banner ad

Profesor wykończył mu siostrę. Przeczytaj fragment powieści „Przypadek F.” Ingeborg Bachmann

20 lipca 2026

Ingeborg Bachmann i okładka powieści "Przypadek F."

Wydawnictwo Filtry przypomina powieść Ingeborg Bachmann, jednej z najważniejszych austriackich pisarek, która wywarła wpływ na takich twórców, jak Peter Handke, Elfriede Jelinek czy Thomas Bernhard. „Przypadek F.” to historia młodej kobiety, która wyszła za dużo starszego wiedeńskiego psychiatrę, a ten nią manipulował, wmawiając chorobę. Bohaterka ucieka od niego i wraz z bratem wyjeżdża do Afryki. W swej książce Bachmann dowodziła, że ​​faszyzm nie skończył się wraz z upadkiem Hitlera, lecz przetrwał w niemieckojęzycznych krajach w relacjach międzyludzkich opartych na dominacji i psychicznej opresji, a zwłaszcza w ucisku mężczyzn wobec kobiet. Powieść „Przypadek F.” nie zostały nigdy ukończona. Autorka eksperymentowała w niej z formą i stylem. Poniżej możecie przeczytać fragment.

Powrót do Galicien

Profesor, ta skamielina, wykończył mu siostrę. Doszedł do tego wniosku, zanim dostał do rąk najmniejszy choćby dowód, i w drodze do Wiednia, gdy pociąg wytoczył się przez Bruck nad Murą, zmierzając w kierunku Mürzzuschlag i jeszcze przed Semmeringtunnel, który niegdyś wydawał mu się najdłuższym tunelem świata, był już przekonany, że zrozumiał wiadomość od Franzi, jeśli to można było nazwać wiadomością, on zaś miał być Champollionem po raz pierwszy rzucającym światło na jakieś hieroglify, którymi rzeczywiście wolałby się zajmować. Przed tunelem, kiedy musiał przerwać studiowanie z jednej strony królewskich kartuszy („Mały słownik egiptologii”), z drugiej zaś telegramu Poczty Austriackiej, miał już pewność. Wetknął trzystronicowy telegram Franzi do kieszeni marynarki i przygotował się do przejazdu przez tunel, jedno bowiem w ogóle się nie zmieniło: Koleje Austriackie wciąż jeszcze oszczędzały na prądzie w pociągach dziennych, niebieskie światło było co prawda włączone, lecz wcale nie rozjaśniało przedziału; pomyślał, że to typowe dla Franzi, koniecznie musiała wysłać telegram, listu napisać nie mogła, a co najmniej od kilku lat w ogóle obywała się bez niego, nie, ściśle rzecz biorąc, już od dziesięciu lat, kiedy to – czym się właściwie kierując? – wyszła za tę skamielinę, kiedy w ogóle przestała być taka jak dawniej i zniknęła z jego życia, zniknęła nie tylko, jak teraz, z Baden pod Wiedniem, w tym sensie, w jakim zniknięcie rzeczywiście należy pojmować, lecz umknęła jak z Galicien, i jak umykała przed nim i unikała go w Wiedniu, od kiedy… Kimże się stała, ona, ta, która, myślał pewnie tylko o kimś, kto nie był już nią ani tą, która. I: typowe, powiedział sobie, choć z pewnością wysłała do niego niewiele telegramów, może był to w ogóle dopiero drugi albo trzeci w ciągu dziesięciu lat, ale to miało być typowe, tak chciał w ciemności, w której papieros przestał mu smakować, więc rozgniótł go, typowe, w popielniczce, która się zacinała.

Kiedy pociąg jedzie przez Semmeringtunnel, kiedy mowa jest o tym, że jedzie on do Wiednia, kiedy mówi się o pewnym mieście, które tak się nazywa, i o miejscowości, która nazywa się Galicien, kiedy mowa jest o pewnym młodym człowieku, który powinien móc się wylegitymować jako Martin Ranner, lecz równie dobrze mógłby się nazywać Gasparin, a przekonamy się jeszcze, że również zupełnie inaczej – kiedy więc… A ponieważ można dowieść, że Wiedeń istnieje, lecz słowem oddać go nie sposób, gdyż Wiedeń jest tu, na papierze, a miasto Wiedeń wciąż gdzie indziej, a mianowicie na 48° 14′ 54″ szerokości północnej i 16° 21′ 42″ długości wschodniej, zatem Wiedeń tutaj nie może być Wiedniem, ponieważ tutaj są tylko słowa, które sygnalizują i dążą do czegoś, co istnieje, i do czegoś, co nie istnieje, bo z pewnością nie istnieje ten konkretny pociąg, który jedzie przez wspomniany tunel, i ten młody człowiek, który jedzie tym pociągiem przez tunel – cóż więc istnieje? Wprawdzie informacja kolejowa przyznałaby, że tutaj (gdzie tutaj?) pociągi przejeżdżają przez tunel każdego dnia i każdej nocy, lecz o tym tutaj, na papierze, nie mogłaby przecież tego powiedzieć: w takim razie nie może jechać żaden pociąg i nikt nie może w nim siedzieć, w takim razie nie może być tego wszystkiego, jak również: myś­lał, czytał, palił, patrzył, widział, szedł, schował telegram, a później: mówi – bo jeśli tego wszystkiego nie ma, nikt przecież nie może mówić. Toczy się tylko lawina słów, szeleści tylko odwracany papier, poza tym nic się nie dzieje, nic się nie odwraca, nikt się nie odwraca i nic nie mówi. Któż więc coś powie i co da się złożyć ze słów – wszystko, co niemal istnieje, i wiele rzeczy, które nie istnieją. Lecz papier chce przebyć tunel, i zanim do niego wjedzie (ale przecież już wjechał!), nim to się stanie, nie jest jeszcze pokryty słowami, a kiedy wyjedzie, będzie już pokryty, ponumerowany i posegregowany, słowa grupują się, a wyniesione z mroku tunelu (tylko przy niebies­kim świetle) wyobrażenia urojone i odtworzone, szalone i prawdziwe wytaczają się na światło dzienne, wytaczają się z pewnej głowy, wychodzą przez pewne usta, które o nich mówią, stwierdzają i udają wiarygodne z powodu tunelu w głowie, ale przecież tego tunelu również nie ma, tylko od czasu do czasu jego obraz pojawia się pod konkretną pokrywą czaszki, której otwarcie też nie miałoby wiele sensu, ponieważ tam znów nic by nie było, żadnego z obydwu tych tuneli.

Po cóż więc to wszystko? Podczas gdy pociąg jedzie przez tunel Semmering, dygresję musiałby zakończyć wniosek, że w wypadku tego pociągu, lecz równie dobrze i wszystkiego innego, chodzi o pewien błąd, tak więc, jeśli o nas chodzi, może sobie jechać, gdy się o nim pisze, mówi, teraz będzie jechał, bo ktoś przy nim obstaje. Fakty bowiem, które tworzą świat, potrzebują tego, co faktyczne nie jest, by można było je poznać.

Również tunel Semmering kiedyś się kończy, jak dawniej. Wówczas on miał osiemnaście, ona dwadzieścia trzy lata, już gotowa się poddać, podobno zemdlała w pro­sektorium, albo jakaś inna romantyczna historia pchnęła ją w ramiona skamieliny. A Semmering, jeszcze niemal całkiem ośnieżony aż po teren wokół torów, wydał mu się pospolity, zbyt znany, za to on gdzieś zapodział bilet, i kiedy zjawił się konduktor, podał mu telegram, potem przepraszając mechanicznie schował go z powrotem, zaczął grzebać po wszystkich kieszeniach i dwukrotnie przeszukał portfel, szperając między karteczkami i banknotami, wszystko przez Franzi, w końcu jednak znalazł ten przeklęty bilet. Wszystko przez ten telegram, stop, stop i stop, czyżby jej się zdawało, że on nie potrafi przebrnąć przez tekst bez znaków drogowych, zastanawiał się i zachodził w głowę, wciąż potykając się o te znaki stopu, aż wmówił sobie, który to już raz?, że wszystko rozumie. Na końcu widniało tylko jedno słowo. Franzi. Więc chyba jednak usłuchała głosu rozsądku, bo przecież ostatnim razem na pewno brzmiało to jeszcze: Twoja Franziska. Albo: Twoja stara Franziska. Dobrze jej tak, pomyś­lał ze złością, bo dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógł się zachować tak, jakby wcale nie dostał jej telegramu, a potem skądś wysłać widokówkę, naj­lepiej z Aleksandrii, wyobraził sobie, jakie wrażenie zrobiłaby na niej pocztówka z Aleksandrii; dlaczego w ogóle musiał dostać ten telegram? Jeśli kiedykolwiek coś burzyło jego plany, jego precyzyjnie ułożony terminarz, to z pewnością ten telegram. Wracał do Wiednia, choć już z niego wyjechał, poczyniwszy tak skrupulatne przygotowania: z góry opłacił czynsz, uścisnął dłonie, uregulował sprawy instytutowe, a teraz znów tam wracał, choć już wyruszył w drogę. Wiener Neustadt w swojej świeżuteńkiej brzydocie, wreszcie Baden, potem znowu Wiedeń, Dworzec Południowy, Kolej Południowa. Właśnie ta linia na zawsze pozostanie ich koleją, jego i Franzi, bo po pro­stu tylko jedną można było wejść w życie, a potem z niego wyjść, tak naprawdę zawsze znali jedynie Kolej Południową, wszystkie inne koleje świata miały znaczenie drugorzędne i już nigdy nie dało się ich poznać.

Z odliczonymi szylingami w ręku Martin wszedł do kabiny telefonicznej w hallu dworca i wertując książkę telefoniczną, a potem wykręcając numer, naj­chętniej jeszcze raz rozbiłby wzrokiem w pył cały ten nieszczęsny dworzec, by móc sobie przypomnieć, jaki ten budynek musiał być naprawdę: wietrzny, pełen przeciągów, czarny, groźny, natychmiast zapierający przyjezdnemu dech w piersi, taki musiał być już w jego czasach szkolnych, gdy Franzi zaprosiła go kiedyś na kilka dni do siebie. Bo ten Dworzec Południowy, na którym teraz już nie marzł i nie bał się, oczywiście nie był prawdziwym Dworcem Południowym; wreszcie połączył się z kliniką, a jego zdania, jakby powtarzane przez echo wśród trzas­ków na linii, przekazywały sobie kobiece głosy, pierwszy sterylny, katarynkowaty, widocznie setki razy musiał powtarzać, jaka to klinika i że to klinika, drugi pełen wysilonego nabożeństwa, więc pewnie dotarł już do przed­pokoju prawej ręki, jeśli było tam coś takiego jak przedpokoje, a w końcu rzeczywiście odezwała się skamielina, rzucając swoje nazwis­ko do słuchawki z aroganc­ką skromnością, tonem świadomym swej wielkości, z tym lekko nosowym zabarwieniem, jakie potrafiło uzys­kiwać już tylko paru Wiedeńczyków na naj­wyższym szczeblu hierarchii i niegdysiejszych ck oficerów, jednak u skamieliny była to szczególna kombinacja nosowości wykształcenia i auto­rytetu, podczas gdy Martin musiał polegać na nowszej, bardziej sterylnej niemczyźnie, pełnej kruchości, poprzetykanej kilkoma zmiękczonymi spółgłos­kami, wciąż zbyt łagodnej, tej łagodności po pro­stu nie dało się wytrzebić, nawet jeśli ktoś mówił tak szorstko i gniewnie, i tak bardzo dbał o precyzję jak Martin w tej chwili. Stosując ściśle dozowaną mieszaninę pro­fesjonalnej dobroci i surowości, skamielina zbyła go jak pacjenta z Kasy Chorych albo chorego z urojenia, który wciąż mu się naprzykrza, i jeśli Martin, któremu tylko raz udało się zadać pytanie, oczywiście pominięte milczeniem, w ogóle cokolwiek zrozumiał, to jedynie to, że ma się nie wtrącać i że wszelkie (co? formalności, czynności?) rozwodowe załatwi adwokat. I kiedy odwiesił słuchawkę, uświadomił sobie, że rozumie jeszcze mniej niż przed­tem, bo przecież do niczego się nie wtrącał, a jeszcze mniej wiedział o rozwodzie. Przyjechał, żeby odszukać siostrę, która zniknęła, a teraz wciąż jeszcze nie wiedział, gdzie ona jest, i po co przyjechał, skoro nawet nie wskazano mu miejsca jej pobytu. Ponownie wrzucił szylinga i znów dotarł do pierwszego głosu, potem do pierwszych trzas­ków. Odwiesił słuchawkę. Nie chciał już mieć do czynienia z drugim i trzecim głosem, jego słuch teraz by tego nie zniósł. Wziął taksówkę i podał adres w Hietzing. Jechał upokorzony, tak, kiedy się nad tym zastanowił, czuł się upokorzony, odprawiony, dokąd?, przez ten świat, gdzie brat naj­widoczniej nie miał prawa zadać pytania, które mogło wprawić w zakłopotanie jakąś znakomitość, i jeśli w ogóle mógł jeszcze cokolwiek zrobić, to powinien przynajmniej – choćby siłą i bez zbędnych pytań – odebrać osobę, która wysłała mu sygnał SOS, nie bacząc na to, czy w ten sposób w coś się wtrącał czy nie. Okrzyk kucharki „O Jezu, pan doktor” nie zabrzmiał nieszczerze, ale też nie był niedyplomatyczny, Martin nie odgadł więc, czy swoim pojawieniem się ucieszył ją czy speszył, poza tym nie miał jeszcze pewności, czy wpuści go do mieszkania, ale wszedł i sam zamknął za sobą drzwi. Na szczęście przypomniał sobie, że zwracano się do niej „pani Rosi”, i kiedy zaczął operować jej imieniem, osiągnął tyle, że wykrzyknęła „Józefie święty”, co upewniło go, że Franzi tu nie ma. Kiedy pani Rosi mówiła, zawsze był to mozolny przekład wiedeń­skiego dialektu na czystą niemczyznę, tak że człowiekowi natychmiast przychodziły na myśl słowa, które chciała wypowiedzieć, Jezusiemaryjo, prawdo­podobnie sądziła, że jest to winna swoim państwu, choć oczywiście nie uważała, że służy wyłącznie u państwa Jordanów, i lubiła uchodzić za pracownika, a nawet pracobiorcę, który ma ubezpieczenie i zdaje się na ustawodawstwo socjalne, i w żadnym razie nie jest dobrą duszą domostwa, jak pro­fesor przed­stawiał ją gościom, czy ograniczoną osobą, która często wywoływała jego z trudem tłumiony gniew. Naj­widoczniej naprawdę nie wiedziała, że pani pro­fesorowa nie przebywa już na kuracji w Baden, a jej mózg zaczął teraz intensywnie pracować, bo chyba pojęła, że jest mnóstwo spraw, o których nic jej nie powiedziano, pewnego ranka znalazła tanie majteczki, na pewno nie łas­kawej pani, innym razem w łazience plastikową torbę i grzebień do upinania włosów, naturalnie, takie rzeczy zdarzały się w naj­lepszych domach, a że zawsze pracowała jedynie w naj­lepszych, więc cokolwiek by się zdarzyło, z pewnością nie wygadałaby się przed bratem łas­kawej pani, ale Martin, który widział tylko tę pracę myślową, tak czy inaczej nie zamierzał wypytywać jej o takie ­sprawy, lecz po pro­stu ruszył przed siebie jak zahipnotyzowany, jak inspektor policji kryminalnej z nakazem rewizji, i słysząc za sobą panią Rosi, wszedł do salonu, który już zresztą znał, ale nie z pootwieranymi oknami i szczotkami przy ścianach – wewnątrz panował rodzaj porządku dziennego, który nie miał nic wspólnego z porządkiem wieczornym. Tu odbywały się przyjęcia, ostatnie ponad pół roku temu, kiedy to przyglądał się Franzi już nawet nie z rozczarowaniem, lecz z doskonałą obojętnością, jak uszkodzona maszyna rejestrująca, zaproszona wraz z innymi, i ostentacyjnie rozmawiał tylko z Mahlerem, który w końcu jednak pozbył się funkcji prezesa w Izbie Lekarskiej i opowiadał Martinowi tę zawikłaną historię. Teraz stał w salonie jak prawdziwy detektyw, jakby naj­pierw musiał obrysować kredą kontury i zabezpieczyć ś­lady stóp i odcis­ki palców na kieliszkach, żeby móc sobie dokładnie przypomnieć, gdzie kto stał, gdzie kto siedział i z kim, gdzie dwóch naj­słynniejszych psychiatrów wiedeń­skich i trzech nieco ustępujących im sławą, gdzie plebs i zaproszone klauny, pisarz, którego nie znał, i podróżnik, który przerabiał swoje podróże na prelekcje z przezroczami, potem, w centrum, pianistka Gebauerowa, i naturalnie żony wszystkich panów, ten radca ministerialny z Ministerstwa Szkolnic­twa, ale to mu nie wystarczyło, musiał jeszcze porozciągać między nimi nici, białe nici ścisłości, które oznaczały rywalizacje i animozje, i stojąc tak z Mahlerem przed biblioteką, z rozbawieniem obserwował to nagromadzenie zawziętej jedno­ści, którą lekko wstrząsała jedynie śmiałość detali, i która dopiero w drodze do domu znów miała przyjąć jawne formy pychy i pogardy dla detali wobec wszystkich innych z wszystkich innych. Oto stał w tym salonie, który mógł powiedzieć wiele, ale nic o Franzi, wnoszącej i wynoszącej kieliszki, krążącej wśród gości i wszędzie obecnej, może wolałbyś whisky, Martin, to były jej ostatnie słowa i chyba jedyne, jakie sobie przypominał.

Pani Rosi trzymała w ręku ściereczkę do kurzu, musiała ją wziąć dopiero teraz, jak broń, która miała mu w czymś, w czym?, przeszkodzić. Poszedł dalej, do sąsiedniego pokoju, a ona za nim, potem otworzył drzwi do sypialni, w której nigdy przed­tem nie był i nie mógł nawet wiedzieć, gdzie się znajduje, otworzył szafę i wyciągnął kilka sukienek, bo to musiały być sukienki Franzi, i przewiesiwszy je przez ramię, rzucił mimochodem, że musi jeszcze zadzwonić.

Miał wrażenie, że to zaniepokoiło panią Rosi bardziej niż zabranie sukienek Franzi, powiedziała bowiem, że nie może tak po pro­stu i jak wiadomo, a telefon jest przecież w gabinecie, poszedł więc do gabinetu, wciąż jeszcze z ubraniami na ramieniu, usiadł przy biurku i nawet nie musiał otwierać książki telefonicznej, której tu zresztą nie było, za to na biurku leżał prywatny spis, numer zastrzeżony, numer kliniki, Izby Lekarskiej, na marginesie numer w Baden; naj­pierw zadzwonił ponownie do Baden, żeby się upewnić, rzeczywiście, wciąż jej tam nie było, pozostały tylko jej rzeczy, z wyjątkiem sukienki, płaszcza i dodatków, to od biedy wystarczyło, by osoba płci żeń­skiej mogła wyjść na ulicę, i nie powiadomiono nikogo prócz pro­fesora, ale ten naj­widoczniej nie uznał za konieczne powiadomić kogokolwiek innego. Tak więc policja była wyłączona ze sprawy, co przy nazwis­ku Jordan nie mogło dziwić. Powoli docierało do świadomości Martina, że łas­kawa pani była także panią Jordan, i zdziwił się, ile postaci miał ktoś, kto przecież był tylko jego siostrą. Nie przejmował się tym, że pani Rosi nadal stoi w drzwiach, co później, opowiadając o wszystkim pro­fesorowi, określi pewnie jako „stałam jak rażona gromem”; a więc to było biurko wielkiego duszpasterza, nowa złośliwość, która przyszła Martinowi do głowy, bo zdawało mu się, że gdzieś czytał o opartej na teologicznych podstawach psycho­terapii i duszpasterstwie oraz związku między nimi, teraz jednak było mu już obojętne, na ile trafniej sformułował to pan Jordan, choroba i epoka, epoka choroby, i jakimi etykietkami opatrzył nauki przyrodnicze, łączące je kwestie oraz duszpasterstwo. W swej zapiekłej wściekłości, z powoli drętwiejącym ramieniem, pomyś­lał tylko, że o tej porze roku Franzi mogła potrzebować zupełnie innych ubrań, skąd miał się na tym znać, zabranie sukienek było jedynie gestem, chciał wziąć coś, co do niej należało, a potem pani Rosi, żeby czymś się zająć, uwolniła go od tych sukienek, włożę je do plastikowego pokrowca, powiedziała, bo kufra na ubrania tu nie ma, i spakuję jeszcze jedną walizkę, zgodził się, było mu to obojętne, bo w końcu musiał jeszcze zadzwonić do Elfi Nemec i powiedzieć, sam nie wiedział, co ma powiedzieć Elfi Nemec, w każdym razie nie to, że jest w Wiedniu, w zupełnie obcym domu i siedzi przy biurku, do którego nie miał prawa się zbliżać, i że nadal boli go ramię, a jej telefonu w spisie skamieliny oczywiście nie było, Martin zaś nie pamiętał numeru Elfi. Ale mógł też jeszcze raz zadzwonić do pro­fesora i poinformować go, tym razem jednak chłodnym, lodowatym tonem, że właśnie siedzi w jego mieszkaniu i zastanawia się, czy nie powinien zawiadomić policji, w imieniu, tak, w czyim imieniu, w imieniu rodziny, jakiej rodziny, skamielina ostatecznie wiedziała, że nie ma już żadnej rodziny, a więc w swoim własnym, w imieniu Martina, któremu zaginęła starsza i w dodatku jedyna siostra. Odrzucił jednak ten pomysł, a ponieważ teraz pani Rosi prawdo­podobnie pakowała rzeczy w sypialni, zaczął gwałtownie otwierać szuflady biurka, przeglądając je szybko, teczki – dokumenty podatkowe, teczki – historie chorób, kartki ręko­pisów, egzemplarze autorskie, wszystko starannie opisane dziecinnym pismem Franzi, same teczki, potem dotarł do ostatniej szuflady po prawej na dole, i znalazł to, czego nie szukał. Kilka zapisanych przez nią kartek, nie, tylko początki listów, wszystkie bardzo krótkie, ręka była sprawna, bo ręka Franzi, jej strome pismo uczennicy gimnazjum w Villach, naj­wyraźniej zatrzymało się w rozwoju, nadal miało piętnaście lat, jakby zastygło z końcem wojny. Pismo wypracowań, bardzo wyraźne, lecz nic, co pozwoliłoby się domyślić, kim był ich autor. Drogi Martinie, muszę Ci napisać. Drogi Martinie, nie wiem, od czego zacząć i jak to powiedzieć. Mój drogi Martinie, to takie przerażające, boję się, mam przecież tylko Ciebie i dlatego do Ciebie piszę. Drogi Martinie, jestem taka zrozpaczona, muszę do Ciebie napisać… Koniec. Różne daty, wszystkie z ostatnich dwóch lat, niektóre kartki lekko pożółkłe, inne przybrudzone, potem jeszcze jedna, złożona, Drogi Martinie, wczoraj w kawiarni, kiedy siedziałam z tymi wszystkimi pakunkami, nagle nie mogłam nic powiedzieć – zaraz, kiedy to było, gdy on i ona w jakiejś (której?) kawiarni, w każdym razie nie zauważył, żeby ona, obwieszona pakunkami, nie mogła czegoś powiedzieć. Wyciągnął nogi przed siebie i obejrzał te zaczęte listy. Co skłoniło jego siostrę, by pisać do niego listy, które ledwie wychodziły poza nagłówek, i dlaczego wszystkie leżały w tym biurku? Wyciągnął z szuflady resztę, kartki lepszego papieru, prawdziwego papieru listowego. Ukochany (a więc to nie do niego), teraz wiem już wszystko (jakie wszystko?), wydaje mi się, że wiem. Moje uczucia wprawdzie już Cię nie obchodzą – czy jego siostra miała jakieś uczucia i jakie? w każdym razie to zdanie o uczuciach nie było szczęśliwie sformułowane, już Cię nie obchodzą. Przykre. Brak daty. List prawdo­podobnie sprzed roku albo późniejszy. Następna kartka: Kochany Leo, musimy się rozstać. Nawet nie mogę o tym rozmawiać. Ty wiesz dlaczego, ale ja po pro­stu nie mogę o tym mówić. Też bez daty. Jego siostra wstawiała więc daty, pisząc tylko do niego, a reszta zaczętych listów była ich pozbawiona. Na ostatniej kartce, która zaczynała się dokładnie tak samo jak ta, gdzie mowa była o konieczności rozstania, tylko zdanie miało inny szyk, dopisano z boku linijkę pismem stenograficznym, to nie mogła być Franzi, bo ona nie umiała stenografować, a więc to był Jordan, którego znaczki spozierały na Martina także z innych teczek. Wyciągnął pióro i możliwie naj­dokładniej skopiował te znaki do swojego notesu, który potem schował do kieszeni. Zastanawiał się, czy ma zabrać te kartki, później zdecydował się na inne rozwiązanie, zostawił je po pro­stu na blacie biurka, niechże pro­fesor się dowie, że miał je w ręku. Niedostatki szkolnej edukacji. Całkowita nieznajomość skrótowych znaków, a tutaj wszystko było skrótowe, poza tym nadszedł już czas, by stąd wyjść, zatrzasnął naj­niższą szufladę, nie pro­testował, gdy pani Rosi wetknęła mu nieporęczny duży worek i walizkę, naprawdę nie wiem, powiedziała, gdzie jest kufer łas­kawej pani, musiała go wziąć do Baden, pani Rosi była naj­wyraźniej mocno zaabsorbowana brakiem kufra, choć nie czuła się winna. Widocznie tutaj wszystko i wszyscy byli niewinni braku czegokolwiek, zwłaszcza braku Franzi. Grymas, z jakim Martin obejrzał się na gabinet, wywołała myśl, że ta zatros­kana o kufer osoba wieczorem opowie, że on tu był i zabrał kilka sukienek, i o tej sprawie z biurkiem. Każdy mógł się o tym przekonać na własne oczy. Drogi Martinie, muszę Ci napisać. Już on się dowie, o co szło, i z tym poczuciem śmiesznego triumfu opuścił wytworny wiedeń­ski dom, dwie ulice dalej złapał taksówkę i opuścił wytworną wiedeń­ską dzielnicę. Nie powiedziawszy skamielinie, co o tym wszystkim myśli. Ale co miał powiedzieć, skoro coraz mniej potrafił sobie wyobrazić to, co musiało się wydarzyć, mógłby więc powiedzieć jedynie to, co od dawna o nim myś­lał, i jak zawsze działał mu na nerwy, tych kilka pouczających zdań, którymi go zbywał, choć Franzi nigdy to nie przeszkadzało, ten wyniosły ton, który mógł sobie darować przynajmniej w domu, i poczucie moralnej wyższości, nakładające się jeszcze na ten ton, który zwiódł jego siostrę, i kiedy teraz jechał taksówką przez miasto, wciąż jeszcze nie podając kierowcy celu, w każdym razie do miasta, ponieważ nadal nie rozwiązał pro­blemu Elfi Nemec i ponieważ nie mógł rozwiązać wszystkich pro­blemów jedno­cześnie, a przecież musiał się liczyć z tym, że jutro Elfi przyjedzie do niego na weekend do Karyntii, kiedy zatem myś­lał o moralnej wyższości i wstręcie, o rozpoczętych listach i osobliwych upodobaniach łóżkowych Elfi Nemec, przyszło mu nagle do głowy, że natychmiast musi wrócić, i powiedział: Dworzec Południowy. Franzi musiała być w domu. Jeśli w ogóle coś ich wiąże lub kiedykolwiek wiązało, to właśnie to: że raz w życiu każde z nich będzie wiedziało, gdzie to drugie zna­lazło się w decydującym momencie, i dlatego był przekonany, wbrew rozsądkowi (a tylko rozsądek nauczył się cenić i nigdy się na nim nie zawiódł) – że teraz wystarczy złapać pociąg, a będzie mógł rozwiązać swoją drobną zagadkę kryminalną.

Tak jak wiedziała kiedyś Franzi, gdy jako podlotek wystawała z angielskimi żołnierzami, ucząc się angielskiego, i naraz się odwróciła i ruszyła biegiem, i przebiegła całą długą drogę aż nad Gail, do której wrzuciła go banda z Tschinowitz i w której on, wówczas dziesięciolatek, z pewnością by utonął na oczach bezradnej zgrai równo­latków na brzegu. Wtedy przyszła mu z pomocą, i choć przecież nie widział jej biegnącej, zdawało mu się, że widzi ją jeszcze teraz, po latach, tę swoją bosonogą dzikuskę, która wyciąga swe młode z wody. Co mu strzeliło do głowy, żeby jechać do Wiednia. Przecież Franzi musiała wrócić do domu: albo nie żyła, albo wróciła do domu. Nie potrzebował policji. Ani Jordana. Przy: albo już nie żyła, albo – znów zobaczył Dworzec Południowy, ten właściwy, mroczny, zakopcony, a kiedy pociąg odjedzie, wreszcie zostawi ten groźny dworzec za sobą. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi.

Nocna podróż. Powrót do Galicien, Mt. 12,20. Jakże nieodparta jest Galicien, miłość. Był kompletnie wyczerpany i co chwila zasypiał. Ale miłość jest nieodparta. No cóż, wziął dla niej kilka sukienek. Poza tym nic nie przychodziło mu na myśl, nie przychodziło mu do głowy nic podobnego, nie znał takich zdań, i pomyś­lał, Jordanowie tego świata, i jak brzmiało to zdanie, które Franzi zawsze mu powtarzała, Jordanowie byli nie do pokonania, ale miłość jest – to zdanie brzmiało zupełnie inaczej, to było jej zdanie kultowe: spośród stu braci. Spytają, jak to było z tym: spośród stu braci. Ale co miał na myśli, mówiąc o Jordanach tego świata, zamieniał liczbę pojedynczą na mnogą, tylko dlatego że ta jedna osoba go irytowała i od samego początku wydawała mu się podejrzana, ale też nic ponadto. Cóż może wiedzieć ten niewolnik zaszczytów i orderów? W niewyczerpanych pokładach swej wściekłości Martin znajdował tej nocy setki słów, którymi ścierał Jordana albo Jordanów tego świata na proch, powtarzając: kimże on jest, ten, i im większy bezład zmęczenie wprowadzało w jego wściekłość, tym bardziej ona słabła; nawiedzały go obrazy siostry, tyle że nocą, kiedy przyjedzie, Franzi nie będzie mogła zbiec ze wzgórza, i już nie mogła być boso, z wiecznie podrapanymi nogami, w luźnej sukience z materiału na zasłony, zasłony z izby, zawsze chodziła w tym łachu, Rannerówna, vulgo Tobai, ostatnia z rodziny, postać mityczna, która wyciągnęła go z Gail, która potrafiła wejść w naj­zimniejszą wodę, i dla tej postaci wracał myś­lą do dzieciństwa, z którego nie zachował żadnych wspomnień, jedynie hasła, kilka chwil, koniec wojny, samo­loty szturmowe, biały chleb, pewien captain, puszki z marmoladą, do których wsuwał palce, a potem je oblizywał, żołnierze, wciąż nowi żołnierze, bardzo przyjaźni, zawieźli nawet matkę aż do Maria Gail, i przypominał sobie pogrzeb (a może Franzi wcale go ze sobą nie wzięła?), lament krewnych, Nona i Neni, oboje sędziwi i bardziej nieporadni od dzieci, ojciec na liście zaginionych, na wielu listach, bez pochówku, potem nie było już Nony i Neni, została tylko Franzi, która pokazywała go żołnierzom i kapitanowi, by dostać biały chleb i czekoladę, a pewnego dnia znów zaprowadziła go do szkoły i sama zaczęła dojeżdżać do gimnazjum. Mrok. Wielka dziura. Elfi Nemec nigdy by nie uwierzyła, że chodziło o jego siostrę.

Droga z Warmbad do Gail, oznaczona teraz przez Biuro Turystyczne jako szlak nr 21, zachwalana jako wspaniały rezerwat przyrody, przechodząca obok Zillerbad, wzdłuż potoku Zillerbach, pro­wadzi miejscami przez romantyczne obszary leśne. Powędrujmy aż do Gail, potem półtorej godziny drogi pieszo z pięknym widokiem na północ, patrz, droga nr 10. Zakątek trzech krajów. Zakątek trzech języków. Stąd możemy ruszyć w drogę powrotną, patrz, szlak numer.
Martin dojechał taksówką tylko do przejazdu kolejowego w Warmbad, dalej musiał pójść pieszo, tak, również wzdłuż potoku Zillerbach, ale w mroku nic nie widział, a w myś­lach też nie było nic, co kazało ruszyć w drogę powrotną. Uwalniał się od tej podróży, od tych godzin spędzonych w pociągu i oddychał głęboko. Potem usłyszał Gail, na zakręcie, gdzie Zillerbach nieśmiało wpadał w jej szumiące wody, tej rzeki nie można było nie zauważyć, i teraz Martin mógł się przygotować na spotkanie z tym zatęchłym domem, który dostali w spadku, choć tak naprawdę tylko on, Franzi pieniądze, on zaś dom i też trochę pieniędzy, które prawie w całości wydał już na studia, ale dom stał nadal. Znał każdą nierówność drogi, szedł nią, gdy oddalała się od brzegu, wciąż zachowując odpowiedni dystans do rzecznego rumowis­ka, rozpoznając okolicę swym wewnętrznym, właściwym dla niej przyrządem pomiarowym. Jordan przynajmniej nigdy nie postawił stopy na tej ziemi, nigdy nie zbliżył się do nazw i zaklęć, którymi wszystko tu było zaszyfrowane, i nigdy nie znał Franzi, która chodziła tutaj z rozświetloną, wydrążoną dynią, a popołudniami w stodole kopała z nim tunele w stogach słomy i siana, która nauczyła go drążyć dynie, piec kolby kukurydzy i żyć w sianie, jakby to było wszystko, czego kiedyś miał potrzebować w dalekim świecie, i wszędzie ciągnęła go ze sobą, tak, o to właśnie szło, poszukiwanie jedzenia, mycie go, ubieranie i rozbieranie, a później złożyli sobie nawzajem wiele obietnic, których treści już nie pamiętał, oprócz tej jednej, że zamieszkają razem, gdy on będzie „duży” – widocznie już w wieku czternastu, piętnastu lat uważała się za „dużą”, tego można się było po niej spodziewać, po tej kozie. Że też o tym zapomniał! przecież tak kiedyś ją nazywał, tym słoweń­skim określeniem dziewczyny, „koza” o skośnych, pozbawionych wyrazu oczach, która była dla niego wcieleniem wszystkich dziewcząt. Potem jednak coś się zmieniło, i chociaż pewnego dnia rzeczywiście oboje znaleźli się w Wiedniu i w czasie pierwszego semestru spotkał ją w kawiarni Herrenhof, musiał już jednak poniechać słowa „koza”, trzymał się tylko uparcie imienia Franzi, mimo że wszyscy otaczający ją studenci mówili do niej Franziska, także wtedy, gdy wszystko się urwało i nie mieli sobie już nic do powiedzenia, gdy stała się małą damą, która często zmieniała uczesanie, a dzięki zdolnościom językowym pozbyła się akcentu z Galicien i przerzuciła się w Wiedniu na inny, która przemierzała Herrengasse i Kohlmarkt, jakby nigdy nie przechodziła przez mostek Zündhölzel. Z powodu ważniejszych rzeczy nie zadawał już jej pytań, a potem jedynie od czasu do czasu pytał ją w myś­lach, których nie wypowiadał na głos, dopiero znacznie później chciał się od niej czegoś dowiedzieć, bo ona jeszcze pamiętała rodziców i musiała tęsknić bardziej od niego, na przykład za ojcem, i to nie tylko z powodu list zaginionych, lecz dla dwóch czarniawych brodawek na twarzy, o to chciał ją spytać, kiedy po raz pierwszy ujrzał ją z Jordanem, i kiedy żegnał się z nimi, po pierwszym nieudanym obwąchiwaniu się brata i męża, uderzyło go, że pro­fesor też miał na twarzy dwie brodawki, wtedy się przestraszył, przyszło mu bowiem do głowy, że Franzi szukała opieki, i nie potrafił tego zrozumieć, bo to ona zawsze była jego opiekunką, a teraz wybrała się na poszukiwanie i szukała czegoś, co nie było nim, i wyszła za ojca, tak to ujął, sprowadzając wszystko do naj­krótszej formuły i dodając pierwszą, wyniesioną z wykładów mądrość: imago ojca. W dziesięć lat później, ponownie rozmyś­lając o brodawkach jako przyczynie zamążpójścia, Martin dotarł do domu i otworzył drzwi, nawet nie szukając klucza pod pustą doniczką na parapecie – drzwi były otwarte, musiały być otwarte. W sieni paliło się światło, a drzwi do izby też były uchylone, przypiecek dojrzał dopiero na końcu, naj­pierw zobaczył wystające poza ławę stopy w jasnych pończochach, buty musiały spaść na podłogę, te buty wydały mu się naj­smutniejsze. Zatrzymał się przy drzwiach, ona ­uniosła się, odwróciła, przywarła do kafli i tak pozostała, na wpół siedząc, przechylona i wczepiona w kafle. Podszedł do niej szybko, pocałował ją w policzek, lecz nim zdążył pocałować ją w drugi, odwróciła głowę.
(…)

Okładka książki "Przypadek F." Ingeborg BachmannIngeborg Bachmann „Przypadek F.”
Tłumaczenie: Krzysztof Jachimczak
Wydawnictwo: Filtry
Liczba stron: 176

Opis: Ingeborg Bachmann (1926–1973) to jedna z najważniejszych figur dwudziestowiecznej literatury austriackiej. Jej twórczość, na którą składają się dwie powieści: niniejsza oraz „Malina”, kilka zbiorów opowiadań oraz dwa tomy wierszy, ukształtowała wrażliwość autorów tej miary, co Peter Handke, Elfriede Jelinek, Thomas Bernhard czy Christa Wolf.

W swojej prozie Bachmann podejmowała konsekwentny wysiłek poszerzania granic języka. Uważała, że niemiecki został nieodwracalnie uszkodzony przez wirusa zbrodni – stąd każda próba wyrażenia istotnych ludzkich doświadczeń staje się u niej polem heroicznej walki ze słowem.

„Przypadek F.”, choć niedokończony, uchodzi za jedno z jej największych osiągnięć pisarskich. W gęstej od sugestywnych obrazów formie autorka tropi na ulicach Wiednia, w mieszczańskich salonach, gabinetach lekarskich i małżeńskich sypialniach obecność totalitarnej przemocy. Pokazuje, że nie skończyła się ona wraz z politycznym upadkiem faszyzmu, lecz przetrwała w codziennych relacjach opartych na dominacji i psychicznej opresji. Pisarka dokonuje tu również rozliczenia z psychoanalizą, która w jej ujęciu okazuje się nie tyle terapią, ile kolejnym narzędziem służącym do uciszania i szufladkowania kobiet.

Główną bohaterkę, Franziskę, poznajemy w momencie ucieczki przed mężem – szanowanym wiedeńskim psychiatrą, który przez lata systematycznie wmawiał jej chorobę, okradając ją z tożsamości i wpędzając w szaleństwo. Czy podróż na pustynię, poza granice skażonej zbrodniami białego człowieka Europy, przyniesie Franzisce wyzwolenie?

„Przypadek F.” to subtelna analiza gaslightingu, napisana na długo przed tym, zanim pojęcie to zadomowiło się w naszych umysłach. Przede wszystkim jednak – w swojej fragmentarycznej, rwanej formie – to najpełniejsza literacka opowieść o traumie, jaką kiedykolwiek stworzono.

fot. © dr. Heinz Bachmannn/mat. prasowe Wydawnictwa Filtry

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek