„Przekleństwa niewinności” Jeffreya Eugenidesa w nowym tłumaczeniu Agi Zano. Przeczytaj fragment powieści

Współczesny klasyk, który zachwycił stylem narracji i doczekał się równie znanej ekranizacji w reżyserii Sofii Coppoli. Podmiejska tragedia i liryczna opowieść o tajemnicach dorastania. Wydawnictwo Mova opublikowało „Przekleństwa niewinności” Jeffreya Eugenidesa w nowym przekładzie Agi Zano. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.
Tego ranka, gdy ostatnia z córek państwa Lisbonów uznała, że to jej kolej na samobójstwo – tym razem Mary, z użyciem pigułek nasennych, tak samo jak Therese – dwaj ratownicy medyczni po przyjeździe na miejsce wiedzieli już doskonale, gdzie jest szuflada z nożami, gdzie kuchenka gazowa i na której belce pod sufitem w piwnicy da się zawiązać sznur. Wysiedli z karetki, jak zwykle naszym zdaniem poruszając się zbyt wolno.
– Ludzie, to nie telewizja, szybciej się nie da – sapnął ten gruby. W jednej ręce miał respirator, w drugiej defibrylator. Przetaszczył ciężki sprzęt między krzakami, które zdążyły się rozrosnąć do monstrualnych rozmiarów, i przez rozbuchany trawnik. Trzynaście miesięcy temu, gdy kłopoty się zaczęły, był oswojony i doskonale przycięty.
Pierwsza była trzynastoletnia Cecilia, najmłodsza z sióstr. Podcięła sobie nadgarstki w kąpieli niczym stoik, a gdy ją znaleźli, unoszącą się w różowej wodzie, żółtooką, jakby ją coś opętało, i poczuli bijący od drobnego ciała zapach dojrzałej kobiety, ratownicy tak się przerazili jej spokojem, że zamarli z oszołomienia. Wreszcie pani Lisbon rzuciła się ku niej z wrzaskiem i do pomieszczenia na powrót wdarła się rzeczywistość: krew na macie łazienkowej, ojcowska brzytwa w muszli, marmurkowe smużki w kroplach wody na ceramice. Medyczni wyciągnęli Cecilię z ciepłej wody, żeby nie przyspieszała krwawienia, i założyli jej opatrunek na ręce. Mokre włosy lepiły się jej do pleców, kończyny zdążyły już posinieć. Nic nie powiedziała, ale gdy rozplatali jej dłonie, znaleźli przyciśnięty do rozkwitającej piersi zalaminowany obrazek z Matką Boską.
Był czerwiec, pora, gdy całe nasze miasto pokrywają grubymi spłachciami żylenice. Efemeryczne owady wyłaniają się chmarami spośród wodorostów w zanieczyszczonym jeziorze, czernią okna, oblepiają samochody i latarnie, obłażą ściany w porcie miejskim i oplatają takielunki żaglówek jak girlandy, zawsze równie gęstą, wszechobecną burą mazią. Pani Scheer, która mieszka na tej samej ulicy, powiedziała nam, że widziała Cecilię na dzień przed próbą samobójczą. Najmłodsza córka Lisbonów stała przy krawężniku w starej sukience ślubnej z uciętym nad kolanami dołem, którą zawsze nosiła, i patrzyła na Forda Thunderbirda, całego zaszpachlowanego czarnymi muchami.
– Oj, córciu, bez miotły nie dasz rady – powiedziała sąsiadka, lecz Cecilia wbiła w nią spojrzenie medium.
– One już poumierały – odparła. – Żyją ledwo dwadzieścia cztery godziny. Wykluwają się, rozmnażają i do widzenia. Nawet nie jedzą.
Po tych słowach zanurzyła dłoń w pianie insektów i narysowała swoje inicjały: CL.
Próbowaliśmy poukładać fotografie w porządku chronologicznym, choć po tylu latach było to już trudne. Kilka jest nieostrych, lecz mimo to wiele mówią. Eksponat nr 1 przedstawia dom państwa Lisbonów niedługo przed próbą samobójczą Cecilii. Zdjęcie zrobiła agentka nieruchomości, pani Carmina D’Angelo; pan Lisbon zatrudnił ją do pomocy przy sprzedaży domu, z którego duża rodzina już dawno wyrosła. Widać na nim pochyły dach, jeszcze nie liniejący z dachówek, ganek nadal wyłaniający się znad czubków krzewów i okna, wówczas nieposklejane taśmą maskującą. Przyjemna podmiejska nieruchomość. Okno po prawej na piętrze zawiera smugę, w której pani Lisbon rozpoznała Mary.
– Tapirowała sobie włosy, bo uważała, że są zbyt przyklapnięte – opowiadała wiele lat później, wspominając, jak córka wyglądała przez ten swój krótki czas na świecie. Obiektyw aparatu uchwycił chwilę, gdy Mary suszy sobie włosy. Wygląda, jakby całą głowę miała w ogniu, ale to tylko złudzenie, gra świateł. Był trzynasty czerwca, dwadzieścia osiem stopni, bezchmurne niebo.
Gdy ratownicy mieli już pewność, że opanowali krwawienie do słabego strumyczka, położyli Cecilię na noszach i wynieśli z domu do karetki czekającej na podjeździe. Dziewczynka wyglądała jak miniaturowa Kleopatra w królewskiej lektyce. Widzieliśmy, że jako pierwszy wyszedł ten patykowaty, z wąsem na Wyatta Earpa – gdy już nam się trochę opatrzył po serii domowych tragedii, nadaliśmy mu ksywkę „Szeryf” – a za nim gruby, manewrujący tylną częścią noszy. Szedł ostrożnie przez trawnik i co chwila patrzył sobie na policyjne buty, jakby nie chciał wdepnąć w psią kupę. Dopiero później zaznajomiliśmy się z używanym przez nich sprzętem na tyle, by wiedzieć, że zerka na ciśnieniomierz. Spoceni i niezdarni, brnęli ku rozedrganej, migającej światłami karetki. Gruby potknął się o samotną bramkę do krokieta. Kopnął ją w akcie zemsty, a ta wyrwała się z podłoża, bryznęła ziemią i walnęła z brzękiem o podjazd. Pani Lisbon tymczasem wypadła na ganek, ciągnąc za sobą flanelową koszulę nocną córki, i wydała z siebie przeciągły skowyt, od którego aż zatrzymał się czas. Cztery postaci zamarły pod rozjarzonymi drzewami, na przepalonej trawie: dwóch niewolników kładących ofiarę na ołtarz (do wnętrza karetki), kapłanka wymachująca pochodnią (flanelową koszulą nocną) i wspierająca się na łokciach odurzona dziewica, o bladych wargach rozchylonych w uśmiechu jakby z innego świata.
Pani Lisbon wsiadła na tył karetki, lecz jej mąż pojechał za nimi rodzinnym kombi, nie przekraczając limitu prędkości. Dwie z córek przebywały poza domem: Therese była w Pittsburghu na zjeździe naukowym, a Bonnie na obozie muzycznym, gdzie próbowała uczyć się gry na flecie po tym, jak porzuciła już fortepian (miała za małe ręce), skrzypce (bolał ją podbródek), gitarę (krwawiły jej opuszki palców) i trąbkę (puchła jej górna warga). Słysząc sygnał karetki, Mary i Lux wybiegły z lekcji śpiewu u pana Jessupa, który mieszkał naprzeciwko. Wpadły do zatłoczonej już łazienki; na widok pogańskiej nagości i rozpostartych ramion Cecilii przeżyły taki sam szok jak wcześniej ich rodzice. Odprowadziwszy ratowników na dwór, stanęły objęte przy kępce trawy, którą Butch, barczysty chłopak co sobotę koszący trawnik, tym razem pominął.
Po drugiej stronie ulicy stała furgonetka zarządu zieleni miejskiej, a liczna ekipa zajmowała się kilkoma spośród naszych dogorywających wiązów. Syrena karetki zawyła, odjeżdżając, a główny ogrodnik i pozostali pracownicy opuścili rozpylacze ze środkiem owadobójczym, by odprowadzić ją wzrokiem. Kiedy pojechała, znów zajęli się opryskami. Dostojny wiąz, również widoczny w tle zdjęcia/eksponatu nr 1, nie zdołał się obronić przed grafiozą, wywoływaną grzybem roznoszonym przez korniki, i został później ścięty.
Ratownicy zabrali Cecilię do szpitala Bon Secours na skrzyżowaniu Kercheval i Maumee. Na oddziale ratunkowym Cecilia obserwowała próby ocalenia jej życia z upiorną obojętnością. Nie mrugała miodowymi oczami, nie wzdrygnęła się, gdy ktoś wetknął jej igłę w przedramię. Doktor Armonson zszył jej rany na nadgarstkach. Po pięciu minutach od transfuzji oznajmił, że zagrożenie minęło. Wtedy wziął ją delikatnie pod brodę i zapytał:
– Co ty, słonko, wyprawiasz? Jeszcze nawet nie jesteś w takim wieku, żeby wiedzieć, jakie życie bywa podłe.
Wtedy też Cecilia wygłosiła zdanie, które było jej jedynym listem pożegnalnym, zupełnie zresztą bezużytecznym, bo miała przecież dalej żyć:
– No tak, pan nigdy nie był trzynastolatką.
Dziewczyny od Lisbonów miały wówczas lat trzynaście (Cecilia), czternaście (Lux), piętnaście (Bonnie), szesnaście (Mary) i siedemnaście (Therese). Były niewysokie, o pełnych pośladkach, zwłaszcza w dżinsach, i krągłych policzkach, delikatnych jak delfini grzbiet. Kiedy tylko udawało nam się je dostrzec, mieliśmy wrażenie, że są nieprzyzwoicie odsłonięte, jakbyśmy byli przyzwyczajeni do widywania kobiet wyłącznie z zakrytą twarzą. Nikt nie pojmował, jakim cudem państwo Lisbonowie zdołali wydać na świat tak piękne córki. Pan Lisbon uczył matematyki w liceum. Był szczupły, o chłopięcej urodzie, jakby sam zaskoczony własną siwizną. Miał wysoki włos, a kiedy Joe Larson opowiadał nam, jak się rozpłakał, gdy po swojej próbie trafiła do szpitala Lux, bez trudu wyobraziliśmy sobie jego dziewczyński szloch.
Zawsze, kiedy widzieliśmy panią Lisbon, szukaliśmy na próżno śladów urody, którą musiała przecież kiedyś mieć. A jednak pulchne ramiona, bezceremonialnie przycięte włosy, przypominające kłąb stalowej wełny, i okulary bibliotekarki niezawodnie zbijały nas z tropu. Rzadko jednak na nią trafialiśmy, głównie o poranku, w pełni ubraną, choć nie wzeszło jeszcze słońce, jak wychodziła przed dom, żeby zabrać zroszone przez noc kartoniki z mlekiem, albo w niedzielę, gdy cała rodzina jechała pojemnym kombi do kościoła katolickiego pod wezwaniem świętego Pawła. W te poranki pani Lisbon roztaczała wokół siebie aurę po królewsku lodowatą. Ściskając w dłoniach wyjściową torebkę, oglądała uważnie każdą córkę po kolei, szukając choćby cienia makijażu, i dopiero wtedy wpuszczała je do samochodu. Nierzadko zdarzało się jej odsyłać Lux z powrotem do domu, żeby przebrała się w mniej wyzywającą bluzkę. Nikt z nas do kościoła nie chodził, więc mieliśmy mnóstwo czasu, by ich podglądać: dwoje wyblakłych rodziców, pozbawionych kolorów niczym negatyw fotografii, i pięć rozmigotanych córek w ręcznie szytych sukienkach, całych w falbankach i koronkach, rozpieranych przez dojrzewające ciała.
Tylko jednego chłopaka wpuścili kiedykolwiek do domu. Peter Sissen pomógł panu Lisbonowi zainstalować w klasie działający model Układu Słonecznego, w zamian za co dostał zaproszenie na obiad u nauczyciela. Opowiadał nam później, że dziewczyny przez cały czas kopały go pod stołem ze wszystkich stron, tak że nie potrafił stwierdzić, która kiedy to robi. Przyglądały mu się przy tym rozgorączkowanymi błękitnymi oczyma i uśmiechały się, odsłaniając ściśnięte ciasno zęby – to była jedyna cecha ich wyglądu, do której moglibyśmy się w ogóle przyczepić. Tylko Bonnie nie posyłała Peterowi Sissenowi dyskretnych spojrzeń ani kopniaków. Zmówiła modlitwę dziękczynną i jadła w milczeniu, z pobożną powagą, na jaką zdobyć się może tylko piętnastolatka. Po posiłku Peter zapytał, czy może skorzystać z toalety, a jako że Therese i Mary zamknęły się w tej dolnej, szepcząc i chichocząc, musiał skorzystać z łazienki dziewczyn na piętrze. Wrócił do nas z opowieściami o pokojach pełnych zmiętych majtek, pluszaków wyściskanych na śmierć w dziewczęcych emocjach, o biustonoszu zwisającym z krzyża, o tiulowym zaciszu łóżek z baldachimem i o dusznych oparach wydzielanych przez dojrzewające ciała, upchnięte razem w ciasnej przestrzeni. Po wejściu do łazienki puścił wodę z kranu, by zagłuszyć swoje myszkowanie, i natrafił na sekretny zapas kosmetyków Mary Lisbon, ukryty w skarpetce podwiązanej pod umywalką: tubki z czerwoną szminką, druga skóra różu i podkładu, wosk do depilacji, który zdradził nam, że ma wąsik, choć nigdy go nie dostrzegliśmy. Nie wiedzieliśmy nawet, czyj makijaż znalazł właściwie Peter Sissen, póki dwa tygodnie później nie zobaczyliśmy Mary Lisbon na molo z umalowanymi wargami, których czerwień pasowała do koloru opisanego przez naszego kolegę.
Przeprowadził kompletną inwentaryzację dezodorantów, perfum i gąbek do szorowania martwego naskórka. Zaskoczył nas informacją, że nigdzie nie zastał sprzętu do lewatywy, bo sądziliśmy, że dziewczyny płuczą sobie wszystko od środka co wieczór, że to dla nich standardowa procedura, jak mycie zębów. Szybko jednak zapomnieliśmy o rozczarowaniu, bo Sissen odkrył coś wykraczającego poza nasze najśmielsze fantazje. W koszu na śmieci leżał tampon, zaplamiony i jeszcze świeży od kontaktu z wnętrzem jednej z sióstr Lisbon. Sissen mówił, że chciał go dla nas zabrać, że to nie było ani trochę obrzydliwe, tylko piękne, jak malarstwo nowoczesne czy coś, i dodał, że naliczył w szafce dwanaście opakowań tampaxów. Wtedy jednak Lux zastukała do drzwi, pytając, czy umarł tam w środku, więc zerwał się, żeby jej otworzyć. Włosy, do obiadu zebrane spinką, spływały jej teraz na ramiona. Nie weszła do środka, tylko spojrzała mu prosto w oczy. Wreszcie zaśmiała się po swojemu, jak hiena, i przepchnęła się koło niego w drzwiach.
– Zrobiłeś już, co miałeś zrobić? Potrzebuję czegoś.
Podeszła do szafki, zatrzymała się i zaplotła ręce na plecach.
– Przydałoby mi się trochę prywatności. Mógłbyś?
Słysząc to, Peter Sissen, cały czerwony, zbiegł po schodach, podziękował gospodarzom za obiad i pognał nam powiedzieć, że Lux Lisbon w tej właśnie chwili krwawi między nogami, podczas gdy pod utytłanym chmarami żylenic niebem zapalały się uliczne latarnie.
Wysłuchawszy opowieści Petera Sissena, Paul Baldino przysiągł, że też dostanie się do domu Lisbonów i wypatrzy tam rzeczy jeszcze bardziej skandaliczne.
– Będę podglądał, jak każda bierze prysznic – zapowiedział.
Już wtedy, w wieku lat czternastu, Paul Baldino miał gangsterskie instynkty i zbójecką facjatę ojca, Sammy’ego „Rekina” Baldino, oraz wszystkich mężczyzn przewijających się przez ich wielki dom, którego schodów przed wejściem strzegły dwa kamienne lwy. Poruszał się z ospałą pewnością siebie miejskich drapieżników, którzy skrapiają się wodą kolońską i chodzą na manicure. Przerażał nas, podobnie jak jego zwaliści, ciastowaci kuzyni, Rico Manollo i Vince Fusilli, nie tylko dlatego, że jego dom pojawiał się co jakiś czas w gazecie, czy dlatego, że po kolistym podjeździe, wysadzanym drzewkami laurowymi sprowadzanymi prosto z Włoch, sunęły regularnie kuloodporne czarne limuzyny. My baliśmy się przede wszystkim jego głębokich cieni pod oczami, mamucich bioder i wypucowanych na błysk czarnych lakierków, które nosił nawet do gry w bejsbola. Zdarzało mu się już dawniej przemykać w inne zakazane miejsca i choć opowieści, jakie przynosił z rekonesansu, nie zawsze były wiarygodne, to i tak robił na nas wrażenie odwagą. Kiedy mieliśmy dwanaście lat, dziewczyny poszły na aulę oglądać jakiś specjalny film tylko dla nich. To właśnie Paul Baldino znalazł drogę do środka i schował się w starej budce do głosowania, żeby nam powiedzieć, o czym był film. Myśmy czekali na placu zabaw, kopiąc żwir, a gdy kumpel wreszcie się pojawił, żując wykałaczkę i kręcąc złotym sygnetem, aż nas zatkało z przejęcia.
(…)
Jeffrey Eugenides „Przekleństwa niewinności”
Tłumaczenie: Aga Zano
Wydawnictwo: Mova
Liczba stron: 280
Opis: Kultowa powieść Jeffreya Eugenidesa, laureata Nagrody Pulitzera, w nowym tłumaczeniu Agi Zano.
Lata 70. XX wieku. Pięć pięknych i ekscentrycznych sióstr staje się obiektem obsesyjnej fascynacji chłopców z sąsiedztwa na amerykańskich przedmieściach. W ciągu roku wszystkie popełniają samobójstwo – jedna po drugiej. Po latach tragiczne wydarzenia, które rozegrały się w rodzinie żyjącej pod presją surowych norm moralnych i religijnych, opowiadane są zbiorowym głosem chłopaków poszukujących czegokolwiek, co mogłoby rzucić światło na śmierć Cecilii, Therese, Bonnie, Lux i Mary.
Zekranizowana przez Sofię Coppolę, wydana w kilkudziesięciu językach, teraz w nowym tłumaczeniu, debiutancka książka Jeffreya Eugenidesa szybko stała się klasykiem literatury amerykańskiej. To dzieło o dziwnej i urzekającej urodzie zostało określone przez krytyczkę Michiko Kakutani jako „mała, ale potężna opera, przybierająca nieoczekiwanie formę powieści”.
„Przekleństwa niewinności” to liryczna, ponadczasowa opowieść o młodzieńczej miłości, seksie, niepokoju i śmierci. Pierwszy raz wydana w 1993 roku, w Polsce publikowana także pod tytułem „Samobójczynie”, stała się zapowiedzią nadejścia nowego, ważnego głosu w amerykańskiej literaturze. Jeffrey Eugenides przywołuje emocje młodości z przejmującą wrażliwością i czarnym humorem, tworząc wyjątkową historię o dorastaniu.
Kategoria: fragmenty książek















