla ochrony przed mżawką. Zahaczyłyśmy palce o brzeg materiału. Oni podnieśli nogi, wycelowali. Podciągnęłyśmy koszulki, podciągnęłyśmy staniki pod spodem.

Nasze cycki zalśniły w marznącym deszczu.

Pan od WF-u zagwizdał, rozległ się długi, przenikliwy dźwięk, jakby oburzonego ptaka. Piłka zboczyła z kursu i potoczyła się dalej. Chłopaki podnieśli ręce.

– Co wy odpierdalacie? – wrzeszczeli.

Pan od WF-u podbiegł w naszą stronę.

– Hej, wy tam, wracajcie do środka!

Opuściłyśmy koszulki i odeszłyśmy, trzymając się pod ręce, czując, że już zawsze będziemy tak silne, że nic nie zdoła nas rozdzielić. Przed nami: szatnie, pełne pary i ciepła. Za nami: gwizdek, chłopaki znowu w szyku.
(…)

Okładka książki "My, kruche kawałki mięsa", na której tytuł prezentuje się na niebieskim tle.Colwill Brown „My, kruche kawałki mięsa”
Tłumaczenie: Kaja Gucio
Wydawnictwo: Bo.wiem
Liczba stron: 352

Opis: Dla obcych Doncaster to tylko puenta słabego żartu albo stacja przesiadkowa w drodze do Londynu. Dla nich Donny to cały świat. Rach, Kel i Shaz dzielą ze sobą wszystko: od przemycania wódki do szkoły w butelkach po wodzie, przez wślizgiwanie się na gigantycznych obcasach do nocnych klubów, aż po wspólne, pełne lęku wizyty w poradni planowania rodziny. Ramię w ramię wkraczają w dorosłość – w rzeczywistość, która narzuca im z góry określone role i osądza, zanim same zdążą poznać siebie. Kiedy ich drogi zaczynają się rozchodzić, to, co przemilczane, wystawia ich więź na próbę.

„My, kruche kawałki mięsa” to wielogłosowa powieść o dziewczyństwie – tym rozedrganym i dzikim czasie, gdy wszystko czuje się mocniej. Colwill Brown pisze o ciele jako terenie walki oraz o tym, jak miejsce, w którym się urodziłaś, decyduje, kim możesz się stać. I o przyjaźni, która bywa równie ważna jak miłość, i równie trudna. Bezkompromisowy debiut, który znalazł się w finałach nagród The Goldsmiths Prize oraz Dylan Thomas Prize.

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek