Przeczytaj fragment „Miasta glin” Karin Slaughter

24 września 2016

miasto_glin_fragment
Powieść Karin Slaughter nienależąca do żadnego ze znanych już czytelnikom cykli. W „Mieście glin” autorka opisuje historię dwóch młodych policjantek próbujących powstrzymać seryjnego mordercę w przechodzącej rewolucyjne zmiany obyczajowe Atlancie w latach 70. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.

Listopad 1974

Nad Peachtree Street wschodziło słońce. Promienie wdzierały się do centrum miasta i niczym brzytwa rozcinały zasłonę ciemności skrywającą dźwigi, które tylko czekały, żeby ruszyć do pracy i wznosić drapacze chmur, hotele i centra kongresowe. Parki skryły się pod pajęczyną mrozu. Ulicami snuła się mgła. Drzewa powoli rozprostowywały swoje kości. Listopadowe światło budziło do życia wilgotne, odrażające cielsko śpiącego miasta.

Słychać było jedynie odgłosy kroków. Ciężkie uderzenia policyjnych butów Jimmy?ego Lawsona odbijały się echem od okolicznych budynków. Z mężczyzny lał się pot, a nadwerężone lewe kolano w każdej chwili mogło odmówić posłuszeństwa. Bolało go dosłownie wszystko. Czuł każdy mięsień napięty niczym struna. Zaciskał zęby tak mocno, jakby chciał je zetrzeć w pył. Serce waliło mu jak młotem. Kiedy mijał Pryor Street, zbudowany z czarnego granitu Equitable Building rzucał na ulicę kwadratowy cień. Ile skrzyżowań udało mu się już pokonać? Ile jeszcze zostało?

Jimmy niósł Dona Wesleya. Przewiesił go przez ramię jak worek z mąką. Tak zwany chwyt strażacki, trudniejszy niż może się wydawać. Bolał go bark i niemal czuł, jak kręgi napierają na kość ogonową. Od przyciskania nóg Dona do klatki piersiowej drżała mu ręka. Don być może już nie żył. W każdym razie się nie ruszał. Jimmy biegł przez dzielnicę Edgewood szybciej, niż zwykł biegać z piłką po boisku, i czuł tylko, jak głowa Dona uderza o jego plecy. Nie wiedział, czy to, co spływało mu po nogach i wlewało się do butów, to jego własny pot czy krew kolegi.

Don nie miał szans, żeby się z tego wylizać. Nie po czymś takim.

Wszystko stało się nagle. Jimmy zobaczył, jak zza muru z pustaków wysuwa się ręka z pistoletem. U wylotu lufy sterczał ostry ząbek celownika. To był Raven MP-25. Sześciostrzałowy półautomat z wyjmowanym magazynkiem i zamkiem swobodnym. Po prostu zwykła tania spluwa. W niebezpiecznych dzielnicach można kupić coś takiego za dwadzieścia pięć dolarów.

Tyle właśnie kosztowało życie Dona. Dwadzieścia pięć dolców.

Kiedy Jimmy przebiegał obok First Atlanta Bank, zachwiał się i lewym kolanem prawie dotknął asfaltu. Przed upadkiem uchroniły go tylko adrenalina i strach. W jego głowie co chwilę wybuchały kolorowe fajerwerki wspomnień: rękaw czerwonej koszuli marszczący się wokół żółtozłotego zegarka, dłoń w czarnej rękawiczce ściskająca rękojeść z imitacji masy perłowej. W blasku wschodzącego słońca czarny metal wydawał się jaśnieć niebieskawym światłem. Choć to teoretycznie niemożliwe, broń jakby się żarzyła.

I wtedy palec nacisnął spust.

Jimmy wiedział, jak działa ten model, i zorientował się, że pistolet jest odbezpieczony, a magazynek załadowany. Po zwolnieniu spustu sprężyna poruszyła iglicę. Iglica uderzyła w spłonkę. Spłonka zainicjowała wybuch. Pocisk wyleciał z komory, a łuska wyskoczyła przez okno wyrzutowe.

Głowa Dona eksplodowała.

Jimmy nie musiał sobie tego przypominać. Obraz odcisnął się na jego rogówce i wystarczyło tylko mrugnąć, żeby powrócił. Przez moment Jimmy wpatrywał się w Dona, a potem na chwilę przeniósł wzrok na pistolet. Nagle część twarzy kumpla całkowicie się zmieniła. Wyglądała teraz jak zgniły owoc.

Klik, klik.

Pistolet się zaciął. Gdyby nie to, Jimmy nie biegłby ulicą, lecz leżał obok Dona z twarzą na chodniku, a wokół nich walałyby się zużyte prezerwatywy, niedopałki i brudne igły.

Gilmer Street. Courtland. Piedmont. Jeszcze tylko trzy przecznice. Kolano powinno wytrzymać.

Wcześniej nikt nigdy do Jimmy?ego nie strzelał. To było jak wybuch supernowej ? nagle miliony punkcików rozjaśniły ciemną uliczkę. Zaczęło mu dzwonić w uszach, a oczy zapiekły od unoszącego się w powietrzu kordytu. Jednocześnie poczuł krople ciepłej wody, ale niestety wiedział, że to, co znalazło się na jego klatce piersiowej, szyi i twarzy, to wcale nie woda, lecz krew, kości i kawałki ciała. Poczuł dziwny smak w ustach i coś twardego między zębami. Krew Dona Wesleya. Jego kość. Jimmy?emu zrobiło się ciemno przed oczami.

Kiedy był dzieckiem, matka kazała mu zabierać siostrę na basen. Maggie była wtedy naprawdę malutka. Jej wystające z kostiumu kąpielowego blade i chude kończyny kojarzyły mu się z odnóżami modliszki. Podczas zabawy w wodzie pokazywał jej złączone dłonie i mówił, że złapał robaka. Co prawda była dziewczynką, ale uwielbiała patrzeć na robaki. Podpływała do niego, a on zaciskał mocno ręce i strumień wody opryskiwał jej twarz. Darła się wtedy wniebogłosy, czasami nawet płakała. Mimo to za każdym razem, gdy szli na basen, robił tak samo. Wmawiał sobie, że nie ma w tym nic złego, ponieważ to siostra dawała się w kółko nabierać na ten sam dowcip. To nie on był okrutny, tylko ona głupia.

Gdzie teraz jest? Miał nadzieję, że leży w łóżku i smacznie śpi. Jego siostra wykonywała ten sam co on niebezpieczny zawód. Niewykluczone więc, że pewnego dnia będzie taszczył przez miasto jej bezwładne ciało, z trudem biorąc zakręty, niemal szorując kolanami po asfalcie i słysząc trzaskanie zerwanych więzadeł.

Zobaczył przed sobą podświetlony znak: czerwony krzyż na białym tle.

Szpital Grady?ego.

Zbierało mu się na płacz. Miał ochotę położyć się na ziemi. Ciało Dona wydawało się coraz cięższe. Pokonanie ostatnich dwudziestu metrów było najtrudniejszym zadaniem w jego życiu.

Pod znakiem stała grupka czarnoskórych mężczyzn. Mieli na sobie ubrania w jaskrawych kolorach, głównie fiolety i zielenie. Obcisłe spodnie rozszerzały się poniżej kolan i opadały na buty z lakierowanej skóry. Gęste bokobrody. Cieniutkie wąsiki. Złote sygnety na palcach. Kilka metrów dalej stały ich cadillaki. To sutenerzy. O tej porze zawsze kręcili się przed wejściem do szpitala. Palili cienkie cygara i obserwowali wschód słońca, czekając, aż lekarze doprowadzą ich dziewczyny do porządku jeszcze przed porannym szczytem.

Żaden nie pomógł dwóm zbliżającym się do drzwi zakrwawionym policjantom. Tylko się na nich gapili, międląc w palcach tlące się cygaretki.

Jimmy oparł się o szklane drzwi. Ktoś zapomniał je zabezpieczyć i pod wpływem ciężaru nagle się otworzyły. Kolano wygięło się pod dziwnym kątem i Jimmy stracił równowagę. Wpadł z impetem do poczekalni i zwalił się na podłogę. Ten dziwny manewr wyglądał trochę jak nieudana próba przechwycenia piłki. Biodro Dona wbijało mu się w klatkę piersiową i Jimmy czuł, jak żebra dosłownie zacisnęły mu się na sercu.

Podniósł głowę. Wpatrywało się w niego przynajmniej pięćdziesiąt par oczu. Nikt się nie odezwał. Gdzieś daleko w części zabiegowej zaczął dzwonić telefon. Dźwięk odbijał się echem w zamkniętym pomieszczeniu.

Szpital Grady?ego. Minęło już ponad dziesięć lat od sukcesu Martina Luthera Kinga i ruchu praw obywatelskich, ale tutaj nic się nie zmieniło. Poczekalnia nadal była podzielona na dwie części: biali po jednej stronie, kolorowi po drugiej. Tak jak sutenerzy przed wejściem, również tutaj wszyscy gapili się na Jimmy?ego. I na Dona Wesleya. I na płynącą obok nich rzekę krwi.

Jimmy cały czas leżał na Donie. Wyglądało to nieco lubieżnie, jeden gliniarz uwalony na drugim. Jimmy delikatnie położył rękę na twarzy kolegi. Nie na odstrzelonej części, tylko na tej, która ciągle przypominała twarz.

??Wszystko w porządku ? powiedział, chociaż doskonale wiedział, że to nieprawda. Nic nie było w porządku. ? Będzie dobrze.

Don kaszlnął.

W tym momencie Jimmy poczuł skurcz żołądka. Był pewien, że chłopak nie żyje.

??Wezwijcie pomoc ? chciał krzyknąć w kierunku tłumu, ale z jego gardła wydobył się jedynie szept. Brzmiał jak błagająca o ratunek dziewczynka. ? Niech ktoś wezwie pomoc.

Don jęknął. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Język zawisł mu między zębami a pogruchotaną kością.

??W porządku. ? Jimmy wykrzesał z siebie jedynie coś w rodzaju stłumionego świstu. Podniósł głowę. Oczekujący uciekali przed jego spojrzeniem. Nigdzie nie było pielęgniarek ani lekarzy. Nikogo, kto miałby zamiar im pomóc. Nikt nie odbierał też tego cholernego telefonu.

Don znowu jęknął. Język wysunął mu się za szczękę.

??W porządku ? powtórzył Jimmy. Z oczu popłynęły łzy. Było mu niedobrze i miał zawroty głowy. ? Wszystko się jakoś ułoży.

Don wziął głęboki oddech, jakby coś go nagle zdziwiło. Przez kilka sekund trzymał powietrze w płucach, aż wreszcie wydobył z siebie niski złowrogi pomruk. Jimmy poczuł, jak dźwięk wibruje w jego klatce piersiowej. Don miał kwaśny oddech ? zapach ulatującej z ciała duszy. Jego skóra zrobiła się mlecznobiała, a wargi ziemistosine. W matowej zieleni tęczówek widać było odbijające się białe paski lamp fluorescencyjnych.

Jimmy poczuł, jak ogarnia go czarna rozpacz. Najpierw złapała za gardło, a następnie wyciągnęła swoje lodowato zimne palce w kierunku klatki piersiowej. Otworzył usta, żeby zaczerpnąć powietrza, ale zaraz je zamknął ze strachu, że może przez nie wpaść duch Dona.

Telefon nie przestawał dzwonić.

??Cholera ? powiedziała chrypiącym głosem stara kobieta. ? Teraz to już na pewno nie zajmie się mną żaden lekarz.
(…)

miasto-glinKarin Slaughter „Miasto glin”
Tłumaczenie: Paweł Wolak
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 512

Opis: Atlanta, 1974 rok. Miasto przechodzi przez okres rewolucyjnych zmian obyczajowych. Napięcia na tle płciowym i rasowym nie omijają, rzecz jasna, policji. Choć komendantem jest Afroamerykanin, a do służby przyjmuje się coraz więcej kobiet, biali mężczyźni nie chcą łatwo oddać władzy. Tymczasem w mieście grasuje Strzelec ? bezwzględny morderca, który zabija patrolujących ulice policjantów strzałem w środek czoła. Miejscowa policja musi schwytać zabójcę, okazuje się jednak, że aby to zrobić, musi najpierw przezwyciężyć wewnętrzne podziały.

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek