banner ad

Przestępstwa biznesowe w świecie mody. Przeczytaj fragment książki „Arka” Johna Lyncha

22 października 2021

Powieść „Arka” przedstawia historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami z życia Johna Lyncha, przedsiębiorcy z USA mieszkającego w Krakowie, który należał do pierwszych amerykańskich organizatorów działalności gospodarczej w Europie Środkowej i Wschodniej po upadku komunizmu. Jako debiutujący autor buduje napięcie rodem z sensacyjnych amerykańskich filmów, a jednocześnie zabiera czytelnika w czasy kryzysu finansowego z początku XXI wieku i szalonego rozwoju wolnego rynku w Polsce. Poniżej możecie przeczytać fragment książki, której premierę zaplanowano na 27 października.

Prolog

Sala zarządu, San Juan

– Kim, do cholery, jest Truman Chase?

Fernando Tomasi, prezes zarządu Arki, przeglądał dokumenty jednej z ostatnich firm w jego niegdyś imponującym pakiecie inwestycyjnym. Patrzył wyczekująco na krzepkiego dyrektora inwestycyjnego Alfreda Martineza.

– Truman Chase jest założycielem i dyrektorem zarządzającym TruCo Apparel – wyjaśnił Alfredo. – Urodził się i wychował w Bronksie. Skończył studia MBA, ale porzucił karierę u Ralpha Laurena, by pomóc rodzinie prowadzącej firmę odzieżową w Polsce.

– Czyli pieprzony wzór cnót wszelakich… – Fernando skrzywił się drwiąco. Co za nieudacznik, przemknęło mu przez głowę, ale nie powiedział tego głośno. – Ciekawe.

Alfredo mówił dalej:

– Udało mu się przekształcić ten mały rodzinny interes w TruCo, dostarczającą na polski rynek odzież wysokiej jakości w przystępnych cenach. Na początku zatrudniali tylko sześć szwaczek. Taka garażowa firma.

– Jak u Steve’a Jobsa – zaśmiał się José Ramon Canut, główny doradca, wazeliniarz i prawa ręka szefa.

Fernando zachichotał. Żarty José były jedynymi, z których się śmiał.

– Opowiedz coś więcej o tym TruCo – zażądał. – Odwiedziłeś ich parę lat temu.

– Racja, teraz sobie przypominam. Znaleźliśmy świetny nocny klub w Krakowie. Nie miałem pojęcia, że polskie dziewczyny są takie gorące.

– I tańsze od Rosjanek – uśmiechnął się José.

– Nie przypominaj mi… – Fernando mrugnął porozumiewawczo i skinął na Alfreda, by kontynuował.

Alfredo opowiadał, że kilka lat później, kiedy polska gospodarka odradzała się z popiołów po latach komunizmu, Truman Chase trafił w punkt: wprowadził na rynek Tru Colors, kolekcję jasnych, kolorowych sukienek przeznaczonych dla kobiet z powiększającej się klasy średniej znużonych pięćdziesięcioma latami smętnych, burych ubrań z epoki socjalizmu. Na początku firma zarabiała niezłe pieniądze. Wygrała też masę nagród za design. Potem sprawy przyjęły zły obrót i TruCo zaczęło się wykrwawiać, właściwie zaraz po domknięciu umowy z Arką.

– Dlaczego zawsze dzieje się coś takiego? – zapytał Fernando, nie zwracając się z tym pytaniem do nikogo konkretnego.

– Nie pamiętasz, FT? Mieliśmy wtedy taką „niewielką” recesję – odparł José. Po czym sięgnął po cukierek do kryształowej misy stojącej na stole. Drobny prawnik uwielbiał słodycze.

– Bardzo śmieszne. Jak mógłbym zapomnieć? – burknął Fernando.

Większa część jego wymarzonego portfolio została przeorana przez la gran recesión.

– Truman i wspólnicy tyrali jak woły przez całą recesję – podjął Alfredo. – Udało im się uratować firmę. Ostatnio mieli parę bardzo udanych lat, ze wzrostami rzędu dwudziestu procent – recytował liczby oznaczające zyski, poziom zadłużenia, prognozy na rok bieżący.

Prezentacja trwała około czterdziestu pięciu minut, ale wydawało się, że dużo dłużej, ponieważ to majowe popołudnie było wyjątkowo ciepłe, nawet jak na Portoryko – temperatura sięgała trzydziestu stopni, a klimatyzację przykręcono, by obniżyć koszty.

Fernando bawił się swoim blackberry. Wszyscy obecni dobrze znali to zachowanie: El Jefe nudziły szczegóły. Wolał obraz całościowy.

W końcu uniósł głowę.

– To jest nasza okazja.

– Jeszcze jedna sprawa, Jefe – wtrącił Alfredo.

Fernando przewrócił oczami.

– Jak zwykle…

– Wszyscy wiecie, że w trakcie restrukturyzacji TruCo nawiązałem znajomość z Chase’em. I myślę, że możemy odzyskać nasze pieniądze całkiem szybko. Choć zgodnie z umową kredyt ma być spłacony dopiero za dwa lata.

– To akurat możemy naprawić – odparł lodowato Fernando.

– Jasne, ale chyba nie musimy. Od stycznia parę razy rozmawiałem z Chase’em. Ma całą kolejkę inwestorów. Wydaje się, że TruCo wzbudziło spore zainteresowanie po dobrych wynikach w zeszłym roku.

– O jakiej kwocie mowa?

– Dziesięć milionów dolców. Tak jak uzgodniliśmy na tegorocznym posiedzeniu rady. Są nam winni dwadzieścia milionów, więc to redukcja rzędu pięćdziesięciu procent. Ale dostaniemy forsę dwadzieścia cztery miesiące wcześniej, a moim zdaniem bardzo trudno będzie wyciągnąć więcej.

– Potrzebujemy tych pieniędzy – przypomniał delikatnie José. Alfredo odwrócił wzrok. Zapadła cisza.

Trzask szklanki Fernanda rozbijającej się o wyświetlane na ścianie zdjęcie twarzy Trumana Chase’a wyrwał obu doradców z zamyślenia.

– Ile razy muszę wam przypominać, chłopcy? Teraz, kiedy jestem większościowym właścicielem Arki, tylko w jeden sposób zamierzam… – urwał w pół zdania i poprawił się: – Tylko w jeden sposób możemy zmaksymalizować wartość naszego funduszu: trzeba wycisnąć ostatniego centa z każdej firmy z naszego portfolio. A nie uda się tego zrobić bez lekkiego rozlewu krwi.

– Jaka więc jest twoja decyzja? – Alfredo obawiał się, że zna już odpowiedź.

– Pieprzyć redukcję. Chcę dostać całość.
(…)

Rozdział 2
Baltic Mundial

Warszawa

Południowym lotem Lufthansy z Frankfurtu podróżowali w większości wysocy niemieccy biznesmeni w średnim wieku, w ciemnych i drogich garniturach. Choć Fernando był niższy i bardziej pulchny niż cała reszta, to wręcz ociekał pewnością siebie i dyskretnym poczuciem wyższości. Wyróżniał się wyraźnie śródziemnomorską urodą, a zwłaszcza długimi, czarnymi, układającymi się w fale włosami, utrzymywanymi w tej formie przez codzienne poranne trzydziestosekundowe spryskiwanie lakierem. Wart tysiąc pięćset dolarów jedwabny szalik Gucciego, trzykrotnie luźno owinięty wokół szyi, też wybijał się z morza krawatów Hugo Bossa. Drwiący uśmieszek sugerował, że Portorykańczyk wie coś, o czym inni nie mają pojęcia.

Fernando przeszedł przez kontrolę celną, a potem przez automatyczne rozsuwane drzwi terminalu 2 na Okęciu. Ciągnąc wytartą skórzaną walizkę, gniewnie warczał przez telefon na swoją sekretarkę w San Juan. Właśnie przekazała mu wiadomość, że nastąpiło jakieś nieporozumienie w związku z zamówioną limuzyną i będzie musiał wziąć taksówkę. Pierwszy raz był w Polsce, a ktoś z tutejszego biura ostrzegał, by za wszelką cenę unikał łajdackiej taksówkowej mafii działającej przy głównym warszawskim lotnisku. Przeklinając, stanął przy krawężniku w długiej kolejce czekających na transport do miasta.

Wprawdzie komunizm w Polsce upadł ponad dwadzieścia lat temu, ale przez okna auta Portorykańczyk wciąż oglądał pozostałości po tym koszmarnym systemie. Jechał ulicą Żwirki i Wigury w stronę nie tak odległych wieżowców. Warszawa okazała się miastem kontrastów – nowoczesny hotel czy biurowiec stał obok paskudnego szarego bloku mieszkalnego z czasów głębokiego komunizmu.

Fernando nie znosił chłodu, uchylił jednak okno i wpuścił świeże powietrze, by pozbyć się mocnego zapachu paliwa unoszącego się z przeciążonego silnika. Taksówkarz szybko zmieniał pasy – wyprzedzał po prawej i po lewej, a od czasu do czasu bez wyraźnego powodu wciskał hamulec. Jego pasażer tymczasem wyglądał przez okno. Warszawa, znana niegdyś jako Paryż Wschodu, uważana była przed wojną za jedno z najpiękniejszych miast świata. Wszystko się zmieniło w sierpniu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, kiedy naziści zmienili miasto w stos gruzów. Po wojnie warszawiacy starannie, cegła po cegle, odbudowali stolicę. Wiele osiągnięć było godnych podziwu, jak choćby odtworzenie historycznych obiektów, w tym Zamku Królewskiego, liczne dzielnice zastawiono jednak wszechobecnymi szarymi blokami, które odebrały miastu jego przedwojenny urok. I dopiero w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku stolica zobaczyła swój pierwszy wieżowiec w zachodnim stylu – hotel Marriott w Alejach Jerozolimskich. Właśnie tam zmierzał Fernando.

Taksówka minęła Dworzec Centralny i zatrzymała się przed wejściem do hotelu.

***

Oprócz samego Baltic Mundialu transakcja obejmowała też przejęcie biur oraz personelu funduszu w Sztokholmie, Rydze, Kijowie i Warszawie. Fernando nie marnował czasu, szybko zmienił nazwę Baltic Mundial na Arka CEE – Central & Eastern Europe. Tomasi nakazał warszawskiemu przedstawicielowi zebranie całego personelu funduszu – dwudziestu kilku osób – w Warszawie. Oficjalnie – na przyjęcie powitalne. Tak naprawdę jednak chciał poznać cały zespół równocześnie, pogadać z ludźmi prywatnie i zdecydować, kogo warto zostawić.

Przyjęcie odbywało się w barze Panorama na czterdziestym piętrze Marriotta. Lokal gwarantował najlepszy widok na nowiutkie i błyszczące warszawskie wieżowce. Nowy szef wygłosił krótkie przemówienie i wraz ze swoim młodym, wielonarodowym, napakowanym testosteronem i czysto męskim zespołem wychylił kieliszek lodowato zimnej wyborowej. Śmiać mu się chciało na myśl, że ponad połowa tych ludzi straci pracę, jeszcze zanim minie im kac.

Przez resztę wieczoru siedział w kącie i prowadził krótkie pogawędki z kolejnymi członkami zespołu. Wyglądało to trochę jak audiencje u Don Corleone, tyle że bez całowania pierścienia.

Zwrócił uwagę na dwóch menedżerów.

Pierwszy, dobrze zbudowany Ukrainiec, nazywał się Fiodor Panczenko. Należał do tych wysokich, posępnych i tajemniczych osobników z dawnego bloku sowieckiego, którzy nie odebrali żadnego formalnego wykształcenia ekonomicznego i nie mogli się pochwalić zbyt wielkim doświadczeniem, mieli za to znakomite kontakty i świetnie sobie radzili z robieniem interesów na Wschodzie. Urodzony i wychowany w Doniecku na wschodniej Ukrainie Fiodor mówił z silnym rosyjskim akcentem, nosił rosyjski wojskowy zegarek i okropne buty, do tego miał popsute zęby. Zebranie jakichkolwiek informacji o nim było praktycznie niemożliwe – nie miał konta na LinkedIn ani na Facebooku, a wyszukiwarka Google nie znajdowała dosłownie nic. Według niepotwierdzonych plotek był agentem SBU, postsowieckiego ukraińskiego odpowiednika KGB. Oficjalnie specjalizował się w „sprawach ekonomicznych” – ten lokalny eufemizm oznaczał, że znał osobiście więcej niż kilku ukraińskich oligarchów. Podobno pracował nad dwiema ważnymi transakcjami, ale mimo że podlegały analizie, szczegóły pozostawały dość mgliste.

Drugim menedżerem był jedyny warszawski pracownik Roman Gryzoń. Z wyglądu niepozorny, niski, drobnej budowy, przedwcześnie łysiejący, z krągłą twarzą ozdobioną kozią bródką, przypominał skrzyżowanie Lenina z Charliem Brownem. Należał do ludzi, których wieku nie da się oszacować – mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt pięć lat, jak i czterdzieści pięć. Miał trzydzieści pięć. Nie sprawiał wrażenia szczególnie inteligentnego ani tępego – zapewne dlatego, że niewiele mówił. Nie był przedsiębiorczy, nie miał zdolności przywódczych, więc już na wczesnym etapie kariery nauczył się, że w otoczeniu samców alfa lepiej nie podnosić głowy i nie gadać za dużo. Trzymał się tej strategii od samego początku swojej pracy w finansach. Lojalnie całował tyłki swoim szefom w każdej firmie i na każdym szczeblu.

Buenos noches. – Gryzoń uśmiechnął się promiennie, kiedy pierwszy raz witał się z szefem.

– Dobry wieczór. Gdzie pan się nauczył hiszpańskiego?

– Och, to nic takiego. Złapałem parę słów tu i tam podczas wakacji na Wyspach Kanaryjskich.

¡Ah, las Islas Canarias! ¿Muy bonita, no?

Gryzoń popatrzył tępym wzrokiem. Natychmiast zmienił temat. – Proszę spojrzeć, zwolniły się miejsca przy barze. Chodźmy. – I natychmiast zamówił coś do picia.

Kiedy usiadł z Fernandem w kącie Panoramy, przede wszystkim pogratulował „señorowi Tomasiemu” szybkich i sprawnych negocjacji ze Szwedami oraz uzyskania tak dobrej ceny.

– No cóż, dziękuję, panie Gryzoń. Wie pan, już bardzo długo siedzę w tej grze i według mnie czasem trzeba po prostu zrobić listę wrogów i skopać parę tyłków.

– Zgadzam się, absolutnie – zapewnił Gryzoń. – Ale proszę mi mówić Roman. Albo Romek – tak zwracają się do mnie przyjaciele.

Kelnerka nalała im do kieliszków po sto mililitrów arktycznie zimnej, czystej i przejrzystej wódki z ziemniaków. Skłoniło to Gryzonia do wzniesienia toastu za znakomity interes Fernanda. Uniósł kieliszek.

¡Salud, amor y dinero! – zawołał. – Za zdrowie, miłość i pieniądze.

Wypiwszy kieliszek, señor Tomasi zaproponował, żeby Gryzoń zwracał się do niego po imieniu. Albo jeszcze lepiej przydomkiem FT.

Roman zapytał szefa – i nowego przyjaciela – czemu zawdzięcza swoje sukcesy w zarządzaniu inwestycjami. I trafił w punkt. To był ulubiony temat Fernanda: on sam. Kiedy skończył mówić, godzinę i cztery kieliszki później, używał już tylko zdrobnienia imienia Gryzonia – Romek. I chociaż przez cały wieczór nie zadał mu ani jednego pytania, to po imprezie, kiedy opowiadał o wszystkim José, stwierdził z przekonaniem:

– Roman Gryzoń to nasz człowiek.

***

Kiedy minął kac po pijaństwie, Fernando usiadł ze swoim zespołem, by omówić aktualny stan funduszu, status zaległych pożyczek i perspektywy udzielania kolejnych. Spotkanie trwało ponad cztery godziny, co było niezwykłe jak na Fernanda, który zawsze szybko się rozpraszał. Ale trzeba było to załatwić.

Mówił przede wszystkim Gryzoń, jako najlepiej zorientowany w sytuacji firm z ich portfolio. Omawiał je kolejno, w każdym przypadku podając podstawowe dane: nazwę firmy, wielkość, termin spłaty pożyczki, zakres działalności, obroty z ostatnich pięciu lat, zyski, wyniki bieżące i związane z tym ryzyko. Fernando słuchał uważnie, podczas gdy jego nowy dyrektor kreślił obraz o wiele bardziej ponury, niż Portorykańczyk się spodziewał.

Wprawdzie sytuacja funduszu nie była tak fatalna jak południowoamerykańskiego portfolio Arki, to jednak pozostawała dalece niezadowalająca. Firmy rzęziły z powodu recesji – spadała sprzedaż, banki cięły kredyty, rosły straty. Nie było dramatycznych wpadek, ale jedna z firm – estońska ferma mleczna, w którą zainwestowali – wyraźnie szła na dno.

Następne przedsiębiorstwo, TruCo – polska firma odzieżowa, której sprzedaż wobec malejącego popytu spadła o dwadzieścia procent – nabierało wody. Roman wyjaśnił, że to dobrze zarządzane przedsiębiorstwo z solidnym kierownictwem, ale nie może uzyskać dofinansowania w polskich bankach. Jeśli chcą pomóc firmie przetrwać, trzeba będzie zrestrukturyzować im dług.

– Pieprzeni Szwedzi! – tylko tyle miał do powiedzenia Fernando w czasie spotkania.

Roman i Fiodor przekonywali go, że sytuacja nie jest taka zła. Byli pewni, że większość firm w ich portfolio przetrwa. Potrzebują tylko paru lat, żeby wyjść na prostą.

Lat…

Po załatwieniu zaszłości przeszli do „nowych interesów”. Fiodor Panczenko stosunkowo niedawno dołączył do zespołu, dlatego nie miał jeszcze na koncie żadnych umów. Ale pracował nad dwiema grubymi rybami, czy też „wielkimi rybami”, jak to określał.

Na Business Park w Bukareszcie i teraz na Baltic Mundial Fernandowi udało się wydać mniej więcej trzecią część z trzystu dwudziestu milionów, jakie mu pozostały na inwestycje w Europie Wschodniej. Wciąż miał jeszcze trochę powyżej dwustu, ale sytuacja ekonomiczna pogarszała się z tygodnia na tydzień. Zastrzygł uszami, kiedy Panczenko opisywał dwie transakcje, nad którymi pracował – obie na jego terenie, na Ukrainie.

Pod koniec prezentacji, która nie zawierała żadnych liczb, żadnych wykresów ani żadnych szczegółów, Panczenko zapewnił Fernanda, że to bardzo duże sprawy, gwarantujące potencjalnie wielki zysk. Ogromny. Gigantyczny. A co najważniejsze, on sam miał bardzo dobre kontakty w obu przedsięwzięciach.

– W mojej części świata – oświadczył – najważniejszym elementem w robieniu interesów są relacje.

Na smagłej twarzy Fernanda pojawił się uśmieszek zadowolenia, podkreślony dodatkowo dwoma podłużnymi dołkami w policzkach. Już zapomniał o swoich innych kłopotach.
(…)

John Lynch „Arka”
tłumaczenie:
Wydawnictwo: Ringier Axel Springer Polska
Liczba stron: 464

Opis: Truman Chase – syn polskich imigrantów – jest młodym, ambitnym projektantem z Nowego Jorku, który porzucił wymarzoną karierę u Ralpha Lauren’a, by ratować rodzinny biznes w Krakowie i postawić na nogi upadającą firmę odzieżową. W Polsce odnajduje miłość – zakochuje się w tłumaczce Karolinie i szybko też zaczyna odnosić sukces zawodowy. Stworzona przez niego marka stopniowo staje się najbardziej pożądanym domem mody w Europie. Przez dziesięć lat przedsięwzięcie kwitnie i gdy sukces jest już na wyciągnięcie ręki, Truman podejmuje ryzykowną decyzję pożyczenia wielu milionów dolarów od globalnego funduszu inwestycyjnego, Arki. Jeszcze nie wie, że to początek jego największego koszmaru. Tajemnicza grupa inwestycyjna, na czele której stoi pozbawiony skrupułów i niebezpieczny Latynos – 35-letni Fernando Tomasi, zaczyna prześladować Trumana… Fernando prowadzi szemrane interesy pomiędzy Europą Wschodnią i Ameryką Łacińską, a na jego drodze stają skorumpowani ukraińscy politycy i FBI. By spłacić dług powstały w wyniku złych inwestycji, Fernando postanawia dokonać wrogiego przejęcia i zawłaszczyć dobrze prosperującą polską firmę Trumana. Czy życie Trumana i jego najbliższych jest w niebezpieczeństwie? Czy uda mu się rozwikłać zagadkę i ocalić firmę?

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek