Pierwszy koncert z Einstürzende Neubauten i spotkanie z Christiane F. Przeczytaj fragment książki „Hałas. Wspomnienia Przesterowane” Alexandra Hackego

Alexander Hacke bardzo szybko porzucił szkołę, by realizować artystyczne marzenia. Już jako 15-latek dołączył do raczkującego dopiero zespołu Einstürzende Neubauten, który miał się stać legendą undergroundowej muzyki. W wydanej właśnie po polsku przez Gusstaff Records książce „Hałas. Wspomnienia Przesterowane” opisał własne burzliwe życie i ponad cztery i pół dekady spędzone na scenie. Prezentujemy fragment autobiografii, w którym Hacke relacjonuje pierwszy koncert zagrany z Einstürzende Neubauten oraz spotkanie z Christiane F., autorką książki „My, dzieci z dworca Zoo” i swoją późniejszą dziewczyną.
PODRÓŻ DO HAMBURGA
Ale wówczas nadszedł dzień, który miał wszystko zmienić: 27 grudnia 1980 roku. Alfred Hilsberg, szef hamburskiego labelu Zick Zack, impresario i zarazem wynalazca wyrażenia „Neue Deutsche Welle”, zaprosił Einstürzende Neubauten na występ w hali targowej dworca głównego w ramach festiwalu swego labelu. Wśród artystów byli lokalni bohaterowie Abwärts, którzy zwrócili mu uwagę na nas, a także grupy Radierer, Nasa i Brausepöter. W międzyczasie stało się jasne, że Gudrun i Beate nie miały już czasu na granie z Neubautenami i wypadło na mnie, że towarzyszyłem moim obu przyjaciołom w podróży na pierwszy występ poza Berlinem. W tym momencie Andrew sprzedał akurat swoją zwykłą perkusję, więc zbudował nową ze stalowych części, które znalazł w śmietniku lub ukradł z jakiejś budowy. Blixa uderzał w zupełnie nienastrojoną gitarę, wydobywał z siebie krzycząc różne dźwięki albo wrzeszczał, co mu ślina na język przyniosła. Ja miałem grać do tego na normalnej perkusji. Dwóch imprezowych przyjaciół zgodziło się zawieźć nas do Hamburga, więc podzieliliśmy siebie i instrumenty na dwa samochody i ruszyliśmy w drogę. Znalazłem się na tylnym siedzeniu między wysokim Alexem Köglerem i Andrew, a gdy mijaliśmy przejście graniczne w Staaken i toczyliśmy się trasą tranzytową przez Niemiecką Republikę Demokratyczną w kierunku naszego celu, stało się jasne, że wszyscy pasażerowie ciasnego VW Garbusa byli bardzo dobrze zaopatrzeni w narkotyki: skręcaliśmy jointy, Kögler otwierał puszki po piwie i próbował bezskutecznie przelać „poppersy”, które kupił krótko przed odjazdem na Wittenbergplatz w sklepie z galanterią skórzaną dla gejów, z małej szklanej butelki do jeszcze mniejszego, metalowego dozownika w kształcie szminki, który nosił na skórzanym pasku na szyi. Większość się wylała, bo wszyscy byliśmy nieźle naćpani, nie tylko z powodu kreski kokainy, która została podzielona i krążyła w samochodzie na okładce kasety. Kögler nalegał z uśmiechem (a ponieważ był bardzo silny, nie przeciwstawialiśmy się), że okna muszą pozostać zamknięte, ponieważ nie chciał zmarnować ani odrobiny cudownej fali upałów, która gwałtownie rozprzestrzeniała się w naszych głowach. Pewnie także dlatego trzymało nas dłużej, niż zazwyczaj przy używaniu „poppersów”, i to było naprawdę nieprzyjemne. I tak dosłownie trzęśliśmy się na autostradzie z maksymalną prędkością 100 kilometrów na godzinę, słuchając głośnej muzyki i byliśmy ogólnie w doskonałych nastrojach. Dopóki mur wciąż stał, podróż trasą tranzytową, wliczając w to obie kontrole graniczne i obowiązkowy postój w Intershopie, gdzie można było kupić tani, bezcłowy alkohol, trwała co najmniej cztery godziny. Byliśmy więc już mocno wyczerpani, kiedy samochód w końcu udało się zaparkować przed tylnym wejściem do hali targowej około godziny 19:00.
PUNKROCKOWI RADYKAŁOWIE
Punk rock spowodował na początku lat osiemdziesiątych pewne zmiany. Tylko niektóre były dobre. Nastawienie „anything goes” z początkowej fazy, w której zgodnie z modą można było robić, co komu wpadło do głowy, aby potem uznać to za punkowy wygląd, został zastąpiony przez jednolity kanon ubioru składający się ze spodni wojskowych i skórzanej kurtki, na której widniało wysprejowane logo angielskiej politycznej grupy rockowej Crass. Także fryzura była ustalona, inaczej można było zostać uznanym za pozera, nowofalowca albo jeszcze gorzej – za poppersa, a kto zaliczał się do tego młodzieżowego ruchu założonego w Hamburgu przez bogate dzieciaki, mógł liczyć się z pogardą, opluciem, a nawet pobiciem. Nad Łabą scena była szczególnie bojowa. Było powszechnie wiadome, że zespoły nieakceptowane przez punków z Hamburga dostawały na koncertach łomot taki, że ich członkowie nadawali się do szpitala. Oczywiście my, Berlińczycy byliśmy uważani za szczególnie zblazowanych. Byliśmy zdrajcami ruchu, pozerami i mięczakami. Eva opowiadała mi również o katastrofalnie zakończonych wycieczkach do miasta Hansy i właściwie byliśmy przygotowani na to, co mogło nam się przytrafić, ale gdy przybyliśmy, byliśmy tak ujarani, że zapomnieliśmy się denerwować czy się czegokolwiek bać.
Gdy weszliśmy do hali, powitał nas organizator, a chłopaki z Abwärts pomogli nam wnieść instrumenty z samochodów na górę, podczas gdy hala się zapełniała. W końcu sala była pełna ludzi i koncerty mogły się zacząć. Plan był prosty: najpierw Niemcy zachodni, potem my, a na koniec jako główna gwiazda: Abwärts. Stalowa perkusja stała gotowa na bocznej scenie, Blixa mógł używać wzmacniacza gitarowego od Franka Z. a Axel, perkusista Abwärts, użyczył mi swojej perkusji. Soundchecku nie było, przyjechaliśmy po prostu za późno, ale poza tym oznajmiliśmy, że właściwie to nawet go nie potrzebujemy. Sety obu pierwszych zespołów poszły płynnie, przeze mnie wręcz niezauważone, zajmowałem się nie wiadomo czym, ale pamiętam jeszcze, że ostatnie kawałki drugiego zespołu zostały zagłuszone przez hamburskich hardcore-punków buczeniem i okrzykami „Abwärts!”. Mieliśmy grać po trzecim zespole Radierer, pochodzącym z Limburga, więc Blixa, Andrew i ja postanowiliśmy obejrzeć koncert z windy towarowej, bo w ten sposób byliśmy już blisko występu i mogliśmy od czasu do czasu zamknąć drzwi, żeby się jeszcze „doładować”. Radierer ledwie zdążyli zacząć, a już zostali obrzuceni wyzwiskami i puszkami po piwie. Zespół mnie się właściwie też jakoś szczególnie nie podobał, ale nawet ich polubiłem i przede wszystkim podziwiałem, jak odważnie grali dalej mimo wrogości. Perkusista grał na maleńkiej dziecięcej perkusji, a ich muzyka to był rodzaj ambitnej nowej fali z raczej wesołymi niemieckimi tekstami. Niedługo potem punki wdarły się na scenę, a bębny, nie większe od pudełek na kapelusze, zostały kopnięte w przeciwległy róg jednym kopnięciem glana – perkusista zaś po kilku głośnych uderzeniach poleciał też do tyłu. Początkowy, pełen współczucia śmiech ostatecznie uwiązł nam w gardłach i zaczęliśmy się bać. Zabarykadowaliśmy drzwi windy od środka, próbowaliśmy nawet zjechać na dół, a gdy ta próba się nie powiodła, postanowiliśmy przeczekać koniec zamieszek, ukryci w bezpiecznej windzie. Ale wszystko poszło bardzo szybko, Radierer zostali zmieceni ze sceny razem z instrumentami w ciągu kilku minut i lizali gdzieś z boku swoje rany, podczas gdy technicy wyluzowani, bo raczej byli przyzwyczajeni do takich rozrób, testowali mikrofony, wymieniali pogięte statywy i ustawiali na nowo przewrócone odsłuchy. Tymczasem uczestnicy zadymy, bardzo zrelaksowani, wrócili do baru po napoje, jak po skończonej pracy. FM Einheit (alias Mufti) energiczny perkusjonista Abwärts, twórca hałasu i drugi frontmen, zwarty i niezwykle umięśniony facet z przyjazną, pooraną bliznami twarzą przyszedł do naszej kryjówki i uspokoił nas zapowiedzią, że chyba byłoby lepiej, żeby teraz jednak zagrał Abwärts, aby ci idioci nie mieli już powodu do zadymy. Ponoć wszyscy bardzo się cieszyli na nasz występ i w ten sposób niebezpieczeństwo, że zostaniemy potraktowani jak Radierer, było dużo mniejsze. Dla nas miało to sens.
Widziałem już wcześniej Abwärts w SO36, dlatego wiedziałem, co mnie czeka. Wtopiłem się w tłum i delektowałem się koncertem tej niesamowicie precyzyjnej i pełnej energii grupy, co było przede wszystkim zasługą scenicznego zachowania Muftiego. Publika była już w dobrym nastroju i świętowała występ swojego ulubionego hamburskiego zespołu, który dał świetny koncert i kilka bisów, ale nie obyło się bez ogłoszenia fanom, że jesteśmy najbardziej sensacyjną nowością i prośby o lepsze traktowanie ich przyjaciół, przybyłych specjalnie z dalekiego Berlina. Prośba została spełniona o tyle, że punki i fani Abwärts, którzy stanowili ponad dwie trzecie publiczności, pożegnali się i szczęśliwi poszli do domu albo do najbliższej punkowej knajpy. Poza Abwärts i organizatorami pozostała tylko garstka zaciekawionych przyjaciół, stojących w małych grupkach wokół pustej hali, której podłoga była usiana plastikowymi kubkami i puszkami po piwie. Uważnie obserwowali, jak ustawiamy instrumenty i jak po szybkim sprawdzeniu dźwięku zaczęliśmy grać.
KONCERT W HALI TARGOWEJ
Występ nabrał w pewnym sensie charakteru rytualnego, bo po dramacie, który dotknął naszych kolegów, czuliśmy potrzebę wytworzenia szczególnej energii. Chodziło nie tylko o to, by pokazać Alfredowi Hilsbergowi, muzykom Abwärts i pozostałym nielicznym ludziom, na co nas stać, lecz – dokładnie i nie inaczej to czuliśmy – także sobie samym, aby dać światu i wszechświatowi sygnał, ogłosić nasze istnienie i zamanifestować je na wieczność. Dlatego każde uderzenie perkusji miało znaczenie, każdy krzyk Blixy wstrząsał nas do szpiku kości, jego gitara wyła aż leciały iskry, podczas gdy Andrew na swojej stalowej perkusji wyczarowywał dźwięki do tej pory niesłyszane, brzmiało to po prostu wspaniale a hala, pusta, stała się katedrą, świętym miejscem, które dodawało nam sił.
W każdym razie zagraliśmy pięć utworów: „Zuckendes Fleisch” i „Leben ist illegal” ze składanki Monogam, „Wir sind Gut”, w którego refrenie Blixa zaintonował hymniczną mantrę składającą się ze słów „głową przez ścianę i zawsze prosto przed siebie”, „Musik ist Macht, Magie und Wahrheit” i bardzo walcową wersję „Für den Untergang”, pierwszego singla Einstürzende Neubauten, która została zapisana z roboczym tytułem „Untergangswalzer”, chociaż nie miała wcale taktu na trzy czwarte, lecz na sześć ósmych. Andrew i ja waliliśmy w nasze instrumenty z całych sił, on aluminiowymi pałeczkami o ocynkowaną blachę, a ja drewnem w bębny naszych nowych hamburskich przyjaciół, podczas gdy Blixa skrzeczał: „Tańczę, TAŃCZĘ! ku waszemu upadkowi…”, a co kilka taktów uderzał pojedynczy akord na luźnych strunach swojej zniszczonej gitary.
Potem siedzieliśmy długo w jednym z tylnych pomieszczeń hali targowej, rozmawiając z naszymi gospodarzami, wciąż podekscytowani wieczornymi wydarzeniami. To właśnie wtedy Mufti i Blixa poznali się i natychmiast zaczęli snuć wspólne plany. Był tam również Klaus, właściciel sklepu płytowego Rip Off na Feldstraße, który współorganizował ten wieczór oraz Jacki, o którym mówiono, że jest pierwszym niemieckim punkiem. I była ta dziewczyna, która mnie całkowicie oczarowała: Christiane siedziała niedbale na oparciu fotela i komentowała wszystkie tematy inteligentnie, opryskliwie i do tego z berlińskim akcentem! Miała wysoko natapirowane, czarne włosy i jaskrawozielone oczy. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie patrzeć na nią bez przerwy, byłem tak zachwycony tą istotą. Po jakimś czasie postanowiliśmy, by przenieść się na Hein-Hoyer-straße, do wspólnego mieszkania przy Reeperbahn, gdzie mieszkała razem z Klausem, Frankiem i Muftim z Abwärts. Nasi berlińscy przyjaciele dołączyli w międzyczasie do nas, bo personel hali targowej chciał wreszcie zamykać i musiał wygonić ostatnich imprezowiczów z garderoby na ulicę. W ten sposób około godziny drugiej wylądowaliśmy na St. Pauli w bardzo dużym mieszkaniu w starym budownictwie, gadaliśmy, paliliśmy i piliśmy aż do rana i umówiliśmy się na popołudnie na śniadanie. Wszystkie miejsca w aucie, którym mieliśmy pojechać do kawiarni, były zajęte, więc zaproponowałem, że wsiądę przez tylną klapę i wygodnie ułożyłem się w bagażniku. Ale to miejsce musiałem dzielić z Ingorem, wielkim owczarkiem-mieszańcem Christiane, który położył się wygodnie na mojej klatce piersiowej i przez całą drogę zadowolony dyszał mi w twarz. Uwielbiałem psy, więc to był kolejny powód, żeby beznadziejnie zakochać się w tej berlińskiej dziewczynie. W grudniu 1980 roku miałem dopiero piętnaście lat i w sprawach miłosnych byłem całkowicie niedoświadczony.
Nie byłem ani specjalnie interesujący dla Christiane, która była ode mnie o cztery lata starsza, ani nie stanowiłem poważnego zagrożenia dla jej chłopaka, światowego i wówczas już dwudziestodwuletniego Jacki’ego. Gdy wróciłem do domu, okazało się, że mój pęk kluczy zostawiłem na Hein-Hoyer-straße, to był dobry powód, by nawiązać kontakt z Christiane. Gdy do Blixy dotarło, jak bardzo byłem nakręcony na Christiane, powiedział tylko: „No, to nawet pasuje”, a na moje pytające spojrzenie: „Jak to, nie wiesz, kto to jest?”
(…)
Alexander Hacke „Hałas. Wspomnienia Przesterowane”
Tłumaczenie: Janusz Mucha
Wydawnictwo: Gusstaff Records
Liczba stron: 304
Opis: Autobiografia wyjątkowego artysty. Od berlińskiego undergroundu do światowego sukcesu. Choć Alexander Hacke w dzieciństwie był zafascynowany muzyką klasyczną (Ludwig van Beethoven), to już jako nastolatek rzuca szkołę, by stać się częścią berlińskiej sceny podziemnej, opanowanej przez punków, squatersów i innych freaków. Po pierwszych projektach pod pseudonimem Alexander von Borsig dołącza w 1980 roku do powstałego właśnie zespołu Einstürzende Neubauten, który w bardzo szybkim czasie staje się ikoną niemieckiej sceny niezależnej i jedną z najważniejszych grup industrialnych na świecie.
W książce pisze nie tylko o zespole, ale także o swym życiu prywatnym (m.in. o związku z Christianą F. – autorką kultowej książki „My, dzieci z dworca Zoo”), o dziesiątkach projektów pobocznych czy zespołach, w których także grał (np. Jever Mountain Boys, Crime & The City Solution, Baba Zula), współpracy z włoską supergwiazdą muzyki pop Gianną Nannini, muzyce filmowej, scenie tureckiej, którą przedstawiał jako narrator w filmie „Crossing the Bridge” („Życie jest muzyką”) i oczywiście o miłości swego życia, Danielle de Picciotto, i ich wspólnym duecie hackedepicciotto. Setki anegdot, historie z tras koncertowych, czasem zabawne, czasem jak wyjęte z thrillera, dotyczą nie tylko jego samego, ale również ogromnej liczby artystów z całego świata, z którymi Hacke współpracował.
Książka ta zainteresuje z pewności zarówno fanów Einstürzende Neubauten, jak i wszystkich interesujących się sceną muzyczną od lat 80. XX wieku do czasów współczesnych.
TweetKategoria: fragmenty książek














