Nowa seria kryminalna Izabeli Janiszewskiej. Przeczytaj początek powieści „Zamknięte w lodzie”

Opublikowana nakładem Czwartej Strony powieść „Zamknięte w lodzie” rozpoczyna nową serię kryminalną Izabeli Janiszewskiej, której głównymi bohaterami są Anita Bauer, ambitna technik kryminalistyki rozpoczynająca pracę w wydziale, oraz Maciej Wajda, doświadczony psychotraumatolog. Gdy w zimowym lesie zostaje odnalezione ciało młodej kobiety, rozpoczyna się śledztwo, które powoli odsłania kolejne warstwy kłamstw. Książkę znajdziecie już w księgarniach, a poniżej możecie przeczytać sam jej początek.
Prolog
Na niebie nie było ani jednej chmurki. Śnieg skrzył się w promieniach słońca, jakby ktoś rozsypał na nim garść diamentów, a zapach powietrza przywodził na myśl wolność i świeżość. Marianna Stasiak powiodła wzrokiem po skutej lodem tafli jeziora Świętajno i poczuła, jak w jej brzuchu zaczyna pęcznieć kula szczęścia. W opuszkach palców odezwało się przyjemne mrowienie, na twarzy zagościł uśmiech.
Nauczycielka odwróciła się do drugoklasistów i nakazała, by usiedli na pomoście, a później założyli łyżwy. Z emocji policzki uczniów poczerwieniały jeszcze bardziej niż od uszczypnięć mrozu. Dzieci rzuciły na deski worki i przystąpiły do ściągania obuwia. W niebo wznosiły się radosny gwar i powtarzane co chwilę: „proszę pani, proszę pani”, na które Marianna odpowiadała z większym niż zwykle entuzjazmem. Razem z drugą nauczycielką dwoiły się i troiły, by jak najsprawniej pomóc dzieciom zawiązać łyżwy, a kiedy zdołały okiełznać szesnastoosobową gromadkę, same przygotowały się do wejścia na lód.
– Kto ma ochotę na najlepszą zabawę pod słońcem?! – wykrzyknęła opiekunka, a w odpowiedzi uniosły się ręce stłoczonych na pomoście ośmiolatków.
– Ja, ja! – przekrzykiwali się, wierzgając nogami i niecierpliwie podskakując.
– Nie przepychajcie się – napomniała ich starsza nauczycielka. – Pomożemy wam teraz zejść na lód. Proszę, żeby każdy, kto nie czuje się jeszcze pewnie na łyżwach, przytrzymał się pomostu. I przypominam, że nikt nie odjeżdża, dopóki nie zbierzemy całej grupy.
Kobiety chwytały dzieci w pasie i jedno po drugim, niczym piony na szachownicy, ustawiały na zamarzniętej tafli. Niektórzy z uczniów próbowali już pierwszych ślizgów, inni kurczowo zaciskali palce na przyprószonych śniegiem deskach pomostu. Marianna uniosła drobnego chłopca w niebieskim kombinezonie, lecz kiedy próbowała postawić go na lodzie, ośmiolatek złapał ją mocno za szyję i przywarł do jej ciała.
– Nie chcę – wyszeptał, chowając twarz w jej włosach.
Nauczycielki wymieniły zaniepokojone spojrzenia, a dzieci ucichły i z ciekawością zaczęły śledzić rozwój zdarzeń.
– On się zawsze wszystkiego boi – rzucił najwyższy chłopiec w grupie.
– Pewnie nie umie jeździć – dodała jasnowłosa dziewczynka.
– Nieprawda! – warknął uczeń wciąż wtulony w Stasiak.
Marianna delikatnie oderwała go od siebie, posadziła z powrotem na pomoście, po czym nachyliła się tak, by ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie, i położyła dłoń na szczupłym ramieniu dziecka.
– Co się dzieje, Kubusiu? – zapytała. – Jeśli martwisz się o to, że sobie nie poradzisz, możesz trzymać mnie cały czas za rękę. Co ty na to?
– A co, jeśli lód się pod nami załamie?
– Nic takiego się nie wydarzy. Rozmawiałam dziś z panem strażakiem, a on zapewnił mnie, że pokrywa jest wystarczająco gruba, żebyśmy mogli się świetnie bawić. Poza tym wszyscy będziemy trzymać się blisko, a ja i pani Alicja nie spuścimy was z oczu nawet na sekundę. Obiecuję – dodała, unosząc dwa palce w geście przyrzeczenia.
Twarz ośmiolatka rozchmurzyła się nieco. Chwycił wyciągniętą w jego kierunku dłoń nauczycielki, a później pozwolił postawić się na lodzie. Na bladych ustach wykwitł nieśmiały uśmiech, a stopy obute w łyżwy zaczęły powoli przesuwać się po tafli. Zniecierpliwione czekaniem dzieci uznały to za wystarczającą zachętę i natychmiast ruszyły w ślady kolegi. Ci, którzy mieli już za sobą pierwsze kroki na łyżwach, płynęli po lodzie z niebywałą gracją, natomiast mniej doświadczeni stawiali ostrożne, chwiejne kroki. Pisk mieszał się z odgłosami upadków i wybuchami śmiechu, a ostre słońce rozświetlało zarumienione twarze.
Marianna objęła spojrzeniem wirującą wokół niej gromadkę ubraną w kolorowe kombinezony oraz czapki z pomponami i poczuła się bezbrzeżnie szczęśliwa. Wróciły do niej najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa, gdy razem z siostrami każdej zimy kręciły na lodzie piruety i ćwiczyły skoki. Krew w jej żyłach zaczęła szybciej płynąć. Nie była już bezdzietną trzydziestolatką z pogmatwanym życiem osobistym, tylko dawną Manią, która wierzyła, że wszystko jest możliwe. Odrzuciła głowę do tyłu i zaśmiała się głęboko z trzewi, ale jej radość niemal od razu zagłuszył przerażający krzyk.
Dramatyczne „stój!” przecięło powietrze. Wszystkie dzieci zamarły i odwróciły twarze w stronę, z której dochodził dźwięk. Stasiak puściła dłonie Kubusia, po czym rozejrzała się wokół i dostrzegła drugą opiekunkę, która pospiesznie sunęła w kierunku przeciwległego krańca jeziora. Tuż przed nią po tafli płynęła niezwykle szybka, drobna sylwetka w różowej kurtce i czapce w tym samym kolorze.
– Zatrzymaj się! – zawołała raz jeszcze nauczycielka, której nogi chwiały się już z wysiłku, ale blondwłosa dziewczynka nie zważała na jej napomnienia.
Marianna podążyła wzrokiem za ośmiolatką i dopiero teraz zauważyła, że w miejscu, do którego zmierzała uczennica, na białej połaci lodu widniały ciemniejsze plamy. Świadomość, że patrzy na przeręble, eksplodowała w jej umyśle elektrycznym impulsem. Po kręgosłupie Stasiak popłynął prąd, a w ciało uderzyła fala gorąca. Bez zbędnych wyjaśnień wyrwała przed siebie, rzucając w pośpiechu:
– Nie ruszajcie się stąd!
Dzieci zbiły się w ciasną gromadkę. Ktoś zaczął płakać, ktoś inny nazwał go mięczakiem, ale ona już tego nie słyszała. Kiedy mknęła po lodzie, towarzyszył jej tylko szum pompowanej przez serce krwi. Płozy jej łyżew zgrzytały o lód, a wełniana czapka zsunęła się z głowy i upadła na śnieg. Mięśnie Marianny napięły się w wysiłku, dłonie zacisnęły w pięści. Z jej ust buchały obłoczki pary, na twarzy odmalował się strach. Stasiak pędziła przez Świętajno, skupiona jedynie na tym, by dogonić oddalającą się różową sylwetkę. Z każdą chwilą dystans między nią a dziewczynką się zmniejszał, ale jednocześnie ośmiolatka znajdowała się coraz bliżej ziejących czernią przerębli.
– Stój! – wykrzyknęła nauczycielka w obawie, że zaraz stanie się najgorsze, a wtedy blondynka o długim warkoczu zerknęła za siebie, rzuciła jej wesołe spojrzenie i chichocząc, przyspieszyła, jakby to była najlepsza w świecie zabawa.
Koktajl trwogi popłynął żyłami Marianny. Wyrzut adrenaliny do krwi sprawił, że sunęła teraz po lodzie niczym rozpędzony bojer. W jej myślach błagania mieszały się z przekleństwami. Dziewczynka odwróciła się znów, by popatrzeć na opiekunkę, a kiedy różowa łyżwa przejeżdżała milimetry od krawędzi przerębla, Stasiak odniosła wrażenie, że jej serce przestaje bić i wszystko zwalnia.
Niczym zahipnotyzowana przyglądała się ostrej płozie tańczącej na granicy lodu, jednocześnie nie przestając mknąć w stronę ośmiolatki. Uczennica zachwiała się, jej ciało przechyliło się na bok, ręce bezładnie zawirowały w powietrzu, a rysy ściągnęła panika. Marianna, nie wiedząc, co zrobić, z rozpędu wjechała w dziewczynkę, a wtedy pchnięte z dużą siłą ciało zmieniło trajektorię i zamiast do czarnej wyrwy w lodzie poleciało do przodu. Ośmiolatka z jękiem gruchnęła o lód, boleśnie wykręcając sobie przy tym nadgarstek. Jej okrzykowi towarzyszył drugi, równie przeraźliwy wrzask, pochodzący z ust Stasiak.
Po tym, jak nauczycielka uratowała dziewczynkę przed wpadnięciem do mroźnej gardzieli, sama straciła równowagę i ześlizgnęła się do przerębla. Natychmiast otoczyła ją gęsta ciemność. Jej ciało objął niewyobrażalny chłód. Tysiące maleńkich igiełek wbiło się w skórę, sprawiając, że mózg szalał z niepokoju. Marianna młóciła rękoma wodę, a z jej ust, wraz z niegasnącym krzykiem, wydobywały się bąble tlenu.
Jednak tym, co napawało Stasiak największym przerażeniem, nie była wizja nadchodzącej śmierci. Kobieta potrafiła dobrze pływać i w głębi jej ogarniętego paniką umysłu nadal tliła się wiara w to, że zdoła wydostać się na powierzchnię.
Tym, co przepełniało ją strachem, były puste oczy topielców i ich szeroko rozwarte ramiona, za wszelką cenę pragnące zatrzymać ją w odmętach jeziora.
Kilkanaście lat później
1
Anita Bauer obudziła się zmarznięta i niewyspana. Przez całą noc usiłowała owijać się kołdrą, ale zimne powietrze za każdym razem potrafiło znaleźć szczelinę w kokonie z pościeli i dotrzeć do jej ciała zwiniętego w kłębek. Anita zapadała więc w płytki sen, z którego po jakimś czasie wyrywał ją chłód. Przyciągała wtedy kolana do piersi, wtulała głowę w ramiona i ogrzewając dłonie ciepłym oddechem, starała się jeszcze choć na chwilę odpłynąć w niebyt. Były to jednak próby daremne, ponieważ hucznie zapowiadana przez synoptyków Bestia ze Wschodu nie zważała na ludzkie plany. Okrzyknięty tym mianem wyż syberyjski przynosił arktyczne masy powietrza, a wraz z nimi silne mrozy i intensywne opady śniegu, które według prognoz w ciągu najbliższych dni miały sparaliżować ruch na drogach całego kraju.
Niewiele po piątej Anita odpuściła nierówną walkę z żywiołem. Usiadła na łóżku, zarzuciła na plecy kołdrę i otulając nią ramiona, podniosła się z posłania. Świat za oknem wciąż tonął w ciemności. Bauer położyła dłoń na grzejniku i od razu zrozumiała, dlaczego w pokoju panował tak przejmujący ziąb. Kaloryfer w górnej części pozostawał zaledwie letni, natomiast niżej wydawał się wręcz lodowaty. Anita stęknęła, gdy przypomniała sobie, że jakiś czas temu w windzie mignęło jej ogłoszenie o konieczności odpowietrzenia grzejników, ale zajęta pracą i lizaniem ran po zakończonym związku, wyrzuciła tę informację z głowy, uznawszy ją za mało istotną w jej już i tak wystarczająco skomplikowanym życiu.
Zapaliła stojącą przy łóżku lampkę, a kiedy światło rozproszyło mrok sypialni, ruszyła w kierunku szafy z silnym postanowieniem, że nie pozwoli, by pogoda zepsuła jej nastrój. Odnalazła na półce wełniany sweter i grube dresowe spodnie, które w rankingu na najmniej seksowne elementy kobiecej garderoby bez wątpienia zajęłyby jedno z czołowych miejsc, miały jednak tę zaletę, że były niezwykle wygodne i ciepłe, a właśnie tego Bauer teraz potrzebowała. Przycisnęła ubrania do piersi i potarła zaspane oczy. Służbę zaczynała dopiero o ósmej, a to oznaczało, że dzięki wczesnej pobudce zyskała mnóstwo czasu dla siebie. Ożywiona wizją spędzenia go tak, jak tylko zapragnie, włączyła w telefonie playlistę złożoną z energicznych utworów.
Z głośnika poniosły się pierwsze takty „Happy”, a pokój wypełnił głos Pharrella Williamsa. Anita zaczęła podrygiwać do rytmu, czując, jak zesztywniałe mięśnie budzą się do życia. Pospiesznie, tak by chłód nie zdążył zamknąć jej ciała w objęciach, zmieniła ubrania, a później związała miodowe włosy w koński ogon i przeszła do kuchni. Tam nastawiła wodę w czajniku, a następnie sięgnęła po książkę, którą już od dawna chciała przeczytać. Czekając na wrzątek, oparła się plecami o blat szafki, przesunęła spojrzeniem po okładce „The killer of little shepherds” i zagłębiła się w lekturze.
W tle nadal pobrzmiewała muzyka, ale ona już jej nie słyszała. Historia seryjnego mordercy Josepha Vachera, który pod koniec dziewiętnastego wieku siał postrach na terenie francuskich wsi, porwała ją bez reszty. Mówiono, że miał na swoim koncie dwukrotnie więcej ofiar niż jego osławiony kolega po fachu, Kuba Rozpruwacz, ale to nie sylwetka zabójcy fascynowała Anitę najbardziej. Jej uwagę przykuła postać Alexandre’a Lacassagne’a, wybitnego lekarza medycyny sądowej, którego działania doprowadziły do ujęcia zbrodniarza i który stosując innowacyjne na tamte czasy metody pracy, zbudował podwaliny nowoczesnej kryminalistyki.
Opowieść wciągnęła Bauer do tego stopnia, że nie zarejestrowała, kiedy czajnik wyłączył się z charakterystycznym pyknięciem. Nie zauważyła też wschodu słońca ani sypiącego za oknem śniegu, który w czasie, gdy ona przewracała strony książki, zdążył okryć świeżą warstwą białego puchu samochody stojące na parkingu, krzewy i osiedlowe alejki. Anita ocknęła się dopiero wtedy, gdy w kuchni zabrzmiał dzwonek jej telefonu. Niechętnie oderwała wzrok od tekstu i zerknęła na wyświetlacz komórki, gotowa odrzucić połączenie. Jednak gdy dostrzegła nazwisko dzwoniącego, natychmiast odłożyła książkę.
– Tak, aspirancie? – rzuciła do słuchawki, przyciskając smartfon do ucha.
– Ubieraj się, Bauer, jedziesz na trupa. Męczyłaś mnie o to od tygodni, więc wreszcie spełnię twoje życzenie. Za kwadrans chcę cię widzieć w lesie pod Kierszkiem. Wyślę ci SMS-em pinezkę.
Anita zamrugała, niepewna, czy dobrze zrozumiała słowa Janusza Orlika. Zaledwie kilka tygodni temu zyskała zgodę zwierzchników na zmianę wydziału i przeszła z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Po tym, jak ukończyła specjalistyczne szkolenie, wysyłano ją jedynie na mniejsze zdarzenia, takie jak włamania czy kradzieże, dlatego polecenie starszego technika wywołało w niej popłoch.
– Ale… – jęknęła.
– Nie gorączkuj się tak. Na początku będziesz mi tylko asystować. Musisz nabrać doświadczenia, zanim rzucę cię na głęboką wodę.
Twarz Anity rozjaśnił uśmiech.
– Dziękuję, aspirancie.
– Przestań mi aspirantować, tylko rusz dupę i przyjeżdżaj na miejsce. Musimy działać, zanim śnieg przykryje wszystkie ślady.
– Jasne, szefie.
Zamierzała się już rozłączyć, gdy doleciały ją słowa technika:
– Jeszcze jedno, Bauer. Postaraj się udowodnić, że zasługujesz na miejsce w naszej ekipie. Nie chciałbym żałować swojej decyzji, zwłaszcza że nie mam w zwyczaju dawania drugich szans.
Anita poczuła, że jej serce zaczyna szybciej bić. Nie ze strachu, lecz z ekscytacji, bo na ten moment czekała niemal całe życie.
2
Policjantka zaparkowała na końcu łańcucha aut stojących przy ścianie sosnowego lasu. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem zalegającego na nich śniegu, a z nieba spadały maleńkie płatki przypominające pył, który ktoś rozsypywał nad światem. Drobiny lądowały na rozgrzanej szybie, by po chwili zamienić się w krople wody i zniknąć.
Anita podciągnęła suwak kurtki i niechętnie opuściła ciepłe wnętrze samochodu. Chłód niemal od razu wbił w nią ostre zębiska. Kąsał policzki, kark i płatki uszu. Kobieta potarła o siebie dłonie, obserwując, jak wydychane przez nią powietrze przybiera kształt białych obłoczków. W nosie poczuła szczypanie i charakterystyczną ostrą woń, przez wielu uznawaną za zapach mrozu.
Bauer podeszła do bagażnika przy akompaniamencie skrzypiącego pod stopami śniegu, po czym w pośpiechu założyła kombinezon, ochraniacze na buty i maseczkę. Poprawiła wełnianą czapkę, która po tym, jak skurczyła się w praniu, nieustannie zsuwała się z uszu, naciągnęła na nią kaptur kombinezonu, a później chwyciła torbę i ruszyła w kierunku pracującej w lesie grupy oględzinowej.
Kiedy dotarła na miejsce, zatrzymała się przy policyjnej taśmie rozciągniętej między drzewami i wkładając rękawiczki, rozejrzała się wokół. Prokurator Roman Adler, z surowym jak zwykle wyrazem twarzy, dyskutował ze starszym technikiem i lekarzem. Kawałek dalej, przy wąskiej drodze przecinającej zarośla, stała porzucona Skoda z uchylonymi drzwiami, a w głębi lasu, obok terenówki z przyczepką, dwaj policjanci rozmawiali z mężczyznami w czapkach uszatkach i ciemnozielonych kurtkach. Chwilę potem uwagę Bauer przyciągnęły wyraźne ślady butów na śniegu. Na części z nich ktoś, najpewniej któryś z funkcjonariuszy patrolu, położył koc termiczny. W myślach Anita pogratulowała mu roztropności, bo gdyby nie to, świeże opady bez wątpienia utrudniłyby badanie śladów.
Tropy prowadziły od Skody do schowanego między drzewami paśnika wypełnionego sianem. Tuż obok niego, na ziemi, leżało skulone ciało w piżamie, czerwonej kurtce i butach typu EMU. Ciemne włosy ofiary kontrastowały z pokrytym krwią śniegiem, a zwłoki, częściowo osłonięte przez daszek paśnika, otulała cienka warstwa białego puchu. Policjantka skupiła wzrok na bladej twarzy kobiety, jej sinych wargach i płatkach śniegu lądujących na rzęsach. Ten widok przywodził na myśl Królewnę Śnieżkę, smukłą istotę o cerze białej jak mleko i włosach czarnych jak heban, skazaną przez złą królową na wieczny sen.
Martwą kobietę od baśniowej postaci różniło jednak to, że na jej szyi widniało długie, głębokie cięcie, pod jej głową rozpościerała się purpurowa plama i nie było nikogo, kto mógłby przywrócić ją do życia pocałunkiem nawet najszczerszej miłości.
– Nie wiem, nad czym tak dumasz, Bauer, ale chętnie poznam twoje wnioski – dobiegł Anitę zachrypnięty głos starszego aspiranta, Janusza Orlika, który zatrzymał się obok niej. – Co tutaj widzisz?
– Kobieta niedużo po trzydziestce. Zmarła najpewniej na skutek wykrwawienia w wyniku przecięcia tętnicy szyjnej – odparła, przyglądając się nożowi leżącemu nieopodal ofiary.
– Całkiem nieźle. Dokładnie to samo powiedział medyk. Zwrócił też uwagę na liczne powierzchniowe rany cięte na szyi i jedną głębszą dochodzącą aż do naczynia. Na podstawie plam opadowych oraz ze względu na znaczną ilość krwi przy zwłokach można wnioskować, że do zgonu doszło właśnie tutaj. Analiza stężenia pośmiertnego i temperatury ciała sugeruje, że kobieta nie żyje od kilkunastu godzin, ale precyzyjny czas zgonu trudno określić z powodu warunków atmosferycznych.
– Wiadomo już, kto to jest?
– Na razie nie znamy jeszcze jej nazwiska, nie miała przy sobie żadnych dokumentów ani telefonu.
– Zabójstwo czy samobójstwo?
– To się okaże po sekcji, ale stawiałbym raczej na to ostatnie.
– Dość drastyczny sposób odebrania sobie życia jak na kobietę, nie sądzisz?
– Niekoniecznie. Widywałem już takie przypadki. Poza tym nie wiemy, w jakim stanie psychicznym była, zanim to się stało. Osoby, które doświadczają silnego stresu, czasami wybierają najbardziej przerażający sposób pożegnania się ze światem. – Janusz rozłożył dłonie w geście bezradności. – Zwróć uwagę, że na miejscu mamy tylko kilka rodzajów śladów obuwia. Większość należy do naszych, część do tych myśliwych, którzy ją znaleźli, a reszta do niej. Nie było tu nikogo innego.
Siedzący na daszku paśnika kruk zaskrzeczał złowrogo, jakby na potwierdzenie słów policjanta. Orlik uniósł koc termiczny, obrzucił spojrzeniem odcisk buta w śniegu, po czym otworzył walizkę kryminalistyczną i zaczął w niej czegoś szukać. Kiedy tak przeglądał zawartość kufra, pionowa zmarszczka na jego czole z każdą kolejną sekundą pogłębiała się coraz bardziej. W końcu rozeźlony przeklął pod nosem.
– Przydałby się snow print do skontrastowania śladu – zauważyła Anita.
– Ale niestety nie ma go w standardowym wyposażeniu, więc obejdziemy się bez niego.
– Nie musimy. – Aspirantka wyjęła ze swojej torby białą puszkę z czerwoną nakrętką i wręczyła ją technikowi. – To oryginalny produkt. Kupiłam go w sklepie zaopatrującym laboratoria kryminalistyczne – wyjaśniła, gdy mężczyzna nieufnie obracał sprej w dłoni.
– No dobra, spróbujemy – stwierdził w końcu. – Zajmę się tym, a ty na razie będziesz obserwować i opiszesz metryczki śladowe.
Bauer posłusznie skinęła głową. Zdawała sobie sprawę, że jako nowa w zespole techniki kryminalistycznej musi zapracować na zaufanie przełożonego, ale jego słowa i tak ją dotknęły. Nie uważała, by zabezpieczanie i fotografowanie śladów w śniegu wymagało ponadprzeciętnych kompetencji, zwłaszcza że przez ostatnie dni zawzięcie ćwiczyła te umiejętności, co więcej, przeczytała na ten temat sporo opracowań, a Orlik nawet nie dał jej szansy, by pokazała, co potrafi. Westchnęła, pogodzona z losem, i pocieszyła się w duchu, że jeszcze przyjdzie czas, gdy będzie mogła się wykazać.
Janusz odsunął koc termiczny, umieścił aparat na statywie w taki sposób, że oś optyczna obiektywu ustawiona była prostopadle do powierzchni śladu, po czym kucnął, ułożył skalówkę przy odbiciu obuwia i delikatnie spryskał je preparatem. Czerwona farba sprawiła, że detale podeszwy odwzorowane na powierzchni śniegu stały się wyraźniejsze. Falisty wzór, napis „EMU Australia” i numer buta zapisany w systemie australijskim, W7/M6. Policjant nacisnął guzik na pilocie, uruchamiając spust migawki. Rozległo się charakterystyczne klik, a lampa aparatu błysnęła jasnym światłem.
Bauer w ciszy obserwowała jego działania, ale jej umysł nie przestawał analizować tego, na co patrzyła. Wnikliwie przyglądała się grupie śladów wyznaczających trasę od samochodu do ciała ofiary i nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że coś jest z nimi nie tak. Śledziła długość kroku, kąt stawiania stóp i kierunek chodu denatki, a wreszcie nachyliła się, żeby z bliska przyjrzeć się odbiciom obuwia.
– Nie masz wrażenia, że odwzorowanie obrzeża podeszwy wygląda nieco nienaturalnie? Na przykład tutaj? – zapytała, wskazując konkretne miejsce, a wtedy Orlik kucnął przy niej i skrzywił się w zamyśleniu.
(…)
Izabela Janiszewska „Zamknięte w lodzie”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 352
Opis: Świat milknie pod śniegiem, mróz ścina krew w żyłach, a pod nieskazitelną warstwą bieli kryją się najmroczniejsze sekrety. Kiedy w zimowym lesie zostaje odnalezione ciało młodej kobiety, Anita Bauer – ambitna technik kryminalistyki, dla której to jedna z pierwszych poważnych spraw – szybko zaczyna wątpić w oficjalną wersję wydarzeń.
W tym samym czasie Maciej Wajda – doświadczony psychotraumatolog – angażuje się w niepokojącą historię mężczyzny cierpiącego na poważną lukę w pamięci. Gdy tajemniczy pacjent zaczyna podejrzewać, że w czasie, którego nie potrafi sobie przypomnieć, mógł dopuścić się zbrodni, Wajda musi zmierzyć się nie tylko z cudzymi wspomnieniami, ale również z własną przeszłością.
Dwie historie. Jedna tajemnica. I lód, w którym zamknięta jest prawda. Mroczny, nasycony skandynawskim klimatem kryminał o winie, odpowiedzialności i granicach ludzkiego umysłu. Bo czasem najgorszy nie jest ten, kto zabił. Lecz ten, kto pamięta.
TweetKategoria: fragmenty książek















