banner ad

Nowy przekład powieści „Mieć i nie mieć” Ernesta Hemingwaya. Przeczytaj przed premierą fragment książki

21 maja 2026

27 maja Wydawnictwo Marginesy opublikuje „Mieć i nie mieć” Ernesta Hemingwaya w nowym przekładzie i z posłowiem tłumacza Jana Dzierzgowskiego. Czwarta powieść w dorobku pisarza rozgrywa się w Key West na Florydzie w czasie wielkiego kryzysu i prohibicji. Miejscowy rybak Harry Morgan zarabia na życie, zabierając ludzi na wyprawy wędkarskie. Jego łódź służy jednak również do przemytu broni i alkoholu. W końcu sytuacja zmusza go do podjęcia ryzykownej gry, która może kosztować go życie. Na motywach powieści nakręcono kilka adaptacji, w tym głośny film z Humphreyem Bogartem i Lauren Bacall w rolach głównych. Poniżej przeczytacie fragment nowego tłumaczenia książki.

Wiecie, jak to jest wczesnym rankiem w Hawanie, kiedy menele nadal śpią oparci o ściany budynków, a na ulicach nie pojawiły się jeszcze wozy dostarczające lód do barów? No więc tak, przecięliśmy plac, idąc z kei do Café de la Perla de San Francisco, żeby się napić kawy, a na placu był tylko jeden żebrak i akurat żłopał wodę z fontanny. Kiedy jednak weszliśmy do kawiarni, tamtych trzech już na nas czekało.

Usiedliśmy, a jeden z nich podszedł do nas.

– No i? – zapytał.

– Nie mogę – powiedziałem mu. – Zrobiłbym to nawet za darmo, ale mówiłem ci już wczoraj wieczorem, że nie mogę.

– Podaj cenę, zapłacimy.

– Nie o to chodzi. Po prostu nie mogę, i tyle.

Podeszli do nas jego dwaj kumple, stali tylko i wyglądali na smutnych. Całkiem przystojne były z nich chłopaki, naprawdę chętnie wyświadczyłbym im przysługę.

– Tysiąc od łebka – zaproponował ten, który dobrze mówił po angielsku.

– Tym bardziej żałuję – powiedziałem mu. – Ale mówię szczerze, nie mogę.

– Po wszystkim, kiedy sytuacja się zmieni, nieźle na tym skorzystasz.

– Wiem. Jestem po waszej stronie. Ale nie mogę.

– Dlaczego?

– Dzięki tej łodzi zarabiam na życie. Stracę łódź, stracę utrzymanie.

– Za pieniądze od nas kupisz sobie nową.

– Nie w więzieniu.

Pewnie sądzili, że po prostu trzeba mnie jeszcze pourabiać, bo facet nie odpuszczał.

– Dostaniesz trzy tysiące dolarów, poza tym skorzystasz w przyszłości. Pamiętaj, niedługo przyjdą zmiany.

– Posłuchaj – powiedziałem – nie obchodzi mnie, kto jest tutaj prezydentem. Ale nie zabieram do Stanów niczego, co umie mówić.

– Myślisz, że będziemy gadać? – odezwał się jeden z tych, którzy dotąd milczeli. Był zły.

– Powiedziałem: niczego, co umie mówić.

– Masz nas za lenguas largas?

– Nie.

– Wiesz, co to lengua larga?

– Tak. Gość z długim językiem.

– A wiesz, co robimy z takimi gośćmi?

– Nie bądź taki twardziel – powiedziałem. – To wyście się do mnie zwrócili. Niczego wam nie proponowałem.

– Zamknij się, Pancho – powiedział do rozgniewanego ten, który rozmawiał ze mną wcześniej.

– On twierdzi, że będziemy gadać – odparł Pancho.

– Słuchaj – powtórzyłem. – Mówiłem, że nie przewożę niczego, co umie mówić. Alkohol nie mówi, baniaki z paliwem nie mówią. Są jeszcze inne rzeczy, które nie mówią. Natomiast ludzie mówią.

– A Chińczycy? – spytał Pancho złośliwie.

– Mówią, ale nie rozumiem ani słowa – odpowiedziałem.

– Czyli się nie zgadzasz?

– Tłumaczyłem wam już wczoraj wieczorem: nie mogę.

– A będziesz gadał? – spytał Pancho.

Jedno nieporozumienie i zrobił się nieprzyjemny. Pewnie była to też kwestia rozczarowania. Nie odpowiedziałem.

– Nie jesteś lengua larga, co? – spytał, nadal wstrętnym tonem.

– Nie wydaje mi się.

– Co to ma znaczyć? Grozisz mi?

– Słuchaj – powiedziałem – nie bądź taki twardziel z samego rana. Nie wątpię, że poderżnąłeś mnóstwo gardeł, ale ja nawet jeszcze nie wypiłem pierwszej kawy.

– Taki jesteś pewny, że podrzynam gardła?

– Nie – odpowiedziałem. – I nic mnie to nie obchodzi. Nie potrafisz rozmawiać o interesach bez wkurzania się?

– Teraz akurat jestem wkurzony – powiedział. – Chętnie bym cię zabił.

– Do cholery – odparłem – lepiej już przestań tyle gadać.

– Starczy, Pancho – odezwał się ten pierwszy. Potem zwrócił się do mnie: – Bardzo mi przykro. Liczyłem, że nas zabierzesz.

– Mnie też jest przykro, ale nie mogę.

Cała trójka ruszyła do drzwi, patrzyłem, jak wychodzą. Przystojne były z nich chłopaki, nosili dobre ubrania; żaden nie miał kapelusza, wyglądali, jakby mieli dużo pieniędzy. W każdym razie obiecywali duże pieniądze i mówili angielszczyzną Kubańczyków, którym nie brakuje forsy.

Dwóch wyglądało na braci, trzeci, Pancho, był trochę wyższy, ale w sumie ten sam typ chłopaka. No wiecie, szczupły, dobrze ubrany, lśniące włosy. Chyba trochę zgrywał ostrego. Chyba był bardzo zdenerwowany.

Kiedy wyszli i ruszyli w prawo, zobaczyłem samochód z zamkniętym dachem, jechał przez plac w ich stronę. Najpierw poszła szyba w oknie kawiarni i pocisk wbił się w rząd butelek w gablocie przy ścianie po mojej prawej. Usłyszałem karabin i – bop, bop, bop – butelki wzdłuż całej ściany eksplodowały.

Wskoczyłem za bar po lewej i zza jego krawędzi obserwowałem, co się dzieje. Samochód stał, kucnęło przy nim dwóch gości. Jeden miał Thompsona, drugi strzelbę z odpiłowaną lufą. Ten z Thompsonem był czarny. Jego kumpel miał na sobie jasny płaszcz szoferski.

Zobaczyłem, że jeden z chłopaków leży z rozrzuconymi rękami na chodniku pod dużym, potłuczonym oknem, twarzą do ziemi. Dwaj pozostali ukryli się za wozami z zimnym piwem Tropical stojącymi przed wejściem do baru Cunard, który znajdował się tuż obok kawiarni. Jeden z koni ciągnących wozy upadł, zaplątał się w uprząż i wierzgał, drugi majtał łbem jak szalony.

Pierwszy z chłopaków strzelił zza wozu, kula odbiła się rykoszetem od chodnika. Murzyn z Thompsonem prawie wtulił twarz w bruk ulicy i pod podwoziem auta posłał serię prosto w wóz, i, proszę bardzo, chłopak oberwał, upadł na chodnik, jego głowa wylądowała na krawężniku. Wierzgał, zasłaniał głowę rękami, a szofer walnął do niego ze strzelby, podczas gdy Murzyn załadował nowy magazynek, ale odległość była za duża i kawałki śrutu poznaczyły tylko cały chodnik jak srebrne krople.

Drugi z chłopaków chwycił trafionego za nogi i wciągnął za wóz, a ja zobaczyłem, że Murzyn znów przywarł do ziemi, żeby posłać kolejną serię. W tej samej chwili mój kumpel Pancho wyskoczył zza wozu i przyczaił się za koniem, tym, który nadal stał. Potem się zza niego wyłonił, z twarzą białą jak brudne prześcieradło, i z wielkiego Lugera udało mu się położyć kierowcę; trzymał broń w obu rękach, żeby lepiej celować. Dwa razy strzelił ponad głową Murzyna, trzeci strzał poszedł zbyt nisko.

Trafił w oponę, uchodzące z niej powietrze wzbiło nagle kurz z ulicy i wtedy, z trzech metrów, Murzyn postrzelił Pancha w brzuch z Thompsona, chyba ostatnim pociskiem, bo zaraz zobaczyłem, że odrzucił broń, a stary Pancho usiadł z impetem na ziemi i przechylił się w przód. Próbował się dźwignąć, wciąż trzymał Lugera, ale głowa opadła mu na pierś i już nie dał rady jej podnieść, a tymczasem Murzyn sięgnął po strzelbę leżącą przy kole auta i odstrzelił Panchowi pół czaszki. Nie byle Murzyn.

Pociągnąłem szybko z pierwszej otwartej butelki, którą zobaczyłem, nie potrafiłbym wam powiedzieć, co w niej było. Z powodu całej tej sytuacji zrobiło mi się nieprzyjemnie. Wymknąłem się od tyłu przez kuchnię. Trzymałem się z dala od placu, ani razu nie obejrzałem się na tłum, który szybko gęstniał przed kawiarnią, minąłem bramę, dotarłem do portu i wszedłem na pokład.

Facet, który czarterował ode mnie łódź, już na niej czekał. Opowiedziałem mu, co się stało.

– Gdzie Eddy? – spytał Johnson, czyli facet, co nas czarterował.

– Nie widziałem go, odkąd zaczęła się strzelanina.

– Myśli pan, że jest ranny?

– Pewnie, że nie. Mówiłem, w kawiarni oberwała tylko gablota z alkoholem. Na samym początku, jak za ich plecami pojawił się samochód. Wtedy kiedy zastrzelili tego pierwszego przed oknem. Podjechali pod takim kątem…

– Skąd ta pewność? – spytał.

– Patrzyłem, co się dzieje – wyjaśniłem mu.

Właśnie w tej chwili podniosłem głowę i zobaczyłem Eddy’ego, który szedł keją, wysoki, bardziej niechlujny niż kiedykolwiek. Każdy jego staw wydawał się wykręcony w niewłaściwą stronę.

– O, idzie.

Eddy wyglądał kiepsko. Z rana nigdy nie prezentował się dobrze, ale rzadko kiedy wyglądał tak marnie jak teraz.

– Gdzie byłeś? – spytałem go.

– Na podłodze.

– Widziałeś, co się działo? – zapytał go Johnson.

– Nie rozmawiajmy o tym, panie Johnson – powiedział Eddy. – Niedobrze mi się robi na samą myśl.

– Lepiej się czegoś napij – powiedział mu Johnson, po czym zwrócił się do mnie: – To jak, ruszamy?

– To zależy od pana.

– Jakie będą dzisiaj warunki?

– Mniej więcej takie jak wczoraj. Może trochę lepsze.

– No to ruszamy.

– Jasne, jak tylko będziemy mieli przynętę.

Koleżka od trzech tygodni łowił z nami w Golfsztromie i przez cały ten czas ani razu nie widziałem żadnej forsy z wyjątkiem stu dolarów, które mi dał, żebym uiścił niezbędne opłaty w konsulacie, kupił trochę żarcia i zatankował, zanim przepłynęliśmy na drugą stronę. Ja zapewniałem cały sprzęt, a on czarterował łódź za trzydzieści pięć dolarów dziennie.

Mieszkał w hotelu, codziennie rano zjawiał się na pokładzie. Nagonił mi go Eddy, więc Eddy’ego też musiałem zabierać. Płaciłem mu cztery dolary za dzień.

– Muszę zatankować – powiedziałem Johnsonowi.

– W porządku.

– Będę potrzebował na to trochę pieniędzy.

– Ile?

– Dwadzieścia osiem centów za galon, a powinienem nalać czterdzieści. Wychodzi jedenaście dolarów i dwadzieścia centów.

Wyjął piętnaście dolarów.

– Czy za resztę mam kupić piwo i lód? – spytałem.

– W porządku – powiedział. – Niech pan odliczy od tego, co jestem winien.

Pomyślałem, że od trzech tygodni nie wyjął gotówki, a to trochę długo, ale jeśli był wypłacalny, to co za różnica? Mieliśmy się rozliczać co tydzień, czasami jednak pozwalałem klientowi bawić się cały miesiąc, bo na koniec i tak dostawałem forsę. W sumie nie powinienem, ale na początku cieszyło mnie, że rachunek rośnie. Dopiero przez ostatnie kilka dni zacząłem się trochę niepokoić, ale nie chciałem nic mówić, żeby nie zaczął stroić fochów. Im dłużej chce czarterować, tym lepiej, o ile jest wypłacalny.

– Podać panu butelkę piwa? – spytał, otwierając skrzynkę.

– Nie, dziękuję.

Właśnie wtedy zobaczyłem, że keją idzie Murzyn, który miał odpowiadać za przygotowanie przynęty, i powiedziałem Eddy’emu, żeby szykował się do odbijania.

Murzyn wszedł z przynętą na pokład i odbiliśmy, wypływaliśmy z portu, a Murzyn wziął dwie makrele, przeciągnął hak przez ich pyski i skrzela, rozkroił każdej bok, przeciągnął przez niego łuk haka, przywiązał pyski do przyponu i porządnie przywiązał trzon haka, żeby się nie urwał i żeby ciągnięta przynęta się nie obracała.

To porządnie czarny Murzyn, łebski i ponury, ma stary słomiany kapelusz, a na szyi pod koszulą niebieskie koraliki voodoo. Na pokładzie lubił spać i czytać gazety. Ale umiał naszykować dobrą przynętę i był szybki.

– Pan nie potrafi szykować przynęty, kapitanie? – spytał mnie Johnson.

– Potrafię, proszę pana.

– No to po co panu czarnuch do tej roboty?

– Zobaczy pan, jak tylko ryba zacznie uciekać – odpowiedziałem.

– Co ma pan na myśli?

– Czarnuch jest szybki, szybszy niż ja.

– A Eddy nie da rady?

– Nie, proszę pana.

– Mam wrażenie, że to niepotrzebny wydatek.

Johnson płacił Murzynowi dolara dziennie, a Murzyn chodził każdej nocy na rumbę. Spostrzegłem, że już zrobił się senny.

– Potrzebujemy go – powiedziałem.

Minęliśmy już kutry rybackie na kotwicy przed Cabanas i małe łódki, też na kotwicy, z rybakami, którzy łowili lucjany na kamienistym dnie niedaleko Morro, i poprowadziłem ją dalej, tam gdzie zaczynał się ciemny pas Golfsztromu. Eddy zarzucił dwie duże błystki, a Murzyn przynęty na trzech wędkach.

Było tu płytko, ołowianka dotarłaby do dna, a kiedy zbliżyliśmy się do skraju, zobaczyłem, że woda jest prawie fioletowa i wszędzie tworzą się wiry. Wiała lekka bryza z zachodu, widzieliśmy mnóstwo szybujących ptaszorów, tych dużych z czarnymi skrzydłami, co to kojarzą się ze zdjęciem Lindbergha lecącego nad Atlantykiem.

Te duże ptaszory to najlepszy możliwy znak. Gdzie okiem sięgnąć zobaczylibyście żółte, wyblakłe gronorosty, wskazujące, że prąd jest tu silny, w oddali fruwały też ptaki zajmujące się ławicą małych tuńczyków. Moglibyście zobaczyć skaczące tuńczyki; były malutkie, każdy ważył zaledwie kilka funtów.

– Proszę zarzucać, jak będzie pan gotów – powiedziałem Johnsonowi.

Założył pas i uprząż, po czym zarzucił dużą wędkę z kołowrotkiem Hardy’ego. Miał do dyspozycji sześćset jardów linki trzydzieści sześć. Obejrzałem się i zobaczyłem, że przynęta dobrze się ciągnie za łodzią, a dwie błystki co chwila zanurzają się i wyskakują z wody. Płynęliśmy z odpowiednią prędkością, skierowałem łódź na wody Golfsztromu.

– Proszę trzymać koniec wędziska w uchwycie krzesła – przypomniałem mu. – Wtedy wędka nie będzie panu za bardzo ciążyła. Poza tym niech pan zwolni hamulec kołowrotka, żeby szybko oddawać linkę, jeśli ryba złapie. Bo inaczej, jeśli złapie przy mocnym hamulcu, pociągnie pana ze sobą do wody.

Codziennie musiałem mu powtarzać to samo, ale mi to nie przeszkadzało. Na pięćdziesiąt czarterów najwyżej raz trafi wam się klient, który potrafi łowić ryby. A nawet jeśli potrafi, to i tak co i raz będzie miał głupie pomysły i uprze się na linkę, która nie utrzyma niczego większego.

– Jakie mamy dzisiaj warunki? – spytał.

– Trudno o lepsze – odpowiedziałem. Faktycznie, dzień był ładny.

Oddałem Murzynowi ster, powiedziałem mu, żeby trzymał się na skraju prądu, i wróciłem do Johnsona, który siedział i patrzył, jak jego przynęta kołysze się w wodzie.

– Mam zarzucić kolejną wędkę? – zapytałem go.

– Nie, chyba nie – powiedział. – Chcę sam złapać i wciągnąć moją rybę.
(…)

Ernest Hemingway „Mieć i nie mieć”
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 280

Opis: Jedna z najbardziej niezwykłych książek w dorobku Hemingwaya: krytyka kapitalizmu, powieść sensacyjna i traktat o ludzkiej godności w jednym. Historia człowieka zmuszonego walczyć o siebie i rodzinę w świecie, gdzie „mieć” oznacza przeżyć, a „nie mieć” – zginąć.

Kuba i Floryda czasów wielkiego kryzysu i prohibicji. Harry Morgan zarabia na życie wynajmując swój kuter bogatym turystom. Kiedy oszustwo jednego z klientów pozbawia go źródła dochodu, Harry schodzi na drogę, z której trudno zawrócić: przemyt alkoholu i ludzi, kolejne niebezpieczne kursy i coraz bardziej desperackie decyzje.

Hemingway łączy tu własne doświadczenia i obserwacje społeczne z surowym realizmem. Zderza luksus przyjezdnych z nędzą mieszkańców Key West, pokazując ludzi twardych, nieidealnych, toczących boje o każdy dzień. To brutalna proza o granicach wytrzymałości, męstwie i systemie, który zawodzi tych, których powinien chronić.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek