Powieść, która zainspirowała Elenę Ferrante. Przeczytaj fragment „Zakazanego dziennika Valerii C.” Alby de Céspedes

1 lipca nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukaże się zapomniana perła włoskiej literatury, o której przypomniała światu Elena Ferrante. W latach 40. i 50. XX wieku Alba de Céspedes była jedną z najbardziej znanych włoskich pisarek, czytaną nie tylko w rodzimym kraju, ale również na świecie. Później jednak jej książki rzadko były wznawiane. Po dekadach przypomniano sobie o nich dzięki Elenie Ferrante, która przyznała się do inspiracji jej twórczością i wspomniała o niej dwukrotnie w tekstach zebranych w książce „Galimatias. Papiery, maile, wywiady”. Niedawno również noblistka Annie Ernaux wychwalała Albę de Céspedes, podkreślając, że czytanie jej książek było dla niej jak „wkraczanie do nieznanego wszechświata”.
„Zakazany dziennik Valerii C.” jest jedną z najważniejszych powieści Alby de Céspedes. To historia 43-letniej kobiety, matki i żony, która pod wpływem impulsu kupuje zeszyt i zaczyna prowadzić w nim dziennik. Bohaterka nie ma własnego pokoju ani nawet własnej szuflady. Zeszyt staje się jej jedyną prywatną przestrzenią. Nie ma tu fajerwerków fabularnych, wielkich namiętności czy nagłych zwrotów wydarzeń. Zapiski powoli, lecz konsekwentnie odsłaniają życie kobiety oraz jej relacje z rodziną – mężem i dziećmi. Powieść pierwotnie ukazywała się w odcinkach w czasopiśmie „La Settimana Incom Illustrata” – dokładnie przez sześć miesięcy na przełomie 1950 i 1951 roku, czyli w tym samym okresie, w którym powstawały wpisy w dzienniku. Czytelnicy znajdą w „Zakazanym dzienniku Valerii C.” wiele podobieństw z późniejszymi książkami Ferrante. Jest to więc okazja, aby odkryć źródło ich inspiracji.
Poniżej publikujemy sam początek książki, która ukaże się w przekładzie Tomasza Kwietnia.
26 listopada 1950
Bardzo źle zrobiłam, kupując ten zeszyt. Ale już za późno, by tego żałować, co się stało, to się nie odstanie. Nie wiem nawet, co mnie skusiło, by go kupić, samo wyszło. Nigdy nie myślałam o prowadzeniu dziennika, choćby dlatego, że dziennik powinien być sekretny, a więc należałoby go ukrywać przed Michelem i dziećmi. A ja nie lubię niczego ukrywać, mamy zresztą tak niewiele miejsca w domu, że schowanie czegoś jest prawie niemożliwe.
A było tak: w niedzielę dwa tygodnie temu wyszłam z domu stosunkowo wcześnie. Szłam po papierosy dla Michelego, chciałam, by miał je na stoliku nocnym, kiedy się obudzi, bo w niedziele śpi zawsze długo. Mimo późnej jesieni dzień był piękny i ciepły. Czułam dziecięcą radość, idąc ulicami po słonecznej stronie, patrząc na wciąż jeszcze zielone drzewa i zadowolonych ludzi, bo w dni świąteczne ludzie zawsze wyglądają na zadowolonych. Postanowiłam zrobić sobie spacer i zajść aż do trafiki na placu. Po drodze zobaczyłam, że wiele osób przystaje koło straganu z kwiatami, przystanęłam i ja, kupiłam bukiet nagietków. „Na niedzielnym stole trzeba mieć kwiaty – powiedziała kwiaciarka. – Mężczyźni zwracają na to uwagę”. Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, ale prawdę mówiąc, kiedy kupowałam te kwiaty, nie myślałam o Michelem ani o Riccardzie, choć ten ostatni rzeczywiście bardzo je sobie ceni; kupiłam je dla siebie, żeby trzymać je w dłoni podczas spaceru.
W trafice było sporo ludzi. Czekając na moją kolej z odliczonymi pieniędzmi w ręku, zobaczyłam na wystawie stos zeszytów. Były czarne, lśniące i grube, takie do szkoły. Kiedy byłam uczennicą, nim jeszcze zaczynałam zapełniać je zdaniami, wypisywałam w nich z przejęciem moje imię: Valeria.
„Poproszę jeszcze o jeden taki zeszyt”, powiedziałam, szukając w torebce dodatkowych pieniędzy. Kiedy jednak podniosłam oczy, zobaczyłam surowe spojrzenie sprzedawcy, który powiedział: „Nie mogę, to zabronione”. Wyjaśnił, że każdej niedzieli przy wejściu stoi policjant i pilnuje, by sprzedawano jedynie wyroby tytoniowe i nic ponadto. Poza mną w sklepie nie było już klientów. „Jest mi potrzebny – powiedziałam. – Bardzo go potrzebuję”. Mówiłam półgłosem, z przejęciem, byłam gotowa nalegać, zaklinać. Wtedy sprzedawca rozejrzał się wokół, a potem szybkim ruchem wziął zeszyt i podał mi przez kontuar ze słowami: „Niech go pani schowa pod płaszczem”.
Trzymałam go pod płaszczem przez całą drogę do domu. Bałam się, że spadnie na ziemię, kiedy dozorczyni opowiadała mi coś o ciśnieniu w instalacji gazowej. Rumieniłam się, przekręcając klucz w zamku. Od drzwi ruszyłam prosto do sypialni, ale przypomniałam sobie, że Michele jest jeszcze w łóżku. „Mamo!”, wołała już do mnie Mirella, Riccardo pytał: „Kupiłaś gazetę?”. Byłam podekscytowana i zagubiona, a kiedy zdejmowałam płaszcz, drżałam na myśl, że ktoś zaskoczy mnie w przedpokoju. „Włożę zeszyt do szafy – myślałam. – Nie, Mirella często ją otwiera, żeby wziąć z niej coś mojego do ubrania, rękawiczki albo bluzkę. Do komody też nie, Michele ją ciągle otwiera. Biurko już od dawna zawłaszczył Riccardo”. Uświadomiłam sobie, że w całym domu nie mam żadnego kąta, który pozostałby mój własny, nawet szuflady. Obiecałam sobie, że od tego dnia zadbam o moje prawa. „W szafie z bielizną”, zdecydowałam, ale potem przypomniałam sobie, że Mirella co niedziela wyciąga z niej czysty obrus, żeby nakryć do stołu. Ostatecznie wrzuciłam go do worka ze szmatami w kuchni. Ledwie zdążyłam zamknąć worek, gdy weszła Mirella i zapytała: „Co ci jest, mamo? Jesteś taka czerwona na twarzy”. „To pewnie przez płaszcz – odpowiedziałam, zdejmując go z siebie. – Zrobiło się ciepło”. Wydawało mi się, że powie: „Nieprawda, to dlatego, że schowałaś coś w worku”. Daremnie próbowałam przekonać samą siebie, że nie zrobiłam nic złego. Wciąż dźwięczał mi w głowie napominający głos sprzedawcy: „To zabronione”.
10 grudnia
Przez ponad dwa tygodnie ukrywałam ten zeszyt i nie zapisałam w nim ani słowa. Już pierwszego dnia zaczęłam zmieniać mu kryjówki i szukałam miejsca, gdzie nie zostałby natychmiast odkryty. Gdyby go znaleźli, Riccardo przywłaszczyłby go sobie na uczelniane notatki albo Mirella – na kolejny tom pamiętnika, który trzyma pod kluczem w swojej szufladzie. Mogłabym się przed tym bronić, powiedzieć, że jest mój, ale musiałabym jakoś uzasadnić, że go potrzebuję. Domowe wydatki zapisuję zawsze w kalendarzach reklamowych, które Michele na początku roku przynosi z banku; mąż zasugerowałby mi delikatnie, żebym oddała zeszyt Riccardowi. Gdyby tak się stało, oddałabym go natychmiast i nigdy więcej nie myślała o kupieniu sobie kolejnego; broniłam się więc zawzięcie przed takim obrotem sprawy, choć – muszę to wyznać – odkąd mam ten zeszyt, nie zaznaję ani chwili spokoju. Wcześniej czułam żal, gdy dzieci wychodziły z domu, a teraz nie mogę się doczekać, by gdzieś sobie poszły i pozwoliły mi zostać samej i pisać. Nigdy wcześniej nie uświadamiałam sobie, że z racji skromnych rozmiarów naszego mieszkania i czasu spędzanego w biurze rzadko mam okazję być sama.
Musiałam się więc uciec do podstępu, by zacząć ten dziennik: kupiłam trzy bilety na mecz piłki nożnej w zeszłą niedzielę i powiedziałam, że podarowała mi je koleżanka z pracy. Podwójnego podstępu, bo żeby je kupić, musiałam sfałszować listę zakupów. Zaraz po śniadaniu pomogłam się ubrać Michelemu i dzieciom, pożyczyłam Mirelli mój ciepły płaszcz, pożegnałam ich serdecznie, a gdy zamknęłam za nimi drzwi, poczułam dreszcz zadowolenia. Potem skruszona pobiegłam do okna i wychyliłam się, by ich zawołać. Byli już daleko i wydało mi się, że spieszą wprost w pułapkę, którą na nich zastawiłam, a nie na niewinny mecz piłki nożnej. Śmiali się do siebie i ten śmiech wbijał mi szpilę wyrzutów sumienia. Kiedy wróciłam do środka i już miałam się wziąć do pisania, uświadomiłam sobie, że muszę najpierw zrobić porządek w kuchni, bo tym razem Mirella nie mogła mi w tym pomóc. Nawet Michele, z natury taki porządnicki, zostawił otwartą szafę i porozrzucane krawaty. Dziś znowu wysłałam ich na mecz i wreszcie mogę się cieszyć odrobiną spokoju. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy w końcu udaje mi się wyciągnąć zeszyt z kryjówki, usiąść i zacząć pisać, nie mam do powiedzenia nic z wyjątkiem relacji o nieustannej walce, jaką toczę, by go ukryć. Obecnie trzymam go w starym kufrze, gdzie latem przechowujemy zimowe ubrania. Jednak dwa dni temu musiałam odwieść Mirellę od otwarcia kufra, kiedy chciała wyciągnąć swoje narciarskie spodnie, które nosimy po domu, odkąd zrezygnowaliśmy z ogrzewania. Zeszyt był w środku, dostrzegłaby go zaraz po otwarciu wieka. Powiedziałam jej: „Jest jeszcze czas na ciepłe ubrania”, ale ona się zbuntowała: „Zimno mi”. Sprzeciwiałam się jej z taką energią, że nawet Michele to dostrzegł. Kiedy zostaliśmy sami, powiedział, że nie rozumie, dlaczego się uparłam. Odrzekłam twardo: „Wiem, co robię”, a on popatrzył na mnie zaskoczony, bo to nie było typowe dla mnie zachowanie. „Nie lubię, kiedy wtrącasz się w moje dyskusje z dziećmi – kontynuowałam. – Odbierasz mi autorytet”. A kiedy on zauważał, że zwykle zarzucam mu niedostatek troski o dzieci, i podszedł do mnie, żartując: „Co cię dziś ugryzło, mamusiu?”, pomyślałam, że może robię się nerwowa i przewrażliwiona, jak wszystkie kobiety po czterdziestce – przynajmniej tak się mówi – i podejrzewając, że Michele też tak o mnie myśli, poczułam się głęboko upokorzona.
11 grudnia
Kiedy czytam napisane wczoraj zdania, pytam sama siebie, czy aby nie zaczął mi się zmieniać charakter, odkąd mój mąż żartobliwie nazywa mnie „mamusią”. Z początku mi się podobało, w pewnym sensie potwierdzało to, że jestem jedyną dorosłą osobą w domu, jedyną, która wie wszystko o życiu. Utwierdzało mnie w poczuciu odpowiedzialności, które miałam wpojone od dziecka. „Mamusia” spodobała mi się również dlatego, że usprawiedliwiała czułość, jaką od zawsze wzbudza we mnie zachowanie Michelego, który do dziś pozostał prostoduszny i naiwny, choć dobiega pięćdziesiątki. Kiedy mówi do mnie „mamusiu”, odpowiadam mu z surową serdecznością, z jaką zwracałam się do Riccarda, kiedy był dzieckiem. Ale teraz zdaję sobie sprawę, że to był błąd, bo tylko dla Michelego byłam Valerią. Moi rodzice od dziecka mówią na mnie Dzidzia i trudno mi być dla nich kimś innym, niż byłam w wieku, kiedy nadali mi to przezwisko, bo chociaż oboje wymagają ode mnie wszystkiego, czego wymaga się od dorosłych, zdają się nie przyjmować do wiadomości, że naprawdę jestem dorosła. Tak, jedynie dla Michelego byłam Valerią. Dla dawnych koleżanek ze szkoły do dziś jestem po prostu Pisani, dla innych znajomych żoną Michelego, matką Riccarda i Mirelli. Tylko dla niego, odkąd się poznaliśmy, byłam Valerią.
15 grudnia
Za każdym razem, gdy otwieram ten zeszyt, patrzę na moje imię na pierwszej stronie. Podoba mi się moje pismo, jest powściągliwe, nieprzesadnie wysokie, lekko pochyłe, zdradza jednak mój wiek. Mam czterdzieści trzy lata, chociaż gdy o tym pomyślę, nie chce mi się w to wierzyć. Również inni są zaskoczeni, gdy widzą mnie z prawie dorosłymi dziećmi, a ich komplementy wywołują zakłopotane uśmiechy Riccarda i Mirelli. W każdym razie mam czterdzieści trzy lata i wydaje mi się zawstydzające, że uciekam się do dziecięcych sztuczek, żeby prowadzić dziennik. Dlatego koniecznie muszę powiedzieć Michelemu i dzieciom o istnieniu tego zeszytu i zarezerwować sobie prawo do zamknięcia się w pokoju i pisania, kiedy mam na to ochotę. Zachowywałam się głupio od samego początku i postępując tak dalej, pogłębię tylko wrażenie, że jest coś złego w pisaniu tych niewinnych zdań. To absurdalne. A jednak nie daje mi to spokoju nawet w pracy. Jeśli dyrektor zatrzymuje mnie po godzinach, obawiam się, że Michele wróci przede mną do domu i z jakiegoś powodu zacznie grzebać w starych papierzyskach, gdzie obecnie trzymam zeszyt. Dlatego też często wymyślam jakąś wymówkę, by nie zostawać dłużej, przez co tracę płatne nadgodziny. Wracam do domu pełna napięcia; gdy widzę płaszcz Michelego w przedpokoju, serce zaczyna mi bić gwałtownie, wchodzę do jadalni pełna obaw, że zastanę tam męża z błyszczącą czernią okładki zeszytu w ręku. Kiedy zastaję go na rozmowie z dziećmi, boję się, że mógł go znaleźć i czeka tylko, aż zostaniemy sami, by ze mną o tym porozmawiać. Wydaje mi się ciągle, że wieczorem szczególnie uważnie zamyka drzwi naszej sypialni, sprawdzając, czy zatrzask zaskoczył. „Teraz się odwróci i mi to powie”. A jednak nic nie mówi, przecież zawsze w ten sposób zamyka drzwi, jak to on, skrupulatny z natury.
Dwa dni temu Michele zadzwonił do mnie do biura, a ja natychmiast się przestraszyłam, że z jakiegoś powodu wrócił wcześniej do domu i znalazł zeszyt. „Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć…”, zaczął. Zlodowaciałam ze słuchawką w dłoni. Przez kilka dłużących się w nieskończoność sekund zadawałam sobie pytanie, czy mam potwierdzić moje prawo do posiadania tylu zeszytów, ile dusza zapragnie, i pisania w nich, co mi się żywnie podoba, czy prosić: „Michele, zrozum mnie, wiem, że źle zrobiłam…”. Tymczasem on chciał się tylko dowiedzieć, czy Riccardo pamiętał o zapłaceniu czesnego, bo tego dnia upływał termin, w którym mógł to zrobić ze zniżką.
(…)
Alba de Céspedes „Zakazany dziennik Valerii C.”
Tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 272
Opis: Arcydzieło Alby de Céspedes, której twórczość inspirowała współczesne autorki, m.in. Elenę Ferrante. „Zakazany dziennik Valerii C.” to historyczne świadectwo epoki i hołd dla prefeministycznej generacji, która miała decydujący wpływ na późniejsze przemiany.
„Bardzo źle zrobiłam, kupując ten zeszyt. Ale już za późno, by tego żałować, co się stało, to się nie odstanie”. Tymi słowami zaczyna swój dziennik Valeria Cossati, bohaterka powieści, kobieta z klasy średniej we Włoszech lat pięćdziesiątych. Ma nieco ponad czterdzieści lat, dwoje dorosłych dzieci, męża obojętnego na jej potrzeby i pracę biurową, którą wykonuje bez widocznej pasji. Valeria jest pochłonięta rytmem „naturalnym” codzienności małomiasteczkowej, przytłoczona, niemal nie zdając sobie z tego sprawy, swoimi rolami żony, matki, urzędniczki. Pewnego dnia jednak, pod wpływem impulsu, który sama uważa za nierozsądny i niewytłumaczalny, kupuje zeszyt, w którym zaczyna zapisywać drobne wydarzenia i refleksje. W „zakazanej” przestrzeni pisania Valeria odkrywa ukryte konflikty, które przenikają jej życie, stłumione aspiracje, skrywane urazy; daje wyraz wewnętrznemu życiu, które przez lata było uśpione, wyraża swoją indywidualność, wyraźną świadomość ujawnioną przez gesty i myśli codziennego życia.
TweetKategoria: fragmenty książek














