Powieść angielskiej tłumaczki Olgi Tokarczuk. Przeczytaj przed premierą fragment „Wymierania Ireny Rey” Jennifer Croft

Jennifer Croft jest tłumaczką angielskich książek Olgi Tokarczuk. Za przekład „Biegunów” wspólnie z autorką otrzymała Międzynarodową Nagrodę Bookera. Tym razem możemy poznać jej prozatorskie oblicze. 28 stycznia Wydawnictwo Pauza opublikuje jej powieść „Wymieranie Ireny Rey”. To pełna emocji, chwilami szalona historia o tłumaczach poszukujących światowej sławy pisarki, która zaginęła w Puszczy Białowieskiej. Poniżej możecie przeczytać przedpremierowo fragment książki, którą przełożyła Kaja Gucio.
Wielbiliśmy Naszą Autorkę, a kiedy wysłała nam maila z informacją, że jej dzieło jest gotowe, odwołaliśmy nasze plany, spakowaliśmy walizki i polecieliśmy z naszych miast do Warszawy, gdzie brudni, przemoczeni i wniebowzięci pojechaliśmy pociągiem do Hajnówki, a potem wsiedliśmy do autobusu kursującego do Białowieży.
To była nasza siódma pielgrzymka do wioski na skraju puszczy, gdzie mieszkała Autorka. Od niepamiętnych czasów mieszkała właśnie tam, dziewięć kilometrów od białoruskiej granicy. Kochała ten las równie mocno, jak my kochaliśmy jej książki, za które bez zastanowienia oddalibyśmy życie. Każde jej słowo traktowaliśmy jak świętość, chociaż nasze zadanie polegało na tym, by każde jej słowo zastąpić innym.
Przybyliśmy na miejsce dwudziestego września 2017 roku. Księżyc był w nowiu, ale w blasku gwiazd północnego nieba jej wysmukły opływowy dom zdawał się odmieniony, dębowe listwy na wybrzuszonych ścianach połyskiwały niczym rtęć i na moment chwytały rozedrgane cienie lasu, wygładzały ich nierozerwalne kształty, a potem je pochłaniały.
Było nas ośmioro. Szwedzki był nowy, urodziwy niczym jeleń, i już na pierwszy rzut oka wiedzieliśmy, że zostanie jej ulubieńcem. Nie tylko ze względu na prestiż jego języka, który miał stanowić przepustkę do nieuniknionej Nagrody Nobla, ale także z uwagi na jego chód, postawę, zapraszające spojrzenie błękitnych oczu pełnych żaru. Bogdan, wierny mąż Naszej Autorki, którego pożądliwość, jak nam się zdawało, działała na jej pisarską wyobraźnię niczym podpałka, z jakiegoś powodu tego wieczoru się nie pojawił.
Pod nieobecność Bogdana wyglądała inaczej niż kiedykolwiek dotąd. Była blada jak zjawa. Cienie się jej nie imały, ale jej oczy przypominały czarne otchłanie i od samego patrzenia w nie wszystko nas bolało, zupełnie jakby ktoś nas rozrywał na strzępy.
Nie spuszczaliśmy więc wzroku z jej skrzyżowanych na piersiach ramion, choć i te z trudem rozpoznawaliśmy – wyglądały raczej jak gałązki na wpół zatopione przez zbyt ciężką sukienkę w kolorze błota. Na jej szyi nie dostrzegliśmy też onyksowego amuletu, który dostała od dziadka, miejscowego guślarza. Nagi obojczyk sterczał tak wyraźnie, jakby lada chwila miał się złamać.
Niewiele mówiła, nie wspomniała o Bogdanie. Wszystkie te odstępstwa od normy zrzuciliśmy na karb zmęczenia spowodowanego końcówką pracy nad opus magnum. Byliśmy pewni, że możemy jej pomóc. Nie tylko ze względu na Szwedzkiego, ale także dlatego, że zawsze to robiliśmy. Teraz było to konieczne. Poza Bogdanem tylko nam naprawdę ufała. Skoro jego zabrakło, oznaczało to, że miała jedynie nas.
Tego wieczoru po prostu staraliśmy się jej nie męczyć. Niebawem rozeszliśmy się do zwyczajowych pokoi, natomiast Szwedzki został z nią na dole. Zakładaliśmy, że ulokuje go tam, gdzie kiedyś nocował Czeski – w szopie na podwórzu. Gdyby tak się stało, być może nie byłoby pożaru, Tempelhofu ani starych rewolwerów. Ale wtedy wciąż jeszcze mogliśmy cieszyć się największym luksusem: nie kwestionować jej decyzji, przeobrażać formę bez dotykania treści. Przynajmniej tak nam się wydawało.
Schody tworzyły spiralę z dębiny, która o świcie ożywała. Na trzecim stopniu znajdował się sęk, który przynosił szczęście. Hołdowaliśmy licznym przesądom i przez kolejne miesiące Szwedzki miał je sobie od nas przyswoić. My z kolei mieliśmy przekonać się o jego specjalistycznej wiedzy na temat wielu rzeczy ukrytych w lesie, podziemnych sieci elektrycznych, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy, choć przecież od zawsze do nich należeliśmy.
Na drugim piętrze Serbska i Słoweńska dzieliły sypialnię ze skośnym sufitem i z okienkiem w dachu, dwoma podwójnymi łóżkami i balkonem z widokiem na Białoruś. Angielska zajmowała apartament na pierwszym piętrze, z piecem kaflowym i prysznicem do własnego użytku, ze szklaną gablotą pośrodku pokoju. Niemiecki spał na polówce ustawionej w ogrodzie zimowym, pod odwróconymi do góry nogami gwiazdozbiorami i czeskim żyrandolem, pośród kalatei i paproci w doniczkach.
Czeski żyrandol składał się z dziesięciu drobnych czaszek i tylu kości, że nie dało się ich zliczyć. Dom wypełniały przedmioty o bogatej historii: ciemne portrety antenatów w złoconych ramach; fortepian, na którym nigdy nie grano; solidne kufry o zamkach z głębokimi dziurkami na klucze; buzdygan; wysoki na metr mosiężny kandelabr z dziewięcioma ramionami, które wiły się tak, że zdawały się zaprzeczać grawitacji.
Na ścianach salonu wisiały elementy pancerzy, które utwierdzały nas w przekonaniu, że jej dom to nasza forteca, obrona przed złym światem.
Tłumaczenie, którym zajmowaliśmy się codziennie z wyjątkiem niedziel, odbywało się przy dziesięcioosobowym stole na drugim piętrze. Wszystkie posiłki jadaliśmy wspólnie przy identycznym stole na dole. Jeśli udało nam się znaleźć czas na życie towarzyskie, spędzaliśmy je w drugim pokoju na dole, tym z tureckim dywanem, grubym i krwiście czerwonym, pokrytym nieczytelnymi czarno-białymi znakami kaligraficznymi. Stały tam szezlong w kolorze musztardy i siedem baryłkowych foteli, obitych przez Bogdana tkaniną w pomarańczowe, różowe i niebieskie pendżabskie wzory, pochodzącą z międzynarodowego tournée Naszej Autorki w 2007 roku. To właśnie w tym pokoju znajdował się kominek, przy którym później wznieśliśmy jej kapliczkę.
Na kominku stały zdjęcia przedstawiające Naszą Autorkę taką, jaką znaliśmy do tej pory: po królewsku beztroską, ubraną w miękką czerwoną sukienkę bez rękawów, bez stanika, przykucniętą, by pogłaskać uratowanego niedźwiadka (którego, jak głosi legenda, sama ocaliła), z rozświetloną skórą na zaznaczającej się wyraźnie kości policzkowej, sunącą przez betonowy tunel niczym ostatnia czarna orchidea w rozkwicie, olśniewająca ostatnia przedstawicielka gatunku w jakiejś opuszczonej fabryce, pędząca samotnie ku wieczności.
Zdjęcia jej matki, zmarłej na raka przed piętnastu laty, gdy Nasza Autorka miała zaledwie dwadzieścia osiem lat. Fotografia z zimowego polowania, porażająca oszczędnym, czarno-białym kadrem.
Jej położony w samym centrum wioski dom otaczały żarzące się czerwienią porzeczki, a na dachu tkwiło olbrzymie bocianie gniazdo. Jako że bociany to symbol płodności, zawsze nas zastanawiało, dlaczego Nasza Autorka i Bogdan nie doczekali się dzieci. Zrzuciliśmy to jednak na karb konieczności zszywania ran świata za pomocą mowy, co nie pozostawiało czasu na opiekę w innej postaci.
Tej nocy spaliśmy twardo, a gdy obudziła nas nad ranem, nieco po piątej, wędrówka w ciemnościach w głąb ścisłego rezerwatu na powrót wplotła się w nasze sny. Przedzieraliśmy się przez chaszcze, które sięgały nam do kolan. O tej porze rozbrzmiewał ogłuszający śpiew ptaków, które przywoływały zastępy promieni słonecznych. Pomięte w podróży ubrania nasiąkły rosą.
Teren rezerwatu ścisłego to najbardziej chroniona część Puszczy Białowieskiej, niedostępna dla osób postronnych. Ale Ireny Rey nie obowiązywały żadne zakazy. Przy wejściu odwróciła się i przyłożyła palec wskazujący do warg. Potem wszyscy w milczeniu spojrzeliśmy na łąkę. Z bladej poświaty na horyzoncie wyłaniały się sosnowe wysepki, różowawe, spowite mgłą; łąkę porastały maleńkie gwiaździste kwiaty. Staliśmy bez ruchu. Łąka odpowiedziała nam ciszą, upewniwszy się zatem, że nikt za nami nie podąża, wkroczyliśmy na nią.
Nasza Autorka zwoływała nas tutaj, na peryferia Polski, od 2007 roku, rok po tym, jak wydała swoją trzecią książkę. „Lena” zdobyła wielki rozgłos w oryginalnej wersji językowej i szybko doczekała się przekładów, najpierw na niemiecki, a potem na czeski. Tak właśnie narodziliśmy się my, z piany powieści o tytule „Lena”.
(…)
Jennifer Croft „Wymieranie Ireny Rey”
Tłumaczenie: Kaja Gucio
Wydawnictwo: Pauza
Liczba stron: 464
Opis: Ośmioro tłumaczy przyjeżdża z różnych stron świata do położonego w Puszczy Białowieskiej domu należącego do słynnej pisarki Ireny Rey. Spotykają się tam, by pod czujnym okiem autorki pracować nad przekładami jej opus magnum pod tytułem „Szara eminencja” od razu na wszystkie języki narodowe reprezentowane przez obecnych na białowieskich warsztatach wybitnych translatorów. Jednak po kilku dniach literackiej współpracy Irena nagle znika bez śladu.
Tłumacze traktujący Rey niemal jak bożyszcze i rywalizujący dotąd o jej uwagę, rozpoczynają poszukiwania, nie przerywając jednak pracy nad wspólnym arcydziełem. Krok po kroku odkrywają kolejne sekrety i mistyfikacje Ireny Rey, na które zdecydowanie nie byli gotowi. Mierzą się z dzielącymi ich różnicami kulturowymi, sympatiami i antypatiami, a z czasem, odizolowani od reszty świata, stopniowo popadają w coraz większą obsesję i paranoję z powodu nieuchwytności swojej mistrzyni, wikłając się w sieć rywalizacji i osobistych interesów, które zagrażają nie tylko ich pracy, ale też losowi uwielbianej autorki.
Przezabawna, skłaniająca do refleksji debiutancka powieść wielokrotnie nagradzanej tłumaczki i pisarki Jennifer Croft to błyskotliwe studium procesu twórczego jak również tego, czym są kult sławy, świat natury oraz potęga języka. Rozgrywająca się gdzieś w ostatnim dzikim zakątku Europy, niezapomniana i wciągająca przygodowa opowieść, w której występuje niewielka, ale iście międzynarodowa obsada, a jej członkami wstrząsają miłość, destrukcyjne siły i moc tworzenia.
fot. Kelly Kurt Brown
Kategoria: fragmenty książek
















