Trzecia część serii o Atramentowym Świecie autorstwa Cornelii Funke. Przeczytaj fragment „Atramentowej śmierci”

7 listopada 2025

„Atramentowa śmierć” Cornelii Funke to trzeci tom popularnej serii o Atramentowym Świecie nazywanej niemiecką odpowiedzią na „Harry’ego Pottera”. Akcja rozpoczyna się zaledwie kilka tygodni po zakończeniu „Atramentowej krwi”. Fabuła podąża za Meggie, Mo, Fenoglio i innymi znanymi (oraz kilkoma nowymi) postaciami, które wędrują przez Atramentowy Świat, tym razem w zimowej scenerii. W trzecim tomie opowieść przybiera dużo bardziej mroczny charakter, a bohaterowie zmagają się z licznymi porażkami. Jak potoczą się ich losy? Poniżej zamieszczamy pierwszy rozdział książki.

1
Zwyczajna kartka papieru i pies

Słuchaj – krok nocy milknie
w bezmiernej ciszy;
lampa ma niby świerszcz ćwierka,
że ledwie słyszysz.

Złocisty blask pełgający
na księgach zalśni –
to przęsła mostów wiodących
w krainę baśni.

Rainer Maria Rilke, Larom w ofierze

Światło księżyca padało na szlafrok Elinor narzucony na nocną koszulę, na jej gołe nogi – i na psa leżącego u jej stóp. Psa Orfeusza. Jak on na nią patrzył tymi wiecznie smutnymi oczami! Jakby pytał, dlaczego, na wszystkie intrygujące zapachy świata, ta kobieta w środku nocy siedzi w bibliotece w otoczeniu milczących ksiąg, gapiąc się w pustkę.

– Właśnie, dlaczego? – rozległ się w ciszy głos Elinor. – Dlatego że nie mogę spać, ty głupi zwierzaku!

Te opryskliwe słowa nie przeszkodziły jej pogłaskać psa.

„Do tego już doszło, Elinor – myślała, podnosząc się ciężko z fotela – że spędzasz noce na rozmowach z psem. A na dodatek nie lubisz psów, zwłaszcza tego tutaj, który hałaśliwym złajaniem przypomina ci swojego obrzydliwego pana!”.

Zatrzymała go mimo bolesnych wspomnień, jakie w niej budził, podobnie jak fotel, w którym kiedyś siedziała Sroka. Mortola… Za każdym razem gdy wchodziła do pogrążonej w ciszy biblioteki, zdawało jej się, że słyszy jej głos, że widzi Mortimera i Resę rozmawiających między regałami albo Meggie siedzącą na parapecie z książką na kolanach, z jasnymi włosami opadającymi na twarz… Wspomnienia – to wszystko, co jej pozostało. Równie nieuchwytne jak obrazy zaklęte na kartach ksiąg. A co będzie, kiedy nawet wspomnienia zatrą się w pamięci? Wówczas będzie ostatecznie skazana na samą siebie, na ciszę i pustkę w swym sercu. I na tego szkaradnego psa.

Jak staro wyglądały w świetle księżyca jej gołe nogi.

„Światło księżyca!” – pomyślała z goryczą, poruszając palcami stóp. Ileż to znała opowieści o magicznej mocy księżycowej poświaty. Wszystko to kłamstwa. Głowę miała wypchaną drukowanymi kłamstwami. Nawet na księżyc nie potrafiła spojrzeć inaczej niż przez zasłonę ze słów. Ach, gdyby można wymazać z pamięci i serca te wszystkie słowa i choć jeden raz spojrzeć na świat własnymi oczami!

„Boże, Elinor, nastrój masz jak zwykle fantastyczny! – myślała, człapiąc w kierunku witryny, gdzie przechowywała to, co prócz psa pozostawił w jej domu Orfeusz. – Po prostu pławisz się w sentymentalnych uczuciach, tak jak ten głupi pies tarza się w każdej napotkanej kałuży”.

Kartka papieru leżąca za szkłem witryny wyglądała niepozornie, ot, zwykła kartka w linie gęsto zapisana niebieskim atramentem. Zupełne zero w porównaniu z bogato iluminowanymi foliałami rozłożonymi w pozostałych gablotach, chociaż każda literka na kartce zdawała się świadczyć o wysokim mniemaniu, jakie Orfeusz miał o sobie.

„Mam nadzieję, że ogniste elfy dawno wypaliły mu ten zarozumiały uśmieszek wiecznie przyklejony do warg! – myślała Elinor, otwierając gablotkę. – Mam nadzieję, że pancerni nadziali go na swoje spisy… albo jeszcze lepiej – że sczezł gdzieś z głodu w Nieprzebytym Lesie i że konał powoli”.

Nie pierwszy to już raz z rozkoszą wyobrażała sobie żałosny koniec Orfeusza w Atramentowym Świecie. Obrazy te koiły ból jej samotnego serca jak najlepszy lek.

Kartka zaczynała już żółknąć. Tani papier, wszystko tandeta! Słowa zapisane na kartce doprawdy niczym nie zdradzały, że przeniosły swego autora w inny świat, i to na oczach Elinor. Obok kartki leżały trzy zdjęcia, jedno Meggie i dwa Resy – pierwsze pochodziło z dzieciństwa, a na drugim, zrobionym zaledwie kilka miesięcy temu, była w towarzystwie Mortimera. Oboje uśmiechnięci, szczęśliwi. Każdej nocy Elinor wciąż na nowo oglądała te fotografie. Teraz już przynajmniej nie płakała, ale łzy czaiły się gdzieś na dnie serca. Gorzkie łzy. Po brzegi wypełniały jej serce. Paskudne uczucie.

Zaginieni.

Meggie.

Resa.

Mortimer.

Minęły już prawie trzy miesiące, od kiedy zniknęli. A Meggie nawet kilka dni wcześniej…

Pies przeciągnął się, przyczłapał do niej zaspany i wsunął pysk do kieszeni jej szlafroka, dobrze wiedząc, że znajdzie tam ulubione przysmaki.

– No, już dobrze – mruknęła Elinor, wsuwając mu do pyska śmierdzącego suchara. – Gdzie się podziewa twój pan, co?

Podsunęła mu pod nos kartkę, a zwierzę obwąchiwało ją, jakby przez litery wyczuwało właściciela.

Wpatrując się w kartkę, Elinor zaczęła czytać, starannie formując słowa wargami: „Waliczkach Ombry…” Ileż to razy w ciągu ostatnich miesięcy, tak jak dziś, stała nocą pośród książek, które nic już dla niej nie znaczyły, od kiedy była z nimi sama. Oskarżały ją wymownym milczeniem, jakby wiedziały, że oddałaby je wszystkie bez wyjątku za tę trójkę ludzi, których utraciła. Zaginieni w książce.

– Nauczę się, do licha! – wykrzyknęła tonem krnąbrnego dziecka. – Nauczę się je tak czytać, aby i mnie połknęły, na pewno się nauczę!

Pies patrzył na nią tak, jak gdyby wierzył w każde jej słowo, w przeciwieństwie do Elinor, która w ogóle sobie nie wierzyła. O nie. Nie była Czarodziejskim Językiem. Choćby męczyła się przez dziesięć i więcej lat, słowa nigdy nie będą dźwięczeć, kiedy ona je wypowiada. Nie będą dla niej śpiewać. Tak jak dla Meggie i Mortimera czy choćby dla tego po trzykroć przeklętego Orfeusza. A przecież tak je kochała przez całe życie.

Kartka w jej ręce poczęła drżeć, kiedy Elinor się rozpłakała. Znowu te łzy, które aż dotąd udawało jej się powstrzymywać, a które wypełniały jej serce po brzegi. Po prostu czara się przelała. Głośny szloch Elinor sprawił, że pies skulił się ze strachu u jej stóp. Co to za absurd, żeby człowiekowi ciekła z oczu woda, kiedy odczuwa ból w sercu. Bohaterki tragiczne w książkach były zawsze bardzo piękne, ani słowa o podpuchniętych oczach lub czerwonym nosie.

„A ja zawsze mam czerwony nos, kiedy się rozbeczę – myślała Elinor. – Nie mogłabym występować w żadnej z tych książek”.

– Elinor?

Elinor odwróciła się gwałtownie, ocierając łzy z twarzy. W drzwiach stał Dariusz w zbyt obszernym szlafroku, który podarowała mu na urodziny.

– O co chodzi? – burknęła. Gdzie się znów podziała ta przeklęta chustka do nosa? Pochlipując, wyciągnęła ją z rękawa i wytarła nos. – Trzy miesiące, już trzy miesiące, jak ich nie ma, Dariuszu! Czy to nie jest powód do łez? Oczywiście, że jest! Co się tak na mnie gapisz tymi sowimi oczami? Choćbyśmy zgromadzili nie wiem ile książek – szerokim gestem wskazała wypełnione po brzegi regały – kupili, zamienili, ukradli… żadna nie opowie mi tego, co chcę wiedzieć! Tysiące stron, a na żadnej z nich nie ma ani słowa o tych, o których chciałabym coś usłyszeć. Co mnie obchodzą inne książki? Interesują mnie tylko losy tych trzech osób. Co słychać u Meggie? Jak się miewają Resa i Mortimer? Czy są szczęśliwi, Dariuszu? Czy w ogóle jeszcze żyją? Czy ich kiedykolwiek znów zobaczę?

Dariusz ogarnął wzrokiem książki, jakby miał nadzieję, że w którejś z nich znajdą się jednak odpowiedzi na te pytania. Ale milczał, tak samo jak one.

– Przyniosę ci gorącego mleka z miodem – powiedział wreszcie i poszedł do kuchni.

Elinor znów została sama z książkami, księżycem i szkaradnym psem Orfeusza.
(…)

Cornelia Funke „Atramentowa śmierć”
Tłumaczenie: Jan Koźbial
Wydawnictwo: Kropka
Liczba stron: 688

Opis: Trzecia część serii o Atramentowym Świecie. Atramentowy Świat powoli umiera. Ale nadzieja wciąż się tli. Trzecia część bestsellerowej serii Cornelii Funke przenosi czytelników jeszcze głębiej w mroczne i nieprzewidywalne zakamarki opowieści, która zaczęła żyć własnym życiem. Mortimer wciąż walczy o szczęśliwe zakończenie, ale każda decyzja niesie za sobą coraz większe konsekwencje. Gdy trafia do Podziemi, by stawić czoło samej Śmierci, zawiera układ, którego cena może okazać się zbyt wysoka – nie tylko dla niego, ale i dla jego córki, Meggie. W tym czasie do świata żywych powraca Smolipaluch. Potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, z ogniem w sercu i władzą, która może ocalić lub zniszczyć wszystko, co napotka na swojej drodze. Czy opowieść da się jeszcze uratować? A jeśli tak, to za jaką cenę?


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek