Patchworkowa rodzina. Przeczytaj fragment powieści „Rzeki wschód, rzeki zachód” Aube Rey Lescure

14 października nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukaże się debiutancka powieść Aube Rey Lescure pt. „Rzeki wschód, rzeki zachód”. To historia patchworkowej rodziny, ukazana z dwóch perspektyw: nastolatki mieszanego pochodzenia żyjącej w Szanghaju w latach 2000. oraz jej chińskiego ojczyma, którego losy poznajemy od lat 80. Taki zabieg pozwala autorce zgłębić tematykę tożsamości, migracji i poczucia obcości, ambicji, przywilejów oraz gwałtownie zmieniającej się dynamiki życia w Chinach – od czasów rewolucji kulturalnej aż po współczesność.
Powieść jest częściowo oparta na wątkach autobiograficznych. „Dorastałam w północnych Chinach i Szanghaju – do szesnastego roku życia – z matką, która była ekspatką; brzmi to pewnie podejrzanie znajomo dla każdego, kto czytał opis fabuły mojej książki. Był to czas wielkich przemian społeczno-ekonomicznych i kulturowych w Chinach. Zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, gdy jestem już starsza, uważam, że dorastanie tam w tamtym okresie było czymś fascynującym” – przyznaje Aube Rey Lescure.
Poniżej możecie przeczytać fragment książki, która trafi do księgarń 14 października w tłumaczeniu Agnieszki Walulik.
CZĘŚĆ I
ALVA
SZANGHAJ, 2007
Matkę ukradł Alvie mężczyzna nazwiskiem Lu Fang. Miało to miejsce w Wielkiej Sali Balowej B szanghajskiego Hotelu Imperial. Obiad weselny, który kosztował osiemdziesiąt osiem tysięcy osiemset osiemdziesiąt osiem juanów, składał się z pięciu przystawek na zimno, dwóch zup, czterech dań mięsnych, trzech dań z owocami morza, do tego steków z czarnym pieprzem w stylu zachodnim i tortu śmietanowego. Wszystko zdobiły sztuczne kwiaty. Takie drogie, a jakie bezguście, pomyślała Alva, obejmując spojrzeniem pozbawione okien pomieszczenie, brudną czerwono-złotą wykładzinę i sztuczne płatki kwiatów rozsypane po wszystkich stołach bankietowych. Nic tu nie kojarzyło się z weselną bielą i pastelami z amerykańskich filmów, ze świecami i altankami, druhnami w powiewnych sukniach. No, ale z drugiej strony jej matka nie należała do tego typu oblubienic.
Alva nie znała żadnego z gości – wszyscy byli znajomymi Lu Fanga. Matka zażyczyła sobie wielkiego przyjęcia, więc zapełnił salę bankietową swoimi kontaktami od interesów. Alva siedziała przy stole dla VIP-ów wraz z grupką jego starych klientów oraz ich towarzyszkami – niektóre z nich były tak ostentacyjnie młode, że od razu można było się zorientować: to kochanki, nie żony. Razem z nimi nie mogło zabraknąć blichtru torebek od Chanel i Louisa Vuittona – wisiały na krzesłach niby niedbale, ale tak, żeby dało się zobaczyć logo.
– Podobno panna młoda ma świetne kontakty w Ameryce – rzuciła jedna z kobiet, nachylając się w stronę sąsiadki. – A ja słyszałam, że była kiedyś aktorką filmową – odparła ta druga, z wytatuowanymi brwiami, typowa żona biznesmena.
– Znaną?
– W życiu jej w niczym nie widziałam.
– No, ale jednak. Ten Lu Fang to dopiero ma fart. Amerykańska aktorka… Tylko co ona robi z n i m?
Lu Fang stanął na podium pod łukiem z różowych balonów. Trzyczęściowy garnitur opinał go ciasno jak jelito kiełbasę. Nos świecił mu się tłusto w blasku reflektora.
– A gdzie ona się podziewa? – szepnął jeden z gości przy stole Alvy.
Dania na stole zaczynały już stygnąć. Kilku mężczyzn w garniturach odpaliło papierosy; ktoś inny ukradkiem włożył sobie do ust kawałek wieprzowiny.
Każe wam czekać, bo chce się napawać swoim wielkim wejściem, pomyślała Alva. Nawet jeśli to ma znaczyć, że wkroczy do zadymionej sali pełnej obcych ludzi gapiących się na Chińczyka, który musi czekać na swą zagraniczną żonę.
Alva nie potrafiła zrozumieć, dlaczego spośród wszystkich mężczyzn, z którymi Sloan spotykała się przez te lata, ostatecznie padło właśnie na Lu Fanga. Był już dobrze po pięćdziesiątce, jadł z otwartymi ustami i nosił garnitury o tanim satynowym połysku. Lubił cytować poezje, ale robił to z ciężkim dongbejskim akcentem. Alva, z pełną dystansu wyższością nastolatki, zwróciła na to wszystko uwagę, gdy Lu Fang zaglądał do ich mieszkania na regularne kontrole. Tak zasadniczo był ich gospodarzem – nie tylko przedsiębiorcą, ale też właścicielem mieszkania pod wynajem na Pudongu. Przez te dwa lata, od kiedy tam zamieszkały, Alva widziała go góra pięć, sześć razy. W przypadku jej matki sprawa ewidentnie przedstawiała się inaczej.
Żona biznesmena mówiła dalej:
– Słyszałam, że ta laowajka nie jest już pierwszej świeżości. I że ma dziecko.
– Tak, to jej córka – uciszyła ją ta druga kobieta, kiwając brodą na Alvę.
– Ta mieszana? A ona rozumie po chińsku?
Alva z obojętnym uporem wpatrywała się w podium i chodzącego dokoła Lu Fanga wodzireja, który szczerzył się z wyćwiczoną jowialnością i powtarzał do mikrofonu:
– Panna młoda zjawi się już lada chwila, lada chwila!
– Ona chyba jednak nie rozumie – stwierdziła ta druga kobieta.
– Ale z wyglądu bardziej przypomina Chinkę – oświadczyła żona biznesmena, przechodząc z mandaryńskiego na szanghajski. – Niektóre mieszane to mają szczęście: takie ogromne oczy i białą cerę.
– Faktycznie szkoda – zgodziła się ta druga.
Alva pociągnęła z puszki łyk Wangzaia. W dzieciństwie uwielbiała ten mleczny napój. Ale dzisiaj smakował jak syrop, mdlił ją – ni to mleko, ni śmietana. Pół na pół, zupełnie jak ona. Miała ochotę odpalić tym babsztylom, że urodziła się i wychowała w Chinach, i doskonale rozumie po szanghajsku. Miały jednak rację, że nie dopisało jej szczęście: Alva rzeczywiście była mieszanego pochodzenia, półbiała, pół-Chinka, lecz trafił jej się niewłaściwy rozkład cech: miała czarne włosy, azjatyckie powieki bez fałdy i karnację o oliwkowym odcieniu. Po dziś dzień w niczym nie przypominała swojej matki.
– Smutne, że nie ma tu nikogo z ich strony. Liczyłam na to, że będzie więcej Amerykanów. No i gdzie się podziewa rodzina Lu Fanga? – ciągnęła żona biznesmena.
Ta druga wzruszyła ramionami.
– On podobno pochodzi z jakiegoś małego miasteczka pod granicą z Koreą Północną. Może nie chciał spraszać tu ubogich krewnych.
– Myślisz, że jego rodzina tego nie pochwala?
– Tej laowajki? Na jego miejscu wcale bym się tym nie przejęła. On przecież eksportuje do Stanów elementy domów z prefabrykatów.
– W takim razie taka żona przyda mu się w interesach.
Roześmiały się bez skrępowania, sądząc, że chroni je bariera językowa. Alva tymczasem darła sztuczne płatki kwiatów na strzępy i wpijała paznokcie w wykonane z kleju kropelki sztucznej rosy. Dla tych bab to wszystko był jeden wielki żart, transakcja biznesowa, głupie plotki, ale tu przecież chodziło o życie Alvy. O jej m a t k ę.
Muzyka urwała się nagle i zmieniła na coś orkiestrowego.
– A oto amerykańska panna młoda! – zakrzyknął wodzirej.
Wreszcie pojawiła się Sloan. Miała czterdzieści sześć lat i po raz pierwszy wychodziła za mąż. Sunęła po czerwonym dywanie w jedwabnym qipao z akcentami z koronki. Wodzirej zachęcił wszystkich do rytmicznego klaskania, które ucichło, gdy Sloan dotarła do podium, gdzie czekał promieniejący szczęściem pan młody. Jej popielate blond włosy opadały na plecy prosto jak od linijki, a kości policzkowe mieniły się od lśniącego pudru, przypominającego iskierki na białym marmurze. Jaka ona piękna, pomyślała Alva.
– Ale obcisła ta kiecka, nie? Zachodnie kobiety nie boją się epatować figurą – szepnęła żona biznesmena.
Sloan powoli odwróciła się twarzą do gości. Rozejrzała się po stolikach, jakby kogoś szukała. Alva uniosła rękę i pomachała lekko do matki, sygnalizując, że jeszcze mogą uciec. Tam są drzwi! Jednak spojrzenie Sloan prześlizgnęło się po niej i po rzędach znajomych od interesów, po czym zatrzymało się gdzieś w tylnym kącie sali. Stał tam kamerzysta ze statywem. Pokazał jej uniesiony kciuk. Sloan potrząsnęła blond grzywą i posłała zebranym swój najpiękniejszy hollywoodzki uśmiech.
Po wymianie obrączek nastąpiła runda oklasków. Matka powtórzyła za wodzirejem „tak”. Związek został oficjalnie zawarty. Alva zawsze myślała, że kiedyś wreszcie wyjadą razem z Chin, że pewnego dnia zdoła ją przebłagać.
– Pojechałybyśmy do Los Angeles – namawiała. – I wynajęły malutkie mieszkanko na osiedlu z basenem. I chodziłybyśmy w ciągu dnia do kina, i jeździłybyśmy nad Pacyfik, tak jak ty kiedyś.
– No może, może – odpowiadała matka.
Rozbłysła seria fleszów. Sloan stała się teraz prawdziwą chińską taitai, uwiązaną do męża i mieszkania. Gdy pozowali do zdjęć, otoczyła ramionami Lu Fanga, tak że jej ręce wycelowały w plamę pleśni na suficie. On też ścisnął ją w talii, spuchnięty, czerwony na twarzy, wyraźnie przytłoczony.
– Wznieśmy toast za nowożeńców i za nową epokę przyjaźni chińsko-amerykańskiej! – oświadczył wodzirej.
Wszyscy powstali z miejsc i wznieśli porcelanowe czarki z wódką.
– Obyście żyli w szczęściu, aż posiwiejecie! Niech wasza miłość będzie głębsza niż ocean! – zaszemrali.
Wodzirej dał znak, że można rozpocząć posiłek. Zasłona papierosowego dymu jeszcze zgęstniała. Obsługa rozlewała i dostawiała nowe butelki wódki Maotai i Wielki Mur. Alva sięgnęła po kurczęce udko, po czym zaczęła je zawzięcie przeżuwać. W zgiełku sali weselnej, pośród beknięć, toastów i okrzyków, plotkowanie tych dwóch żon biznesmenów coraz bardziej ją raziło.
– Podobno ta laowajka w pojedynkę wychowała dziecko w Szanghaju.
– Nie mówiłaś, że miała jakieś rodzinne pieniądze?
– Nie wiem. Ale na pewno tak. – Pierwsza kobieta zniżyła głos. – W tym wieku z wyglądu by się przecież nie utrzymała, jeśli rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć.
Lu Fang i Sloan powoli zmierzali w stronę stolika Alvy, przystając co chwilę, żeby przywitać się z dyrektorem Iks czy żoną pana Igrek. Alva jeszcze nigdy nie widziała swojej matki w takim wydaniu: Sloan odbębniała kolejne toasty, tak jakby przez całe życie nic innego nie robiła, tylko chodziła na takie bankiety. A przecież ta Sloan, którą znała Alva, nazwałaby tę imprezę Zlotem Rekinów Biznesu i Naciągaczek i po każdym kiczowatym żarciku wodzireja udawałaby, że przystawia sobie do głowy pistolet. Ale nie dziś. Dziś była stuprocentowo pochłonięta swoją rolą, jej występ nie miał w sobie ani odrobiny ironii. Otaczała ją kilkusetosobowa publiczność, do tego miała wizażystkę i kamerzystę. I wszystko to dał jej Lu Fang, tak jak obiecał. Sloan była gwiazdą wieczoru i doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Alva odłożyła kurczęce kości, po czym odchrząknęła, żeby skupić na sobie uwagę całego stolika.
– A ja słyszałam… – powiedziała głośno po szanghajsku. Tamte kobiety zesztywniały, ich porozumiewawcze miny nagle zastąpił wyraz czujności.
– A ja słyszałam, że ona za niego wychodzi dla pieniędzy – dokończyła Alva.
Żony biznesmenów wytrzeszczyły oczy, a jeden z mężczyzn w garniturach odkaszlnął niezręcznie.
– Zabawne dziecko… – zaczęła któraś z kobiet, po czym urwała.
Lu Fang i Sloan właśnie dotarli do ich stolika i przysunęli sobie krzesła obok Alvy.
– Kiedy to prawda – mruknęła Alva po szanghajsku.
– Moja partnerka! – krzyknęła Sloan, obejmując ją ramieniem. – Dobrze się bawisz?
– Właśnie się zapoznaliśmy… z córką twojej żony – odezwała się tamta kobieta do Lu Fanga spiętym tonem.
Lu Fang popatrzył na Alvę.
– Z córką mojej żony? Aj, panie dyrektorze Feng, my wszyscy jesteśmy już jedną rodziną. Alva to teraz także moja córka. – Zdobył się na ostrożny uśmiech.
Alva skrzywiła usta.
– Nie jestem twoją córką – oświadczyła.
Lu Fang zesztywniał w swoim kiełbasianym garniturze. Sloan zgromiła córkę wzrokiem, po czym zwróciła się do stolika:
– Dziecko całe życie mieszka w Chinach, a do tej pory nie umie się grzecznie odezwać.
Wszyscy zarechotali zdawkowo. Po sekundzie ciszy dyrektor Feng skomentował:
– Jak ty znakomicie mówisz po chińsku.
Sloan w odpowiedzi wyklepała tradycyjną grzecznościową formułkę:
– To nadmierna pochwała.
Na tym właśnie polegał specjalny trik matki: bez względu na okoliczności zawsze potrafiła skupić na sobie uwagę: jej chiński był tak znakomity – i ten fakt zwykle pociągał za sobą nieodzowną wymianę uprzejmości: „Gdzie się nauczyłaś tak mówić?”, „Tu, w Chinach”, „A od jak dawna mieszkasz w Chinach?”, „Już dwadzieścia dwa lata”, „Co? To ty jesteś praktycznie honorową Chinką!”. A wtedy Sloan odrzucała blond włosy przez ramię, śmiała się i odpowiadała z beztroską, od której po skórze Alvy przebiegał dreszcz żenady: „Tak, teraz właściwie jestem już Chinką”.
– Twoje umiejętności językowe na pewno bardzo się przydadzą dyrektorowi Lu w interesach – skomentował dyrektor Feng lukrowanym tonem.
– Oj, ale ja się zupełnie nie znam na interesach – odparła Sloan.
– To bez znaczenia. Klienci uwielbiają zagranicznych konsultantów – wtrącił inny mężczyzna w garniturze.
Sloan utkwiła spojrzenie w swojej czarce z herbatą.
– No, pewnie mogłabym się zabrać w kilka delegacji.
– Jak najbardziej – przytaknął Lu Fang. – Wiesz przecież, jak ja fatalnie mówię po angielsku.
– Rzeczywiście fatalnie – mruknęła Alva.
(…)
Aube Rey Lescure „Rzeki wschód, rzeki zachód”
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 480
Opis: W oszałamiającym odwróceniu narracji o imigrantach ze Wschodu na Zachód, na tle historii politycznej Chin i ich gospodarczego wzrostu, „Rzeki wchód, rzeki zachód” jest intymnym dramatem rodzinnym i ostrą powieścią społeczną. Naprzemiennie przedstawiając punkt widzenia dwójki głównych bohaterów, jest to głęboko poruszająca eksploracja kwestii rasy i klasy społecznej, tożsamości kulturowej i przynależności oraz często fałszywej obietnicy amerykańskiego snu.
Szanghaj, 2007 rok. Czternastoletnia Alva zawsze pragnęła czegoś więcej. Wychowana przez amerykańską matkę, nigdy nie poznała swojego chińskiego ojca i jest przekonana, że w Ameryce czeka ich lepsze życie. Kiedy jednak matka ogłasza swoje zaręczyny z bogatym chińskim właścicielem nieruchomości, Lu Fangiem, nadzieje Alvy zostają zniweczone. Dziewczyna planuje więc kolejny krok: amerykańską szkołę w Szanghaju. Po przyjęciu do szkoły Alva jest zaskoczona, odkrywając instytucję prowadzoną przez ekskluzywną społeczność emigrantów i coraz bardziej szalone emocje miasta, w którym obcokrajowcy mogą pozornie robić, co im się podoba.
Nadmorskie miasto Qingdao, 1985 rok. Lu Fang jest młodym żonatym mężczyzną i skromnym urzędnikiem w stoczni. Chociaż kiedyś marzył o świetlanej przyszłości, obecnie jest jedną z wielu ofiar surowych reform politycznych w swoim kraju. Kiedy więc Chiny otwierają swoje granice dla pierwszej od dziesięcioleci fali obcokrajowców, świat Lu Fanga zostaje całkowicie wywrócony do góry nogami po tym, jak poznaje on Amerykankę, która zmusza go do zmierzenia się z trudnymi pytaniami dotyczącymi jego obecnej sytuacji życiowej i tego, ile będzie mu wystarczające.
„Rzeki wschód, rzeki zachód” to wyrazisty debiut literacki, nominowany do wielu światowych nagród – subtelny styl i dojrzała narracja wyróżniają autorkę na tle współczesnej prozy.
Wypowiedź Aube Rey Lescure pochodzi z wywiadu udzielonego WGBH.
TweetKategoria: fragmenty książek











