banner ad

Orla spotyka Jezusa. Przeczytaj pierwszy rozdział powieści „Ewangelia według Orli” Eoghana Wallsa

12 maja 2026

Opublikowana w Serii z Żurawiem wydawnictwa Bo.wiem powieść „Ewangelia według Orli” to debiut prozatorski cenionego irlandzkiego poety Eoghana Wallsa. Główna bohaterka, pogrążona w żałobie 14-latka, ucieka z domu w Anglii, by udać się w podróż do Irlandii Północnej, gdzie w rodzinnym grobie pochowano jej matkę. Na tę szaloną wyprawę zabiera spotkanego przypadkiem nieznajomego, który podaje się za Jezusa. Skoro mężczyzna potrafi wskrzeszać zwierzęta, to może będzie mógł spełnić marzenie Orli? Poniżej możecie przeczytać pierwszy rozdział książki.

1

Smutno mi, że to już, ale nie ma sensu się ociągać. Telefon zostawiam pod poduszką. Listu nie zostawiam, bo to dobre dla samobójców. Nie chcę, żeby byli jeszcze smutniejsi, ale nie chcę też, żeby od razu zaczęli szukać. Ostatnio złapali mnie na dworcu – na szczęście nie zdążyłam kupić biletu, więc nie wiedzieli, dokąd jadę, i teraz też nie będą wiedzieć.

Nie muszę się wykradać na palcach, bo tata chrapie, ale wchodzę do jego pokoju, żeby zobaczyć Lily. Padła, wstanie dopiero o wpół do szóstej. Oboje będą spać jak zabici, dopóki Lily właśnie nie zachce się pić – wtedy wylezie z łóżeczka, pójdzie do taty i pociągnie go za nos. To go zawsze budzi, nawet jeśli pił.

Będę za nią tęsknić, ale nie mogę jej zabrać ze sobą, nie mogę jej też przytulić, bo się obudzi, więc tylko patrzę na nią przez minutę i dotykam jej stopy. Potem zamykam za sobą drzwi i schodzę na dół, sprawdzam nerkę i plecak, zapinam je, odgarniam grzywkę z czoła, biorę wdech, odryglowuję drzwi i wychodzę na zewnątrz.

Rower stoi przy ścianie.

Wyprowadzam go przez furtkę ostrożnie, żeby niczego nie potrącić.

Furtka wydaje skrzypnięcie, na co pies Annie Pomfret zaczyna szczekać, ale ponieważ i tak szczeka całymi nocami, to nikt już nie zwraca na niego uwagi. Wychodzę, raz jeszcze sprawdzam zamki, na ulicy nikogo nie ma, więc wskakuję na rower, przejeżdżam przez światła na most, o tej porze w Arms też nikogo nie ma. Pędzę dalej ścieżką nad kanałem. Nikt mnie nie widzi.

Wygląda na to, że tym razem się uda, co mnie rozwesela.

W plecaku mam jedzenie i picie, jest ciężki, ale nie za ciężki. Mam trzy wrapy z kurczakiem z Boots, wielką butelkę Fanty i sześciopak Hula Hoops, z którego wycisnęłam powietrze, cztery Curly Wurly, a w nerce pięćdziesiąt cztery funciaki, co powinno wystarczyć na co najmniej jeden dodatkowy posiłek przez dzień lub dwa, gdybym zgłodniała, na co się nie zanosi.

Plan jest taki, że jadę rowerem do Liverpoolu, wsiadam na prom do Belfastu, a potem jadę do Drumahoe do domu Sinead, i zostawiam cały ten szajs za sobą. Sinead mnie nie wyrzuci, jestem córką jej zmarłej siostry, a poza tym urodziłam się w Irlandii, jestem chyba obywatelką, więc jeśli będą chcieli mnie odebrać, niech próbują. Jadę wzdłuż kanałów, bo tu nikt nie będzie mnie szukać. Mam przewodnik po trasach rowerowych północnozachodniej Anglii, potrafię nazwać wszystkie rzeki i wsie, które minę, mogłabym jechać z zamkniętymi oczami. Telefon zostawiłam, więc nie będą mogli mnie namierzyć, kiedy już się zorientują, że nie ma mojego roweru; pewnie będą szukali na drogach, barany, a ja będę nad kanałami. Wszystko sprawdziłam w internecie i wyczyściłam historię przeglądania. Zanim się ogarną, będę w połowie drogi do Irlandii.

Na ścieżce jest ciemno, ale mam porządną latarkę po mamie. No i nie pada. Bezchmurna noc. Ćmy brzęczą wokół rowerowej lampki, ziemia jest sucha. Kiedy mijam linię drzew i wyjeżdżam z miasteczka, prawie wybucham śmiechem. Przyspieszam, a potem zwalniam, żeby przejechać pod mostkiem, księżyc jest ogromny. Naprawdę jasny, pięknie odbija się w wodzie. Chyba dlatego nie zauważam, że w krzakach ktoś siedzi, do momentu, kiedy staje tuż przede mną. Wjeżdżam w niego, wypadam ze ścieżki, on chwyta rower, a ja uczepiam się jego ramienia. Trzyma mnie za plecak, rower wisi nad kanałem.

– Proszę – mówi mężczyzna.

Puszczam go i wpadam do wody, cholera, jeszcze mnie zgwałci i zamorduje. Jest wysoki, brodaty i cuchnie, a ja walczę w wodzie z rowerem, który mnie przygniata, i ubraniami. Macham nogami, próbuję płynąć, kanał wcale nie jest głęboki, ale jestem przerażona.

– Mamy psa! – krzyczę, podciągam się w sitowie i uciekam. Buty mam przemoczone, dżinsy też, nie oglądam się za siebie aż do pól przy Cooper’s Ridge. Ścieżka jest prosta, nie ma gdzie się ukryć, nie mogę oddychać, gardło mnie boli, zaraz będę mieć atak. Ale nie słyszę mężczyzny, więc się zatrzymuję, pochylam do kolan i próbuję nasłuchiwać pomimo głośnego oddychania.

Był strasznie włochaty, pojęcia nie mam, dlaczego siedział w krzakach.

Jeśli chciał kogoś zamordować, to dlaczego na wsi? Kretyński pomysł, nie da się znaleźć nikogo do zamordowania na wsi w środku nocy.

Jestem przerażona, brak mi tchu, marznę, ale kiedy się oglądam, dostrzegam go w blasku księżyca w tym samym miejscu, w którym w niego wjechałam. Siada, a ja próbuję odliczać, żeby uspokoić oddech. Przychodzi mi na myśl, że może to nie jest morderca, że to ja zrobiłam mu krzywdę tym rowerem i skończę w więzieniu.

Jestem za młoda na więzienie.

Ale…

Zerwał ze mnie plecak.

Nie mam roweru.

Mój oddech zwalnia.

Nie jest idealnie.

Ale na pewno lepiej.

Nie wiem, co mam robić.

Stoję więc i patrzę, a mężczyzna się nie porusza, sięgam do nerki, wyciągam scyzoryk i żałuję, że nie wzięłam większego noża, tego z kuchni, ale, Boże, nie sądziłam, że się przyda. Rozkładam największe ostrze i powoli skradam się przez sitowie.

– Ej – mówię. – Ej, ty.

Mężczyzna kuca nad brzegiem kanału i mruży oczy, ma na sobie tylko koc. Chyba jest bezdomny, ale bezdomny też może być mordercą. Jedyne źródło światła to księżyc. Mężczyzna ma brodę, zmierzwione włosy i błyszczące oczy. Albo otworzył mój plecak, albo zamek sam się rozsunął, kiedy mnie złapał, i teraz wszystkie moje zapasy leżą na ziemi.

Chowa je do środka.

Boję się, ale jestem też coraz bardziej wściekła, bo to moje cholerne jedzenie, a on je ukradł. Dlaczego go dotyka i gdzie jest mój cholerny rower? No, w wodzie. Zaczynam krzyczeć: „Oddaj mi plecak!” i „Mam nóż!”, i „Dźgnę cię, do cholery, jeśli się ruszysz, choćby się ruszysz!”, a on wrzuca jedzenie do plecaka, chowa się w krzaki i kiwa głową. Raz po raz powtarza „przepraszam”, jego głos jest głęboki, brzmi obco, a ja sięgam po moje rzeczy. Przemykam obok nieznajomego, szaleńczo wymachując nożem, a kiedy staję od strony wioski, zaczynam rozumieć, że mężczyzna mnie nie złapie, jeśli wrócę do domu.

Wrócę, ale jestem cała mokra, i miałam plan. Teraz nie mam roweru i jestem przerażona, najpierw muszę coś powiedzieć. Odwracam się więc:

– Jak się nazywasz? Jak się, do cholery, nazywasz?

Kucający w błocie mężczyzna podnosi na mnie wzrok i odpowiada:

– Jezus.

– Jezus? Jezus, cholerny Jezus, jak ten Jezus Jezus?

Potakuje.

– No to, cholerny Jezusie, zniszczyłeś mój rower. Wisisz mi nowy, dupku.

A on na to:

– Przepraszam, przepraszam.

A mnie się przypomina, że mój nóż wcale nie jest jakiś szczególnie duży, przyciskam więc do siebie plecak i odchodzę, nie odwracam się za siebie i nie biegnę, ale kiedy staję na moście, zaczynam płakać, choć nikt za mną nie idzie. Tylko jedno mi pozostało: wrócić do domu i spróbować ponownie, ale bez roweru nie zdołam podróżować wzdłuż kanałów. Świat znów wymyka mi się spod kontroli, oddech się rwie. Próbuję go opanować i wracam do Glasson, trzęsę się z zimna, pokój wokół mnie wiruje, kiedy chowam mokre ubrania w torbie pod łóżkiem, zakładam piżamę, kładę się i całą wieczność czekam na sen.
(…)

Eoghan Walls „Ewangelia według Orli”
Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy
Wydawnictwo: Bo.wiem
Liczba stron: 224

Opis: Po śmierci mamy Orla próbuje wydobyć się z rozpaczy za pomocą map, przewodników rowerowych i list zakupów, podczas gdy jej dom pogrąża się w dusznej żałobie. Nastolatka ma dość bezradności ojca, dość roli „dzielnej dziewczynki”. Udaje, że wszystko jest w porządku, ale potajemnie planuje ucieczkę z domu w desperackiej próbie odzyskania świata, który miał sens. Na jej drodze staje nieznajomy o nadprzyrodzonych zdolnościach, podający się za Jezusa, a Orla wciąga go w szaleńczy rajd przez północną Anglię. Chce wymusić na nim cud.

Eoghan Walls splata realizm magiczny z dynamiką powieści drogi. Pisze w rytmie emocji bohaterki, oddając rwany oddech i histeryczny śmiech – jedyną dostępną jej formę płaczu. „Ewangelia według Orli” to poetycki, pełen czarnego humoru zapis buntu wobec spraw ostatecznych. To opowieść o utracie, która zadaje pytanie: jak daleko trzeba uciec i w co uwierzyć, by zaznać pocieszenia?

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek