banner ad

Tajemnicza tragedia na tle surowej przyrody Tatr. Przeczytaj przed premierą fragment kryminału „Wiatr” Igora Brejdyganta

3 września 2021

Majestatyczne, groźne Tatry. Niegościnne Zakopane na granicy zimy i wiosny. I zagadkowa śmierć pod tonami śniegu. 15 września nakładem Wydawnictwa W.A.B. do księgarń wejdzie nowa, trzymająca w napięciu górska powieść kryminalna Igora Brejdyganta zatytułowana „Wiatr”. Poniżej możecie przeczytać przedpremierowo fragment książki.

Zaczęło wiać chyba około północy. Trudno powiedzieć dokładnie, ale też nie ma to już w tej chwili większego znaczenia. Może o tyle tylko, że jeśli zaczęło o północy, a oni o tym wiedzieli, to rzeczywiście nie powinni byli iść. Rano śnieg był już zbyt ciężki.

Tak czy inaczej, teraz duło już fest, a on razem z pierwszym toprowcem, który zjawił się na miejscu, stał zakopany w śniegu po kolana, z tyczką do przeszukiwania lawiniska, tuż nad krawędzią złowieszczo ciemnej toni Morskiego Oka. Jeszcze wczoraj o tej porze nic nie było wiadomo na temat złowieszczej toni, gdyż staw pomimo marcowych roztopów wciąż pokrywała gruba na blisko metr pokrywa lodowa. Teraz woda gdzieniegdzie się ujawniła, bo mniej więcej godzinę temu białą płaszczyznę lodu zmasakrowały tysiące ton śniegu z lawiny, która zeszła gdzieś od strony przełęczy między szczytami Opalonego Wierchu i Miedzianego. Dokładnie rzecz ujmując, śnieżna nawałnica od Kieszonkowych Turni stoczyła się z głuchym łoskotem Szerokim Żlebem, który niestety sto metrów od lodowej płaszczyzny stawu przecinał żółty szlak wiodący na Szpiglasową Przełęcz. Niestety, bo zły los chciał, że w tym właśnie momencie na tym właśnie szlaku skrzyżowały się drogi lawiny i dwójki turystów zmierzających w stronę przełęczy.

Pół godziny później na jęzorze bieli zanurzonym do połowy w mrocznej głębinie jeziora pracowało w pocie czoła dwadzieścia osób. Niestety, szanse na odnalezienie kogoś z tamtej dwójki malały z każdą chwilą. Niestety, niestety, niestety, coś za dużo tych złych zrządzeń losu, pomyślał.

– Po co szli? – zapytał nagle retorycznie ów toprowiec, który zjawił się tutaj kwadrans po wypadku. Reszta doszlusowała później, desantowali się trzykrotnie ze śmigłowca kołującego nad lawiniskiem. – Przecież wiadomo, że jak wieje, to może ruszyć – dodał po chwili coś, co dla nich wszystkich było oczywiste, ale może dla tamtych aż tak oczywiste nie było.

Tym dziwniejsze, że kiedy ich widywał, sprawiali wrażenie raczej obeznanych z regułami gry, pomyślał. Nie skomentował tego jednak głośno, bo po co zastanawiać się nad winą tych, którzy ponieśli już karę, i to prawdopodobnie w najwyższym wymiarze.

Ogorzały od słońca, wiatru i alkoholu, którego nigdy przesadnie nie unikał, mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, czyli zdaje się on, czyli Wawrzyniec Wiślicki, wzruszył tylko ramionami. Skąd miał wiedzieć, po co szli? Może szli, bo ich naszło, a może po prostu lubili, kiedy nie było do końca wiadomo, czy się uda. Znał takich ludzi. Tutaj, w górach, było ich sporo. Część już zginęła, inni żyli pełną piersią. Znacznie jednak bardziej od tego, po co szli, ciekawiło go coś zupełnie innego. Pół godziny temu był jedynym naocznym świadkiem tego, co się stało. To on wszczął alarm, on był na tej ogromnej połaci śnieżnego gruzu jako pierwszy. Wszystko to jednak nastąpiło później. A wcześniej? No właśnie, co stało się wcześniej?

Po raz pierwszy tego ranka zobaczył ich w ostrych promieniach słońca, kiedy ruszył spod schroniska w lewo w kierunku Czarnego Stawu. Mógł właściwie iść po lodzie drogą wytyczoną przez środek jeziora, ale od kilku dni było już powyżej zera, a strzeżonego Pan Bóg strzeże. Właśnie. Żeby dotrzeć nad Czarny Staw, bezpieczniej było iść lewym brzegiem. Po prawej stronie były aż cztery miejsca, w których szlak przecinały trasy potencjalnej lawiny – a był to szlak czerwony, położony znacznie niżej od żółtego, wiodącego na Szpiglasową. Położony niżej, co oznaczało dodatkowe kilkanaście sekund na to, żeby próbować uciec z toru lawiny. Kiedy się zaczęło, dwójka na żółtym miała tego czasu zdecydowanie za mało.

Był chyba mniej więcej w połowie stawu, kiedy usłyszał najpierw ten huk, jakby tąpnięcie albo salwę z jakiejś przytłumionej haubicy. Kiedy sekundę później spojrzał na drugą stronę stawu i w górę, pod grań Miedzianego, zobaczył, jak ogromna połać bieli oderwała się od zbocza i ruszyła w dół. Z tej odległości wszystko wydawało się dziać wolno, ospale, ale kiedy ujrzał dwie maleńkie czarne figurki znajdujące się trzysta metrów poniżej miejsca obrywu lawiny, wiedział od razu, że ogrom powolnie zsuwającej się w dół śnieżnej toni musi je pochłonąć. Musi pochłonąć, ta myśl dzwoniła mu w głowie, odbijała się echem; jak łoskot lawiny, kiedy ta nabrała już pełnej mocy i rozpędu. Nie było właściwie śnieżnej kurzawy, którą widywał wcześniej przy tego typu okazjach. Nie było, bo od północy wiał halny i wszystko powoli nasiąkało mokrą breją topniejącego w przyspieszonym tempie, jak pod działaniem jakiejś monstrualnej suszarki do włosów, śniegu.

Mimo że dopiero kończył się marzec i góry wokoło wciąż pokrywała nieskazitelna biel, temperatura była tak wysoka, że wszyscy, nie wyłączając jego, pracowali teraz w koszulkach z krótkim rękawem. Pracowali w koszulkach, mimo że wiatr wiał z siłą odcinającą oddech i zwalającą z nóg. To cud, że śmigłowiec zdecydował się lecieć i że utrzymał się w prawie nieruchomym zawisie, gdy z kilkudziesięciu metrów wyskakiwali z niego chłopaki w czerwonych kurtkach. To dlatego, że wiało już wcześniej, zanim to wszystko się stało, nie zdecydował się ani na przejście środkiem jeziora, ani na spacer prawą, bardziej niebezpieczną stroną. Każdy, kto choć raz był tu w zimie, wiedział, że kiedy zaczyna wiać ten cholerny ciepły wiatr, lawiny schodzą najchętniej. Tyle że tej chyba nie byłoby, gdyby nie dziwny stłumiony huk, który ją poprzedził. Tak mu się przynajmniej wydawało teraz i później – przez cały ten czas, gdy próbował coś z tego wszystkiego zrozumieć.

– Ile upłynęło, odkąd ich nakryło? – Siwy mężczyzna, Witek o poszarzałej twarzy i kilkudniowym zaroście białym jak śnieg, na którym stał, patrzył na niego pytająco. Wawrzyniec wyciągnął z kieszeni telefon. Była dziesiąta dwanaście. Kiedy dzwonił do TOPR-u, wybiła dziewiąta piętnaście. Numer wybrał, jeszcze zanim lawina sięgnęła brzegu stawu. Czyli oni byli wtedy pod śniegiem już około trzydziestu sekund, może minutę, skalkulował.

– Pięćdziesiąt siedem, może osiem minut – popatrzył na tamtego i obaj wiedzieli, co to mniej więcej oznacza.

Człowiek pod śniegiem mógł przeciętnie wytrzymać do dwudziestu minut, czasem pół godziny, potem organizm się wychładzał. Żeby się dogrzać, potrzebował coraz więcej powietrza, a powietrza ubywało z każdym oddechem, więc…

– W siedemdziesiątym czwartym… – zaczął Wawrzyniec.

– Wiem, wiem: zeszła z Grani Baszt na słowacką stronę. – Witek wskazał głową mniej więcej w stronę górującego nad doliną potężnego masywu Mięguszowieckich. – A chłopaka wyciągnęli po pięciu godzinach.

– Spod czterech metrów śniegu – dodał z nadzieją w głosie Wawrzyniec.

– Będziemy kopać, aż znajdziemy. – Tamten się zamyślił. – Albo aż przekopiemy całość, bo tam – wskazał w kierunku ciemnej czeluści stawu – do lata nikt nie zajrzy.

– Był ten huk. Zanim się zaczęło, najpierw coś gruchnęło. – Wawrzyniec po raz setny wbił tyczkę pomiędzy stopy, po czym delikatnie wepchnął ją w zbity śnieg prawie na całą długość. Nie patrzył na tamtego, bo nawet mówienie o tym na razie wydawało mu się w jakimś sensie niestosowne.

– Co gruchnęło? – zapytał Witek, rozglądając się jednocześnie po ogromnej połaci bieli w poszukiwaniu czegoś, co miałoby jakkolwiek inny kolor.

– Nie wiem co, właśnie o to chodzi. – Wawrzyniec przeniósł tyczkę metr dalej i razem zrobili kolejne dwa kroki.

– Jak lawina rusza, pęka pokrywa lodowa i bywa, że idzie huk. – Tamten pokiwał głową, po czym po chwili zapytał z innej beczki, bo to, że był huk, najwyraźniej nie zainteresowało go przesadnie: – Wiemy, co to za ludzie?
(…)

Igor Brejdygant „Wiatr”
tłumaczenie:
wydawnictwo: W.A.B.
ilość stron: 384

Opis: Wczesna wiosna. W Tatrach leży jeszcze sporo śniegu, wieje halny. Dwójka ludzi wyrusza z Morskiego Oka na przełęcz Szpiglasową. Nagle spod grani Miedzianego schodzi lawina. Akcja ratunkowa TOPR nie przynosi rezultatu. Ciała tych dwojga zostały najprawdopodobniej z potężną siłą wtłoczone pod lód stawu. Świadkiem tragedii był Wawrzyniec, który jest przekonany, że chwilę przed zejściem lawiny, usłyszał głuchy dźwięk eksplozji. To punkt wyjścia historii, w której surowa przyroda Tatr, mroczny góralski folklor i środowisko TOPRowców są zaledwie tłem dla śniegiem i wiatrem osnutej, tajemniczej historii, w której mistrz kryminału brawurowo przekracza gatunkowe granice.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek