banner ad

Pierwszy od ponad 90 lat nowy przekład powieści „Buddenbrookowie” Thomasa Manna. Przeczytaj przed premierą fragment

24 września 2025

„Buddenbrookowie”, jedno z najbardziej znanych obok „Czarodziejskiej góry” dzieł Thomasa Manna, za które otrzymał literacką Nagrodę Nobla, po latach zostało na nowo przetłumaczone. To pierwszy przekład od 1931 roku. Zadania ponownego przełożenia powieści podjął się Jerzy Koch, ceniony tłumacz poezji i prozy z języka niderlandzkiego, niemieckiego i afrikaans, laureat Nagrody Literackiej Gdynia. „To jest taka propozycja jak w 'Ojcu chrzestnym’. Nie można odmówić” – przyznał Koch podczas spotkania we Wrocławiu w ramach cyklu „Tłumacz w muzeum”. „Przekład Ewy Librowiczowej z 1931 roku ma bardzo dobre miejsca, ale ma też mnóstwo opuszczeń, sporo błędów, jest po prostu nierówny” – dodał. „Dziś do tłumaczenia podchodzimy już inaczej niż na przełomie lat 20. i 30.” – podkreślił. Efekt pracy tłumacza poznamy w całości już niebawem. Książka ukaże się w księgarniach 29 października nakładem Wydawnictwa W.A.B. Poniżej zaś możecie przeczytać przedpremierowo fragment tej wielowątkowej sagi o upadku zamożnej rodziny kupieckiej z Lubeki.

– Co to znaczy… Co… to… znaczy?…

– No co tam, do kaduka, c’est la question, ma très chère demoiselle!

Konsulowa Buddenbrook, zajmująca miejsce obok swojej teściowej na prostej, biało lakierowanej sofie obitej jasnożółtą tkaniną i ozdobionej złoconym lwim łbem, rzuciła spojrzenie małżonkowi usadowionemu w fotelu tuż przy niej, po czym ruszyła z pomocą córeczce, która pod oknem siedziała u dziadka na kolanach.

– Toniu! – odezwała się. – Wierzę, iż Bóg mnie…

Na co mała Antonia, ośmiolatka o kruchej budowie, ubrana w sukienkę z delikatnego mieniącego się jedwabiu, odwróciwszy nieco śliczną jasnowłosą główkę od twarzy dziadka, powiodła szaroniebieskimi oczami po pokoju i z nieobecnym wzrokiem, pogrążona w głębokim namyśle, powtórzyła raz jeszcze:

– Co to znaczy… – Następnie z wolna zaczęła dopowiadać: – Wierzę, iż Bóg… – Jej twarz pojaśniała przy pospiesznie dorzuconym: – Stworzył mnie oraz wszystkie twory. – A kiedy nagle załapała właściwy rytm, promieniejąc ze szczęścia, wytrajkotała już gładko cały artykuł, w literalnym brzmieniu Katechizmu, który za zgodą wysokiego i światłego senatu dopiero co, w roku pańskim 1835, opublikowano w nowej, poprawionej wersji. Kiedy już człowiek załapie rytm, pomyślała, ogarnia go takie samo uczucie jak wtedy, kiedy zimą zjeżdża na saneczkach z braćmi z Górki Jerozolimskiej: myśli dosłownie mkną i nie można się zatrzymać, choćby się nawet chciało. – Do tego odzieniem i obuwiem – dorzuciła – pokarmem i napojem, domem i gospodarstwem, żoną i dziećmi, rolą i bydłem…

Słysząc te słowa, starszy monsieur Johann Buddenbrook najzwyczajniej w świecie wybuchnął śmiechem, tym swoim dźwięcznym, choć dławionym chichotem, który potajemnie trzymał w pogotowiu. Uczynił to z tym większą przyjemnością, że mógł się pośmiać z Katechizmu, i jest wysoce prawdopodobne, iż tylko w tym celu zaplanował całe to przepytywanie. A teraz informował się u Toni na temat bydła i roli, dowiadywał się, ile weźmie za worek pszenicy, i złożył jej propozycję robienia wspólnych interesów. Jego okrągłą, z lekka zaróżowioną, dobrotliwą twarz, której mimo najlepszych chęci nie był w stanie nadać złośliwy wyraz, okalały przypudrowane śnieżnobiałe włosy, a na szeroki kołnierz popielatego surduta opadał delikatnie zaznaczony harcapik. Dożywszy siedemdziesięciu lat, nigdy jeszcze nie sprzeniewierzył się modzie swej młodości; zrezygnował tylko z galonowego oblamowania między guzikami i wielkich kieszeni, jednak nigdy w życiu nie włożył długich spodni. Jego podwójny podbródek w całej okazałości spoczywał z upodobaniem na białym koronkowym żabocie.

Wszyscy roześmiali się, dołączając do jego śmiechu, głównie z szacunku dla głowy rodziny. Madame Antoinette Buddenbrook, z domu Duchamps, chichotała dokładnie tak samo jak jej małżonek. Była to korpulentna dama o gęstych białych lokach ufryzowanych nad uszami, jej czarnej sukni w jasno popielate pasy nie zdobiła żadna biżuteria, świadectwo prostoty i skromności, a na kolanach, w dłoniach wciąż jeszcze pięknych i białych, trzymała małą aksamitną pompadurkę. Rysy jej twarzy z biegiem lat w przedziwny sposób upodobniły się do rysów twarzy małżonka. Jedynie oprawa oczu i ich żywa czerń zdradzały jej na wpół romańskie pochodzenie; ze strony dziadka wywodziła się z francusko-szwajcarskiej rodziny, choć była urodzoną hamburką.

Jej synowa konsulowa Elisabeth Buddenbrook, z domu Kröger, przyciskając brodę do piersi, wybuchnęła śmiechem, który w typowy dla Krögerów sposób rozpoczynał się od wargowego parsknięcia. Jak wszyscy Krögerowie była zjawiskowo elegancka, a choć trudno byłoby ją nazwać pięknością, to rozważnymi uwagami wypowiadanymi dźwięcznym głosem oraz spokojnymi i łagodnymi, a zarazem zdecydowanymi ruchami budziła u wszystkich zrozumienie i ufność. Z rudawymi włosami splecionymi w małą koronę na czubku głowy, a nad uszami kunsztownie ułożonymi w szerokie loki harmonizowała wyjątkowo delikatna, biała karnacja z pojedynczymi drobnymi piegami. Twarz, z nieco przydługim nosem i małymi ustami, miała tę charakterystyczną cechę, że między dolną wargą a brodą nie było w ogóle żadnego zagłębienia. Krótki stanik z bufiastymi rękawami, który łączył się z wąską spódnicą z powiewnego jedwabiu w jasny kwiatowy wzór, odsłaniał szyję o idealnym kształcie, ozdobioną atłasową wstążką z połyskującą kompozycją olbrzymich brylantów.

Konsul pochylił się w fotelu, zdradzając zniecierpliwienie. Nosił surdut w kolorze cynamonowym, z szerokimi wyłogami, rękawy, bufiaste u góry, dopiero poniżej łokcia ciasno obejmowały ramię. Spodnie były z białego, łatwego do prania materiału, z czarnymi lampasami wzdłuż zewnętrznych szwów. Wokół sztywno otulającego brodę kołnierzyka ze sterczącymi rogami, zwanego fatermerderem, zawiązany był jedwabny krawat, całą szerokością puszyście wypełniający wycięcie w wielobarwnej kamizelce… Konsul miał raczej dość głęboko osadzone oczy, niebieskie i uważne jak jego ojciec, choć sprawiały wrażenie rozmarzonych, jednak rysy twarzy były poważne i ostre, bo orli nos zdecydowanie wystawał, a policzki, nie tak pełne jak u seniora, były aż do połowy zasłonięte przez jasne kręcone bokobrody.

Madame Buddenbrook obróciła się do synowej, a uścisnąwszy dłonią jej ramię, pochyliła się ku niej.

– Zawsze ten sam, mon vieux, nieprawdaż, Bethsy…? – powiedziała z chichotem, „zawsze” wymawiając jak „safsze”.

Konsulowa pogroziła tylko w milczeniu delikatną dłonią, przy czym jej złota bransoleta cichutko zadźwięczała, a następnie wykonała charakterystyczny dla siebie ruch ręką od kącika ust ku fryzurze, jakby odtrącała włos, który się tam zabłąkał.

Tymczasem odezwał się konsul, a w jego głosie zabrzmiała mieszanina wyrzutu i narastającego śmiechu:

– Ależ ojcze, znów naigrawasz się z najświętszego!…

Towarzystwo siedziało w „pokoju krajobrazowym”, na pierwszym piętrze starego, przestronnego domu przy Mengstraße. Jakiś czas temu firma Johanna Buddenbrooka pozyskała drogą kupna ten budynek, ale rodzina zamieszkiwała go dopiero od niedawna. Mocne, elastyczne tapety, które od ścian dzieliła pusta przestrzeń, ukazywały rozległe krajobrazy, a ich łagodne kolory współgrały z pokrywającym podłogę cienkim dywanem. Oto idylla w guście osiemnastego wieku, z radosnymi winiarzami, zapobiegliwymi włościanami, pasterkami całymi we wstążkach, które na brzegu lustrzanej toni trzymają na podołkach chędogie jagniątka lub też całują się z czułymi pasterzami… Na obrazach tych królowały pozłacane zachody słońca, harmonizujące z żółtym obiciem lakierowanych na biało mebli i żółtym jedwabiem zasłon w obu oknach.

Jak na tak wielkie pomieszczenie mebli tu było niewiele. Okrągły stół na cienkich, prostych nogach zdobnych w delikatne złocenia stał nie przed sofą, lecz pod przeciwległą ścianą, naprzeciw niewielkiej fisharmonii; na jej wieku spoczywał futerał na flet. Poza twardymi fotelami, które w równych odstępach rozstawiono pod ścianami, był tam jeszcze niewielki stolik do szycia przy oknie, a naprzeciw sofy lekki luksusowy sekretarzyk zastawiony bibelotami.

Za przeszklonymi drzwiami vis-à-vis okien widać było pogrążoną w półmroku salę kolumnową, a po lewej stronie od wejścia białe dwuskrzydłowe drzwi prowadziły do jadalni. Po drugiej stronie pokoju, w półkolistej niszy, za ażurowymi drzwiczkami z kunsztownie kutego połyskującego żelaza, trzaskał w piecu ogień.

Przedwcześnie pochłodniało. Po przeciwległej stronie ulicy już teraz, w połowie października, na małych lipach otaczających cmentarz przy kościele Mariackim pożółkły liście, a wokół potężnych przypór i węgłów gotyckiej świątyni gwizdał wiatr i siąpił drobny, zimny deszcz. Ze względu na madame Buddenbrook seniorkę wstawiono już podwójne okna.

Był czwartek, dzień, w którym według ustalonego porządku co drugi tydzień gromadziła się cała rodzina. Dziś jednak, oprócz osiadłych w mieście jej członków, zaproszono na czwartą po południu na skromny obiad także kilkoro bliskich przyjaciół domu. Zebrani siedzieli zatem o zmierzchu w oczekiwaniu gości…

Mała Antonia nie pozwoliła dziadkowi przerwać swojej jazdy saneczkami, tylko wydąwszy górną, zawsze nieco wystającą wargę, wysunęła ją jeszcze bardziej nad dolną. Właśnie dotarła do podnóża Górki Jerozolimskiej, nie zdołała jednak się zatrzymać i ślizgała się jeszcze kawałek poza swój cel…

– Amen – powiedziała. – Dziadku, a ja coś wiem!

Tiens! Ona coś wie! – zawołał starszy pan, zachowując się tak, jakby go zżerała ciekawość. – Słyszałaś, mamciu? Ona coś wie! Czy ktoś mógłby mi powiedzieć…

– Kiedy grzmot jest gorący – odezwała się Tonia, kiwając przy każdym słowie głową – wtedy wali błyskawica. A kiedy uderzenie jest zimne, to grom!

Zaraz potem skrzyżowała ramiona i potoczyła wzrokiem po roześmianych twarzach jak ktoś pewny swego triumfu. Pana Buddenbrooka rozeźliła ta mądrość. Chciał się dowiedzieć, kto uczy dziecka takich głupot, a kiedy wyszło na jaw, że Ida Jungmann z Kwidzyna, którą niedawno zatrudniono jako mademoiselle dla małej, konsul z kolei poczuł się w obowiązku wziąć w obronę ową Idę.

– Jest papa zbyt surowy. Dlaczego w tym wieku nie wolno mieć w podobnych sprawach własnych fantastycznych wyobrażeń…

Excusez, mon cher!Mais c’est une folie! Wiesz, jak irytuje mnie takie zaciemnianie dziecięcych umysłów! Co? Że grom walnął? Niech to dunder świśnie! A idźcie wy mi z tą waszą Prusaczką…

Cała sprawa tymczasem miała się następująco. Starszy pan nie chciał nawet słyszeć o Idzie Jungmann, choć nie był osobą o ograniczonych horyzontach, zobaczył już bowiem kawałek świata: w trzynastym roku w charakterze dostawcy udał się czterokonnym zaprzęgiem do południowych Niemiec, by zakupić zboże dla pruskiego wojska, odwiedził Amsterdam i Paryż i jako człowiek oświecony nie miał, broń Boże, w zwyczaju potępiać z góry wszystkiego, co znajduje się za bramami jego rodzinnego miasta, z dala od tutejszych fasad. Pominąwszy jednak kontakty handlowe, w stosunkach towarzyskich bardziej był skłonny wytyczać zdecydowane granice i podchodzić do obcych z większą rezerwą niż jego syn, konsul. Stąd, kiedy jego dzieci z podróży do zachodnich Prus przywiozły pewnego dnia tę młodą dziewczynę, która dopiero teraz miała dwadzieścia lat (a było to swego rodzaju chrześcijańskim aktem miłosierdzia wobec sieroty, córki właściciela zajazdu zmarłego tuż przed przybyciem Buddenbrooków do Kwidzyna), konsul był zmuszony za swój pobożny figiel znosić tyrady ojca, podczas których starszy pan odzywał się przy niej wyłącznie po francusku lub w dolnoniemieckim dialekcie… Prawdę mówiąc, i w gospodarstwie domowym, i przy dzieciach Ida Jungmann sprawdziła się jako osoba pracowita, która dzięki swej lojalności i pruskiemu pojmowaniu hierarchii dobrze się nadawała na posadę w tym domu. Przyswoiła sobie arystokratyczne zasady i pedantycznie rozróżniała między kręgiem najpierwszym a kręgiem drugim, między stanem średnim a niższym stanem średnim, i była dumna, że jako oddana służąca należy do najpierwszego kręgu, nie pochwalając tego, że Tonia na przykład zaprzyjaźniła się z koleżanką szkolną, którą wedle oceny mademoiselle Jungmann można było zaliczyć tylko do dobrego stanu średniego…
(…)

Thomas Mann „Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny”
Tłumaczenie: Jerzy Koch
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 736

Opis: Klasyka światowej literatury w nowym, odkrywczym tłumaczeniu i oprawie. Powieść Thomasa Manna została przetłumaczona na nowo po raz pierwszy od 1931 roku. Jerzy Koch odkrywa ją dla współczesnych czytelników, dodając jej nowe możliwości interpretacji. „Buddenbrookowie” to nie tylko epicka, wielowątkowa saga rodzinna, ale również wnikliwy portret mieszczaństwa i zmian społecznych dokonujących się na przestrzeni kilku dekad XIX wieku.

„Myślałem… myślałem… że tam już nic więcej nie będzie…”. Tym zdaniem Hanno Buddenbrook przepowiada przyszłość: drzewo genealogiczne lubeckiej rodziny kupieckiej kończy się na najmłodszym z nich. Wraz z nim kończy się cała epoka.

A dla Thomasa Tomasza Manna, który za „Buddenbrooków” otrzymał literacką Nagrodę Nobla, przyszłość dopiero się otwiera. Od czasu pierwszej publikacji, rozpoczyna się światowa kariera. Pełne mądrości i humoru arcydzieło nie straciło nic ze swojego uroku i aktualności.


Tematy: , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek