Polskie wydanie kolejnej powieści laureata Goncourtów. Przeczytaj przed premierą pierwszy rozdział „Diabłów i świętych” Jeana-Baptiste’a Andrei

Po uhonorowanej Nagrodą Goncourtów powieści „Czuwając nad nią” wydawnictwo Znak Koncept publikuje kolejną książkę Jeana-Baptiste’a Andrei. „Diabły i święci” to poruszająca historia o dzieciństwie uratowanym przez muzykę i pierwszej miłości. 69-letni mężczyzna każdego dnia gra na fortepianie w miejscach publicznych, mając nadzieję, że usłyszy go i rozpozna ktoś, kto był dla niego niezwykle ważny w młodości. Jednego dnia ten niezwykły muzyk postanawia opowiedzieć o swojej przeszłości. Tak zaczyna się ta powieść, którą zekranizować chce Jean-Pierre Jeunet, reżyser „Delicatessen” i „Amelii”. Polska premiera książki w tłumaczeniu Beaty Geppert już 16 lipca. Poniżej przeczytacie pierwszy rozdział „Diabłów i świętych”.
Znasz mnie. Wysil się trochę, przypomnij sobie. Ten staruszek, który gra na publicznych fortepianach, tam gdzie bywa dużo ludzi. W czwartki jestem na Orly, w piątki na Roissy. W pozostałe dni tygodnia na dworcach, innych lotniskach, wszędzie, gdzie tylko jest fortepian. Często gram na gare de Lyon, mieszkam bardzo blisko. Nieraz mnie słyszałeś lub słyszałaś.
Pewnego dnia w końcu do mnie podchodzisz. Jeśli jesteś mężczyzną, nie odzywasz się. Udajesz, że zawiązujesz sznurowadło, żeby nie dając po sobie poznać, trochę mnie posłuchać. Jeśli jesteś kobietą, aż podskakuję. Bo właśnie na jedną czekam. A jeśli to nie ty, nie obrażaj się. Czekam na nią od pięćdziesięciu lat.
Masz tysiąc twarzy. Pamiętam każdą, niczego nie zapominam. Jesteś tą dziewczyną, która bladym świtem i późnym wieczorem krąży między centrum a przedmieściem. Facetem w ciemnym garniturze – pamiętam, jak pomyślałem: „Ten to chyba uprawia miłość z zapałem urzędnika”. Chociaż to już nie mój problem, jako pierwszy przyznaję, że kobiety to skomplikowana sprawa. Jesteś biały, niebieski, czerwony, zielony, jesteś tęczowy. Kręcisz się zdezorientowany wokół moich fortepianów, bo nie proszę o pieniądze. I wtedy mnie zaczepiasz. Zawsze zadając to samo pytanie:
– Co taki gość jak pan tutaj robi?
W jakim sensie „gość taki jak ja’? A ty zawsze odpowiadasz mniej więcej tak samo:
– Gość taki jak pan, który dobrze wygląda, nawet jeśli zapomniał pan sobie ogolić lewy policzek. Dobrze ubrany, nawet jeśli węzeł pańskiego krawata jest trochę niemodny. I wreszcie gość, który tak dotyka klawiatury fortepianu jak pan. Pan gra jak sam Bóg, może pan gra dla Niego? Takiego talentu jak pański nie powinno się marnować po dworcach i lotniskach. Gra pan jak ci pianiści, którzy zachwycają publiczność w wielkich, obitych purpurą salach. Lecz pan zachwyca tylko mokry asfalt i wilgotną pilśń.
Ma pani rację. Słuszna uwaga, proszę pana. Moje sceny pachną metalem i naftą. Moje Carnegie Hall i moja La Scala to Montparnasse, Roissy, Union Station, lotnisko Johna Kennedy’ego. Nie bez powodu. Ale to długa historia, nie chcę pana, pani zanudzać.
Idziesz dalej swoją drogą – w każdym razie idzie większość z was. Czasami nalegasz. Proponujesz mi dużo pieniędzy za zagranie na twoich urodzinach. Na wytwornej kolacji, na bar micwie – i widzisz, jak się waham. Proponujesz, że mi przedstawisz swojego męża, który zajmuje ważne stanowisko w filharmonii. Lub wujka impresaria. Za każdym razem odmawiam, dziękuję, naprawdę, to bardzo miłe z pana, pani strony. Byłbym kiepskim gościem. Lubię tylko otwarte przestrzenie, hulający wiatr i trzaskające drzwi.
Wczoraj zapytałeś:
– Będzie pan tu jutro?
Jutro to ani czwartek, ani piątek, więc tak, oczywiście, będę.

Zaczynam w tonacji C-dur między odjazdem pociągu do Annecy o dziewiętnastej zero trzy a przyjazdem z Béziers o dziewiętnastej zero cztery, prosimy nie zbliżać się do krawędzi peronu. O, wróciłeś, wróciłaś? Pozwól więc, że się przedstawię. Nazywam się Joe. To od Josepha, ale od dawna już nikt mnie tak nie nazywa. Joseph to imię wielkiego muzyka lub ojca Mesjasza.
Chcesz, żebym zagrał, jasne, chcesz mnie sprawdzić. Zrozumieć, połapać się, na czym polega sztuczka. Dzisiaj domagasz się Berga. Lub Brahmsa.
Przykro mi, gram tylko Beethovena.
Trochę cię irytuję, zdaję sobie z tego sprawę. Przepraszam. Nie potrafię się wyzbyć pięćdziesięciu lat nawyków.
– To proszę zagrać pierwszą część sonaty Księżycowej – odpowiadasz. – Niech już będzie ten… klasyczny kawałek.
Omal nie powiedziałeś „banalny”, nie byłbyś pierwszy. Rzucasz okiem na zegarek – nie chcesz się spóźnić na kolację na mieście, przyjaciele lub koledzy na ciebie czekają, ptifurki już doszły w piekarniku. Z uniesionymi dłońmi czekam na właściwy rytm. Lokomotywa TGV osiada na peronie L, sapiąc skrzelami. Elektryczny rekin wielorybi, który płynie z Nicei z prędkością trzystu kilometrów na godzinę, po czym wypluwa na peron niestrawną drobnicę kłębiącą się w masie ciężkiej niczym roztopione szkło. Ciała prostują się i pędzą w kierunku snu, alkoholu, zawału, znużenia, czy ja zresztą wiem. Jest w nich wszystko, nadzieja i rezygnacja. Ty tego nie słyszysz.
Kładę palce na klawiaturze. Wściekłe arpeggia, akordy, presto agitato. Trzecia część, nie ta, o którą prosiłeś, nie lubię tego, co przewidywalne. Twoje wargi się zaciskają. Twoje źrenice rozszerzają się jak u narkomana, który po kolejnej dawce adrenaliny znowu oddycha. Muzyka cichnie, a ty stoisz w milczeniu. Długo stoisz.
Tornado uderzyło cię prosto w twarz, jak tysiąc innych przed tobą. Uniosło cię w powietrze, wycisnęło i odstawiło w to samo miejsce. Sam się dziwisz, że jeszcze żyjesz. Nigdy więcej nie powiesz „banalny”. Wiem, co czujesz. Trudno słuchać głuchnącego geniusza bez emocji.
Mówisz:
– Muzykowi takiej klasy daje się Legię Honorową, przy nim człowiek aż się jąka. A na pana przez cały dzień nikt nie zwraca uwagi. Nie myślał pan o tym, żeby występować?
Występować? Nic innego nie robię.
Widzę, jak wykrzywiasz usta w grymasie zniecierpliwienia.
– Nie, chodzi mi o występowanie n a s c e n i e. Nie byłby pan pierwszym, który późno rozpoczyna karierę. Szczerze mówiąc, jest pan jeszcze młody.
Dziękuję pani, dziękuję panu. Muszę zostać tutaj. Nie chciałbym przepuścić ostatniego pociągu. Ostatniego samolotu. Zatrzymajcie sobie wasze Legie, medale, te wszystkie ozdóbki, które ściskają i otępiają serce.
– Mógłby pan zarabiać dużo pieniędzy, Josephie. Kupić sobie własny fortepian.
Nazywam się Joe, nie Joseph. Nie potrzebuję pieniędzy. Mam wszystkie fortepiany, jakich pragnę. I w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat nie jestem już młody. Widzę w twoich oczach, że będziesz protestować. Powstrzymam cię, to żadna kokieteria. Mówię prawdę. Od dawna nie jestem już młody. Pamiętam nawet godzinę, o której to się stało.
Chodźmy usiąść tam w ogródku kafejki, naprzeciwko torów. Kawa jest kiepska, ale krzesła wygodne. Myślę, że tym razem powinienem ci to wyjaśnić.
Wszystko się zaczęło, kiedy zachorowałem. Na nieuleczalną chorobę. Nie wzdrygaj się, nie zarażam. Spadła na mnie drugiego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. Nic nie zrobiłem, żeby ją złapać, wszyscy, którzy na nią chorują, powiedzą ci to samo.
Moje kalectwo nie figuruje w encyklopediach medycznych.
A powinno.
(…)
Jean-Baptiste Andrea „Diabły i święci”
Tłumaczenie: Beata Geppert
Wydawnictwo: Znak Koncept
Liczba stron: 336
Opis: Starszy mężczyzna gra Beethovena na publicznych fortepianach. Jednego dnia na dworcu kolejowym w Paryżu, następnego na nowojorskim lotnisku. Podróżni przechodzą obok. On zostaje. Nie gra dla pieniędzy, czeka. Czeka na kogoś, kto być może pewnego dnia wysiądzie z pociągu.
To długa historia. Zaczęła się pięćdziesiąt lat temu w ponurym sierocińcu. W takich miejscach zdarzają się święci i diabły… Chłopak szukał schronienia w muzyce – jedynym, co mu pozostało po dawnym życiu, i w marzeniach o ucieczce, która wydawała się niemożliwa. Wszystko się zmieniło, gdy poznał Rose, a plan ucieczki stał się tak realny.
Wyjątkowa opowieść o wewnętrznym dziecku, które wszyscy w sobie nosimy. I o dzieciach wystarczająco dorosłych, by cierpieć i się buntować.
Kategoria: fragmenty książek
















