banner ad

Szczery, intymny portret relacji matki i córki. Przeczytaj fragment powieści „Obdarowana” Suzumi Suzuki

18 marca 2026

Nowa pozycja w Serii z Żurawiem wydawnictwa Bo.wiem. „Obdarowana” to oparta na doświadczeniach Suzumi Suzuki jako aktorki filmów dla dorosłych i hostessy historia kobiety mieszkającej w tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni, która zmaga się z odchodzeniem matki. Książka nominowana była do prestiżowej japońskiej Nagrody im. Akutagawy. Poniżej prezentujemy fragment.

Wiosną zeszłego roku mama mówiła, że chce żyć, ale teraz nie było w niej już tej woli walki. Wbrew zapowiedziom nie otworzyła torebki, w której trzymała narzędzia pracy, nie chwyciła za długopis – nocowała u mnie jedynie dziewięć dni, po czym dostała duszności i wróciła do szpitala. Teraz myślę, że skoro nie mieszkałyśmy razem przez pół roku czy przynajmniej kilka miesięcy, mogłam codziennie gotować obiady, których zjadłaby choć odrobinę, bez pośpiechu szykować jej kąpiel, zagadywać na tematy, które powinny ją zainteresować, nawet jeśli prawie wcale by mnie nie słuchała. A przynajmniej nie wychodzić, kiedy zażywała leki i kładła się do spania o tej samej porze co w szpitalu. Razem poszłyśmy spać tylko raz, pierwszego wieczoru. Ona założyła pewnie, że nie mogłam inaczej, bo poinformowała mnie z zaledwie dwudniowym wyprzedzeniem, ale tak naprawdę rzadko chodziłam wtedy do pracy.

Wieczorami, gdy przeczuwała, że zbieram się do wyjścia, celowo zwlekała z zażywaniem leków albo brała gazetę i zadawała wymyślone na siłę pytania. Wiedziałam, że próbuje mnie zatrzymać. „Nie idź, zostań, pobądź trochę ze mną” – tego nie mówiła. Pokazywała za to stronę z programem i wciskała mi pilot, pytając:

– Nie ma czegoś w telewizji, żebym zajęła myśli przed snem?

Jej ręce, przed chorobą smukłe i jędrne, porastała teraz warstwa włosków kilka razy gęstsza niż wcześniej, a przedramiona były chudsze niż moje trzy palce, od wskazującego do serdecznego. Smarowałam jej łuszczącą się z przesuszenia, obwisłą skórę tanim kremem nawilżającym z apteki, nabierała dzięki temu odrobinę zdrowszego koloru, a mama wtedy znowu:

– Poszukajmy razem, może jest coś ciekawego.

Desperacko próbowała nawiązać ze mną rozmowę o niczym, choć przecież nigdy nie miała w zwyczaju oglądać telewizji – to zachowanie irytowało mnie jeszcze bardziej. Czułam, że muszę jak najszybciej wyjść.

W miarę możliwości nie przebierałam się do ostatniej chwili, unikałam też ubrań, które wskazywałyby, gdzie idę. Makijaż, zwykle zajmujący mi godzinę, przerywałam na wklepaniu pudru i kończyłam poza mieszkaniem. Nijakie stroje wybierałam tylko po to, by dać mamie jak najmniej czasu na próby zatrzymania mnie, ale te z jakiegoś powodu przypadały jej do gustu. Raz powiedziała nawet:

– Ślicznie ci w tym.

Miałam wtedy na sobie dżinsy i beżowy kardigan. Nigdy wcześniej nie pochwaliła mojego wyglądu. A ja i tak każdego wieczoru podawałam jej leki najszybciej, jak tylko mogłam, zręcznie lawirowałam między jej pytaniami, kiedy po prostu chciała ze mną być, i wychodziłam z mieszkania. Szczęk zamka, gdy zamykałam drzwi od zewnątrz, zostawiając ją w środku, powoli zapadającą w sen, brzmiał boleśnie i gorzko.

Gdyby miała w sobie jakiegoś rodzaju prostolinijność, zwyczajnie zadzierała nosa czy traktowała ludzi z góry, pewnie łatwo by się jej żyło. Była średniego wzrostu, ale biodra miała położone wysoko, do tego proporcjonalne rysy twarzy, kształtny nos i duże oczy. Jej jasna skóra szybko czerwieniła się od słońca, więc mama nie mogła chodzić na plażę ani na basen. Doskonale wiedziała, że jest piękna, i czerpała z tego korzyści, lecz zarazem gardziła światem, w którym najbardziej komplementowano kobiety za wygląd. Ta specyfika jej usposobienia znajdowała też odbicie w twórczości; od osób chwalących jej wiersze nie słyszała słów, które naprawdę chciałaby usłyszeć. Nic dziwnego, że otoczenie brało owo skomplikowane poczucie własnej wartości za powierzchowną trudność charakteru. Miewała, choć na krótko, bliższych znajomych, którzy po niedługim czasie przestawali się pojawiać przy niej i w naszych rozmowach. Na myśl o przyjaciółkach mamy przychodzą mi do głowy wyłącznie imiona niesłyszane od lat. Patrząc jednak z boku, jej życia nie można było określić jako samotnego ani nieszczęśliwego – to chyba największy pożytek, jaki miała ze swojej urody. I właśnie dlatego usiłowałam nie widzieć, jak potwornie schudła, jak zgęstniały jej włosy na ciele, a przerzedziły się na głowie.

Dziewiątego dnia zrobiłam mamie makaron z ciepłym bulionem, grubym szczypiorem kujō-negi i mentaiko. Wróciłam nad ranem, byłam śpiąca, w dodatku miałam serdecznie dość tego, że nigdy nie potrafiła mi odpowiedzieć, co dałaby radę zjeść – więc wzięłam cienki pszenny sōmen, który zalegał mi w szafce od początku lata, i przygotowałam lunch bez pytania. Prowadzę taki styl życia, że makaron i garnek się u mnie znajdą, ale szczypior i mentaiko kupiłam specjalnie, kiedy mama się wprowadziła. Spróbowała, nie podnosząc małej czerwonej miski z niskiego stolika, który postawiłam jej przy futonie, i od razu powiedziała, że bardzo smaczne. Odłożyła pałeczki chwilę później, uniosła je do ust ze trzy albo cztery razy. Nie wyglądało, żeby makaronu w ogóle ubyło, a od początku miała go tylko odrobinę.

– Nawet takich pyszności już nie mogę…

Kiedy tak siedziała z przepraszającą miną w pościeli po drugiej stronie taniego stolika z sieciówki, nijak nie przywodziła na myśl kogoś u progu śmierci. Nie miała nawet bielizny pod lekko znoszoną, miękką piżamą z długim rękawem. Pewnie ze sklepiku szpitalnego. W swoim stanie nie miała siły iść nigdzie indziej, by kupić sobie ubranie, to zrozumiałe, ale sama nie wybrałaby piżamy w żółte kwiaty. Może poprosiła o pomoc jakąś znajomą, która przyszła w odwiedziny – tylko że ani razu nie widziałam, by ktoś do niej przychodził. Przypomniałam sobie wizje śmierci i żałoby, które wielokrotnie przywoływała w swoich wierszach, i też poczułam ciężar w żołądku.

– Trudno. Nie jedz na siłę.

Nie chciałam, ale moje słowa i tak zabrzmiały niepotrzebnie chłodno. Przez pożółkłe firanki wpadało słońce mocne jak latem, a pokryta wykładziną podłoga wyglądała, jakby zaraz miała zacząć skwierczeć. Nie mogłam już dłużej usiedzieć na brudnawej poduszce. Swoją porcję zostawiłam, za to czym prędzej wzięłam miskę i pałeczki mamy i ruszyłam do zlewu. W drugim pokoju stało łóżko, poza tym był pełen ubrań i torebek – tam mamy nie zakwaterowałam. Chciałabym, by moje życie z nią mieściło się całe w tym większym pomieszczeniu ze zlewem, drzwiami do łazienki i do toalety, nieoddzielone niczym od wejścia do mieszkania. Wiedziałam, że nie miałaby siły komentować, jak bardzo niegustowne są moje markowe torby i sukienki, lecz mimo wszystko nie chciałam, by je zobaczyła.

– Przepraszam – powiedziała.

Pewnie odebrała moje słowa i zachowanie, jakbym była zła, oziębła, zniecierpliwiona. Niedorzeczne, by mnie przepraszała za to, że nie może jeść. A jednak chciałam tego. Pragnęłam, by mnie przeprosiła, nieważne za co. Stałam wciąż przy zlewie, wolałam, żeby nie widziała mojej twarzy. Wylałam resztkę jedzenia i zaczęłam myć miskę. Czułam, że mama zbliża się powolnym, niepewnym krokiem. Czułam to, a jednak jej sylwetka, która rysowała się w matowej szybie okna przede mną, nie miała w sobie żadnej realności. Tylko do łazienki chodziła sama, choć ledwo, nawet zęby i twarz myła nad miską z wodą, którą przynosiłam jej do futonu.

Stanęła tuż za moimi plecami, raz jeszcze powiedziała „przepraszam” i pogładziła mnie z tyłu ramienia, tam, gdzie miałam tatuaż. Nie odwróciłam się, nadal szorowałam miskę, która nawet nie była brudna. Do przyjazdu mamy gąbka do naczyń leżała przy zlewie praktycznie nowa, rzadko jej używałam; w ciągu zaledwie tygodnia zdążyła się przebarwić, strona do szorowania była zmechacona. W Koreatown, po drugiej stronie alei, także za dnia panuje ruch, natomiast tutaj nawet latem życie budzi się dopiero, gdy zajdzie słońce. Teraz słyszałam tylko samochód z wyjątkowo głośnym silnikiem, który po chwili ucichł w oddali.

Tatuaż swędział po jej palcami.

Stanęła w pidżamie w kwiaty tak blisko, że prawie dotykała moich pleców.

– Mogłam cię chyba więcej nauczyć – powiedziała.

Odłożyłam żółtą gąbkę i przez chwilę tkwiłam tak, ściskając w lewej dłoni pokrytą pianą miskę. Mama była chorobliwie wychudzona, bałam się, że przewrócę ją ledwie poruszeniem ramion. Woda leniwie ciekła z lekko odkręconego kranu i uderzała o dno starego zlewu, wydając nieprzyjemny odgłos.

– Nie mam już czasu. Naprawdę. Choć czuję, że jest tyle rzeczy, których powinnam cię jeszcze nauczyć.

Mruknęłam pod nosem coś na kształt odpowiedzi, nieruchomiejąc na kilka sekund, po czym przesunęłam miskę pod kran i opłukałam ją z płynu do naczyń. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat, od kiedy wydostałam się z jej brzucha, z czego przez siedemnaście żyłyśmy tylko we dwie pod jednym dachem, a ona mówiła, jakby dostała za mało czasu, by mi coś przekazać – fakt, że te słowa wydobyły się z wnętrza piżamy w żółte kwiaty, rozdrażnił mnie jeszcze bardziej. Rzeczywiście, dopóki nie zyskałam pełnej kontroli nad swoim ciałem, mama nie czuła potrzeby tłumaczyć mi niczego przy pomocy słów. Nigdy nie wzięła ślubu. Należałam do niej całkowicie nawet po tym, jak wyszłam z niej na świat, co najmniej do momentu, gdy byłam w stanie sama zdobywać jedzenie.

Chyba zmęczyła się staniem, bo chwilę później poczułam, że powoli idzie z powrotem. Dopiero wtedy się odwróciłam. Futon, który rozłożyłam na środku pokoju, by było jej wygodnie jeść i chodzić do łazienki, czekał w plamie nieprzyjemnie gorącego słońca sączącego się przez niewyprane firanki, aż mama w kiczowatej pidżamie dojdzie do niego chwiejnym krokiem. W jej towarzystwie to zawsze ja byłam intruzem. Aneks kuchenny co prawda znajdował się w tym samym pomieszczeniu, ale doświetlało go tylko małe okno z matowym szkłem, które wychodziło na półotwarty korytarz, dlatego bez zapalonej żarówki nawet w ciągu dnia panował tu półmrok. Stąd odprowadzałam wzrokiem mamę, nawet przez ubranie widząc, gdzie na jej plecach wystają kości.

Na moim ramieniu, tam, gdzie go dotknęła, zostało jeszcze ciepło jej dłoni. Skórę pod tatuażem pokrywała przebarwiona na czerwono i biało blizna po oparzeniu. Ta kobieta, która teraz z trudem chodziła po moim mieszkaniu, pozbawiona ponad połowy swoich niegdyś pięknych włosów – to właśnie ona zostawiła ją na moim ciele.
(…)

Suzumi Suzuki „Obdarowana”
Tłumaczenie: Dariusz Latoś
Wydawnictwo: Bo.wiem
Liczba stron: 96

Opis: Dzielnica nocnej rozrywki. Po pracy w jednym z klubów hostessa wraca do domu nad ranem. Jej ruchy odmierza mechaniczny rytm: zgrzyt ciężkich drzwi, chrzęst zamka. Intymne rytuały przynoszące dotąd namiastkę spokoju zostają zaburzone, kiedy śmiertelnie chora matka wprowadza się do mieszkania córki. W ciasnym pokoju, w ciszy pełnej napięcia dwie kobiety próbują funkcjonować obok siebie.

Ciało córki skrywa pod tatuażami blizny po oparzeniach zadanych ręką matki. Ciało matki, niegdyś adorowane, trafia pod opiekę tej, którą kiedyś kontrolowało. Towarzyszenie umierającej staje się sekwencją banalnych automatycznych czynności. Suzumi Suzuki precyzyjnie rejestruje świat znany jej od środka – codzienność hostess i seksworkerek neonowego Tokio. Zadaje pytanie: do kogo należy i ile jest warte ciało, gdy staje się towarem lub obiektem cudzych pragnień?

„Obdarowana” to pozbawiony złudzeń zapis relacji, w której bliskość jest zagrożeniem, a zrozumienie wydaje się nieosiągalne.

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek