Pierwszy thriller z dziennikarką Wiktorią Błońską. Przeczytaj fragment „Rozpaczy” Klaudii Muniak

Nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona ukazał się nowy thriller Klaudii Muniak. „Rozpacz” to powieść otwierająca serię z nieustępliwą dziennikarką Wiktorią Błońską w roli głównej. Bohaterka nigdy nie cofa się przed ujawnieniem prawdy, nawet jeśli z tą prawdą nie wszystkim jest po drodze. Głównym motywem w książce jest krzywda wyrządzona dziecku. „Od dawna chciałam zmierzyć się z tym tematem, jednak moje własne maluchy musiały trochę podrosnąć, żebym potrafiła się podjąć tak delikatny wątek” – wyznaje autorka. Poniżej możecie przeczytać sam początek powieści.
PROLOG
Wiem, że jeśli tego nie zrobię, będę żałować. Wyrzucać sobie do końca życia, że nie spróbowałam wszystkiego, żeby odzyskać utracone szczęście. Że stchórzyłam w najważniejszym momencie.
Podchodzę do trumny, w której spoczywa jej ciało, i cała się trzęsę. To nie są zwykłe ciarki na karku, nagłe wzdrygnięcie czy gęsia skórka, mam wrażenie, że dreszcze, które mną zawładnęły, przesuwają moje organy, zmieniają ich położenie. Boli mnie brzuch i kłuje w klatce, a nogi sztywnieją jak kołki. Mimo to posuwam się naprzód. Powoli, małymi kroczkami, aż wreszcie docieram do celu.
Kiedy jestem już na tyle blisko, że mogę spojrzeć na jej twarz, nieruchomieję, jakby ktoś wyłączył mnie pilotem. Powietrze więźnie mi w płucach, nie potrafię go wypuścić. Jest taka malutka. Drobna. Przypomina cienki, suchy patyk, który z łatwością można złamać. I dokładnie to się stało. Nie przetrwała. Pokonano ją. Odeszła za wcześnie. Była z nami zbyt krótko. Śmiesznie krótko. Nie tak to miało wyglądać. To ona powinna tu stać, a ja leżeć na jej miejscu. Wtedy byłoby dobrze. Właściwie.
Nie wiem, która z myśli budzi mnie z letargu, ale w końcu sięgam do torebki. Mam w niej wszystko, co będzie mi potrzebne. Naciągam jednorazowe rękawiczki na dłonie, na skraju trumny kładę niezbędny sprzęt. Otwieram sterylny pojemniczek, pamiętam, żeby położyć zakrętkę górą do dołu. Pewnie to najmniej ważne z całości, ale przysięgam, staram się to zrobić dobrze.
Rozpakowuję nowiutki skalpel. Dziwnie leży mi w dłoni, obco, jakby od początku wiedział, że nie powinien tu trafić. Próbuję uchwycić narzędzie jakoś inaczej, stabilniej, pewniej – na próżno. Ostrze lata we wszystkie strony, jakby chciało wyrwać się z mojej ręki. Mogłam wcześniej poćwiczyć. Na plastelinie albo… na kawałku mięsa. Nie zrobiłam tego, a teraz jest już za późno na wahanie – jutro pogrzeb.
Zaciskam mocniej palce na rękojeści noża i, o dziwo, ostrze przestaje się chybotać. Dociera do mnie, że to nie w narzędziu tkwi problem, lecz we mnie. To moje dłonie się telepią, to we mnie jest chaos. Biorę głębszy oddech. I jeszcze jeden. Serce wciąż bije mocno, ale czuję, jak ciało powoli wraca do mnie.
Unoszę rękę – rzeczywiście mniej dygocze. Dodaje mi to otuchy. Gdzieś głęboko w podświadomości w siebie wątpiłam, a jednak jestem tu. Zaszłam tak daleko. Tyle że… Nic więcej się nie dzieje.
Stoję jak betonowy posąg z wyciągniętą dłonią w jej stronę, a ostrze połyskuje, jakby ze mnie szydziło. Nie dam rady, przebiega mi przez myśl, a potem zalewają mnie wspomnienia. Kiedyś piękne, cudowne, słodkie chwile, teraz bolesne migawki z życia, którego już nie ma. Zrobiłabym wszystko, by to zmienić. Żeby znów móc wziąć ją w ramiona. Pogłaskać. Ucałować. Zezłościć się na nią, a zaraz potem przytulić i zapewnić, że nic nie jest dla mnie ważniejsze niż ona. Nie mieć sił na dalszą zabawę i jednym haustem wypić zimną już kawę. Zrobiłabym wszystko, by znów to mieć.
Wszystko?
Naprawdę wszystko?
Tak, absolutnie wszystko.
Przysuwam skalpel do upiornie bladej skóry. Nie ma już pod nią życia, obumarłe komórki jeszcze tworzą właściwą strukturę, ale i to wkrótce pójdzie w zapomnienie. Ważne jest DNA. Ciało trzymano w chłodni, więc materiał genetyczny powinien być w dobrym stanie. Najlepsze wyniki powinien dać fragment małżowiny usznej.
Kiedy ostrze wreszcie zatapia się w tkance, mam ochotę zamknąć oczy. Nie mogę jednak tego zrobić, moje ruchy muszą być precyzyjne. Patrzę na swoje dłonie z mieszaniną lęku i niedowierzania. A jednocześnie… pod tym całym strachem tli się też duma. Wyzbywam się wszelkich wątpliwości. Wiem, że mi się uda. Że wróci do mnie. Że znów będę szczęśliwa.
1
Kobieta podeszła do masywnej furtki opatrzonej wideofonem. Spodziewała się okazałej posesji, jednak to, co ujrzała, zdecydowanie przerosło jej oczekiwania. Już sam mur okalający podwórko dawał wyobrażenie o tym, co czekało za bramą. Odpowiadając na ofertę pracy u Maliszewskich, nie sądziła, że zgłasza się do tak majętnych ludzi.
Młoda aplikantka kątem oka zerknęła na samochód zaparkowany przy drodze. Piętnastoletni Peugeot wydał się jej większym gruchotem niż zwykle, a najgorsze było to, że nic nie wskazywało, by w najbliższej przyszłości mogła sobie pozwolić na jego wymianę.
Bogna Chojnacka westchnęła w duchu. Zakładała, że jej życie potoczy się inaczej. Czas studiów nie był łatwy, ale wierzyła, że po uzyskaniu dyplomu szybko zdobędzie finansową stabilność. Tymczasem wynajem mieszkania w Krakowie pochłaniał znaczą część jej pensji, a o kupnie własnego kąta mogła tylko pomarzyć. Wkrótce po obronie magisterki podjęła decyzję o powrocie do rodzinnego Olkusza. Tutaj koszty życia były nieco niższe. Niestety, kiedy wreszcie udało się jej zaoszczędzić trochę grosza, okazało się, że musi zmienić posadę. Przeszło jej nawet przez myśl, by ponownie spróbować w Krakowie. Znała miasto, zostawiła tam kilkoro bliskich osób, mogłaby dać sobie jeszcze jedną szansę. Zerknęła na oferty najmu i zgrzytnęła zębami. Paskarskie ceny wydawały się kompletnie oderwane od rzeczywistości.
– Słucham? – doleciał ją głos zniekształcony przez wideofon.
– Dzień dobry. Nazywam się Bogna Chojnacka – przedstawiła się. – Jestem umówiona z panią Maliszewską – dodała, przenosząc wzrok z dotykowego ekranu wideofonu na bogato zdobioną furtkę z kutego żelaza, a potem na swoje wysłużone auto. Zastanawiała się, czy połączenie odebrała sama pani domu. Skoro rodzina szukała opiekunki, niewykluczone, że miała też gosposię, która zajmowała się posiadłością.
– Zapraszam do środka. – Kobieta uśmiechnęła się, a zaraz potem zabrzęczał zamek przy furtce.
Bogna pchnęła bramkę i wkroczyła na podwórko, którego metraż natychmiast ją onieśmielił. Nie było już cienia wątpliwości, że jej potencjalni nowi pracodawcy mieli kasy jak lodu. Na wybrukowanym podjeździe stały dwa luksusowe samochody, najpewniej każdy wart tyle, co mieszkanie na obrzeżach miasta.
Chojnacka przeniosła wzrok na dom. Dwupiętrowy budynek nie wpisywał się w najnowsze trendy architektoniczne, ale imponował rozmachem i bogactwem detali. Bogna nie śmiała nawet zgadywać, ile pokoi mieścił w sobie ten kolos. Za to była niemal pewna, że gosposia, może nawet niejedna, odwiedzała Maliszewskich regularnie, żeby zadbać o ich dobytek. Dziewczyna przesunęła spojrzeniem po równo przystrzyżonym żywopłocie i starannie uformowanych drzewach; firma ogrodnicza miała tu roboty na cały etat.
– Dzień dobry. Agata Maliszewska. – Kobieta pojawiła się w progu domu. Bogna rozpoznała tę samą twarz, co na wideofonie. Miała przed sobą zadbaną panią, której wiek pozostawał zagadką. Pełny makijaż, starannie ułożone loki i eleganckie ubranie mogły zarówno odmładzać właścicielkę, jak i dodawać jej lat.
– Bogna Chojnacka. – Przybyła uścisnęła wysuniętą w jej kierunku dłoń. Może jednak państwo Maliszewscy nie byli aż tak majętni, skoro przywitała ją sama pani domu.
– Zapraszam do środka – powiedziała gospodyni.
Podążając za kobietą, Bogna nie mogła oderwać wzroku od jej kombinezonu. Wyglądał, jakby uszyto go na miarę nie tylko sylwetki, ale i charakteru właścicielki. Materiał miękko opinał jej ciało, podkreślając długie nogi, obfity biust i smukłą talię. Każdy ruch wydawał się odsłaniać perfekcję kroju – klasycznie, a zarazem odważnie.
– Przejdźmy, proszę, do salonu. – Gospodyni minęła wyspę w kuchni. Chojnacka dałaby sobie rękę uciąć, że zabudowa była wielkości materaca, który aktualnie służył jej za całe łóżko.
Maliszewska wskazała jeden z foteli.
– Napije się pani kawy? – spytała, zanim sama usiadła.
– Nie, dziękuję – odparła Bogna, onieśmielona otaczającym ją przepychem. Dotąd widziała takie miejsca tylko na zdjęciach w magazynach wnętrzarskich. Uświadomiła sobie, że w rzeczywistości glamour błyszczy mocniej, niż to widać w gazetach.
– To może ma pani ochotę na herbatę?
– Woda wystarczy – zapewniła Bogna, zauważywszy na stoliku tacę ze szklankami i fikuśną karafką. Zgadywała, że były kryształowe.
Gospodyni usiadła naprzeciw, a Bogna bezwiednie przesunęła dłonią po aksamitnie gładkim obiciu fotela. Materiał lekko ugiął się pod jej palcami, po czym momentalnie wrócił do pierwotnego kształtu. Oczy dziewczyny mimowolnie błądziły po pomieszczeniu, wyłapując lśniące dodatki. Pewnie drobne kamyczki, które zdobiły sofę, też nie miały nic wspólnego z akrylem.
– Kaszmir – usłyszała.
– Bardzo przyjemny.
– O tak, to prawda. – Maliszewska również pogładziła tkaninę. – Dobrze, pani Bogno. Opowie mi pani o sobie? – Uniosła wzrok na gościnię.
– Oczywiście. – Chojnacka wzięła głębszy wdech. – Mam trzydzieści dwa lata. Skończyłam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. Od ponad sześciu lat pracuję z małymi dziećmi i właściwie nie wyobrażam sobie, że zajmuję się czymś innym.
– Dlaczego zdecydowała się pani właśnie na taką ścieżkę kariery?
Bogna przełknęła ślinę, by móc właściwie rozpocząć wypowiedź. Wiedziała, że takie pytanie padnie, była na nie przygotowana. Wałkowała w głowie zdania, powtarzała je przed lustrem, ćwicząc intonację, gesty i odpowiednie pauzy.
– Uwielbiam dzieci – oświadczyła krótko, gdy tylko jej struny głosowe pozwoliły jej mówić. – Już jako nastolatka zauważyłam, że dobrze sobie radzę z maluchami. W liceum pomagałam sąsiadce zajmować się córeczką, zostawałam z nią, kiedy jej mama szła na drugą zmianę do pracy. Stąd też taki, a nie inny wybór studiów. Zresztą właściwy. Opieka nad najmłodszymi daje mi dużo satysfakcji. Lubię obserwować ich rozwój, towarzyszyć im w zdobywaniu nowych umiejętności, śmiać się z nimi i pokazywać im otaczający nas świat.
– Gdzie pani wcześniej pracowała?
– Ciągle jeszcze pracuję.
Maliszewska uniosła wyżej brwi. W ogłoszeniu jasno zaznaczyła, że potrzebuje kogoś od zaraz.
– Ale tylko do końca miesiąca. Złożyłam już wypowiedzenie – dodała pospiesznie kandydatka.
– Rozumiem. Więc gdzie w tej chwili pani pracuje?
– W żłobku – rzuciła Bogna, świadomie pomijając nazwę placówki. W CV oczywiście musiała ją podać, ale teraz uznała, że wchodzenie w szczegóły w niczym jej nie pomoże. Wręcz przeciwnie.
– To chyba świetne miejsce do obserwacji, o której pani wspomniała.
– Zgadza się – przyznała Bogna, znów czując, że coś blokuje jej gardło. Zanim odezwała się ponownie, musiała odchrząknąć. – Wolę jednak pracować z nieco starszymi dziećmi. A w żłobku, wiadomo, zdarzają się już sześciomiesięczne maluchy.
Prawdziwego powodu, dla którego postanowiła odejść z placówki, również nie zamierzała zdradzać. Zajmowanie się niemowlakami wcale jej nie przeszkadzało, nawet to lubiła. Widok malutkich paluszków, pulchnych nóżek czy uroczo powyginanych w czasie snu drobnych usteczek napawał ją szczerą radością. Jednak ostatnie wydarzenia wstrząsnęły nią do głębi. Zaczęła się bać. Lęk, że coś podobnego może się powtórzyć, stał się na tyle silny, że nie miała innego wyjścia, jak zrezygnować.
Maliszewska odchyliła lekko głowę i otaksowała swoją rozmówczynię uważnym spojrzeniem. Bogna poczuła, że się czerwieni.
– Pani dzieci mają trzy i pięć lat, prawda? Fantastyczny wiek. – Uśmiechnęła się.
– Nie zastanawiała się pani nad tym, żeby przenieść się do przedszkola? – zapytała gospodyni, wciąż przyglądając się aplikantce spod zmrużonych powiek.
– W placówkach tego typu poświęcenie danemu dziecku tyle czasu, ile ono realnie potrzebuje, jest niestety niemożliwe… – Bogna doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak górnolotnie zabrzmiało to, co powiedziała. Taka jednak była prawda, i przyszło się jej przekonać o tym na własnej skórze. Mimo że sama nie usłyszała zarzutów, jej koleżanka, z którą była wtedy na placu zabaw, tak. Bogna nie chciała podzielić losu Sylwii, choć w rzeczywistości czuła się współwinna. – Chciałabym mieć sposobność skoncentrowania się w pełni na potrzebach dzieci, którymi się opiekuję, a nie działać połowicznie. – Delikatnie ścisnęła dłońmi swoje kolana. – Czy raczej… cząstkowo? – poprawiła się, jakby każde słowo miało nieść ze sobą ciężar odpowiedzialności i troski.
– A tak naprawdę? – zapytała Maliszewska.
Chojnacka drgnęła niespokojnie. Nie wyobrażała sobie, że nie zmieni pracy. Przeniesienie się do innej placówki też nie załatwiało sprawy. Nie chciała już nigdy więcej odpowiadać za całą gromadę dzieci. Nie czuła się na siłach. Tego jednak powiedzieć Maliszewskiej nie mogła, zwłaszcza że kobieta najwyraźniej jej nie kojarzyła. Ciekawe, że nie zadała sobie trudu, żeby zweryfikować, kogo zaprasza do swojego domu. A może sprawdziła, tylko po prostu nie słyszała o tym, co się ostatnio wydarzyło.
Czy taki scenariusz w ogóle był możliwy? Miała wrażenie, że w mieście i okolicy nie rozmawiano o niczym innym. Nic dziwnego, skoro wieść o tragedii dotarła do ogólnokrajowych serwisów informacyjnych. Niedawno o Olkuszu było głośno za sprawą nożownika, teraz jeszcze to.
Chyba że Maliszewska doskonale wiedziała, ale jej to nie przeszkadzało. Może wychodziła z założenia, że nie ma ludzi nieomylnych. Rozumiała, że błędy są nierozerwalną częścią człowieczeństwa. Nie skreślała tych, którym powinęła się noga.
– Proszę. – Pani domu podsunęła aplikantce szklankę napełnioną wodą.
Bogna chętnie zwilżyłaby wargi, ale nie odważyła się wyciągnąć ręki po naczynie. Była pewna, że dłoń by jej zadrżała, a nie chciała pochlapać podłogi. Ani tym bardziej zdradzić Maliszewskiej, jak mocno się denerwowała.
– Jestem perfekcjonistką – zaczęła wyjaśniać. – Nie znoszę robić czegoś na pół gwizdka. A kiedy ma się pod opieką całą grupę dzieci, niestety często tak to właśnie wygląda.
– Mhm. – Maliszewska wciąż wyglądała na nieprzekonaną.
Chojnacka wzięła głębszy wdech. Cisza stawała się nieznośnie ciężka.
– Poza tym… – zawahała się. – Stawka wynagrodzenia też jest kusząca – wydusiła, a jej policzki natychmiast zabarwiły się rumieńcem. Pieniądze były jej potrzebne, zresztą jak każdemu, i owszem, stanowiły niezły wabik. Jednak Bogna pragnęła przede wszystkim uciec od pracy w samorządowych placówkach. Prywatnych zresztą również. Inna sprawa, że dyrektorzy okolicznych żłobków czy przedszkoli raczej znali sprawę i nie patrzyliby na nią przychylnym okiem. – W porównaniu do płac w oświacie… no cóż, różnica jest znaczna – przyznała, na co Maliszewska natychmiast się rozpromieniła.
– Wreszcie ktoś szczery – zaświergotała. – Ma pani tę pracę.
– Naprawdę? – Kandydatka nie dowierzała.
– Przed panią było tu kilka dziewczyn. Wszystkie zapewniały, że absolutnie nie chodzi o pieniądze – prychnęła i pokręciła głową. – Hipokryzja. Każdy chce zarobić. I wcale nie chodzi o próżność. Pieniądze to poczucie bezpieczeństwa, odpowiedzialność. Kto tego nie rozumie, jest po prostu głupcem.
Maliszewska zrobiła krótką przerwę, a Bogna zachodziła w głowę, czy powinna się do tego odnieść, czy zostawić to bez komentarza. Nim zdążyła zdecydować, gospodyni oświadczyła:
– Oczywiście zanim oddam swoje dzieci pod pani opiekę, chciałabym sprawdzić pani umiejętności. Umówiłybyśmy się na kilka spotkań po dwie, trzy godziny, żeby zobaczyć, jak dzieci zareagują. Czy to możliwe?
– Jak najbardziej.
– Pani doświadczenie – zerknęła w CV – wygląda dobrze, ale w grę wchodzą małe dzieci, więc chcę mieć pewność, że będą mieć dobrą opiekę.
– Oczywiście, w zupełności to rozumiem – przytaknęła Bogna, nie dowierzając, że tak gładko poszło. Najwyraźniej Maliszewska nie kojarzyła sprawy, która tak ją stresowała.
– A później pomyślimy o umowie – dodała gospodyni.
– Dobrze – odparła Bogna.
– Kiedy może pani do nas przyjść? Jutro?
– Tak jak wspomniałam, do końca miesiąca pracuję…
– Do której godziny działa placówka, w której jest pani zatrudniona? – wcięła jej się w zdanie Maliszewska.
– Do siedemnastej.
– Możemy umówić się na osiemnastą?
– Nie widzę przeszkód.
– A dziś? Dziś ma pani wolne?
– Zgadza się – przyznała powściągliwie Bogna. Nie spodziewała się podobnej propozycji.
– Więc może zacznijmy od razu? – Maliszewska lekko uniosła brwi. – Nie ukrywam, że bardzo by mi to pomogło. Poprzednia opiekunka odeszła nagle, a w firmie… nikt za mnie nic nie zrobi.
– Naprawdę?
– Prowadzimy z mężem wspólny biznes, ale każde z nas ma swoje obowiązki. – Ton Maliszewskiej zdradzał, że poczuła się dotknięta.
– Nie zamierzałam podważać pani kompetencji ani tym bardziej pozycji w firmie – zapewniła pospiesznie Bogna. – Moje pytanie dotyczyło opiekunki… Wspomniała pani, że odeszła nagle.
Maliszewska się uśmiechnęła.
– Jadwiga była z nami wiele lat, ale niestety okoliczności zmusiły ją do odejścia.
Chojnacka miała ochotę dopytać, jakie okoliczności, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
– Podupadła na zdrowiu – dodała gospodyni, nie podając szczegółów.
– Rozumiem – bąknęła Bogna, akceptując, że jej rozmówczyni nie chce wchodzić w detale tamtej sprawy. Właściwie dobrze to o niej świadczyło. Zresztą nie czuła się komfortowo, poruszając temat swojej poprzedniczki.
– To co? – Maliszewska klasnęła w dłonie. – Zostanie pani już dziś u nas? Chociaż na trochę? Tak, żeby poznać dzieci?
– Z radością – zgodziła się Bogna.
(…)
Klaudia Muniak „Rozpacz”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 320
Opis: Bogna, młoda opiekunka, trafia do domu rodziny Maliszewskich. Trzyletnia Rozalka jest oczkiem w głowie rodziców, podczas gdy starszy Tymon schodzi na drugi plan. Z pozoru idealne życie w luksusowej rezydencji skrywa niepokojące tajemnice. Co tak naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie kilka lat temu? I dlaczego nikt nie chce o tym mówić?
Kinga Urbaniak, matka, która straciła dziecko, zrobiłaby wszystko, by ukoić swój ból. Kiedy umiera w niejasnych okolicznościach, sprawą interesuje się Wiktoria Błońska, lokalna dziennikarka, której dociekliwość nie wszystkim się podoba. Śledztwo Błońskiej nabiera tempa, gdy włącza się w nie Sonia Gralewicz, przyjaciółka denatki, zdeterminowana, aby odkryć prawdę.
Błońska i Gralewicz wkraczają w świat rodzinnych sekretów, mrocznych eksperymentów i ludzi, którzy rozwiązują problemy za pomocą ognia. Szybko okazuje się, że tam, gdzie wszyscy milczą, tylko rozpacz mówi prawdę.
Kategoria: fragmenty książek
















