Nowa powieść autorki „Vernona Subutexa”. Przeczytaj fragment książki „Drogi Dupku” Virginie Despentes

9 września do księgarń trafiła nowa powieść autorki „Vernona Subutexa”, byłej członkini Akademii Goncourtów. W „Drogim Dupku” Virginie Despentes z ciętym humorem i zjadliwością przygląda się współczesnym zjawiskom społecznym. Oscar jest pisarzem oskarżonym przez byłą agentkę o niewłaściwe zachowanie. Pewnego dnia publicznie obraża Rebeccę, legendarną aktorkę u schyłku kariery. Ta nie pozostaje mu dłużna. Choć tę dwójkę dzieli przepaść, nawiązują korespondencję e-mailową i z czasem zaczyna rodzić się między nimi przyjaźń. Pojawia się również trzeci głos: byłej agentki Oscara, Zoé, która opisuje swoją historię w sieci.
„Drogi Dupku” to współczesna wersja powieści epistolarnej, w której listy zastąpiono e-mailami i wpisami na blogu. „Chciałam pokazać męskiego bohatera, który eliminuje alkohol ze swojego życia i zadaje sobie kilka pytań: Co się dzieje? Co to zmienia w moim postrzeganiu męskości? W mojej skłonności do oszukiwania samego siebie?” – wyjaśnia Virginie Despentes. „Chciałam więc sprawdzić, jakie przemyślenia mogą się pojawić, gdy odrzuca się stan upojenia” – precyzuje.
Powieść „Drogi Dupku” ukazała się nakładem Wydawnictwa W.A.B. w przekładzie Beaty Geppert. Poniżej przeczytacie jej fragment.
OSCAR
Nie piszę do ciebie w nadziei, że mnie publicznie wesprzesz. Wrzucenie wspólnego selfika, jak we dwoje jemy gofry na jakimś festynie, nie wystarczy, żeby mi przywrócić blask. Ciebie by to na pewno skompromitowało, a plam na moim honorze by nie zmyło. Nienawidzi mnie połowa ludności tego kraju. To niesprawiedliwe i nikomu tego nie życzę. Dawno temu wpadła mi w oko pewna rzeczniczka prasowa. A teraz ty szukasz mojego nazwiska w Google’u, jakbym gwałcił przedszkolaki.
Piszę do ciebie, bo się czuję śmiertelnie samotny, wszystko straciłem i nie wiem, czego się uchwycić. Piszę do ciebie, bo od dwóch tygodni nie wypiłem ani kropli alkoholu, nie wciągnąłem ani kreski koki, nie zażyłem ecstasy, nie wypaliłem ani pół blanta, nie łyknąłem ani jednego proszka nasennego i czuję się słaby jak dziecko. Piszę do ciebie, bo rozmowa o przeszłości jest przyjemniejsza niż babranie się w codziennym gównie.
Kiedy cię zobaczyłem z daleka na tarasie kafejki przy rue de Bretagne, wychodziłem ze spotkania Anonimowych Narkomanów. Jestem trochę skrępowany, ale się zmuszę, żeby to powiedzieć. Zawsze gardziłem ludźmi, którzy nie lubią czasem ostro się zabawić. Prawdziwi faceci żłopią whisky, palą blanty, popijają syrop z kodeiną i wciągają ścieżki koki szerokie jak belki pod sufitem. Jedzą tłusto, chodzą na siłkę i olewają polityczną poprawność. No i nie załamują się, kiedy jakaś pinda skarży się po dziesięciu latach, że ktoś ją klepnął w tyłek. W niemal żadnej z tych spraw nie jestem prawdziwym facetem. Jestem cherlawy, jem tyle co ptaszek, mam skłonność do hipochondrii i nie mogę spać, kiedy ktoś mi dopieprza na Twitterze. Jedyne męskie zajęcie, w którym byłem naprawdę dobry, to imprezowanie. Nie ma żadnej innej różnicy między mną a jakimś gównianym, tchórzliwym intelektualistą. Bardziej, niż chciałem się do tego przyznać, hołubiłem swoją tożsamość politoksykomana. W pewnym sensie nic więcej dla siebie nie miałem.
Instynktownie jednak wiem, że muszę się trzymać w karbach. Sam nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Kiedy wracam myślami do przeszłości, a robię to na okrągło, zawsze dochodzę do tej samej sceny finałowej. Wracam do domu i wiem, że moja jedyna szansa na przeżycie to przestać imprezować.
O sprawie Me Too dowiedziałem się kilka tygodni wcześniej, zanim to ruszyło. Spotkałem Katelle, wydawczynię, która towarzyszyła jakiemuś powieściopisarzowi do Maison de la Radio. Minęliśmy się przy wejściu, jak wyjmowała z kieszeni metalowe przedmioty. Na ich widok zadałem sobie pytanie, czy oni się bzykają. Jak na pisarza facet całkiem nieźle wyglądał. Bretończyk z niebieskimi oczami, nieco w typie marynarza. Jeśli nic między nimi nie było, po co mu towarzyszyła do rozgłośni France Culture?
Czekaliśmy na windę, a ona zaproponowała, żebym się z nią spotkał w Bar des Ondes naprzeciwko. Chwilę wcześniej w jakiejś audycji czytałem fragmenty jednej z książek Calaferte’a. Zawsze się do mnie zwracają, kiedy jakiś autor ma proletariackie korzenie. Czyli rzadko. Tego wieczoru nie miałem nic szczególnego do roboty, powiedziałem więc, że jasne, poczekam, choć przeczuwałem problem. Trochę się z Katelle znamy, spotkaliśmy się parokrotnie na targach książki na prowincji i należeliśmy do tej samej ekipy lubiącej sobie chlapnąć. To jedna z zalet alkoholu – człowiek musi być wybitnym dupkiem, żeby po paru głębszych nie wydawał się sympatyczny. Czyli dobrze się z nią rozumiemy, ale nie na tyle, żeby iść na kawę tylko we dwoje. Jej zaproszenie zaintrygowało mnie. Mało prawdopodobne, żeby chciała ze mną pójść do łóżka, była poza moim zasięgiem. Wszystkie jej romanse dotyczyły facetów z pierwszych stron gazet, ministrów, znanych dziennikarzy telewizyjnych… Żebym mógł śnić o jej bzyknięciu, musiałbym co najmniej dostać Nagrodę Goncourtów. Swoją drogą, myśl o seksie z Katelle wydała mi się bardzo podniecająca. Podczas Targów Powieści Kryminalnej w Lyonie stwierdziłem, że pod luźnymi, starannie dobranymi ciuchami skrywa wspaniałe cycki. Tym wspanialsze, że ukryte, bo to jednak dość rzadkie: laska z figurą seksbomby, która robi wszystko, żeby nie było tego widać. Czekałem więc na nią, ale bez żadnych złudzeń. Pomyślałem, że może chce, żebym napisał przedmowę do jakiejś książki, której autor opisuje swoje doświadczenia z pracy w fabryce.
Dobrze znam Bar des Ondes. To tam się zawsze czeka, kiedy człowiek przyjdzie przed czasem. Albo się wpada po audycji, która źle wyszła, żeby odzyskać siły, zanim się wsiądzie do taksówki. Przyszła Katelle. Przez chwilę milczała, spoglądając przez szybę na jadące ulicą samochody i rowery, aż w końcu powiedziała – tak jak się upuszcza ciężką torbę, oddając ją właścicielowi:
– Zastanawiałam się, czy ci o tym w ogóle mówić, ale lubię cię, a plotka zatacza coraz szersze kręgi. Może zresztą już wiesz?
Po mojej minie zorientowała się, że nie mam pojęcia, o co chodzi. Mówiła więc dalej:
– Pamiętasz Zoé, swoją pierwszą rzeczniczkę prasową?
Bez namysłu powiedziałem, że tak, nie widziałem w tym niczego krępującego.
– Jasne. Uwielbiałem ją. Zrobiła genialną robotę przy mojej książce.
Widziałem, że Katelle jest zmartwiona.
– Nie pracuje już w branży wydawniczej. Założyła bloga, ma dużo followersów. Jest feministyczną influencerką w mediach społecznościowych.
„No i dobrze, tylko co mnie to obchodzi”, pomyślałem. Powinienem był rozkoszować się tą chwilą, gdyż był to ostatni raz, kiedy na słowo „feministyczny” nie przeszedł mnie zimny dreszcz.
– Niczego jeszcze nie opublikowała. Ale coś szykuje. No wiesz, ta fala Me Too… Nie da się ukryć, że w branży wydawniczej jesteśmy w tej kwestii do tyłu.
Spokojnie jej słuchałem, nadal przekonany, że to, co ma mi do powiedzenia, dotyczy kogoś innego. Kogoś, kto narobił jakichś głupot. W naszym środowisku było wiele krępujących incydentów. Zorientowałem się, że Katelle czeka, aż coś powiem. Chyba wybełkotałem jakiś banał w rodzaju: „To ważne, żeby ludzie ze sobą rozmawiali”, a do niej dotarło, że nie rozumiem, do czego zmierza.
– Oscarze, ona chce opisać waszą historię.
Wybuchnąłem śmiechem. Jeśli ktoś z nas dwojga mógł się na coś skarżyć, to przepraszam, ale raczej ja. Nie miałem ochoty się upokarzać, wracając do tamtej smętnej sprawy, ale swego czasu byłem w Zoé dziko zakochany. I nieszczęśliwy jak diabli, bo mnie bezapelacyjnie odrzuciła. Ta sprawa to historia mojego życia – wszędzie widzę bratnie dusze spoglądające na mnie jak na ohydnego robaka, który przez pomyłkę wpadł do ich filiżanki herbaty. Katelle zabrała się więc do wyjaśniania. To, co Zoé miała zamiar nazwać agresją, to fakt, że podrywałem ją trochę namolnie. Między oddaniem książki do wydawnictwa a jej opublikowaniem, czyli maksimum przez trzy miesiące. Nigdy nie próbowałem do niczego jej zmuszać. Jestem spokojnym facetem, a przede wszystkim nawykłym do bycia odrzuconym. Nie trzepię konia pod stołem, nie paraduję w samym szlafroku po korytarzach prowincjonalnych hoteli i nie przyciskam dziewczyn do ściany, o ile wyraźnie mnie o to nie poproszą. Nigdy nie posunąłem się dalej niż do poszukiwania jej ust w chwili, kiedy się żegnaliśmy. Uważałem ją za zachwycającą, uwielbiałem spędzać z nią czas. Czy zakochałem się w dziewczynie, która mnie nie chciała? Jak najbardziej. Czy ją molestowałem, upokarzałem, próbowałem złamać? W żadnym razie. Lecz tego wieczoru dowiedziałem się, że Zoé od miesięcy narzeka, że rozwaliłem jej „karierę”.
Katelle dała znak kelnerowi, kręcąc palcem nad naszymi szklaneczkami. Była wkurzona. Nie zareagowałem zgodnie z jej oczekiwaniami. Negowałem fakty. Powiedziała:
– Oscarze, problem polega na tym, że kupa ludzi pamięta, co się wtedy stało. Zoé dużo płakała, zwierzała się dziennikarzom, innym rzeczniczkom prasowym, ludziom z branży… A ponieważ dalej tak nie mogło być, musiała odejść z wydawnictwa. Ciebie wydawca by nie wywalił, bo twoja książka okazała się sukcesem. Zoé była dobrą rzeczniczką prasową, ale nie znalazła nikogo, kto by ją zatrudnił. I opowiadała o tym wszystkim na prawo i lewo. Kiedy opublikuje ten swój tekst przeciwko tobie, jej wersja faktów zostanie uznana za prawdziwą.
Powiedziałem:
– Niezbyt dobrze pamiętam, na jakich warunkach odeszła. Ale nigdy nie widziałem, żeby płakała.
Ton Katelle zaostrzył się.
– Piłeś jak szewc na cześć swojego zwycięstwa. I nie tylko piłeś. Oczywiście, że niczego nie pamiętasz. Ale ona opowiadała. Któregoś wieczoru dopadłeś ją w jej gabinecie, grożąc samobójstwem, jeśli sprawy nie pójdą po twojej myśli. Ona uciekła. Oscarze, ona uciekła, a ty wrzeszczałeś jakieś plugastwa. Cała firma to widziała.
Niczego takiego nie zrobiłem. W każdym razie nie pamiętam. Problem polega na tym, że ta historia budzi we mnie taki wstyd, że wiele rzeczy nie przedostaje się na poziom świadomości. Nie wstydzę się, że chciałem ją do czegokolwiek zmusić. Ale wstyd mi, że jej powiedziałem, że jestem w niej szaleńczo zakochany, a ona to olała. To scenariusz, do którego zdążyłem przywyknąć, bo dziewczyny na mnie nie lecą. Nie byłem w stanie powstrzymać Katelle przed zamówieniem trzeciego drinka.
– Ciągną się za tobą różne brzydkie sprawki. Mnie to wisi, ile razy mówiłeś publicznie, że mam fantastyczne cycki. Ale dzisiaj takie rzeczy już nie przechodzą.
Miałem dość słuchania tej pindy. Prawdę mówiąc, ona się rozkoszowała tym, co mnie spotkało. Me Too to zemsta dziwek. Chwila, kiedy już nie można było nie słuchać tego, co miały do powiedzenia, a plotły tylko bzdury. Kiwnąłem na kelnera, żeby przyniósł rachunek. Katelle była obruszona, że skróciłem jej tyradę. Podziękowałem jej i wsiadłem do taksówki. Kierowcą był starszy pan, w samochodzie śmierdziało łojem skórnym. Facet słuchał samby. Patrzyłem przez okno na Sekwanę i czekałem na Wieżę Eiffla, bo zawsze lubiłem ją oglądać z bliska, zwłaszcza w nocy. Usiłowałem samego siebie przekonać, że cała ta historia jest zmyślona. Kogo obchodziła kariera małej Zoé? Rodzice zafundowali jej prywatną szkołę w Lille i byli chyba jedynymi rozczarowanymi. Nie nadawała się do tego zawodu, ot i tyle. Przypuszczam, że całą tę historię wymyśliła również dla nich, żeby się usprawiedliwić. W rzeczywistości – i chyba wszyscy się z tym zgodzą – chciała skorzystać z fali Me Too, żeby zrobić reklamę swojemu blogowi. Po powrocie do domu słowa nie pisnąłem Joëlle, swojej ówczesnej dziewczynie. Skręciłem sobie dużego blanta, ale byłem już po trzech whisky, więc poczułem mdłości. Zaczynałem się rozluźniać i myśleć o czymś innym, kiedy wpadłem na świetny pomysł, żeby wystukać imię Zoé na Instagramie i zerknąć. Sto jeden tysięcy followersów. W piersi poczułem coś obrzydliwego. Uczucie, które dobrze znam. Strach.
Następnego dnia prawie mi się udało pozbyć ponurych przeczuć, ale między regałami dzielnicowego Franprix spotkałem Françoise, która się zastanawiała nad kupnem pakowanej próżniowo sałaty. Wyjaśniła mi:
– Zawsze kupuję sałatę, ale nigdy jej nie jem. A jednocześnie lubię mieć coś zielonego w lodówce. No ale przy tej cenie…
Zaproponowałem jej, żeby poszła na kompromis i kupiła jakąś mniej wyszukaną, tańszą sałatę, ale nie chciała o tym słyszeć:
– Inne są obrzydliwe. Jeśli czasami jadam, to tylko tę, z orzeszkami piniowymi i parmezanem.
Françoise ma głos palaczki, a w jej słowach słychać szydercze oburzenie dawnych związkowców. To feministka starej daty, ulepiona z twardszej gliny niż dzisiejsze panienki – nie dostaje waporów, gdy słyszy sprośny dowcip. Wręcz przeciwnie, w jej towarzystwie każda okazja jest dobra, żeby rozśmieszyć ludzi. Pracuje w zamykanym późno barze naprzeciwko mojego domu, gdzie często wpadam na ostatniego drinka. Jej ojciec był nauczycielem, a ona zna na pamięć całe strony Victora Hugo, które chętnie deklamuje, jak już ma parę promili we krwi. Jest w wieku mojej matki i mówi o mnie „autor” lub „śliczny chłopaczek”, podrywa mnie nachalnie, choć bez złudzeń, gdyż – mimo że często pijana – pozostaje trzeźwa co do swoich szans na powodzenie. Dla mnie jest wcieleniem godnego feminizmu z czasów, zanim się zaczęła cała maskarada.
Przy regale z sałatami było dość chłodno, a ja się ucieszyłem na jej widok.
– Masz czas na jednego? – zapytałem. – Dopadła mnie paskudna historia i chciałbym wiedzieć, co o tym myślisz.
– Jasne. Możemy pójść do mnie? Potrzebuję pomocy przy wymianie materaca, z moją rwą kulszową sama nie dam rady.
Zgodziłem się. Razem podeszliśmy do kasy. Już się poczułem raźniej. Oczami duszy widziałem, jak ze szklanką piwa poklepie mnie po plecach, a dziewczynę, która pomyliła mnie z drapieżnikiem, nazwie bezmózgą idiotką.
Po drodze i w ciasnej windzie opowiedziałem jej szczegółowo, co usłyszałem poprzedniego dnia, a przy okazji pozwoliło mi to uporządkować własne myśli. Malutki salonik w jej mieszkaniu był zawalony wielkimi ciemnymi meblami, w oknie wisiały stare firanki, pożółkłe od nikotyny. Przy telewizorze stała przynosząca szczęście chińska figurka kota, obok niej popiersie Karola Marksa z brązu. Wiszący na ścianie w sypialni plakat z wystawy Basquiata kłócił się ze staroświeckimi meblami, wzdłuż ścian ciągnęły się sterty książek. Nie wiedziałem, że tak dużo czyta. Pozwoliła mi samodzielnie wymienić materac, co było żmudne, bo nie mam talentu do takich prac. Z pewną przykrością przyglądała się temu, jak się męczę przy tak prostym zadaniu. Potem wyciągnęła tablet i okulary, prosząc, żebym wyniósł stary materac na chodnik, podczas gdy ona spróbuje coś znaleźć na temat Zoé. Spocony jak mysz zwiozłem materac windą na dół i położyłem przed drzwiami, uważając, że to jednak mało uprzejme z jej strony, żeby zostawiać gabaryty na chodniku, jakby to było wysypisko śmieci.
Kiedy wróciłem na górę, zręcznie śmigała na iPadzie, skupiona i poważna. Skinęła, żebym usiadł. Zapytałem, czy ma w lodówce piwo, odparła, że nie, ma tylko kawę. Nie chciało mi się jeszcze raz iść do sklepu. Czekałem. Zaczynałem żałować, że w ogóle przyszedłem. Zdałem sobie sprawę, że rzadko się widywaliśmy w biały dzień. W końcu wydała werdykt, głaszcząc się po brodzie palcem wskazującym i środkowym. Z tym kompetentnym wyrazem twarzy, którego nie znałem, wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle.
– Powiem w skrócie: zakochałeś się, jesteś fajnym facetem, zachowujesz się bez zarzutu, jesteś naprawdę świetny, a jakaś wariatka wymyśla historie, żeby ci zaszkodzić. Problem numer jeden: gadasz to samo co wszyscy drapieżnicy, wszyscy faceci, którzy molestują i gwałcą, należący do twojego środowiska. U was każdy jest niewinny. I tak z jednej strony mamy tysiące ofiar, a z drugiej rewelacyjnych gości, którzy nie rozumieją, co się im zarzuca. Problem numer dwa, najważniejszy: to, co nie gra u Zoé Katany, to fakt, że prowadzi bloga, a nawet ja wiem, że to już wyszło z mody. Tyle że ta młoda laska nie ma śladu demencji. Jest młoda, a młodzi są głupi. To prawda. Biorąc jednak pod uwagę jej ogólny poziom, jest naprawdę ostra jak brzytwa. Nie rób takiej miny, Oscarze, przecież nie wstaniesz i nie wyjdziesz, bo cię nie biorę pod włos… Od lat cię widuję w barze. Jesteś wcieleniem sympatycznego faceta. Mnie ta sprawa śmieszy. W moich czasach umiejętność śmiania się z siebie była świętym obowiązkiem każdej kobiety. Ale to się skończyło. Lepiej weź to na klatę i napisz do niej list z przeprosinami i pytaniem, czy możesz coś zrobić, żeby jej to wynagrodzić.
– Mam przepraszać? Za co?
– Sam pomyśl. Na przykład za to, że korzystając ze swojej bezkarności modnego autora, gnębiłeś pracowniczkę. Jeśli dobrze się zastanowisz, zrozumiesz, że kobieta powinna móc wstać rano i pójść do pracy bez uczucia niepokoju, że Oscar Jayack będzie wariował na punkcie jej cycków.
– Nigdy nie mówiłem, że…
– Nie, ale powiedziałeś, że dużo wtedy ćpałeś i pamięć ci trochę szwankuje co do tamtych czasów.
– Françoise, zawsze cię miałem za wojowniczkę, za kogoś bardzo politycznego, a nie za ciotkę cnotkę, jakich w dzisiejszych czasach jest na pęczki.
– Przykro mi, słonko, przez całe życie tyrałam za minimalną krajową. Takim jak ja wszyscy powtarzają, że mamy szczęście, jeśli w ogóle znalazłyśmy jakąś pracę. Doskonale wiem, co to znaczy być anonimowym bezpiecznikiem, którego się wywala z roboty przy pierwszym problemie. Kiedy mi opowiadasz swoją historię, czuję empatię do tej dziewczyny. Ty należysz do kadry kierowniczej w dziedzinie rozrywki. Dość miałam do czynienia z takimi jak ty, żeby znać wasze metody.
– Ja chyba śnię. Nie wierzę, że tak to odbierasz.
– Śnij, ile chcesz, ale ta twoja historia znajomo mi dźwięczy w uszach, słyszałam ją tysiąc razy, każdy pijak opowiada to samo: jak to jego żonie pewnego dnia odebrało rozum i zaczęła pleść, że on ją bije. Tyle że jak spotykasz ową żonę z siniakami na twarzy, zastanawiasz się, dlaczego miałaby sama to sobie zrobić. Wysłuchałam twojej historii i mówię ci wprost: to się nie trzyma kupy.
– Nie masz wyboru, moja droga Françoise, dostosowujesz się do sfory, która cię terroryzuje. Zawsze uważałem cię za dzielną i bojową, ale na trzeźwo jesteś taka sama jak inni. Zagubiona owieczka.
Wstałem, kompletnie zniesmaczony, podziękowała mi za materac, a kiedy odprowadzała mnie do drzwi i w jej oczach zobaczyłem litość, miałem ochotę jej przyłożyć. Byłem na siebie wściekły, że się pomyliłem i rzuciłem prosto w paszczę lwa. Powinienem wiedzieć, nie jestem przecież dzieckiem – przyjaciół z baru należy oglądać o odpowiedniej porze i w odpowiednim stanie. Stojąc w progu i patrząc mi prosto w oczy, powiedziała:
– Przestań pić. Zerwij ze wszystkim.
– Dobra, dobra, staruszko, jeśli od dwóch dni nie piłaś, to nie oznacza, że masz się przypierdalać do całej dzielnicy.
– Będziesz miał kłopoty. Jeśli zdołasz się wyrwać z chaosu swojej toksykomanii, może uda ci się przejść przez tę historię z ograniczonymi stratami. Ale jeśli nic nie zmienisz w swoim postępowaniu, sprawa będzie załatwiona: skończysz jako coraz bardziej żałosny palant, wiecznie jęczący nad swoim losem.
Wsiadłem do windy bez pożegnania.
(…)
Virginie Despentes „Drogi dupku”
Tłumaczenie: Beata Geppert
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 368
Opis: Brutalnie szczere, pozbawione cenzury spojrzenie na mechanizmy władzy, seksu, nałogów i procesu trzeźwienia we współczesnym świecie.
„Drogi Dupku” zaczyna się od nienawistnego komentarza w mediach społecznościowych. Oscar, pisarz, którego kariera chyli się ku upadkowi pod zarzutami o niewłaściwe zachowania, publicznie obraża Rebeccę – legendarną aktorkę, wytykając jej wiek. Rebecca nie pozostaje dłużna. Tak zawiązuje się korespondencja e-mailowa, która z brutalnego starcia przeradza się w głęboką, intymną analizę życia na marginesie własnej sławy.
Despentes z chirurgiczną precyzją rozmontowuje mechanizmy współczesnej kultury: od linczów w sieci i ruchu #MeToo, po samotność w dobie cyfrowego szumu. To jednak przede wszystkim przejmująca opowieść o uzależnieniu, procesie trzeźwienia i próbie odzyskania godności.
Autorka, znana z radykalizmu, tym razem pokazuje, że w świecie nieustannych podziałów, najbardziej wywrotowym aktem staje się próba zrozumienia drugiego człowieka. Najnowsza powieść Virginie Despentes to bezkompromisowe uderzenie w splot słoneczny współczesności.
TweetKategoria: fragmenty książek














