banner ad

Polska wieś lat 70. i 12-latek, który chce zostać muzykantem. Przeczytaj fragment powieściowego debiutu „Wniebogłos” Aleksandry Tarnowskiej

9 maja 2023

Pierwsza w tym roku polska powieść w wydawnictwie ArtRage. W dodatku debiut. Głównym bohaterem „Wniebogłosu” jest dwunastoletni Rysiek, który chciałby grać i śpiewać w wiejskiej kapeli. Pragnienie to pozostaje jednak w sferze marzeń. Kiedy ojciec próbuje zrzucić na Ryśka winę za śmierć jednego z mieszkańców wioski, bo chłopak śpiewał przy żywych pogrzebowe pieśni, ten zaczyna wierzyć w moc swojego głosu. W swym powieściowym debiucie Aleksandra Tarnowska odwołuje się do tradycji wiejskich muzykantów i kreśli portret polskiej wsi z lat 70. Książkę znajdziecie już w księgarniach, a poniżej przeczytacie jej fragment.

Rysiek miał wrażenie, że zamiast nóg wyciąga przed siebie dwa worki pełne ciężkich strachów. Najwięcej było w nich myśli o ojcu, który i tak niechętnie zgodził się, żeby Rysiek poszedł do babci Kazi. A teraz? Na pewno się zastanawia, dlaczego jego syn, spuszczony jak pies z łańcucha na minutę, dwie, żeby sobie raz podwórko okrążył, jeszcze nie wrócił do domu. Chwila moment i w końcu ojciec sam się do babcinej chałupy pofatyguje, a jeżeli nikogo w niej nie zastanie…

Rysiek musiał jak najszybciej dotrzeć do Pokorów. Sadził więc wielkimi krokami, jakby naśladował bociana, przebiegał truchtem kilka metrów i zaraz nowa myśl powstrzymywała go, hamowała, dociskała do ziemi. Wracał do wolnego, ciężkiego chodu. Zeszyt z pieśniami, dla wygody wsadzony za pasek spodni, kłuł go rogami w żebra.

U Pokorów czekają na niego. Chłopaki, dziewczyny, babki, wszyscy pochyleni nad marmurowym ciałem. Wiedzą, że to właśnie Rysiek staremu Pokorze do śmierci zaśpiewał… Śpiewał tak samo jak przy mamie, kiedy spisywali pogrzebowe pieśni w zeszycie. A co, jeśli ojciec się dowie?

Może już ktoś poleciał do ojca z jęzorem, zbiegł w dół wzgórza, do ich ciemnej doliny, walnął w drzwi i powiedział, nie!, wydarł się, że to on! Ten piekielnik! Ten pana syn! Pana syn jedyny, panie Mietku! Krew z krwi, panie Mietku kochany! To on tak starego Zdziśka Pokorę urządził, panie Mietku, tak mu śmierć, śmierć samą wyśpiewał, ten diabeł, pana syn, panie Mietku!

Ojciec po tych słowach wstał powoli, jak ta krew z krwi na twarzy czerwony, tylko grzywka mu oczy czarne zasłaniała, pochylone ramiona drżały jak u nasrożonego byka, nabrał tchu, aż boki napęczniały, otworzył usta i…

– Ryyyyyyysiek! – zawyło coś z tyłu, aż Rysiek podskoczył przestraszony. – Ej! Chłopaku! Ryyyyyyyysieeeek! – Głos dobiegał zza zakrętu piaszczystej ścieżki, skrytej w wątłym brzozowym gaiku. Wielki, pokraczny cień przesuwał się między drzewkami i jeszcze chwila, jeszcze moment wyskoczy na Ryśka, który czekał bez ruchu jak wbity w ziemię. – Ryyyysieeeek!

Na szczęście potwór miał całkiem ludzką twarz. Tylko trochę bardziej purpurową niż zwykle.

– Rysiek jesteś, chłopaku, nie? – zawołał wesoło Szczepan Gawroński. W rękach schowanych za plecami coś trzymał, na końcu szedł Edek Janik. Chłopaki niosły długą, niezbyt szeroką deskę z niemalowanego drewna, taką akurat, żeby pomieściło się na niej sztywne ciało.

– No – bąknął tylko Rysiek, nie odrywając wzroku od drewna.

– Co, podoba się grobowa decha? – Edek trzasnął otwartą dłonią w drewno. – Ale nie dla psa kiełbasa, Rychu! Dla starego niesiemy! – krzyknął i zagrzmiał głębokim śmiechem.

Szczepan prychnął i schował głowę w ramionach, jakby rzucił brzydki żart, którego zaraz sam się trochę zawstydził.

W głowie Ryśka wciąż buzowało od wcześniejszego strachu. Powinien się cieszyć, że znowu spotkał grajków z kapeli, i może też śmiać się dla wspólnej uciechy. Niech wiedzą, że on też taki jak oni wesoły, swój, że razem dobrze im będzie w zespole. Popatrywał to na jednego, to na drugiego, próbował wykrzywić wargi, ale wzrok w końcu zawsze uciekał na deskę. Rysiek nie widział w niej nic śmiesznego.

– Wiem – wymruczał.

– Wiemy, wiemy, że wiesz. – Szczepan otarł mokre od śmiechu oczy wierzchem dłoni. Pochylił się w stronę Ryśka. Rude włosy w jasnym świetle dnia zdawały się Ryśkowi jeszcze bardziej czerwone niż w ciemnej izbie u Pokorów. – Tyś mu to wyśpiewał, nie?

Śmierdzący gorzałką oddech kazał Ryśkowi zrobić krok do tyłu. W głowie znowu szalało, chciał biec.

Szczepan i Edek zatrzęśli się w radosnym śmiechu.

– No, no, już, chłopaku, taki żart był, nie? – wysapał w końcu Szczepan, ocierając łzy. – Stary był, to i umarł, nie? A ty! Ty głos masz, nie? Jak dzwon! – wykrzyknął, wyciągając palec w kierunku Ryśkowej piersi.

Coś w tych słowach, w tym geście, musiało być takiego, co nagle ukoiło rozszalałą głowę Ryśka, ale i dźgnęło prosto w niepewne dotąd serce. Ono nie zważało, czy ocena rudego Szczepana była pijana, czy trzeźwa. Zaczęło się dźwigać nieśmiało, z każdym ruchem coraz szybciej, aż rozhuśtało się na dobre i jak zabiło, rozdzwoniło! Rysiek stał przed chłopakami niby wciąż w miejscu, choć zdawało mu się, że naraz cały zaczął stawać się tym serca dzwonieniem. Był pewien, że bicie niesie się już hen po drodze, po polach, po łąkach, a do uszu chłopaków to już na pewno dotarło. Wezmą go do kapeli, zaraz powiedzą, że wezmą!

– Jak z naszego kościoła – podchwycił Edek i uśmiechnął się krzywo. – Też na pogrzeb bije.

– Co bije? – wyszeptał Rysiek.

– Dzwon! Głos masz jak dzwon, nie? – Szczepan zabębnił palcami o deskę. – Na Zmartwychwstanie też dzwony biją, nie? – Zmrużył oczy, podniósł rękę i trzasnął nią w drewno. – Dawaj na dechę, Rychu!

– Co?

– Nie wstydź się! Głos masz jak dzwon, nie? Sprawdzimy, czy się nadajesz, może i do mojego zespołu dołączysz, co? – namawiał niby Ryśka, ale na Edka porozumiewawczo mrugał, rude brwi unosił.

Mężczyźni wzięli krańce deski na ramiona i kucnęli przed Ryśkiem.

– Właźże! – zawołał Edek. – Bo tak po wsi rozgadamy, że nigdzie cię na śpiewaka nie wezmą!

Rysiek nie wiedział, co pociągnęło go do góry. Czy to ich namawianie, czy strach, że rzeczywiście ani z nimi, ani nigdzie już nie zaśpiewa w kapeli, czy może jednak serce? Zawsze schowane, teraz wiedziało, że ten jeden raz musi wybić się wysoko, najwyżej, jak na kościelnej wieży. Inaczej nic z Ryśkowych marzeń, nic z planów, nawet z tych najmniejszych, nie będzie. Zniknęły gdzieś myśli o ojcu, o śpiewaniu u Pokory, o śmierci, nawet o mamie. Jeszcze chwila i Rysiek otworzy usta, zaśpiewa, chłopaki usłyszą i wtedy będzie! Będzie w kapeli, nie inaczej.

Wgramolił się na deskę.

– Umarł Maciek, umarł znasz? – zapytał Szczepan.

Przesądny strach wstrzymał Ryśka jeszcze na jeden oddech.

– A co mam nie znać? – wykrzyknął poniesiony dziwną radością. Zawsze ją czuł, kiedy w ustach rozkwitała melodia. Zaśpiewał.
(…)

Aleksandra Tarnowska „Wniebogłos”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: ArtRage
Liczba stron: 220

Opis: Polska wieś lat 70. oczami dziecka. Dwunastoletni Rysiek ze wsi Tuklęcz marzy tylko o jednym – by grać i śpiewać w wiejskiej kapeli. Nie ma jednak ani instrumentu, ani odwagi, żeby porozmawiać o swoim marzeniu z ojcem, grabarzem, z którym popołudniami chodzi na cmentarz przygotowywać groby dla wciąż żyjących członków rodziny. Gdy po ukończeniu drugiego grobu umiera kolejna osoba, ojciec próbuje zrzucić winę za śmierć na Ryśka, ten bowiem śpiewał przy żywych pogrzebowe pieśni. Chłopiec zaczyna wierzyć w moc swojego śpiewu, nie chce jednak porzucić marzeń o śpiewaniu w kapeli. „Wniebogłos” Aleksandry Tarnowskiej jest jej powieściowym debiutem.


Tematy: , ,

Kategoria: fragmenty książek