Solowa twórczość, muzyka filmowa i produkcja nagrań. Przeczytaj fragment książki „Pospieszalscy. Rodzina” Marcela Woźniaka

8 listopada 2025

12 listopada do sprzedaży trafi książka „Pospieszalscy. Rodzina” Marcela Woźniaka opowiadająca o słynnej muzycznej rodzinie z Częstochowy. Pospieszalscy to znakomici i wszechstronni instrumentaliści, którzy mają w dorobku nie tylko własne płyty, ale również zajmują się produkcją nagrań innych artystów czy komponowaniem muzyki filmowej. Poniżej możecie przeczytać przedpremierowo fragment książki, odsłaniający kulisy ich muzycznej działalności.

PIERWSZY TOR MARCINA

(…) Marcin pod koniec lat osiemdziesiątych krystalizuje swoją drogę muzyczną, idąc nią odtąd dwutorowo: grając i komponując. W obu przypadkach dużą rolę odegrają Michałowie: Lorenc i Urbaniak.

W 1989 roku na jam session w Częstochowie pojawia się ten drugi, właśnie przyjechał ze Stanów. W jednym z wywiadów Michał Urbaniak wspomina, że słyszał Marcina też na jakimś jamie w warszawskim Remoncie, „solidnie grającego funk i jazz”.

– Strasznie lubiłem groove, czarną muzykę – wspomina Marcin. – Nikt nie grał jak Marcus Miller. Wtedy myślałem już o groovie po połączeniu z singującym groove’em jazzowym, jak na „Fat Time” Milesa Daviesa, i Michał zrozumiał, że ja mam to „przetrawione”. Z miejsca pojechaliśmy w trasę i się zaprzyjaźniliśmy.

To dlatego Urbaniak pojawia się na kolędowaniu z Pospieszalskimi.

W 1995 roku tworzą projekt orkiestrowy. Dzięki Michałowi Marcin gra z Lennym White’em, perkusistą Milesa Davisa. Skład Urbaniak, White, Marcin, Wojtek Karolak.

– Trzy legendy i chłopak z Częstochowy! – mówi z dumą. – Spotkanie z mistrzami. Żałuję, że nie weszliśmy do studia i nie nagraliśmy płyty. Niesamowite doświadczenie.

Wtedy powstaje także pierwszy w historii polskiej muzyki koncert muzyki symfonicznej i hip-hopowej – „UrbSymphony”. Pierwszy występ jest w Filharmonii Częstochowskiej. Gra też Leszek Możdżer i Michał Dąbrówka. Użyty zostaje macintosh Apple’a, a na scenie pojawia się Andy Ninvalle – pierwszy raper z Gujany oraz pionier tamtejszego beatboxu. Występ powtarzają w Filharmonii Narodowej. Andy zeskakuje ze sceny, zaczyna tańczyć z widownią, zachęcać do śpiewu. Wiele z numerów to aranżacje Marcina, który na scenie gra na basówce. Sala pieje z zachwytu. Są oberki i groove, mazurki i smooth jazz, hip-hop i klasyka.

– Dzięki Michałowi grałem z genialnymi muzykami – podkreśla Marcin. – Michał to jest historia muzyki.

POZIOM GŁOŚNOŚCI

Rok 1994. Marcin zapisuje ołówkiem na papierze kilkadziesiąt tysięcy dźwięków, które nagrywa potem Moskiewska Orkiestra Filmowa. Wykonania trafiają na krążek „Orchestral Colours” – pierwszą w pełni samplową płytę na świecie, robioną z Peterem Siedlaczkiem. Te sample trafią w przyszłości do tysięcy filmów, programów i kreskówek, między innymi do „Miasteczka South Park”.

Przy okazji nagrań z Rosjanami Marcin rozmawia z dyrygentem z Moskwy, który współpracował z Electric Light Orchestra.

– Wiesz… dla nas oknem na świat był polski „Przekrój”. Polacy to największa nieodwzajemniona miłość Rosjan.

Jasiu Budziaszek, perkusista Skaldów, opowie Marcinowi, że grając w ZSRR, zawsze lądowali u Włodzimierza Wysockiego, naprzeciwko zniszczonej katedry moskiewskiej. Bo Polska inteligencja też była dla rosyjskiej oknem na świat.

Marcin produkuje dla Kory płytę „Ja pana w podróż zabiorę”. Wszystko robi sam na keyboardzie, pojedyncze dźwięki dogrywa Mateo. Wykonują piosenki Wasowskiego i Przybory.

– Nie miałem wielkiego doświadczenia. Kora była świetną wokalistką ekspresyjną, ze wspaniałą dykcją. A ta płyta to świetna ciekawostka.

Potem kończy produkcję płyty „Spoza nas” dla Mietka Szcześniaka. Z wokalistą robił zresztą szereg projektów. Same „Listowe piosenki 2” z formacją Deus Meus to blisko czterdzieści tysięcy sprzedanych kaset.

Przyjeżdża z materiałem na „Spoza nas” do producenta. Zamiast siedzieć na sali, idzie do kabiny reżyserskiej, patrzy, a tam potencjometr dźwięku ustawiony na stałym poziomie. Bez wahania podkręca gałkę na maksa, żeby wszystkie rejestry było wyraźnie słychać. Wie, gdzie płyta jest lepsza, a gdzie wymaga dopracowania.

Gdy muzyka zaczyna płynąć z głośników na sali, producent aż podskakuje, krzycząc: „Ale czaderski numer!”.

– Jaki z tego płynie morał? – pyta Marcin. – Pamiętaj: odpowiedni poziom głośności jest bardzo ważny!

Są też jednak spotkania, podczas których ten cały zgiełk staje się nieważny. Jak wtedy, gdy jest kierownikiem muzycznym podczas koncertu Czesława Niemena, czy kiedy przegaduje z nim godziny na temat muzyki, pracując nad wspólną z Natalią Niemen płytą zespołu New Life’m „Dla Ciebie i dla mnie”.

CHUMBAWAMBA I RAZ, DWA, TRZY

Kora, Tosia Krzysztoń, Mietek Szcześniak. Płyty „Trudno nie wierzyć w nic” i „Skądokąd” zespołu Raz, Dwa, Trzy. Lista produkcji Marcina jest długa.

Mogłoby być ich więcej, ale Marcin nie bierze się za rzeczy, które artystycznie budzą w nim bunt. Takie jak sugestia, żeby przerabiać Raz, Dwa, Trzy na Chumbawambę. Bo producent nie wierzył w album „Trudno nie wierzyć w nic” i sugerował, by nagrać coś takiego, co leciało akurat w radiu.

Materiał robią wówczas sami, „dla nikogo”, bo zdaniem szefa studia na krążku „nie ma żadnego hitu”.

Na szczęście Adam Nowak i Marcin Pospieszalski nie słuchają go. Za nagrania płaci im Zbigniew Preisner. Marcin i Rafał Paczkowski dostają Fryderyka w kategorii „Produkcja muzyczna roku”.

Kiedy śpię u Marcina w studiu, tłumaczy, czemu ma tylko trzy Fryderyki w pokoju.

– To była moja czwarta statuetka. Ponieważ Rafał nie miał żadnej, oddałem mu swoją. Tak samo było z Arką Noego. Mówiono: „Kto dziś będzie słuchał chrześcijańskiej muzyki?”. Potem Arka Noego sprzedała milion płyt.

W tym właśnie zespole przez lata koncertować będzie syn Marcina i Lidii, Mikołaj.

KAYAH (NIE) POTRAFI ŚPIEWAĆ?

Kiedy Polska wchodzi do Unii Europejskiej, przygotowywany jest projekt „Polska 'Oda do radości'”. Marcin robi autorskie opracowanie „Ody do radości”, w której łączy jeden z polonezów Chopina z oryginalną partyturą Beethovena: klasyka łączy się z muzyką góralską. Do tego Jacek Cygan pisze nową wersję tłumaczenia. Kayah nie może być obecna w studiu, więc zostaje poproszona o przesłanie próbnego nagrania. Wkrótce Marcin dostaje telefon od producenta, który twierdzi, że „Kayah chyba nie potrafi śpiewać”.

– Jak to? Kayah? – dziwi się Marcin. – Niemożliwe. Przyślijcie mi to nagranie.

Kiedy po kilku dniach do Częstochowy przychodzi demówka, Marcin wkłada płytę do odtwarzacza i odsłuchuje. Po chwili zaczyna się bardzo głośno śmiać.

Okazuje się, że do wydawcy przez pomyłkę wysłano płytę demo, na której… śpiewa Marcin.

DRUGI TOR: FILMY

Szalenie ważną osobą spotkaną przez Marcina na twórczej drodze jest, obok Michała Urbaniaka, Michał Lorenc.

– Ja nie mam wykształcenia muzycznego. Dzięki pomocy Marcina nauczyłem się pisać duże faktury instrumentalne – opowiada Michał Lorenc w dokumencie „W cieniu gwiazd”. – Uważam go za nauczyciela, jeśli chodzi o pisanie partytur.

Marcin robi instrumentację do „Krolla” i „Psów 2”. Na własne konto pracuje od 1995 roku. Michał Lorenc poleca go Władysławowi Pasikowskiemu.

– Ja – mówi dziś Marcin – skromny chłopak z Częstochowy. I Pasikowski!

W tamtych czasach filmy ogląda się na małym podglądzie, góra dwa razy – i to wszystko, potem trzeba wymyślać muzykę. Przy „Słodko-gorzkim” dostaje od Pasikowskiego wypiskę, co reżyser widzi, Marcin zaczyna z nim dyskutować i proponuje swoje rozwiązania. Duża odpowiedzialność, duży budżet. Saksofon Mateusza, Leszek Możdżer na fortepianie, orkiestra Sinfonia Varsovia.

Władek przyjeżdża może raz. Marcin gra mu na keyboardzie temat, reżyserowi się podoba. Ostateczny materiał odbiera od Marcina jednak montażystka, legendarna Wanda Zeman.

– Miała doskonałe wyczucie, sama podłożyła to pod obraz.

Ryzyko, podpatrzone u Michała Lorenca, opłaci się. Wspólnie z Tomkiem Lipińskim dostają statuetkę za muzykę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

W „Demonach wojny wg Goi” robi soundtrack „kompletnie w poprzek”, bogatszy o doświadczenia z poprzednich filmów. Znów jest nominacja, tym razem do Orłów.

Następne zlecenie: „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Łączy muzykę góralską z Gershwinem. Wpada na pomysł, żeby Joszko Broda nauczył młodego Rafała Olbrychskiego gry na góralskiej, jednootworowej fujarce. W jednej ze scen pojawi się teledysk: wspólnie z Grzegorzem „Guzikiem” Guzińskim z zespołu Flapjack polski muzyk łączy nowojorski hip hop z polską muzyką źródłową. Podczas zaawansowanych prac nad soundtrackiem Marcin dostaje niespodziewany telefon z Pomatonu:

– Marcin, ale… ty chyba nie robisz muzyki do tego filmu, co?

– Jak to nie? Oczywiście, że robię… Robię?

– Widzisz – mówi producent – poproszono nas o dwadzieścia piosenek do filmu… Więc twoja muzyka się nie zmieści. Tak wyszło!

Marcin sam zamawiał orkiestrę, musi wszystko odwołać. W filmie są tylko pojedyncze fragmenty ilustracyjne. Cała reszta zachowa się jako pamiątka w nutach i na dyskietkach do komputera Atari.

– Muszę to gdzieś odkopać, bo to naprawdę piękne kompozycje – podsumowuje.

Mikołaj, syn Marcina:

– Szybko w domu pojawił się wielki telewizor z magnetowidem. Nie mogliśmy wchodzić do pracowni, jak tata robił muzykę do „Słodko-gorzkiego”. Słuchaliśmy muzyki, ale nie mogliśmy oglądać filmu! – śmieje się.

Ostatnim filmem, przy którym pracuje, jest „Prawo ojca”. Zaufaniem obdarza go Marek Kondrat. Znów wielka orkiestra i wielkie ryzyko. Dla Marcina ten film jest jak western. Nagle dzwoni reżyser.

– Marcin, przyjedź do Warszawy – mówi.

Tam okazuje się, że przysyłane są setki piosenek od różnych producentów, wydawców, menadżerów. Wszyscy chcą zaistnieć w filmie. Kino to okno na świat. Dlatego szybko komponuje utwór „Widzisz Marto”. Śpiewany przez Ryszarda Rynkowskiego do słów Jacka Cygana poleci na napisach końcowych, będzie też promował obraz w radiu.

– Okazało się – mówi Marcin – że robisz muzykę, a tymczasem jest cała masa ludzi czekających w blokach startowych na twoje miejsce. Świat filmu, Warszawa… Dlatego mieszkam w Częstochowie!

Za ten projekt Marcin również dostanie nominację do Orłów. Kiedy jednak odmówi skomponowania muzyki do jednego z filmów, telefon przestanie dzwonić.

Któregoś razu Michał Lorenc poprosi, żeby Marcin pojechał zamiast niego na spotkanie z Danielem Olbrychskim.

– Zobaczyłem go schodzącego po schodach… we wrotkach – śmieje się Marcin. – Potem zaczęliśmy naukę gry na gitarze, bo miał zaplanowaną taką scenę w filmie. Efekty można zobaczyć.

W „Lepiej być piękną i bogatą” Olbrychski faktycznie pojawia się na ekranie z gitarą. Instrument wybrzmiewa kilkoma akordami, ręka aktora na gryfie nie zmienia jednak pozycji…

W kolejnych latach Marcin skupia się na produkcjach telewizyjnych, dokumentach i bajkach, między innymi dla studia Se-Ma-For. Świat filmu się zmienia, przychodzą inni ludzie, inne metody. Marcin ma autorskie podejście. W 2008 roku odbędzie się w ramach Dni Częstochowy koncert z muzyką symfoniczną do filmów „Słodko-gorzki”, „Prawo ojca” i „Demony wojny wg Goi”. Z muzyką do tego ostatniego wiąże się zabawna historia: soundtrack pierwotnie ukazuje się tylko z nazwiskiem reżysera na okładce. Dopiero w kolejnym tłoczeniu się to zmienia i pojawia się wyraźny napis: „Muzyka – M. Pospieszalski”.

MUZYKA — M. POSPIESZALSCY

W 1994 roku Mateusz dostaje nagrodę na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni za muzykę filmową do „Gorącego czwartku”. Odbierając statuetkę, mówi, że „nie będzie wymieniał wszystkich, którym dziękuje, bo… ma strasznie dużą rodzinę”.

Marcin dostaje nagrodę dwa lata później – za „Słodko-gorzkiego”. M. Pospieszalski oraz M. Pospieszalski.

Mateusz się śmieje, mówi, że „sam bym się pieprznął, kto jest kto!”. Bo on z kolei robił też soundtracki, między innymi do filmów „Balanga”, „Farba”, „Co słonko widziało” czy „Mój biegun”, za który ma nominację do Złotych Orłów.

– Muzykę do tego filmu – wspomina – oparłem, poza muzyką ilustracyjną, na materiale piosenkowym. Tym moje produkcje różnią się od tych Marcina. On miał zawsze dużą orkiestrę symfoniczną, klasycyzującą. Ja szedłem w stronę piosenek, rocka, począwszy od „Farby” czy „Co słonko widziało” Michała Rosy. Niektóre fragmenty filmu po montażu wyglądają jak teledyski. „Farba” to były rock’n’rollowe gitary między innymi z Darkiem „Popcornem” Popowiczem.

Był też „Sezon na leszcza”, w którym Bogusław Linda marzył o muzyce w stylu Toma Waitsa, „Loret”, dokumenty, animacje między innymi w reżyserii Krzysztofa Kokoryna. Mateo przekonuje, że po prostu ma szczęście trafiać na reżyserów dających mu wolną rękę, z którymi zawsze robi „burzę mózgów” i żywo dyskutują nad kształtem muzyki.

– U mnie muzyka jest bardziej teledyskowa, agresywnie podkreślająca narrację, co uważam za swój atut. W „Gorącym czwartku” są tematy muzyczne, które wdzięcznie nam się grało na rodzinnych koncertach. Żałuję, że nie wydałem płyty z muzyką do filmu o Agacie Mróz [chodzi o produkcję „Nad życie”, w której główną rolę zagrała Olga Bołądź – przyp. M.W.].

Kiedy Jarek Kiljan zaprasza go do pracy nad spektaklem teatralnym „Opowieść zimowa”, muzykę oprze na baśniowych, folkowo-klasycyzujących tematach.

– W większości zrobiłem ją sam, nagrywając osiemdziesiąt procent ścieżek. Postanowiłem wykorzystać wszystkie instrumenty wiszące u mnie na ścianie, włącznie z mandoliną, na której nie umiem grać! – śmieje się Mateo. – W efekcie instrumenty brzmiały fantastycznie, jak ze świata Szekspira. Chóry, dwugłosowe polifonie jak z Azerbejdżanu, modulowanie głosu.

Obok muzyki filmowej i teatralnej Pospieszalscy zajmują się też innymi produkcjami – pierwsze koncerty papieskie w Polsce, w Teatrze Wielkim, od drugiej edycji telewizyjne, a także spektakle i widowiska w reżyserii Jurka Bielunasa. Z Marcinem często dzielą się repertuarem, robią aranżacje, a Janek opracowuje koncepcyjnie te wydarzenia.

TOR TRZECI

Dzień po poznaniu Janka ten przysyła mi wiadomość: „Oglądaj Marcina dzisiaj! Na żywo, Koncert Jednego Ducha Jednego Serca”.

Rzeszowskie wydarzenie nazywane jest chrześcijańskim Woodstockiem. Marcin co roku pisze tam aranże i występuje na scenie z basówką. Punktem wyjścia do Koncertu Jednego Serca Jednego Ducha była popularyzacja muzyki chrześcijańskiej, ale na najwyższym poziomie. Muzyka chrześcijańska to trzeci tor w jego artystycznej drodze. Kiedy się spotykamy latem 2024 roku, siedzi w bluzie zespołu Luxtorpeda.

– Tak wyglądają moje muzyczne poszukiwania. Z jednej strony jest Woodstock, na którym grałem, komercyjne produkcje. A z drugiej… salka katechetyczna dla dzieci! – śmieje się. – To jest rodzaj wiary bardziej odporny na wieści o zgorszeniach, skandalach, antyświadectwie, z tego powodu, że posiada głębszy korzeń, posiada doświadczenie tego, że Bóg „działa” poprzez wydarzenia naszego życia. To jest też powód, dla którego, choć miałem sukcesy w świecie muzyki, poświęciłem swoją zawodową działalność ewangelicznemu przekazowi. Chyba trochę podobnie jak mój tata, który walczył o poziom i jakość sztuk plastycznych i architektury w kościele, ja robię to na polu muzycznym…

W ramach „trzeciego toru” weźmie również udział, z Michałem Lorencem, w projekcie „Decalogue”. W składzie muzycznym pojawią się Luxtorpeda, Józef Skrzek, Adeb Chamoun z Syrii, Levi Sakala z Zambii oraz… Paddy Kelly, muzyk ze słynnej w latach dziewięćdziesiątych grupy The Kelly Family. Muzykujące rodziny będą tematem ich wielu rozmów. Bujając się wspólnie z Paddym Kellym po Światowych Dniach Młodzieży, będą próbowali się doliczyć, ilu właściwie jest muzyków i ile instrumentów w obu rodzinach. Bezskutecznie!
(…)

Woźniak Marcel „Pospieszalscy. Rodzina”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 376

Opis: „Po koncercie rozjadą się do domów, usiądą do swoich stołów. Ale długo nie wytrzymają osobno. Za chwilę ktoś znów zapuka do drzwi brata, kuzyna, siostry, w świąteczny wieczór. Znów będą rozmowy i wspólne muzykowanie. Przy stole, przy fortepianie, w kuchni – byle nie osobno. Bo rodzina jest najważniejsza.”

Pospieszalscy – genialny klan muzyków, dwa pokolenia artystów, instrumentalistów, aranżerów, kompozytorów, producentów i wokalistów, których nazwiska trwale wpisały się w krajobraz polskiej sceny muzycznej: od Czerwonych Gitar i Voo Voo, przez największe przeboje Zakopower czy Anny Marii Jopek, po muzykę filmową i jazzowe eksperymenty.

Mateusz Pospieszalski, na pytanie, co musiałoby się stać, by przestał rozmawiać z Janem Pospieszalskim, z którym różnią się w poglądach, odpowiada: „Jak to mielibyśmy nie rozmawiać? Przecież to mój brat!”

Bo ta książka to przede wszystkim opowieść o rodzinie. O dziewięciorgu rodzeństwa, które dorastało w jednym pokoju na częstochowskiej plebanii. O młodzieńczej fascynacji bigbitem i pierwszych rodzinnych występach. O staraniach, by być razem – mimo światopoglądowych podziałów. O pielęgnowaniu tego, co łączy, a nie dzieli. O muzyce, która pozwala znaleźć wspólny język. I o fundamentach, które są nie do ruszenia.


Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek