banner ad

Pierwsza od 12 lat powieść Chimamandy Ngozi Adichie. Przeczytaj fragment „Bilansu snów”

30 kwietnia 2026

Dwanaście lat po „Amerykaanie” nigeryjska pisarka Chimamanda Ngozi Adichie powraca z nową powieścią. „Bilans snów” opowiada o czterech kobietach i ich życiu miłosnym. Centralnym tematem książki jest wpływ, jaki na losy bohaterek wywierają mężczyźni. Powieść ukazała się właśnie w Polsce nakładem Wydawnictwa Filia w przekładzie Kai Gucio. Poniżej możecie przeczytać fragment pisany z perspektywy jednej z kobiet, pisarki Chiamiaki.

Chiamaka

Jeden

Zawsze pragnęłam, by jakaś inna istota ludzka poznała mnie tak prawdziwie. Bywa, że latami nosimy w sobie tęsknoty, których nie potrafimy nazwać. Aż pewnego dnia na niebie pojawia się pęknięcie, rozszerza się i odsłania nas przed nami samymi, tak jak zrobiła to pandemia. To właśnie podczas lockdownu postanowiłam przyjrzeć się własnemu życiu i nazwać rzeczy, które od dawna pozostawały nienazwane. Na początku przyrzekłam sobie, że wykorzystam tę zbiorową izolację najlepiej, jak się da: skoro nie mam innego wyboru, jak tylko pozostać w domu, będę codziennie nawilżać swoje cienkie włosy, wypijać osiem dużych szklanek wody, biegać na bieżni, sypiać długo i głęboko oraz nakładać na twarz odżywcze serum. Spiszę na nowo relacje z podróży na podstawie starych, niewykorzystanych notatek, a jeśli lockdown potrwa dostatecznie długo, może w końcu uda mi się zebrać materiał do książki. Jednak już po kilku dniach wszystko się posypało. Słowa i ostrzeżenia wirowały i kotłowały mi się w głowie, a ja miałam wrażenie, że ludzkość w zawrotnym tempie cofa się do pradawnej ery chaosu, która powinna już dawno przeminąć. Nie dotykaj twarzy; myj ręce; nie wychodź na zewnątrz; spryskuj powierzchnie środkiem dezynfekującym; myj ręce; nie wychodź na zewnątrz; nie dotykaj twarzy. Czy mycie twarzy liczyło się jako dotykanie? Zawsze używałam do tego celu specjalnej ściereczki, ale pewnego ranka musnęłam policzek dłonią i zamarłam, a woda z kranu płynęła dalej. Przecież to i tak bez znaczenia, ja i tak nawet nie wychodzę na zewnątrz, ale co oznaczało „nie dotykaj twarzy” i „myj ręce”, skoro nikt nie wiedział, jak to się zaczęło, kiedy się skończy i czym w ogóle jest? Codziennie budziłam się pełna niepokoju, serce biło mi jak oszalałe, niezależnie od mojej woli, czasami przyciskałam dłoń do klatki piersiowej i przez chwilę ją tam trzymałam. Byłam sama w swoim domu w Maryland, pośród podmiejskiej ciszy i upiornie pustych dróg obsadzonych drzewami, które same zdawały się zamierać wskutek panującego wokół bezruchu. Nie przejeżdżały tamtędy żadne samochody. Wyglądałam przez okno i widziałam, jak stado jeleni przemierza polanę przed domem. Było ich około dziesięciu, a może piętnastu, a nie jakiś jeden samotny jeleń, którego od czasu do czasu widywałam, jak nieśmiało przeżuwał trawę. Bałam się ich, ich niezwykłej śmiałości, jakby mój świat miały teraz opanować nie tylko jelenie, ale także inne, nieznane mi stworzenia. Czasami niemal niczego nie jadłam, zaglądałam tylko do spiżarni, żeby poskubać krakersy, a innym razem wyciągałam zapomniane torebki mrożonych warzyw i gotowałam fasolę w pikantnym sosie, która przypominała mi dzieciństwo. Bezkształtne dni zlewały się ze sobą i miałam wrażenie, że czas przestał posuwać się do przodu. Bolały mnie stawy, mięśnie pleców i szyja, jakby moje ciało aż nazbyt dobrze wiedziało, że nie jesteśmy stworzeni do takiego życia. Nie pisałam, bo nie potrafiłam pisać. Ani razu nie włączyłam bieżni. Podczas rozmów przez Zoom głosy wszystkich odbijały się echem, sięgaliśmy, ale nie zdołaliśmy dotknąć, a dystans między nami jeszcze bardziej się zwiększał.

MOJA NAJLEPSZA PRZYJACIÓŁKA Zikora, która mieszka niedaleko Waszyngtonu, zadzwoniła pewnego popołudnia i powiedziała, że jest w Walmarcie i kupuje papier toaletowy.

– Wyszłaś z domu! – niemal krzyknęłam.

– Mam na sobie dwie maski i rękawiczki – odparła. – Policja zawiaduje kolejką po papier toaletowy, wyobrażasz sobie? – Zikora przeszła na język igbo i mówiła dalej. – Ludzie krzyczą na siebie. Naprawdę boję się, że ktoś zaraz wyciągnie broń. Ten Biały przede mną wygląda podejrzanie; przyjechał wielką ciężarówką i na głowie ma czerwoną czapkę.

Nigdy nie rozmawiałyśmy wyłącznie w igbo – co rusz wtrącałyśmy angielskie słowa – ale Zikora czujnie omijała angielszczyznę na wypadek, gdyby ktoś obcy nas podsłuchał, i teraz brzmiała sztucznie, jak w kiepskim serialu o przedkolonialnych czasach. Mężczyzna prowadzący wielką łódź desantową, w czapce barwy krwi. Zaczęłam się śmiać, ona też zaczęła się śmiać i poczułam chwilową ulgę, powrót sił.

– Szczerze mówiąc, Zikor, nie powinnaś była wychodzić.

– Ale potrzebny nam papier toaletowy.

– Chyba nadszedł czas, żebyśmy zaczęły myć sobie tyłki – stwierdziłam, po czym chórem dodałyśmy: – Jesteś nieczysta!

Od lat opowiadam tę historię – o Abdulu, naszym stróżu w Enugu – smukłym Abdulu w długiej galabiji, który pewnego wieczoru szedł do latryny na tyłach domu, trzymając plastikowy dzbanek z wodą, a potem odwrócił się i spokojnie mi powiedział: „Wy, chrześcijanie, używacie papieru po skorzystaniu z toalety. Jesteście nieczyści”.

PODCZAS RODZINNEJ ROZMOWY NA ZOOMIE powiedziałam:

– Dziś w Ameryce największym przestępstwem jest zakłócanie porządku w supermarketach, w których ludzie stoją w długich kolejkach, by kupić papier toaletowy. Policja jest teraz bardzo zajęta pilnowaniem kolejek po papier toaletowy w całym kraju.

Miałam nadzieję, że wszyscy się roześmieją – kiedyś bardzo często się śmialiśmy – ale tylko ojciec to zrobił. Bracia byli o krok od kolejnej kłótni.

– Nigdy nie rozumiałam, dlaczego Amerykanie mówią na to papier – powiedziała matka. – Papier toaletowy. To brzmi tak nieprzyjemnie. Dlaczego nie chusteczki toaletowe albo coś w tym rodzaju?

Rozmawialiśmy przez Zoom co drugi dzień – moi rodzice w Enugu, mój jeden brat Afam w Lagos, a drugi, jego bliźniak Bunachi, w Londynie. Każda rozmowa była niczym pochmurny dzień, ponury i brzemienny w nowe złe wieści.

Rodzice mówili o śmierci, o umierających i zmarłych, a moi bracia przerzucali się bezczelnie złośliwościami, nie dbając już o to, by kryć przed rodzicami wzajemną wrogość. Wyglądało tak, jakbyśmy nie mogli już być sobą, ponieważ świat nie był sobą. Rozmawialiśmy o liczbie przypadków w Nigerii, rosnącej z dnia na dzień, stan po stanie, jak w makabrycznym wyścigu. Najwięcej odnotowano na razie w Lagos, a na drugim miejscu w Cross River. Afam wysłał nam filmik z karetką pogotowia na swoim osiedlu, która pędzi ulicą z włączoną syreną, i opatrzył go podpisem „trafiony, zatopiony”. Bunachi powiedział, że lekarze w Wielkiej Brytanii wkrótce zostaną bez kombinezonów ochronnych, ponieważ ludzie, którzy je produkowali w Chinach, nie żyją. Zawsze dołączałam do rozmowy jako ostatnia i udawałam, że rozmawiałam wcześniej z redakcją, podczas gdy w rzeczywistości tylko wpatrywałam się w telefon i zbierałam na odwagę, by kliknąć „Dołącz”. Rodzice wrócili do Nigerii z Paryża tuż przed wprowadzeniem lockdownu, a matka lubiła powtarzać: „Wyobraźcie sobie, co by było, gdybyśmy utknęli w Europie. Nasi rówieśnicy padają od tej choroby jak muchy”.

– Wyobraźcie sobie, jaka byłaby katastrofa, gdybyśmy mieli tak wysoki wskaźnik śmiertelności jak Europa – stwierdził ojciec.

– Bóg ratuje Nigerię. Inaczej nie da się tego wyjaśnić – odezwał się Afam.

– Po prostu magia – rzucił z przekąsem Bunachi. Po czym dodał: – Europa po prostu prowadzi rzetelne statystyki zgonów spowodowanych koronawirusem.

– Nie, nie, nie – zaprotestował ojciec. – Gdybyśmy mieli tak dużą umieralność, nie zdołalibyśmy tego ukryć. Nie jesteśmy na to dostatecznie zorganizowani; nie jesteśmy jak Chiny.

– Jezu, Maryjo i Józefie święty! Wszystkie te liczby to ludzie, ludzie – powiedziała matka. Twarz miała odwróconą, patrzyła na ekran telewizora.

– Dzisiaj rano zabrałem łyżkę do bankomatu – oznajmił Afam.

– Łyżkę? – zapytała matka, znów przodem do nas.

– Po prostu nie chciałem dotykać tej maszyny, więc wprowadziłem kod za pomocą łyżki, a potem ją wyrzuciłem – wyjaśnił Afam.

– Nie założyłeś rękawiczek? – dopytywała matka.

– Założyłem, ale kto wie, może koronawirus przez nie przenika? – odparł Afam.

– Wirus ginie w ciągu kilku sekund na twardych powierzchniach. Po prostu zmarnowałeś łyżkę – odezwał się Bunachi, jak zawsze wszechwiedzący. Kilka dni wcześniej oznajmił, że respirator nie jest właściwym rozwiązaniem w przypadku koronawirusa. Był księgowym.

– Ale nie powinieneś był wychodzić z domu, Afam – upomniał syna ojciec. – Po co ci w ogóle gotówka? Wy się tam przecież dobrze zaopatrzyliście.

– Potrzebuję gotówki. W Lagos panuje napięta atmosfera – odparł Afam.

– Jak to napięta? – chciał wiedzieć Bunachi, ale Afam nie zwracał na niego uwagi, dopóki ojciec nie zapytał:

– Co masz na myśli, mówiąc „napięta atmosfera”?

– Na osiedlach na wyspie zbierają się tłumy, które domagają się pieniędzy i żywności. Wiecie przecież, że wiele osób żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych rezerw. Wszyscy ci uliczni handlarze. Widziałem film, na którym ktoś z tłumu mówił, że nie chcą lockdownu, że to bogacze wyjeżdżają za granicę i zarażają się koronawirusem, a ponieważ przed lockdownem to oni prali ich ubrania i pompowali opony w ich samochodach, to teraz powinni ich nakarmić. Szczerze mówiąc, jest w tym pewna logika.

– Nie ma w tym żadnej logiki. To po prostu chuligani – stwierdził Bunachi.

– Są głodni – powiedział Afam. – Ja nawet poszedłem na piechotę do bankomatu. Słyszałem, że jeśli odważysz się wyjechać drogim samochodem, będą cię gonić z kijami.

Mieszkał na osiedlu okazałych domów, gdzie goście potrzebowali specjalnych kodów dostępu, by otworzyć elektroniczne bramy wejściowe. Następnego dnia powiedział, że tłum pobił strażników i walił w bramy, próbując wyłączyć system bezpieczeństwa.

– Rozpalili ogień tuż przy wejściu – dodał. – Osiedlowa grupa na WhatsAppie jeszcze nigdy nie była tak aktywna. Zbieramy pieniądze i zastanawiamy się, jak najlepiej je im przekazać.

– Nadal uważasz, że są nieszkodliwi? – zapytał Bunachi.

– Nie mówiłem, że są nieszkodliwi. Powiedziałem, że są głodni – odparł Afam.

Widzieliśmy za nim siwy dym unoszący się na wieczornym niebie. Afam wyglądał krucho i niezbyt pewnie, gdy tak stał na marmurowym balkonie przy wysokiej roślinie w donicy. Roślina była tak zielona, a liście tak bujne, że zaskoczyło mnie wspomnienie czasów, kiedy życie toczyło się normalnie, a mój brat, pan własnego losu, prowadził swoje firmy, młody ważniak z Lagos trzymający władzę. Teraz stał tam, podczas gdy jego żona zabarykadowała dwójkę dzieci w kuchni, bo kuchnia miała najwytrzymalsze drzwi. Próbował zgrywać nieustraszonego, co tylko sprawiało, że wyglądał na przestraszonego, a ja pomyślałam, jak strasznie kruche jest każde z nas i jak łatwo zapominamy o tej kruchości. Głośny huk rozdarł powietrze i podskoczyłam, niepewna przez chwilę, czy dochodził z ekranu Afama, czy zza mojego okna.

– Słyszeliście to? – zapytał Afam. – Jakiś wybuch przy bramie.

– To nic poważnego – uspokoił nas ojciec. – Pewnie wrzucili puszkę środka owadobójczego do ognia.

– Afam, wejdź do środka i pozamykaj wszystkie drzwi – poleciła matka.

Chcąc zmienić temat, powiedziałam, że witamina C w dużych dawkach wyprzedana, nie da się jej kupić online. Na co wszechwiedzący Bunachi oczywiście odparł, że witamina C nie chroni przed wirusem, ale prześle nam przepis na napar ze świeżej bazylii, który powinniśmy codziennie wdychać.

– Nikt nie ma świeżej bazylii – warknął Afam.

Bunachi zaczął recytować najnowsze statystyki dotyczące zgonów w poszczególnych krajach, na co oznajmiłam, że pada mi bateria, i się rozłączyłam. Wysłałam Afamowi wiadomość tekstową, kończącą się rzędem czerwonych serduszek: „Trzymaj się, stary, wszystko będzie dobrze”.
(…)

Chimamanda Ngozi Adichie „Bilans snów”
Tłumaczenie: Kaja Gucio
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 464

Opis: W czasie pandemii Chiamaka, nigeryjska pisarka mieszkająca w Ameryce, zostaje sama z własnymi wspomnieniami i wyborami. Zikora, jej przyjaciółka-prawniczka, po bolesnej zdradzie musi prosić o pomoc osobę, której najmniej chciała zaufać. Omelogor, odnosząca sukcesy finansistka, zaczyna podważać obraz samej siebie, a Kadiatou, oddana matka, staje wobec tragedii, która może przekreślić jej wysiłki o lepsze życie.

„Bilans snów” to poruszająca, pełna emocji opowieść o czterech kobietach, których losy splatają się w pytaniu o naturę miłości, szczęścia i uczciwości wobec samych siebie. To refleksja nad wyborami, które nas definiują, nad więziami matek i córek oraz nad światem, w którym każdy gest odbija się echem w życiu innych.

Adichie, z charakterystyczną przenikliwością i pięknem języka, kreśli historię pulsującą intensywnością i prawdą. To potwierdzenie jej miejsca wśród najbardziej wpływowych i błyskotliwych autorek współczesnej literatury.

fot. Okey Adichie (edytowana)

Tematy: , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek