Szukanie śladów przeszłości. Przeczytaj fragment książki „Nasi Niemcy” Macieja Falkowskiego

Nakładem Wydawnictwa Czarnego ukazała się książka „Nasi Niemcy”. Jej autor, Maciej Falkowski, rusza śladami społeczności niemieckich zamieszkujących ziemie polskie do czasów II wojny światowej, odszukuje pozostałości po dawnych osadach i zapomniane cmentarze, a także opisuje losy tych, których potomkowie mieszkają tu do dziś. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.
Pilica, powiat grójecki, województwo mazowieckie
Szukam starego cmentarza. Widnieje na mapach, ale nie prowadzi do niego żadna droga. Od strony ulicy – zabudowania, od strony czerwieniących się jabłkami sadów, okalających nekropolię od północy – wysoki betonowy płot, przez który nie sposób nawet zajrzeć. Próbuję się wspinać, ale pokrzywy i jakieś pnącza krępują mi nogi. Wreszcie na jednej z posesji od strony drogi zauważam na słupie niewielką tabliczkę, informującą po polsku i niemiecku, że dostęp na teren cmentarza jest możliwy przez sąsiednie podwórko. Ale brama zamknięta. Jest niedziela, więc może właściciele dokądś wyjechali? Dzwonię pod numer telefonu podany na tablicy, nikt jednak nie odbiera. Odpuszczam.
Wracam za kilka miesięcy. Tym razem się udaje. Do Pilicy – niewielkiej wsi pod Warką, położonej na prawym brzegu rzeki o tej samej nazwie, która zaledwie kilka kilometrów na wschód uchodzi do Wisły – ściągnęły mnie nie tylko poszukiwania miejsc związanych z moimi przodkami. Kiedyś istniał tu kościół ewangelicko-augsburski, po którym nie został nawet ślad. Wraz z całą miejscowością zmiotły go działania wojenne z 1944 i 1945 roku, tak samo jak niemieckich kolonistów, którzy mieszkali tu od połowy XIX wieku. Wieś odbudowano, kościoła już nie. Z Niemców nie został nikt. Okupacyjne władze wszystkich ewakuowały na zachód. Na tutejszym cmentarzu do lat siedemdziesiątych XX wieku spoczywał Karol August Freyer – polski kompozytor i pedagog pochodzenia niemieckiego, przyjaciel Fryderyka Chopina i nauczyciel Stanisława Moniuszki. W 1976 roku jego szczątki ekshumowano i złożono w grobie na warszawskim cmentarzu ewangelicko-augsburskim.
Po dużym, wyłożonym kostką brukową podwórzu kręci się młody chłopak. Pytam go o cmentarz. Interesuje go, po co tu w ogóle przyjechałem. Mówię, że szukam śladów po dawnych niemieckich kolonistach w tej okolicy, dlatego chcę zobaczyć nekropolię.
– I ma pan na to czas? – dziwi się.
Widać, że jest zapracowany. Ojciec, Tadeusz Wodziński, od lat osiemdziesiątych prowadzi firmę, która specjalizuje się w produkcji i naprawie przyczep rolniczych, maszyn sadowniczych i zabudów samochodów dostawczych i ciężarowych. Okazały dom i porządnie wyglądające budynki gospodarcze świadczą o tym, że na klientów raczej nie narzekają, choć przez to syn ma pewnie pełne ręce roboty. Trudno mu zrozumieć dziwne fanaberie mieszczucha. Odsyła mnie do ojca, który siedzi przy komputerze w niewielkim biurze. Akurat jego moja wizyta specjalnie nie zaskakuje. Chętnie odrywa się na chwilę od pracy, żeby opowiedzieć historię cmentarza, którego na własne życzenie stał się strażnikiem.
Gdy Wodziński – największy lokalny biznesmen, który chwali się znajomością z gwiazdami disco polo – wszedł w posiadanie okolicznych działek, okazało się, że w samym ich środku leży stary ewangelicki cmentarz. Zarośnięty, zaniedbany, zapomniany. Wodzińskiemu to nie pasowało. Nawiązał kontakt z proboszczem ewangelickim z Radomia, któremu cmentarz podlegał. Chociaż formalnie figuruje na liście zabytków, żaden konserwator z własnej woli nigdy tu nawet nie zajrzał. Od słowa do słowa – i pastor z przedsiębiorcą się dogadali. Parafia zgodziła się sprzedać od kilkudziesięciu lat nieużytkowany cmentarz, o który i tak nie była w stanie zadbać. Wodziński zobowiązał się, że go nie zlikwiduje i będzie się o niego troszczył. Wyciął krzaki i część drzew, odsłonił zachowane nagrobki. Regularnie wykasza teren i dba o groby. Pozwala też każdemu, a już szczególnie tym, którzy mają tu swoich przodków, odwiedzać nekropolię, zapalić znicze, pospacerować. Czasami ktoś przyjeżdża, zdarza się, że nawet z Niemiec. Wodziński czuje do cmentarza sentyment. Traktuje go jako swój nie tylko w znaczeniu materialnym. Czuje, że ma do spełnienia obowiązek wobec tego miejsca i pochowanych tam ludzi. Do opieki nad nekropolią podchodzi bardzo poważnie. Po cichu liczy, jak daje do zrozumienia między słowami, że ci, którzy znaleźli tu wieczny odpoczynek, odwdzięczą mu się wstawiennictwem tam, na górze. Deal chyba na razie działa, bo i w rodzinie wszystko gra, i w firmie. Jak będzie w przyszłości? Nie wie. Ma nadzieję, że kiedyś dzieci dotrzymają danego przez niego słowa.
Dziekanów Leśny, obrzeża Puszczy Kampinoskiej, województwo mazowieckie
Pewnego razu dostaję na WhatsAppie od kuzynki odręcznie narysowaną mapkę. Mieszka w Kitchener pod Toronto. Autorkami pożółkłej, narysowanej długopisem na kartce w linię mapki były jej babcia i jedna z jej kuzynek. Szkic przedstawia Dziekanów Niemiecki – wieś niemieckich kolonistów leżącą nieopodal podwarszawskich Łomianek, która dziś zwie się Dziekanowem Leśnym. Obie kobiety mieszkały tam do 1944 roku. Na mapie podpisano gospodarstwa Weimerów, Meierów, Petzów i jeszcze kilkunastu niemieckich gospodarzy. Jest tylko jedno polskie nazwisko. Zaznaczone numery posesji, ulica, szkoła, cmentarz, piekarnia, leśniczówka, sklep spożywczy. Być może starsze panie, które wiele lat po wojnie postanowiły narysować mapkę, zrobiły to w celach autoterapeutycznych, bo tęskniły za rodzinnymi stronami? A może chciały przekazać potomnym to, co jeszcze pamiętają? Nie wiedziałem, co zrobić z rysunkiem. I nie miałem świadomości, że istnieje prawie identyczna mapa, tyle że skreślona polską ręką, która kilkanaście lat temu doczekała się nawet druku.
Ewa PustołaKozłowska nie pochodzi z tych okolic. Sprowadziła się tu z Warszawy. Trafiam na nią poprzez Stowarzyszenie Nasze Łomianki. Od razu zaciekawia się mapką, prosi, żeby wysłać ją mailem.
– Zlatujecie się nie wiadomo skąd. Jest pan już kolejną osobą, która się do mnie zgłasza w takich sprawach – stwierdza, nawiązując do informacji o moich krewnych, którzy mieszkali kiedyś w Dziekanowie i Łomiankach. Jej ciekawość rośnie, gdy wymieniam nieznane jej dotąd nazwiska.
Spotykamy się w jej przytulnym domu w Łomiankach – typowej podwarszawskiej sypialni na wylocie z miasta w stronę Gdańska, gdzie trudno znaleźć cokolwiek, na czym można byłoby zawiesić oko. Więcej przyjezdnych niż tutejszych, żadnych zabytkowych obiektów, płaski, zabudowany parterowymi domami teren, wciśnięty między Wisłę na wschodzie i Puszczę Kampinoską na zachodzie. Panią Ewę – z zawodu konserwatora zabytków – trochę to zabytkowo-historyczne bezrybie drażniło, ale nie zrażało. Zaczęła szukać, czytać, pytać, drążyć. Zaangażowała się w działalność Stowarzyszenia. Tak odkryła tutejszych kolonistów, którzy od początku XIX wieku mieszkali w okolicznych wioskach: Dziekanowie Niemieckim, Kępie Kiełpińskiej, Kiełpinie. Gospodarzyli tam, gdzie nikt inny nie chciał. Na piaskach i bagnach. Z każdego nieużytku wycisnęli pieniądze, jak mówi pani Ewa. Byli wspólnotą hermetyczną, ale z miejscowymi Polakami żyli w zgodzie, nawet w czasie okupacji, choć zdarzały się i paskudne czyny. Przez pierwsze dziesięciolecia rejestrowali chrzty, śluby i zgony w parafii katolickiej w Łomnej. Na tyle dobrze żyło im się z proboszczem, że nie uczęszczali do parafii ewangelicko-augsburskiej w Nowym Dworze Mazowieckim, do której należeli. Gdy pastor wzywał ich do uczestnictwa w życiu parafii, koloniści się buntowali. Woleli pobliski kościół katolicki niż odległy ewangelicki, tym bardziej że nabożeństwa na co dzień i tak prowadził dla nich miejscowy kantor. W końcu jednak musieli ulec. Uprawiali ziemię, słynęli z hodowli krów i sadownictwa, a swoje produkty wozili na sprzedaż do Warszawy. Ich historia skończyła się latem 1944 roku, kiedy władze niemieckie ewakuowały wszystkich na zachód. Zostało niewiele osób, ale nie na długo. Znęcano się nad nimi, nazywano Krzyżakami, zatrudniano przy ekshumacji trupów pochowanych podczas wojny przy miejscowym kościele. Wkrótce oni też opuścili te tereny. Zostały po nich jedynie cmentarze i wspomnienia. Tak przynajmniej pani Ewa sądziła na początku.
W 2012 roku miejscowa ekipa, w tym pani Ewa, próbuje uporządkować ewangelicki cmentarz. Leży na uboczu, za wysokim betonowym płotem okalającym Centrum Badań Ekologicznych Polskiej Akademii Nauk, na terenie należącym do Kampinoskiego Parku Narodowego. Jest niemiłosiernie zarośnięty, nagrobki przewrócone i zakopane w ziemi. Stoi tylko jeden – dwudziestokilkuletniej Melity Kohlsówny. Może komuś ręka zadrżała, bo napis był po polsku? Kiedyś dookoła były pola, na które jednak z czasem wkroczył las.
Początkowo leśnicy z parku narodowego nie mogą zrozumieć, po co komu jakiś zapomniany cmentarz. W końcu jednak zgadzają się na prace porządkowe, a nawet sami wycinają część drzew i krzewów. Łomiankowska ekipa już własnym sumptem usuwa śmieci, odnajduje ślady dawnego ogrodzenia i bramy wjazdowej. Za pomocą metalowych sond zostają zlokalizowane nagrobki. Ku uciesze aktywistów część jest w bardzo dobrym stanie. Ktoś je wywrócił napisami do dołu, a piasek idealnie zakonserwował piękne inskrypcje. Na niektórych widać nawet sygnatury pozostawione przez warszawskich kamieniarzy. Koloniści musieli być zamożni, skoro stać ich było na zamawianie płyt nagrobnych u mistrzów pracujących na Powązkach. Świat ponownie przypomina sobie o Sophie Weimer, młynarzowej Karolinie Wolff, Adolfie Wolffie, Annie Karolinie Graff i innych pochowanych tu ludziach, których potomków wojna rozrzuciła po całym świecie. W sumie światło dzienne ponownie ogląda pięćdziesiąt nagrobków. Powstaje ogrodzenie i tablica informująca o cmentarzu i niemieckich osadnikach w Dziekanowie. Aktywiści porządkują też drugi cmentarz – w Łomiankach. W 2014 roku Stowarzyszenie wydaje publikację poświęconą kolonistom z Dziekanowa, ze zdjęciami, wspomnieniami najstarszych mieszkańców i mapką osady.
I wtedy duchy kolonistów ożywają. Sprawdza się przekonanie, zgodnie z którym cmentarze potrzebne są nie tyle umarłym, ile żywym. Ktoś najpierw ukradkiem, a potem jawnie, zaczyna odwiedzać groby, a nawet o nie dbać. Pojawiają się znicze i kwiatki. Okazuje się, że w Polsce wciąż żyją jacyś krewni tych, którzy tam spoczywają, ale potrzebowali impulsu, żeby wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie o własnych przodkach. Do pani Ewy zaczynają się zgłaszać potomkowie kolonistów. Znajduje ją Arnold Schmock z Niemiec, którego rodzina wywodzi się z Kępy Kiełpińskiej. Przesyła zdjęcia, dzieli się rodzinnymi historiami. W 2023 roku ukazuje się publikacja „220 lat Kępy Kiełpińskiej”, która zawiera też opowieści polskich mieszkańców. Przerwane raptownie, od wojny biegnące równolegle historie zaczynają się schodzić, odnajdywać, niczym dwie nic o sobie niewiedzące mapki – jedna w Kanadzie, druga w Łomiankach. Okazuje się, że nie tylko w przyrodzie nic nie ginie. W historii też. Muszą jednak znaleźć się ludzie, którzy złapią i pociągną za resztki postrzępionych nitek i na powrót je zwiążą.
Łódź
Specjalistką od rozplątywania takich właśnie nitek jest Ewa Michalska z Łodzi. Pochodząca z Podlasia miłośniczka tego miasta, autorka dwóch osadzonych w nim powieści, z których jedna rozgrywa się przed wojną, a druga po jej zakończeniu, ale przede wszystkim genealog. Pomaga ludziom odkrywać zawiłe losy ich przodków. Modny to dziś zawód. Im dalej od wojny, która przeorała ludzkie losy i zatarła wszelkie ślady, tym więcej ludzi próbuje rozwikłać rodzinną przeszłość. Jedni szukają dowodów na własne szlachectwo, inni wyjaśnienia dla milczenia babci lub przedwczesnej śmierci dziadka, jeszcze inni jakichkolwiek informacji o losach zaginionych członków rodziny. Na własną rękę często nie dają rady. Nie mają ani czasu, ani nie wiedzą, jak poruszać się po labiryntach archiwów, jak łączyć pozornie niezwiązane fakty i jak odczytywać wielojęzyczne, pisane odręcznie metryki. Wtedy trafiają do Ewy.
Polska to jeden wielki cmentarz. Nie tylko ten ładny, regularny, ze zniczami, kwiatami i pomnikami. Pod ziemią, w setkach albo tysiącach bezimiennych mogił, leżą splątane ciała i zagubione dusze, którym nikt nie wyświadczył ostatniej posługi. Nie domknął ich życiowej drogi. Ewa szuka śladów po czyimś życiu, a potem odbywają się prace archeologiczne, ekshumacje. Archeolodzy odkrywają nie tylko pożółkłe szkielety i czaszki, nieśmiertelniki i zmurszałe ubrania. Jakieś grzebyki, czyjeś ukryte w portfelach zdjęcia, guziki od mundurów, lusterka i okulary. Odkopuje się też ludzkie losy, bo bywa, że ekshumacja otwiera ludzkie serca i usta. Że przychodzi ktoś, kto pamięta tamtą chwilę. Ktoś, kogo przez całe życie dręczyły koszmary, których był świadkiem, ale nie miał nikogo, z kim mógłby się tym podzielić. Dopiero otwarty grób budzi wspomnienia. A one pomagają komuś, kto całe życie czekał na wiadomość. Kto chciał zamknąć historię bliskiej osoby. Poznać jej ostatnie chwile. Dowiedzieć się, co się stało z ciałem. A tego nie da się zrobić bez cmentarza.
(…)
Maciej Falkowski „Nasi Niemcy”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 392
Opis: „Poniemieckie” to słowo, które odruchowo przywodzi na myśl Polskę zachodnią albo Warmię i Mazury. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niejedną wieś zamieszkaną dawniej przez Niemców można znaleźć na Mazowszu, Lubelszczyźnie czy w Małopolsce. Niemieckich kolonistów ściągali na wschód Piastowie śląscy, Kazimierz Wielki i Krzyżacy, Rosjanie, Prusacy i Austriacy, a także polscy właściciele i zarządcy majątków. Przybysze zakładali wsie i miasta, leżącą odłogiem ziemię zamieniali w pola i sady, osuszali bagna i walczyli z wylewającymi rzekami. Wprowadzali innowacje, otwierali fabryki i rozwijali przemysł. Wielu, szczególnie katolików, nie zachowało swojej niemieckiej tożsamości i z czasem zostało Polakami.
W granicach II Rzeczpospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Kilkusetletnią obecność większości z nich zakończyła II wojna światowa i powojenna polityka polskiego państwa. Dziś o tej historii świadczą głównie zapomniane cmentarze ewangelickie, a także budynki i gospodarstwa, kanały, rzędy wierzb czy terpy.
Maciej Falkowski szuka takich właśnie śladów. Odnajduje domy z żelaza w Puszczy Pyzdrskiej, pozostałości po osadnikach olęderskich wzdłuż Wisły, potomków Głuchoniemców na Podkarpaciu i Bambrów w Poznaniu. Opowiada o ewangelikach, braciach morawskich i mennonitach. Stara się ocalić od zapomnienia świat tych, którzy po 1945 roku musieli z Polski wyjechać; opisuje losy tych, którzy zdecydowali się zostać i stali się integralną częścią polskiego społeczeństwa.
fot. Lesnydzban/Wikimedia Commons, Danuta B./Fotopolska.eu
TweetKategoria: fragmenty książek















