banner ad

Tajemnicze zniknięcie córeczki znanej pisarki w… zamkniętym mieszkaniu! Przeczytaj fragment powieści „Zabawa w chowanego” Guillaume’a Musso

7 września 2021

Nakładem Wydawnictwa Albatros ukazała się nowa powieść najpopularniejszego francuskiego pisarza. Po „Sekretnym życiu pisarzy” Guilaume Musso kontynuuje w „Zabawie w chowanego” refleksję nad potęgą pisania. Historia zaczyna się na Brooklynie. Florze Conway, znanej pisarce strzegącej swojej prywatności, podczas zabawy w chowanego w mieszkaniu znika w tajemniczy sposób córka. Życie Flory wywraca się do góry nogami. Od tego momentu nie jest już w stanie pisać. Czy klucz do rozwiązania zagadki zniknięcia dziewczynki może mieć żyjący po drugiej stronie Atlantyku autor bestsellerów? Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.

Walijska powieściopisarka Flora Conway laureatką Nagrody Franza Kafki

AFP – 20 października 2009

Tegoroczną prestiżową Nagrodę Franza Kafki, przyznawaną pisarzom za ich dorobek, otrzymała wciąż ukrywająca się przed publicznością trzydziestodziewięcioletnia Flora Conway.

Wtorek wieczorem – stroniąca od ludzi Flora Conway, niecierpiąca spotkań z czytelnikami, podróży i dziennikarzy, jak zwykle nie pojawiła się na uroczystości zorganizowanej z tej okazji w praskim ratuszu.

Nagrodę – brązowe popiersie Franza Kafki oraz dziesięć tysięcy dolarów – odebrała jej wydawczyni, Fantine de Vilatte. „Rozmawiałam z Florą przez telefon, nasza laureatka wszystkim serdecznie dziękuje. Nagroda sprawiła jej wyjątkową przyjemność, bo powieści Kafki są dla niej niewyczerpanym źródłem podziwu, przemyśleń i inspiracji” – zapewniła audytorium pani de Vilatte.

Nagroda Franz Kafka Society i miasta Praga jest przyznawana od 2001 roku przez międzynarodowe jury. Jej laureatami są między innymi Philip Roth, Václav Havel, Peter Handke i Haruki Murakami.

Pierwsza ambitna powieść Flory Conway, Dziewczyna w Labiryncie, ukazała się w 2004 roku i dzięki niej autorka od razu znalazła się w czołówce pisarzy. Powieść została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków i zaliczona do klasyki. Przedstawia życie grupy nowojorczyków w przeddzień ataku na wieże World Trade Center. Wszyscy bohaterowie prędzej czy później spotykają się na Bowery, w barze Labirynt, w którym Flora Conway pracowała kiedyś jako kelnerka. Dzięki dwóm następnym powieściom, Równowadze NashaKońcu uczuć, Flora trafiła na stałe do grona wielkich pisarek początku dwudziestego pierwszego wieku.

W swoim dziękczynnym przemówieniu Fantine de Vilatte z widoczną przyjemnością zapowiedziała, że wkrótce można spodziewać się kolejnej powieści Flory Conway. Poruszyło to cały świat literacki.

Postać pisarki jest spowita tajemnicą. Właściwie nie ukrywa się, ale nigdy nie wystąpiła w telewizji ani w radiu, a świat zna ją tylko z jednego zdjęcia.

Przy okazji publikacji każdej nowej powieści Flora Conway drogą mailową udziela kilku krótkich wywiadów. Wielokrotnie mówiła, że chciałaby zrzucić z siebie jarzmo hipokryzji towarzyszące popularności. Ostatnio na łamach „Guardiana” oświadczyła, że nie zgadza się na branie udziału w medialnym cyrku, którym pogardza, i dodała, że to właśnie „aby uciec przed światem przeładowanym ekranami, ale pozbawionym inteligencji”, zajęła się pisaniem.

Podobne stanowisko reprezentuje wielu współczesnych artystów, takich jak Banksy, Invader, grupa Daft Punk czy włoska powieściopisarka Elena Ferrante – dla nich anonimowość jest środkiem, który pozwala przedstawić dzieło, nie artystę. „Gdy moja powieść zostaje wydana, broni się sama” – oświadczyła Flora Conway.

Ci, którzy liczyli, że Nagroda Kafki wyciągnie pisarkę z jej nowojorskiej kryjówki, niestety, znów się zawiedli.

Blandine Samson

DZIEWCZYNA W LABIRYNCIE

Rozdział 1

Ukryta

Powinniśmy widzieć wyraźnie, co dzieje się przed naszym nosem, tymczasem jest to zawsze spowite mgłą.

Julian Barnes

1

Brooklyn, jesień 2010

Sześć miesięcy temu, dwunastego kwietnia 2010 roku, porwano moją trzyletnią córeczkę Carrie Conway. Wydarzyło się to podczas zabawy w chowanego u nas w mieszkaniu, w brooklyńskiej dzielnicy Williamsburg.

Było piękne słoneczne popołudnie, co wiosną zdarza się w Nowym Jorku często. Jak zwykle poszłam po Carrie do szkoły, Montessori School przy parku McCarrena. W drodze powrotnej wpadłyśmy do Marcello’s po mus i cytrynowe cannoli, które Carrie pochłonęła w mig, drepcząc wesoło obok wózka.

Mieszkałyśmy w Lancaster Building, pod numerem trzysta dziewięćdziesiątym szóstym przy Berry Street. Gdy weszłyśmy do holu, nowy dozorca, Trevor Fuller Jones – pracował u nas niecałe trzy tygodnie – wręczył mojej córce miodowego lizaka z sezamem i kazał jej obiecać, że nie zje go od razu. Dodał, że Carrie ma wielkie szczęście, mając mamę, która pisze powieści, bo z pewnością usypia ją pięknymi bajkami. Roześmiałam się i odparłam, że na pewno nie czytał żadnej mojej książki, z czym się zgodził.

– To prawda – przyznał. – Nie mam czasu na czytanie, pani Conway.

– Nie znajduje pan czasu na czytanie, to niezupełnie to samo – odpowiedziałam, gdy zamykały się za nami drzwi windy.

Jak zwykle uniosłam Carrie, żeby mogła nacisnąć guzik ostatniego, szóstego piętra. Winda dramatycznie jęknęła – już od dawna nie bałyśmy się tego dźwięku – i ruszyła. Lancaster to stary budynek o stalowej strukturze, obecnie odnawiany. Niezwykły pałac z ogromnymi oknami pośród korynckich kolumn. Kiedyś był tu magazyn fabryki zabawek. Zakład ten zakończył działalność w latach siedemdziesiątych. Z powodu ogólnej dezindustrializacji, która nastąpiła w tym czasie, obiekt popadł w zapomnienie na prawie trzydzieści lat, po czym gdy zaczęła się moda na Brooklyn, został odnowiony i przerobiony na budynek mieszkalny.

Tuż za drzwiami Carrie zrzuciła adidasy i wsunęła na stópki różowe kapcie z miękkimi pomponami. Podeszła za mną do szafki z adapterem, by przyjrzeć się, jak nastawiam winylową płytę – drugą część koncertu G-dur Ravela. Klasnęła z radością, ciesząc się perspektywą słuchania muzyki. Jeszcze chwilę snuła się za mną, czekając, aż skończę rozwieszać upraną bieliznę, po czym poprosiła, żebyśmy pobawiły się w chowanego.

Była to jej ulubiona zabawa, miała na jej punkcie bzika.

Na początku tylko zasłaniała oczy rączkami, tracąc mnie z pola widzenia, ale za chwilę rozsuwała palce, a moja twarz, jak za sprawą czarów, pojawiała się znowu, w odpowiedzi na co Carrie zanosiła się śmiechem. Z czasem zrozumiała, na czym polega ta zabawa – zaczęła chować się za zasłoną albo pod stolikiem. Ale zawsze coś wystawało: czubek stopy, łokieć albo źle podwinięta noga. Gdy zabawa trwała zbyt długo, Carrie machała do mnie ręką, żebym szybciej ją znalazła.

W miarę jak rosła, gra się rozwinęła. Carrie poznała resztę pokoi, pojawiły się inne kryjówki: mogła ukucnąć za drzwiami, zwinąć się w kłębek w wannie, zakryć kołdrą czy wejść pod łóżko.

Reguły również ewoluowały, zabawa stała się poważniejsza.

Teraz przed udaniem się na poszukiwania musiałam stanąć twarzą do ściany, zamknąć oczy i policzyć do dwudziestu.

To właśnie zrobiłam tamtego popołudnia, dwunastego kwietnia. Światło słoneczne wyzierało zza wieżowców, mieszkanie skąpane było w ciepłym, nierealnym świetle.

– Mamusiu, nie oszukuj! – skarciła mnie Carrie, mimo że przecież nie zamierzałam łamać zasad. Stałam w swoim pokoju, oczy zasłoniłam dłońmi i zaczęłam odliczać, ani za szybko, ani za wolno.

– Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…

Doskonale pamiętam stłumiony odgłos jej kroków na parkiecie. Carrie wyszła z pokoju. Usłyszałam, jak tupta przez salon i potrąca fotel ustawiony naprzeciw wielkiej szklanej ściany.

– …sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć…

Czułam się wspaniale. Moje myśli wędrowały, niesione przez krystalicznie czyste nuty muzyki dobiegającej z salonu. Z głośnika wydobywał się właśnie mój ulubiony fragment – adagio wygrywane niczym dialog między rożkiem angielskim a fortepianem.

– …jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście…

Długa fraza melodyczna pełna perlistych dźwięków. Niektórzy porównują ją do odgłosów deszczu, którego ciepłe krople spadają równomiernie, w spokojnym rytmie.

– …szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia!

Otworzyłam oczy.

2

Otworzyłam oczy i wyszłam z pokoju.

– Uwaga, uwaga! Mama nadchodzi!

Grałam zgodnie z naszymi regułami. Z radością podążałam za wskazówkami mojej córeczki, spełniając jej oczekiwania. Wychodziłam z jednego pokoju, wchodziłam do drugiego, wszędzie wesoło wykrzykiwałam:

– Gdzie jest ta Carrie? Nie ma jej pod poduszkami… Nie ma za kanapą…

Psychologowie uważają, że gra z maluchem w chowanego ma działanie pedagogiczne: jest środkiem, za pomocą którego dzieci w pozytywny sposób zapoznają się z procesem separacji z rodzicami. Powtarzając scenę rozstania, które jest tymczasowe i nie dzieje się naprawdę, dziecko powinno pojąć, jak silne więzy łączą je z opiekunami. Żeby zabawa zadziałała w sposób terapeutyczny, należy przeprowadzić ją niczym spektakl, dzięki czemu w krótkim czasie dziecko doświadczy wielu emocji: podniecenia, oczekiwania i szczypty strachu przed ostatecznym radosnym odnalezieniem rodzica.

Aby wszystkie te emocje miały szansę zaistnieć, należy przeciągać grę i nie zdradzać zbyt szybko, że zna się kryjówkę dziecka. Oczywiście często wiedziałam, gdzie Carrie się schowała, jeszcze zanim otworzyłam oczy. Ale nie tym razem. Po dwóch czy trzech minutach zwyczajowego udawania, że jej szukam, zaczęłam szukać naprawdę.

Owszem, mieszkanie jest duże – dwieście metrów kwadratowych w zachodnim skrzydle budynku – ale nie ma w nim znów tak wiele dobrych kryjówek. Kupiłam to mieszkanie kilka miesięcy wcześniej, inwestując cały dochód z praw autorskich. Plan odnowy Lancastera spowodował, że budynek został wyprzedany prawie na pniu i to mieszkanie było ostatnim wolnym. Od pierwszej wizyty zakochałam się w nim i żeby je zdobyć i jak najszybciej się wprowadzić, dałam deweloperowi łapówkę. Od razu kazałam zburzyć wszystkie ściany i przerobiłam mieszkanie na loft z jasnym miodowym parkietem i minimalną liczbą mebli. Gdy bawiłyśmy się w chowanego ostatnim razem, Carrie znalazła naprawdę dobre kryjówki; wykazała się sprytem i raz wślizgnęła się za suszarkę do bielizny, a drugi raz ukryła się w schowku na szczotki.

Spokojnie, choć już nieco zirytowana, szukałam jej wszędzie, za każdym meblem. Tu i tu… i tam… Zniecierpliwiona, potrąciłam dębową komodę, na której stały winylowe płyty i adapter. Igła zgrzytnęła i odskoczyła. Muzyka ucichła, pogrążając pokój w ciszy.

Żołądek ścisnął mi się ze strachu.

– No dobrze, kochanie, wygrałaś! Natychmiast wychodź z kryjówki!

Pobiegłam do przedpokoju sprawdzić drzwi wyjściowe. Były pancerne, zamknięte na podwójny zamek; klucz ze zwisającym brelokiem zostawiłam w górnym zamku poza zasięgiem dziecka.

– Carrie, wychodź natychmiast! Powiedziałam ci już, wygrałaś!

Próbowałam opanować panikę. Na zdrowy rozum Carrie musiała być w domu. Klucz w zamku blokował bębenek, drzwi nie można było otworzyć z zewnątrz, nawet jeśli miało się drugi klucz. Okna przy renowacji budynku zostały zamknięte na stałe. Moja córka nie mogła stąd wyjść, nikt nie mógł tu wejść.

– Gdzie jesteś, Carrie?!

Dostałam zadyszki, jakbym przebiegła połowę Central Parku. Wdychałam powietrze, ale mimo to się dusiłam. To niemożliwe! Przecież nie można zniknąć podczas zabawy w chowanego w zamkniętym mieszkaniu! Ta zabawa kończy się zawsze dobrze, to inscenizacja, nic innego. Dobry koniec wpisany jest w reguły tej gry, wszystko polega na pewności, że osoba, która chwilowo znikła, znów się pojawi.

– Carrie, dość tego! Mama będzie się gniewać!

Mama będzie się gniewać, ale przede wszystkim mama zaczęła się bardzo bać. Trzeci czy czwarty raz zajrzałam do wszystkich kryjówek, po czym ruszyłam do sprawdzania kryjówek nieprawdopodobnych: bęben maszyny do prania, kominek – od wieków zatkany. Odsunęłam ciężką lodówkę, nawet wyłączyłam korki, żeby odblokować i otworzyć klapę w suficie, która zasłaniała otwory wentylacyjne z klimatyzacją.

– CARRIE! – ryknęłam. W mieszkaniu zadrżały szyby. Ale echo ucichło i żaden nowy dźwięk się nie pojawił. Na zewnątrz słońce już zaszło i zrobiło się lodowato. Tak jakby nagle wróciła zima.

Stałam zapłakana i spocona. Po dłuższej chwili spostrzegłam w korytarzu przy drzwiach wyjściowych maleńki kapeć Carrie z bladoróżowego aksamitu. Podniosłam go. Był to kapeć lewy. Kapeć prawy znikł, tak jak moja córka.

Postanowiłam zadzwonić na policję.

3

Pierwszy zjawił się u mnie detektyw Mark Rutelli z 90. Posterunku w północnej części Williamsburga. Zbliżał się do emerytury. Mimo zmęczonego wyglądu i cieni pod oczami od razu zrozumiał, że czas nagli, trzeba działać szybko. Nie szczędził wysiłków. Kolejny raz dokładnie przeszukał mieszkanie, zadzwonił po posiłki, żeby przeszukać cały budynek, po ekipę techników kryminalistycznych, wysłał dwóch policjantów z poleceniem przesłuchania mieszkańców i osobiście przejrzał z ekipą ochroniarską nagrania z monitoringu.

Gdy tylko dowiedział się o brakującym kapciu, chciał uruchomić procedurę „Zaginione dziecko”, ale policja stanowa życzyła sobie mocniejszych przesłanek.

Czas mijał, bardzo się denerwowałam. Czułam się kompletnie zagubiona, nie wiedziałam, jak mogę pomóc, a bardzo chciałam. Nagrałam wiadomość na sekretarce automatycznej mojej wydawczyni: „Fantine, potrzebuję twojej pomocy. Carrie zaginęła. Jest tu policja, nie wiem, co robić, jestem nieprzytomna z niepokoju, oddzwoń jak najprędzej!”.

Wkrótce nad Brooklynem zapadła noc. Carrie się nie pojawiła, a policja nie wpadła na żaden ślad. Moja córka znikła, porwana w ciemność przez krwawego Króla Olch, który wykorzystał moment mojej nieuwagi.

O ósmej wieczorem przybyła szefowa Rutellego, porucznik Frances Richard. Stała na dziedzińcu przed Lancasterem, gdzie kazano mi zejść, podczas gdy policja przeszukiwała moją piwnicę.

– Założyliśmy podsłuch na pani linii telefonicznej – oznajmiła porucznik Richard, stawiając kołnierz płaszcza przeciwdeszczowego.

Ulicę zamknięto. Na Berry Street wdarł się lodowaty wiatr.

– Możliwe, że ci, którzy porwali pani córkę, zadzwonią z żądaniem okupu lub w jakiejś innej sprawie. Ale na razie zabieram panią na komisariat.

– Dlaczego? Jak ona mogła zostać porwana? Drzwi były…

– To właśnie staramy się wyjaśnić, proszę pani.

Uniosłam głowę i popatrzyłam na masywną sylwetkę budynku, odcinającą się wyraźnie od monochromatycznej czerni tła. Coś mi podpowiadało, że Carrie jest wciąż tam w środku i że zrobię błąd, jeśli stąd odejdę. Szukając wsparcia, spojrzałam na Rutellego, ale on stanął po stronie swojej szefowej:

– Proszę jechać. Musi pani dokładniej odpowiedzieć na niektóre pytania.
(…)

Guillaume Musso „Zabawa w chowanego”
tłumaczenie: Joanna Prądzyńska
wydawnictwo: Albatros
ilość stron: 256

Opis: Trzyletnia córka Flory Conway, znanej pisarki obsesyjnie strzegącej swojej prywatności, znika z apartamentu na Brooklynie podczas zabawy z matką w chowanego. Nie ma śladów włamania – okna i drzwi są nienaruszone – a na nagraniach z kamer w budynku nie widać, ani żeby ktokolwiek wchodził do mieszkania, ani żeby dziewczynka je opuszczała. Po kilku miesiącach śledztwo utyka w martwym puncie i zrozpaczona Flora nie może się z tym pogodzić. Wciąż wierzy, że jej córka gdzieś jest i że w końcu uda się ją odnaleźć. Po drugiej stronie Atlantyku, w Paryżu, autor bestsellerów Romain Ozorski walczy z niemocą twórczą i przeżywa kryzys w życiu prywatnym. Po rozwodzie mieszka samotnie, była żona utrudnia mu kontakty z ich ośmioletnim synem, a agent domaga się kolejnej powieści. Tymczasem to Romain ma w rękach klucz do rozwikłania tajemnicy związanej z tragedią jego koleżanki po fachu zza oceanu. Jak się okazuje, nie tylko koleżanki. Tych dwoje łączy zupełnie inna więź.

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek