Nowe tłumaczenie powieści „Ćpun” Williama S. Burroughsa już w księgarniach. Przeczytaj fragment książki

29 stycznia 2026

Filia opublikowała głośny debiut Williama S. Burroughsa w nowym przekładzie. „Ćpun” to pisana surowym stylem opowieść o człowieku, który zmaga się z uzależnieniem od morfiny i heroiny, regularnie łamie prawo i dopuszcza się aktów okrucieństwa. Autor sam przyznał, że jego celem było „jak najściślej, w prostych słowach” zrelacjonować własne doświadczenia. Wydana po raz pierwszy w 1953 roku powieść do dziś budzi kontrowersje. W grudniu 2025 roku trafiła w Białorusi na listę książek zakazanych, na której znajdują się „publikacje mogące zaszkodzić interesom narodowym kraju”. W Polsce możemy ją właśnie przeczytać w nowym przekładzie Teresy Tyszowieckiej, a poniżej publikujemy fragment.

Cena kapsułki z herą dochodziła już do trzech dolarów za sztukę, a żeby przetrwać dzień, potrzebowałem, lekko licząc, trzech sztuk. Brakowało mi forsy, więc razem z Royem „zeszliśmy pod ziemię”. Jeździliśmy metrem, stojąc na czatach przy obu końcach wagonu, dopóki któryś z nas nie wypatrzył śpiącej na ławce „padliny”, a wtedy wysiadaliśmy z pociągu. Stawałem przed ławką z gazetą i osłaniałem Roya, który szperał po kieszeniach pijanego. Szeptem wydawał mi polecenia: „bardziej w lewo, za daleko, ciutkę w tył, stop”, a ja przesuwałem się tak, żeby go osłaniać. Zdarzało nam się przyjść za późno i ochlejtus leżał z wybebeszonymi kieszeniami.

Kradliśmy też w wagonach. Siadałem obok pijaczka i rozkładałem gazetę, a Roy sięgał za moimi plecami i gmerał mu w kieszeniach. Gdyby gość się zbudził, widziałby, że mam obie ręce zajęte. Średnio wyciągaliśmy dziesięć dolców na noc.

Typowa nocka wyglądała mniej więcej tak: Stawaliśmy do roboty koło jedenastej wieczór, wsiadając na Times Square do pociągu linii IRT w kierunku przedmieść. Na Sto Czterdziestej Dziewiątej wyczaiłem denata, więc wysiedliśmy. Sto Czterdziesta Dziewiąta jest wielopoziomową stacją, niebezpieczną w naszym fachu z powodu wielu zakamarków, w których mogą się czaić gliny, co więcej, nigdy nie jesteś osłonięty ze wszystkich stron. Z dolnych poziomów możesz ewakuować się tylko ruchomymi schodami.

Podeszliśmy do denata, jakbyśmy go w ogóle nie widzieli. Był w średnim wieku, wsparty o ścianę chrapał donośnie. Roy usiadł obok niego, a ja stanąłem przed nimi z rozłożoną gazetą.

– Trochę w prawo, za daleko, ciutkę w tył, o tak, teraz dobrze – dyrygował mną Roy.

Nagle chrapanie umilkło. Przed oczami przeleciały mi sceny z filmów, kiedy to w trakcie operacji oddech pacjenta nagle się urywa. Poczułem, jak za moimi plecami Roy drętwieje. Pijak wymamrotał coś i poprawił się na siedzeniu. Znów zaczął chrapać. Roy wstał.

– Fajrant – rzucił i szybko przeszedł na drugi koniec peronu. Wyjął z kieszeni zmiętą kupkę banknotów i przeliczył je. Osiem dolców. Dał mi połowę. – Tyle miał w gaciach. Nie udało mi się zmacać portfela. Przez chwilę bałem się, że się zbudzi i nas przyłapie.

Wsiedliśmy w powrotny do centrum. Na Sto Szesnastej wypatrzyliśmy kandydata, ale wstał i poszedł sobie, zanim zdążyliśmy do niego dojść. Jakiś obdartus o rozciągniętych, sflaczałych wargach zaczepił Roya i wdał się z nim w pogawędkę. Okazał się kolegą po fachu.

– Pedryl znów miał trafienie – zaanonsował. – Na Dziewięćdziesiątej Szóstej. Zegarek plus dwie stówki.

Roy mruknął coś i wbił wzrok w swoją gazetę. Tamten wciąż perorował podniesionym głosem.

– Jeden skapował się i pyta mnie, co moja ręka robi w jego kieszeni…

– Co ty wygadujesz, pogięło cię? – warknął Roy i odszedł, mrucząc gniewnie pod nosem. – Kutas ma chyba nierówno pod sufitem. Inna rzecz, że nie ma teraz zbyt wielu speców od tej roboty. Tylko Pedryl, Chart i ten nygus. Wszyscy zazdroszczą Pedrylowi, bo ma dobre trafienia, a jak frajer zaczyna mu się nagle budzić, maca go po udzie, jakby naprawdę był pedziem. Te patałachy ze Sto Trzeciej jojczą: „Cholerny Pedryl”, bo ma imponujące wyniki. Taki z niego pedał, jak ze mnie. A może nawet i nie – dodał po chwili zastanowienia.

Dojechaliśmy do końcowej stacji metra na Brooklynie, nie wypatrzywszy po drodze żadnego pijaczka. W drodze powrotnej trafił się nam jeden, który kimał w wagonie. Usiadłem obok niego i rozłożyłem gazetę. Czułem na swoich plecach rękę Roya. Raz gość obudził się i spojrzał na mnie bykiem, ale widać było wyraźnie, że mam obie ręce zajęte gazetą. Roy udawał, że czyta mi przez ramię. Pijak zasnął z powrotem.

– Lepiej tutaj wysiądźmy – powiedział Roy. – Połaźmy trochę po ulicach. Nie opłaca się jeździć zbyt długo.

Na Trzydziestej Czwartej napiliśmy się kawy z automatu i podzieliliśmy ostatnim łupem. Było tego wszystkiego trzy dolary.

– Kiedy kroisz denata w pociągu – instruował mnie Roy – musisz się dostroić do kołysania wagonu. Jak złapiesz właściwy rytm, to możesz pracować, nawet jak frajer nie śpi. Tego ostatniego robiłem trochę za szybko, dlatego się ocknął. Czuł, że coś jest nie tak, tylko nie wiedział co.

Na Times Square natknęliśmy się na Metro Mike’a. Skinął nam głową, ale nie przystanął pogadać. Mike zawsze pracował w pojedynkę.

– Podskoczmy do Queens Plaza i przesiądźmy się na linię Independent – zaproponował Roy. – Independent zatrudnia własnych ochroniarzy, ale nie noszą spluw, tylko pałki. Jakby cię któryś złapał, postaraj się wyrwać i w nogi.

Queens Plaza to jedna z tych niebezpiecznych stacji, gdzie zawsze jesteś widoczny z którejś strony. Musisz czekać na odpowiednią chwilę. Kirus spał wyciągnięty na ławce, ale nie mogliśmy ryzykować, bo za dużo osób kręciło się w pobliżu.

– Poczekamy trochę – powiedział Roy – ale jest taka zasada, żeby przepuszczać góra trzy pociągi. Jeśli przez ten czas nie trafi się stosowna chwila, trzeba sobie odpuścić, choćby obiekt wyglądał bardzo obiecująco.

Z wagonu wysiadło na peron dwóch młodych żuli, taszcząc między sobą pijaczka. Usadzili go na ławce, potem obcięli wzrokiem nas obu z Royem.

– Lepiej go przeflancujemy na drugą stronę – stwierdził jeden.

– Nie wolisz wziąć go tutaj? – podsunął Roy.

Tamten udawał, że nie rozumie.

– „Wziąć” go? Co przez to rozumie nasz zboczony kolega?

Dźwignęli swojego pijaczka i przenieśli na drugą stronę torów.

Roy podszedł do naszego denata i wyjął mu z kieszeni portfel.

– Nie ma czasu się patyczkować.

Portfel był pusty. Roy upuścił go na ławkę.

– Wyjmij łapy z jego kieszeni! – wrzasnął z drugiej strony torów jeden z żuli. Ryknęli śmiechem.

– Pieprzone gnojki – warknął Roy. – Jak dorwę któregoś na linii West Side, zrzucę gówniarza na szyny.

Jeden ze szczeniaków podszedł do Roya, żądając swojej działki.

– Był goły. Serio – zaczął tłumaczyć Roy.

– Widziałem, jak mu zajumałeś piter.

– Nic w nim nie było.

Podjechała kolejka i wsiedliśmy, zostawiając żula, który nie zdążył się zdecydować, czy grać z nami twardo, czy nam odpuścić.

– Pieprzone szczeniaki myślą, że to żarty. Raczej nie będzie im do śmiechu, jak trafią na Wyspę z paragrafu 5.29 – zżymał się Roy.

Mieliśmy kiepską passę.

– Takie jest życie – zakonkludował Roy. – W jedną noc wyciągasz sto dolców, a w inną – guzik.

Którejś nocy zeszliśmy do metra na Times Square. Przed nami szedł, zataczając się lekko, krzykliwie ubrany mężczyzna. Roy przyjrzał mu się uważnie.

– Zajebiście dobry frajer – orzekł. – Zobaczmy, dokąd pojedzie.
(…)

William S. Burroughs „Ćpun”
Tłumaczenie: Teresa Tyszowiecka
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 224

Opis: „Ćpun” to surowa, przejmująca, autobiograficzna relacja z amerykańskiego powojennego podziemia, bezpośrednia kronika życia na marginesie: William Lee prowadzi czytelnika przez szpitalne odwyki i czarne rynki Nowego Jorku, Nowego Orleanu i Meksyku, gdzie, jako heroinista i homoseksualista, opisuje własne doświadczenia z bezlitosną szczerością i antropologiczną precyzją. Surowy, niemal reporterski styl, slang i brak upiększeń tworzą portret uzależnienia jako mechanizmu przetrwania i autodestrukcji. To klasyk amerykańskiej literatury kontrkulturowej, który demitologizuje narkotyczny „romans” i pokazuje jego realną cenę.


Tematy: , , , , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek