banner ad

Spotkanie po latach na Sycylii. Przeczytaj fragment powieści „Sycyliada” Daniela Wyszogrodzkiego

6 lipca 2026

Okładka powieści "Sycyliada"  Daniela Wyszogrodzkiego

Daniel Wyszogrodzki, znany dziennikarz muzyczny, tłumacz m.in. Leonarda Cohena oraz autor książek i tekstów piosenek, napisał nową powieść. W „Sycyliadzie” zabiera nas na największą włoską wyspę, gdzie mieszka od lat polski pisarz nazywany przez miejscowych Polacco. Niespodziewane przybycie dawnej przyjaciółki budzi wspomnienia i prowadzi bohatera do konfrontacji z rzeczywistością i własnymi demonami. Książkę znajdziecie w księgarniach od 8 lipca, a poniżej przeczytacie jej fragment.

Kilka słów. Kilka słów, które zakłóciły cały misternie zbudowany porządek. Albo raczej zakwestionowały jego równowagę, chociaż na taką refleksję było za wcześnie. Ile lat minęło? Może dziesięć? Powiedziałby, że więcej, tak dalekie było jego dawne życie, ale uświadomił sobie, że mieszka na wyspie mniej niż dziesięć lat. Z nikim się nie związał i bezwarunkowo nie zamierzał tego robić. Okazjonalne flirty z turystkami zaspokajały z nawiązką jego głód wrażeń, a do tego były niezastąpiona Rosalia i poniedziałkowe poranki. To mu wystarczało. Żadnych zobowiązań, nie po to tu przyjechał. Przyjechał tu, aby raz na zawsze oderwać się od wszelkich zależności, wyplątać z pajęczyny związków – towarzyskich, zawodowych. I udało mu się, a może tylko miał szczęście, bo robił to, co chciał. Pił, co chciał, jadł, co chciał, i sypiał, z kim chciał, może tylko czasami, z kim popadło. Pisał. Po to żył, przynajmniej przyjął taką wersję siebie. A do tego mieszkał w raju: suchym, spalonym słońcem, biednym, ale jednak w raju. Miał swój dom, swoją skałę i swój widok, którego nie zamieniłby na żaden inny. Niczego w swoim życiu by nie zamienił, czuł się uprzywilejowany. Kiedy przed laty postanowił żyć samotnie, nie spodziewał się, że jego samotność będzie tak piękna. Lubił swoje życie, a były chwile, kiedy prawie lubił siebie. A może odwrotnie? Ale wtedy przyszedł ten list. Właściwie kartka pocztowa – ze zdjęciem zdradzającym nie tylko nadawcę, ale być może także jego intencje. To znaczy jej. I przestraszył się. Pierwszy raz od lat poczuł niepokój – przed nieznanym, przed możliwą utratą. Czego? Spokoju? Tak. Powtarzalności codziennych rytuałów? Tak, tak. Dystansu do życia? Tego chyba najbardziej. Dystansu do ludzi? Czy coś było w stanie skrócić ten dystans? Albo ktoś?

> Wiem, że tam mieszkasz. Wybieram się na Sycylię.
Jeśli chcesz, żebym Cię odwiedziła, daj znak:
takajagaja@gmail.com. Mam nadzieję, że się odezwiesz.
Pozdrawiam – G.

Kilka słów, które zakłóciły cały misternie zbudowany porządek. Albo raczej zadały kłam wszystkiemu, co skrupulatnie wymyślił na swój temat i w co następnie uwierzył.

Kiedy wszedł do Tawerny tamtego koszmarnego dnia, gdy pochował Nino, jej szef Kosma podekscytowany pomachał do niego zza lady. Tak, to była sensacja – list do Polacco zaadresowany na „Tawernę”, biała koperta, brak nadawcy. Adres zawierał jego imię i nazwisko, zapisane poprawnie kobiecą ręką, nazwę miejscowości i nazwę knajpy, jakby co najmniej w niej mieszkał. Z domu do miasteczka miał kilkanaście minut pieszo, bardzo rzadko odpalał samochód. Wystarczyło, że doszedł żwirówką do asfaltu i skręcił w lewo, a w oddali pojawiały się pierwsze zabudowania miasteczka, a raczej mieściny, w której postanowił spędzić resztę życia.

Tawerna pod szyldem Tawerna stała przy niewielkim placu nazwanym Piazza Grande, z którego rozciągał się obłędny widok na morze, bardzo podobny do tego, jaki podziwiał ze swojego Kaukazu, może nawet taki sam, chociaż niechętnie by to przyznał. Knajpa zajmowała duży narożny budynek po zachodniej stronie placu i wychodziło się z niej na zawieszony nad portem taras. Port to za dużo powiedziane – była to raczej przystań, rybacka marina – taras Tawerny był największą atrakcją miasteczka. Obszerny i w części zacieniony, porośnięty rachityczną winoroślą, oferował nielicznym klientom wiarygodną iluzję słodkiego życia, przy butelce lokalnego wina albo przy posiłku popijanym grappą.

Wszystkie włoskie restauracje nieodparcie go przyciągały, ale do tej przyciągnął go właśnie taras. Może nawet sprawił, że okrążając wyspę, zatrzymał się w tej dziurze. Najpierw był stolik z widokiem i butelką białego wina z miejscowych upraw. Potem spróbował kuchni i okazała się wyśmienita – na całej Sycylii podawano ryby, ale tutejszy miecznik nie miał sobie równych. Kiedy delektował się nim po raz drugi czy trzeci, dosiadł się do niego szef. Okazał się Grekiem, paradoks wyspy, na której krzyżowały się wszystkie szlaki świata. Gdy on sam już tu zamieszkał, został stałym bywalcem, choć niemniej chętnie gotował sobie w domu.

Tawerna była jedynym w miasteczku miejscem spotkań, tutaj poznał wszystkich mieszkańców, tutaj zaczęto go nazywać lo scrittore polacco, a potem już tylko Polacco. Kiedy zaprzyjaźnił się z Kosmą, ochrzcił go w duchu mianem Greka Wiecznego Tułacza, czego zresztą nie potrafił przetłumaczyć precyzyjnie na włoski. Tłumacz tułacz. Szef kuchni miał za sobą życie wypełnione podróżami, a gdyby dać wiarę jego opowieściom, zaliczył na Morzu Śródziemnym więcej portów niż święty Paweł. Cel jego wędrówek pozostawał niejasny, szeptano więc, że był uciekinierem, jednak Kosma nie sprawiał wrażenia, że się ukrywa. Przeciwnie, był człowiekiem otwartym i towarzyskim, a poruszał się z taką energią, że kręcone włosy, które opadały mu na ramiona, zdawały się nie nadążać za jego postacią.

Tamtego dnia, kilka tygodni wcześniej, po pochówku na morzu, Kosma pomachał do niego, kiedy tylko przekroczył próg Tawerny. Za dnia wiązało się to z częściowym oślepieniem, oczy potrzebowały czasu, żeby zorientować się w panującym wewnątrz mroku. Kiedy przywykły, Kosma szedł już ku niemu z kopertą w dłoni. Towarzyszyły mu spojrzenia kilku klientów, którzy do południowego kieliszka wybrali chłód mrocznego wnętrza. Koperta z jego nazwiskiem? Na jego wyspie? W miasteczku kryjówce? W knajpie u Greka? I czyje to pismo?

– Polacco, ktoś cię szuka! – wołał Kosma.

– Wygląda na to, że mnie znalazł – odpowiedział i ponownie poczuł niepokój.

– Nie wiesz, od kogo to? – Grek nie zamierzał rezygnować z zabawy. – To ja ci powiem. Urząd skarbowy albo alimenty. Bo kto inny wysłałby coś takiego na mój adres?

– Tu nie ma twojego adresu. Ktoś napisał „Tawerna”, mogło ich być kilka.

– Ale jest tylko jedna. I tylko jeden Polacco, zgadza się?

I tylko jedna Gaja. Nie znała jego adresu, dowiedziała się natomiast, gdzie mieszka. I chciała go tu odwiedzić. Gaja, o której udało mu się zapomnieć. Naprawdę mu się udało. Może to właśnie dlatego teraz się odezwała? Bo kim dla niego była? To pytanie powróciło jak bumerang, odrzucił je od siebie dawno i daleko, a teraz odnalazło go w postaci białej koperty z pocztówką w środku i uderzyło widokiem kościoła na skarpie wznoszącej się ponad „rowem, którym płynie mętna rzeka”, jak opisał to poeta. Teraz dopiero przestraszył się na dobre. Tamtych poetów także odrzucił, czyżby mieli tu wrócić razem z nią? Grad bumerangów? Nie chciał ich tu, byli poetami innego nieba, on wyznawał teraz szkołę azzurro. I poezję suchej ziemi, czyli prozę, bo otaczała go ziemia prozaicznie jałowa. Gaja była studentką, z którą kiedyś się spotykał. Jego studentką. W tamtym życiu. Gaja była kobietą, której nie dotknął.
(…)

Okładka książki "Sycyliada" Daniela WyszogrodzkiegoDaniel Wyszogrodzki „Sycyliada”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 480

Opis: Sycylię można pokochać od pierwszego wejrzenia. Trudniej pokochać własne życie, gdy odrzuca się miłość. Polacco mieszka w domu nad urwiskiem i codziennie rozkoszuje się widokiem na morze. Od dawna nie szuka szczęścia, wystarczają mu przyjemności. Nieoczekiwany przyjazd pięknej przyjaciółki przywołuje wspomnienia, ale rodzi też pytania: jaki jest cel jej wizyty? Co tak naprawdę ich łączyło? Teraz, wracając do przeszłości, poznają się na nowo.

Niewinne rozmowy i wspomnienia prowadzą do konfrontacji z rzeczywistością – przemocą wobec kobiet w środowisku artystycznym, współczesną wędrówką ludów po wyspach, równie niebezpieczną jak przed wiekami – i z własnymi demonami. Czy kilka dni wystarczy, żeby odczarować nienazwane traumy? Niepokojący Grek, atrakcyjna sąsiadka i jej nastoletnia córka, stary notariusz z pobliskiego portu – czy któraś z tych osób ma klucz do wnętrza bohatera? Czy może dopiero wizyta przyjaciółki otworzy to, co skrywane przez lata?

Pies, który zabrał sny. Wino, dużo białego wina. Czarna kawa. Sycylijskie jedzenie. Zapach. Noce – gwiaździste, gorące, gęste. Sześć dni, dwoje ludzi i palące włoskie słońce. Czy finał tej historii będzie wstrząsający niczym wybuch Etny czy łagodny jak pożegnalne muśnięcie dłoni?

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek