banner ad

Po serii z Anne Shirley czas na trylogię o Emily. Przeczytaj jeden rozdział nowego tłumaczenia „Emily ze Srebrnego Nowiu” L.M. Montgomery

25 marca 2026

Kiedy Lucy Maud Montgomery miała już dość pisania książek o Anne Shirley, zdecydowała się stworzyć inną bohaterkę. Tak narodziła się seria o Emily. Między losami obydwu dziewczyn znaleźć można wiele podobieństw, choć one same z charakteru radykalnie się różniły. Po opublikowaniu w nowym przekładzie cyklu o Anne z Zielonych Szczytów Wydawnictwo Marginesy przybliża trylogię o Emily. Pierwszy tom, „Emily ze Srebrnego Nowiu”, trafił właśnie do księgarń. Za tłumaczenie i tym razem odpowiada Anna Bańkowska. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.

ROZDZIAŁ 1
DOM W KOTLINCE

DOM BYŁ ODDALONY o milę od wszystkiego, tak przynajmniej mówili mieszkańcy Maywood. Stał w porośniętej trawą kotlince i wyglądał tak, jakby nie został zbudowany, tylko wyrósł tam niczym wielki brunatny grzyb. Dochodziło się do niego długą zieloną dróżką, a gąszcz młodych brzózek otaczał go tak szczelnie, że zasłaniał widok na inne zabudowania, chociaż wioska znajdowała się tuż za zboczem. Ellen Greene zaklinała się, że to najbardziej odludne miejsce na świecie i nie zostałaby w nim ani przez jeden dzień, gdyby nie było jej żal „tego dziecka”.

Emily nie wiedziała, że budzi w kimś litość, nie rozumiała też, co znaczy słowo „odludny”. Miała przecież liczne towarzystwo – ojca, Mikiego i Psotkę, w pobliżu zawsze kręciła się Wietrznica i rosły drzewa: Adam i Ewa, Kogucia Sosna i całe mnóstwo przyjaznych brzóz.

No i jeszcze był Błysk. Emily nigdy nie wiedziała, kiedy się pojawi, więc samo oczekiwanie przejmowało ją przyjemnym dreszczem.

Jakiś czas temu w pewien zimny wieczór wymknęła się z domu na przechadzkę, którą miała pamiętać do końca życia – może ze względu na nieziemskie piękno otoczenia, może dlatego, że po raz pierwszy od wielu tygodni zobaczyła Błysk, ale najpewniej z powodu tego, co wydarzyło się po powrocie.

Był ponury, chłodny początek maja, ale chociaż zanosiło się na deszcz, nie spadła ani jedna kropla. Ojciec cały dzień spędził na szezlongu w bawialni. Mocno kaszlał i niewiele rozmawiał z Emily, co wydawało się dość niezwykłe. Większość czasu przeleżał z rękami pod głową, zapatrzony rozmarzonym, nieobecnym spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu w pochmurne niebo przebłyskujące między gałęziami dwóch wielkich świerków na frontowym podwórzu. Nazwali je Adamem i Ewą, ponieważ ich dziwaczne usytuowanie w stosunku do małej jabłonki skojarzyło się Emily z rajskim ogrodem na starej rycinie w jednej z książek Ellen. Adam i Ewa stali tam sztywno wyprostowani po obu stronach niskiego Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego, niczym owe dwa świerki trzymające straż przy jabłonce.

Emily zastanawiała się, nad czym jej ojciec tak rozmyśla, ale nie chciała mu zadawać pytań, bo bardzo kaszlał. Pragnęła jednak koniecznie z kimś pogadać. Ellen Greene także nie miała nastroju do rozmowy i odpowiadała jej tylko pochrząkiwaniem, co oznaczało, że czymś się gryzie. Chrząkała tak poprzedniego wieczoru, kiedy doktor coś do niej szeptał w kuchni, a także później, kiedy przyniosła Emily na dobranoc kromkę chleba z melasą. Dziewczynka nie lubiła ani chleba, ani melasy, ale zjadła, aby nie zranić uczuć Ellen. Gospodyni rzadko dawała jej przed snem coś do jedzenia – zdarzało się to tylko wówczas, kiedy z jakiegoś powodu chciała jej okazać szczególne względy.

Emily przypuszczała, że atak pochrząkiwania minie Ellen do rana, jak zwykle, ale tak się nie stało, więc nie miała co liczyć na jej towarzystwo, zresztą gospodyni i tak nie należała do gadatliwych. Douglas Starr w przypływie rozpaczy nazwał ją kiedyś „tłustym, leniwym babskiem, na które nie trzeba zważać” i Emily uznała, że to określenie pasuje do Ellen jak ulał. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak tylko zwinąć się w spłowiałym, wygodnym fotelu i zatopić na całe popołudnie w lekturze „Wędrówki pielgrzyma”¹. Uwielbiała tę książkę. Wiele razy przemierzała prostą i wąską ścieżkę z Chrześcijaninem i Chrześcijanką, chociaż zdecydowanie wolała przygody pierwszego. Chrześcijankę zawsze otaczał tłum, natomiast dziewczynkę fascynował głównie samotny, nieustraszony Chrześcijanin, który w pojedynkę musiał stawić czoło cieniom Mrocznej Doliny i Apollinowi. Ciemność i zjawy to nic strasznego, pod warunkiem że ma się przy sobie towarzyszy, ale znaleźć się z nimi sam na sam? Brr. Emily zadygotała, zdjęta rozkosznym dreszczykiem grozy.

Kiedy Ellen ogłosiła, że kolacja gotowa, Douglas Starr wymówił się od jedzenia.

– Ja na nic dziś nie mam ochoty – wyjaśnił córeczce. – Poleżę sobie i odpocznę, a jak tu wrócisz, mój Elfiku, to sobie poważnie porozmawiamy.

Twarz mu rozbłysła pięknym, pełnym czułości uśmiechem, który Emily zawsze uważała za urzekający. Kolację zjadła chętnie, chociaż wcale jej nie smakowała. Chleb był rozmiękły, jajko niedogotowane, ale za to oba koty siedziały przy niej, po bokach, na co Ellen jakimś cudem wyraziła zgodę i tylko chrząkała znacząco, gdy Emily karmiła je kawałkami chleba z masłem.

Miki uroczo chwytał łapkami każdy podany kąsek, natomiast Psotka stosowała własną sztuczkę: jeśli uznała, że zbyt długo czeka na swoją kolej, trącała swoją panienkę w nogę, jakby całkiem po ludzku chciała się jej przypomnieć. Emily kochała oba swoje zwierzaki, ale jej ulubieńcem był Miki – piękny, ciemnoszary kocur o dużych, okrągłych jak u sowy ślepiach i miękkim, puszystym futerku. Natomiast Psotka – istne chucherko – nie miała na żebrach ani odrobiny tłuszczu, bez względu na to, jak obficie ją karmiono. Przez tę chudość Emily niespecjalnie lubiła ją głaskać, co nie znaczy, że nie dostrzegała przedziwnej urody kotki o szaro-białej, jedwabistej sierści, długim, trójkątnym pyszczku, dużych uszach i bardzo zielonych oczach. Psotka cieszyła się opinią niestrudzonej wojowniczki – obce koty przeganiała błyskawicznie i bez cienia skrupułów, zdarzało się jej nawet atakować psy.

Emily wychowała swoje koty sama, o czym zawsze mówiła z dumą. Dostała je od nauczycielki ze szkółki niedzielnej.

– Żywe podarunki są takie miłe – powiedziała kiedyś do Ellen. – To dlatego, że z dnia na dzień stają się coraz milsze.

Martwiło ją jednak bardzo, że Psotka nie ma kociąt.

– Nie rozumiem dlaczego – narzekała. Zwykle kotki mają ich tyle, że nie wiadomo, co z nimi zrobić.

Po powrocie z kolacji Emily zauważyła, że ojciec śpi. Ucieszyła się, bo wiedziała, że przez ostatnie dwie noce sypiał bardzo mało, chociaż poczuła się nieco zawiedziona, że nie odbędą owej „poważnej rozmowy”. Poważne rozmowy z ojcem uważała za największą przyjemność, ale drugie miejsce należało do samotnych spacerów o szarym, wczesnowiosennym zmierzchu. Od dawna nie nadarzyła się jej taka okazja, toteż postanowiła z niej skorzystać.

– Załóż kapturek i pamiętaj, żeby wrócić, gdy tylko zacznie padać – upomniała ją Ellen. – Ty nie jesteś jak inne dzieci, nie możesz narażać się na przeziębienie.

– A to dlaczego? – spytała z oburzeniem Emily. Czemuż to inne dzieci mogą się przeziębiać, a ona jedna nie? To niesprawiedliwe.

W odpowiedzi usłyszała tylko chrząknięcie, więc dla własnej satysfakcji burknęła pod nosem:

– Stare, tłuste babsko, na które nie warto zważać!

Chcąc nie chcąc, pobiegła jednak na górę po kapturek, chociaż uwielbiała chodzić z gołą głową. Nasunąwszy błękitną czapeczkę na lśniące, czarne włosy splecione w gruby warkocz, uśmiechnęła się porozumiewawczo do swego odbicia w zielonkawym lustrze. Był to prześliczny, subtelny uśmiech, który zaczynał się w kącikach warg i rozlewał się wolno po całej twarzy. Taki sam wiele lat temu oczarował nieodwracalnie Douglasa Starra w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzał Juliet Murray. Zdawało się, że to jedyna fizyczna cecha odziedziczona przez Emily po zmarłej matce, bo pod każdym innym względem przypominała Starrów. To im zawdzięczała duże szare oczy w oprawie długich rzęs i czarnych brwi pod wysokim – za wysokim według kanonów piękności – czołem, bladą, owalną twarz o delikatnie wyrzeźbionych rysach, wrażliwe usta i małe uszy, których lekko spiczaste zakończenie wskazywało na pokrewieństwo z elfami.

– Wybieram się na przechadzkę z Wietrznicą. Szkoda, że nie mogę cię zabrać, Dziewczynko z Lustra. Ciekawe, czy ty w ogóle kiedykolwiek wychodzisz z tego pokoju. Wietrznica będzie dziś hulać po polach. Jest wysoka, mglista, spowita w szare, powiewne szaty, ma skrzydła jak u nietoperza, tylko przezroczyste, a spod jej długich, rozpuszczonych włosów wyzierają błyszczące jak gwiazdy oczy. I chociaż umie latać, to dziś będzie ze mną spacerować po polach. O tak, Wietrznica to moja wielka przyjaciółka, poznałam ją, gdy miałam sześć lat, ale z tobą łączy mnie znacznie dłuższa przyjaźń, czyż nie?

Przesławszy pocałunek starej przyjaciółce, Dziewczynce z Lustra, zbiegła na dół.

Wietrznica czekała na nią tuż za drzwiami, tarmosząc mieczyki pasiastej trawy, które sterczały z rabatki pod oknem bawialni, szarpiąc konary Adama i Ewy, szepcząc wśród zielonych gałęzi brzóz i drocząc się z Kogucią Sosną za domem, która naprawdę przypominała ogromnego, zabawnego koguta z wielkim, rozłożystym ogonem i głową odrzuconą w tył do piania.

Emily tak dawno nie była na spacerze, że teraz wprost szalała z radości. Zimą nie pozwalano jej wychodzić na dwór z powodu sztormów i głębokich zasp śniegu, kwiecień okazał się deszczowy i wietrzny, dopiero w ten majowy wieczór poczuła się jak uwolniony więzień. Dokąd by tu pójść? Nad strumyk czy przez pola, na porośnięte świerkami pustkowia? Wybrała to drugie.

Kochała ten lasek na drugim końcu długiego pastwiska na zboczu. To miejsce, w którym działała magia, tam najbardziej czuła przynależność do świata baśni. Nikt, kto widział Emily śmigającą przez nagie pole, by jej nie zazdrościł. Mała, blada i marnie ubrana dziewczynka dygotała od czasu do czasu w swoim cienkim żakieciku, a mimo to niejedna królowa chętnie oddałaby swą koronę w zamian za jej cudowne wizje. Brunatna, oszroniona trawa pod jej stopami zmieniała się w aksamitne poduszki, omszały, sękaty, na pół uschnięty świerk, pod którym przystawała, aby zerknąć w niebo, był marmurową kolumną w pałacu bogów, a dalekie, zamglone wzgórza stawały się szańcami miasta cudów. Za towarzyszy Emily miała wszystkie okoliczne baśniowe stwory, gdyż tutaj w nie wierzyła: były więc wróżki białej koniczyny, jedwabistych bazi wierzbowych, zielone ludki mieszkające w trawie, elfy z młodych jodełek, chochliki wiatru, paproci i puszystego kwiecia ostów. Tu wszystko mogło się zdarzyć, wszystkie marzenia mogły się spełnić.

Poza tym pustkowia świetnie nadawały się do zabawy w chowanego z Wietrznicą. Tutaj jej postać wydawała się całkowicie realna – wystarczyło szybko uskoczyć w małe skupisko świerków… tyle że nie dawało się jej tak dobrze zobaczyć, jak wyczuć i usłyszeć. Szybkie muśnięcie szarej peleryny – i oto już zaśmiewała się na czubku wysokiego drzewa. Wtedy pogoń zaczynała się od nowa i można by odnieść wrażenie, że Wietrznica zniknęła na dobre. Wieczór tonął w cudownej ciszy, skłębione chmury na zachodzie nagle się rozsuwały, ukazując śliczny różowo-zielony przestwór nieba z sierpem księżyca.

Emily stała, chłonąc ten widok ze złożonymi rękami i zadartą głową. Po powrocie do domu musi opisać to wszystko w żółtym zeszycie, w którym ostatnia notatka nosiła tytuł: „Żywot Mikiego”. Taki ładunek piękna będzie jej ciążył boleśnie, dopóki nie przeleje go na papier. Potem przeczyta to ojcu. Musi tylko zapamiętać te czuby drzew, które niczym delikatna czarna koronka rysują się na tle różowo-zielonego nieba.

I wtedy na jedną cudowną chwilę pojawił się Błysk.

Emily nazwała go tak, chociaż czuła, że to słowo niezupełnie oddaje istotę owego niesamowitego zjawiska. W gruncie rzeczy nie umiała go opisać – nawet ojcu, którego zawsze zdawało się intrygować. Z nikim innym na ten temat nie rozmawiała.

Odkąd sięgała pamięcią, miała wrażenie, że jest bardzo, ale to bardzo blisko świata cudownej piękności. Dzieliła ją od niego tylko cienka zasłona, której nigdy nie mogła odsunąć, ale czasem, kiedy zatrzepotał nią wiatr, przez ułamek sekundy widziała przebłysk zaczarowanego królestwa i słyszała dźwięki nieziemskiej muzyki.

Taka chwila zdarzała się bardzo rzadko i zapierała jej dech w piersiach, wprawiała w niewysłowiony zachwyt. Nigdy nie umiała odtworzyć potem w pamięci tego, co mignęło jej przed oczami, ale wrażenie przeżytego cudu nie opuszczało jej przez wiele dni. I nigdy nie widziała dwa razy tego samego. Dziś Błysk pojawił się wraz z widokiem koronki ciemnych gałęzi na tle dalekiego nieba, ale mógł to być także dziki świst wieczornego wiatru, fala cienia nad polem, wróbel, który przysiadł na parapecie podczas burzy, pieśń _Święty, Święty, Święty_ dobiegająca z kościoła, blask ognia w kuchni po powrocie do domu z ciemnej jesiennej nocy, rysunek przypominający dłonie ducha na zamarzniętej szybie, nowe słowo, które jej przyszło do głowy, gdy coś opisywała. I zawsze wtedy czuła, że życie jest czymś cudownym, tajemniczym i nieustająco pięknym.

Wracała do domu w gęstniejącym mroku, pełna obawy, czy wrażenia nie zatrą się jej w pamięci, zanim je opisze. Wiedziała, jak zacznie, zdanie w jej głowie zdążyło się już uformować: „Wzgórze mnie przywołało i coś w moim wnętrzu odpowiedziało na to wezwanie”.

Na zapadniętym progu czekała na nią Ellen Greene. Emily tak przepełniało szczęście, że kochała w tej chwili cały świat, nawet „tłuste babsko”. Objęła kolana Ellen i mocno je uściskała.

Gospodyni popatrzyła ponuro na zaróżowioną z emocji, promienną twarzyczkę i oznajmiła, wzdychając ciężko:

– Wiesz, że twój papa ma przed sobą najwyżej dwa tygodnie życia?
(…)

Lucy Maud Montgomery „Emily ze Srebrnego Nowiu”
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 416

Opis: Klasyka literatury dziecięcej i młodzieżowej w przekładzie Anny Bańkowskiej – której nowe tłumaczenie cyklu o Anne Shirley zachwyciło czytelników.

Po śmierci ojca dziesięcioletnia Emily trafia do Srebrnego Nowiu, domu rodziny zmarłej matki. Surowa ciotka Elizabeth, serdeczna Laura i wujek Jimmy, poeta o wielkim sercu, tworzą świat pełen sprzecznych reguł, do których wrażliwa i obdarzona bujną wyobraźnią dziewczynka musi się przystosować. Aby złagodzić samotność, niezrozumienie i szkolne rozczarowania, Emily pisze – listy, wiersze i pierwsze opowiadania – oraz zawiera przyjaźnie, które uczą ją zaufania i odwagi. A także stara się rozwikłać tajemnicę zniknięcia matki swojej koleżanki, Ilse, jest to bowiem historia, o której dorośli nie chcą rozmawiać. Emily, niegodząca się na łatwe odpowiedzi, próbuje odkryć prawdę, ucząc się przy tym empatii i samodzielnego myślenia.

To właśnie w cyklu o Emily L.M. Montgomery zawarła najwięcej wątków autobiograficznych, tworząc poruszającą opowieść o artystycznym dojrzewaniu i odnajdywaniu siebie.

Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek