Nocą dzieci na całym świecie wydają krzyk. Przeczytaj fragment thrillera ekologicznego „Śpij snem otępiałym” Carole Martinez

Opublikowana nakładem Wydawnictwa Mova książka „Śpij snem otępiałym” Carole Martinez to ekologiczna przypowieść o świecie na granicy. Główna bohaterka, neurolożka Eva, ucieka z córką od przemocowego męża i kryje się na odludziu. Jednocześnie na całym świecie noc po nocy rozbrzmiewa krzyk dzieci, a ich sny zdają się zapowiadać nadciągającą katastrofę. Eva staje wobec pytania: czy dziecko może stać się ostatnią nadzieją ludzkości? Francuska prasa określiła powieść Carole Martinez jako „realizm magiczny w służbie ekologii” („Le Monde”) i „nowoczesną reinterpretację plag egipskich” („Télérama”). Książka jest dostępna w księgarniach, a poniżej przeczytacie jej fragment.
Noc z 1 na 2 lutego
W nocy niebo łagodnie płakało.
Deszcz padał na jezioro, na dach pokryty trzciną, na szyby.
W oknach nie było okiennic. Kiedyś były, ale ktoś je zdjął, może aby je pomalować albo naprawić. Domek został pozbawiony powiek, które by zasłaniały mieszkańców. Spał z otwartymi oczami. Hodowcy bydła, którzy wynajęli nam tę położoną na uboczu pasterską „chatę”, nie powiedzieli mi o tym przez telefon, a ja brak okiennic zauważyłam, dopiero gdy pierwszego wieczoru kładłam Lucie spać.
Przez całe dzieciństwo mieszkałam na trzecim piętrze kamienicy od podwórza, bez okiennic, mieliśmy tylko zewnętrzną roletę w kolorze pomarańczowym, którą można było opuścić, ale wtedy bałam się nie tego, co się znajdowało za oknami, tylko tego, co szło długim korytarzem ciągnącym się aż do mojego pokoju.
Pierwszego wieczoru czułam niepokój, że jestem sama z córką na bezludziu, w domku bez okiennic i zasłon. Na zewnątrz świat się kończył. Po mokradłach hulał mistral, wył na dzikich terenach płaskich jak stół — już widziałam siebie, jak płynę łódką, taką łupinką, której burza nie zdołałaby oszczędzić, nawet gdyby chciała.
Pośród podmokłych terenów delty Rodanu poczułam się nagle tak odsłonięta, że nie zmrużyłam oka, przerażona pustką wokół, gotowa rzucić wszystko i wrócić do Paryża. Dlaczego wyjechałam? W sumie te łyse okolice nie były idealną kryjówką. Wątpiłam nawet, czy potrafię żyć sama, bez Pierre’a, i z dala od miejskiej wrzawy. Ale Lucie natychmiast się odnalazła w tym domku na końcu świata, lubiła cieniutką warstewkę soli, którą woda głębinowa pozostawiała na naszej skórze po prysznicu, a skoro w nocy nie bała się szarpania drzwiami przez północny wiatr ani odległego szumu fal, skoro jej nie przeszkadzało, że dom nie ma powiek, nie widziałam powodu, by znowu przenosić ją gdzie indziej. Musiałam przyznać się przed sobą, że w pokoju Lucie od jej urodzenia z uporem zostawiam włączoną lampkę, by odpędzić własne strachy, a nie córki. Nie starałam się chronić swojego dziecka, wesołej, upojonej przestrzenią ośmiolatki, tylko dziecko, którym byłam ja, dziewczynkę, wyczekiwującą chórów rozbrzmiewających o świcie, ćwierkania wróbli, przenikliwych treli naruszających ciszę nocy. Musiałam stawiać czoło swoim strachom i uspokajać dziecko, które wciąż we mnie drżało mimo upływu tylu lat.
Wzięłam się w garść i zostałyśmy.
Była to nasza czwarta noc na mokradłach i mimo śmierci gęsi i spotkania z olbrzymem po raz pierwszy udało mi się zasnąć, nie nasłuchując dźwięków z zewnątrz. Ale w wyciu wiatru i bębnieniu deszczu wyczuwałam coś innego: w ciemnościach nocy coś cichutko zawodziło.
Każda z nas miała osobny pokój, lecz ścianka między nimi była tak cienka, że słyszało się każde westchnienie. Wieczorami więc w naszym domu na mokradłach docierał do mnie oddech córki. To mnie uspokajało.
Na początku jej życia wpadałam w przerażenie na myśl, że o niej zapomnę. Po wyjściu z porodówki z niemowlęciem na rękach powtarzałam sobie w kółko, żeby to sobie utrwalić: „Jestem matką tego dziecka, matką tego dziecka, matką”… W gruncie rzeczy było już za późno — matką byłam na zawsze.
Czy to moja córka tak płakała cichutko pośród nocy?
Wstałam i z latarką w ręce, nie zapalając górnego światła, przeszłam do jadalni, gdzie popchnęłam uchylone drzwi pokoju małej…
*
Chodzisz nocą, na chodzeniu spędzasz noce, lubisz to.
W nocy na mokradłach dźwięki są inne, pejzaż jest inny, rozmiary wszystkiego zmieniają się wieczorem. Przemierzanie nocy to jak przejście na drugi brzeg, stąpanie po dzikich terenach, gdzie krążą szalone odległe sny ludzi i spokojniejsze zwierząt. Lubisz dyskretne szelesty nocnych stworzeń. Żabie chóry, przenikliwe dźwięki puszczyków, świergot ptaków. Noc tętni życiem. Zwierzęta są wszędzie, choć niewidzialne, załamują ciemności, ich śpiewy się mieszają. Cykanie, skrzeczenie, chlupot wody. Nawet wiatr ma swoje miejsce w nocnym balu. Noc staje się pudłem rezonansowym, noc potęguje wszystko, nawet dźwięk twoich kroków, noc wzmaga pożądanie. Śmierć także krąży. Ofiary i drapieżniki zastygają na moment, potem następuje skok. Chciałbyś się zagubić, nie być już człowiekiem, pozwalasz się wchłonąć. Noc cię pieści, otula. Dobrze się czujesz w jej brzuchu. I bezmyślnie, ponieważ nie myślisz, tylko idziesz naprzód, gdzie oczy poniosą, docierasz do chaty pasterza, w której zamieszkała ta kobieta z córką.
Dom wtapia się w ciemność mokradeł i mimo ścian pobielonych wapnem ledwie go widać.
Stoisz tam w deszczu, kilka metrów od śpiącej kobiety, która spojrzała na ciebie, jak nikt nie spojrzał od lat. I od jej wzroku zapłonął w tobie ogień, który uważałeś za wygaszony na zawsze. Kobiety już od dawna cię nie interesują, nauczyłeś się obchodzić bez nich, przeżywać rozkosz bez nich, niczego nie oczekiwać, nauczyłeś się zaspokajać własne marzenia, pieścić swoje ciało w samotności. Niegdyś zwabiałeś je jednym spojrzeniem, ale zapomniałeś swoją przeszłość i nie masz przyszłości, niczego nie planujesz. Wystarcza ci chwila bieżąca, ona cię zadowala, ty się zadowalasz.
Niemniej stoisz oto w ciemnościach przed pasterską chatą i bezgłośnie czekasz, choć nie wiesz, na co, nie wiesz, co zrobisz ani co mógłbyś zrobić. Myśli ci wróciły, obrazy wróciły. Obrazy dawnych rozkoszy. Nie widać światła, matka i dziecko śpią, wydaje im się, że są same na świecie.
A ty, taki silny, jesteś tu i patrzysz na uśpiony dom, patrzysz sam w nocy i na wietrze.
Nagle w środku zapala się światło, jego źródło się porusza i oślepia cię jasny snop z latarki, i widzisz, że kobieta wstaje, żywa; jesteś za szybą, a ona o tym nie wie, nie powinieneś na nią patrzyć, obserwować jej w ten sposób, nie powinieneś oglądać jej kształtów, piersi pod białą bawełną, gołych nóg, skóry, twoja dłoń muska okno, kiedy kobieta przechodzi tak blisko ciebie, idąc przez pokój; zmieniasz miejsce, żeby wodzić za nią wzrokiem w salonie. Niesamowicie jest być tak blisko drugiej osoby, która o tym nie wie, niesamowicie jest być jakby w świecie równoległym. Popycha drzwi i znika ci z pola widzenia, bez wątpienia weszła do pokoju małej. Okrążasz dom biegiem, żeby tam na nią patrzyć, a kiedy stajesz przed oknem dziecka, wzdrygasz się i zaraz zastygasz przyłapany na gorącym uczynku. Lucie stoi przed tobą po drugiej stronie szyby, wpatruje się w ciebie szeroko otwartymi oczami, pisząc coś palcem na zaparowanej szybie. Tkwisz bez ruchu, na pewno cię zobaczyła, chociaż niebo jest zachmurzone, a ciemności gęste.
Matka oświetla ją latarką, podchodzi, bierze dziecko na ręce i zanosi do łóżka.
Nie uczyniłeś ani jednego gestu, nie istniejesz. Patrzysz, ale nie istniejesz. Jaka słodka jest ta kobieta pochylona nad dzieckiem. Dzieło sztuki.
*
Lucie stała przed oknem z palcem przyłożonym do szyby. Zawołałam ją, ale nie zareagowała — spała. Moja córka jest lunatyczką! Podeszłam do niej, jej szeroko otwarte oczy błyszczały w ciemności i poruszały się pod powiekami jak w fazie snu paradoksalnego. U somnambulików gałki oczne nigdy się nie poruszają. Ona zdawała się śnić z otwartymi oczami. Mechanizm, który paraliżuje nas podczas snu paradoksalnego, tylko w wyjątkowych wypadkach rozregulowuje się w dzieciństwie.
Wzięłam ją na ręce i delikatnie położyłam na łóżku.
Nie widząc nic oprócz swego snu, jęczała. Przysunęłam ucho do jej ust. Czułam się taka bliska koszmaru córki, taka bliska, nie mogłam go jednak z nią dzielić.
Nagle mała się napięła i krzyknęła.
Jej krzyk rozerwał mi bębenki i noc. Wyszedł nie tylko z gardła — wytrysnął z całego jej naraz zesztywniałego ciała. Siedząc napięta, z rozbieganymi otwartymi oczami, Lucie wrzeszczała ile sił w płucach, a wraz z nią wrzeszczał dom bez powiek.
Wołałam, że jestem przy niej, ściskając ją w ramionach, ale nie zdołałam jej obudzić i krzyk trwał, jakby z jej snu coś chciało się wydostać, jakby ten krzyk wwiercał się w noc, dopóki nie przebije granicznej ściany oddzielającej światy, hermetycznej błony, która otacza rzeczywistość. Nikt nie jest w stanie tak wrzeszczeć tyle czasu i nie umrzeć z wyczerpania.
*
Przeraźliwy krzyk przenika noc.
To ta mała!
Kobieta obejmuje dziewczynkę i krzyk trwa, dręczy cię.
Za szybą.
Za szybą, której nie spróbujesz rozbić. Stoisz tam z kamieniem w ręce. Nie! Zapomnij! Wypuść kamień z ręki!
Nagle zostajesz sprowadzony do tego, czym jesteś — istotą bez przeszłości, bez przyszłości, bez miłości, wyzutą z człowieczeństwa, pełnym sprzeczności pustelnikiem, który dusi w sobie przemoc, od lat pęta cierpienie — i oddalasz się stamtąd.
Biegniesz, uciekasz, nie masz czego szukać tam, pomiędzy ludźmi, nie ma wśród nich dla ciebie miejsca.
Niczego nie szukaj, niczego sobie nie wyobrażaj!
Nie, żadnych wyobrażeń, żadnych wspomnień, żadnych pragnień, uciekaj!
*
Krzyk ustał, nagle ucichł.
— Mamo… miałam sen — wyszeptała Lucie cała zlana potem.
Zapytałam, czy chce mi go opowiedzieć jak w czasach, kiedy była mała.
— Nie!
Nie nalegałam, położyłam blond główkę na poduszce, nakryłam czerwoną kołdrą koszulę nocną, otuliłam córkę, potem zaczęłam nucić, głaszcząc ją po policzku. Czułam, jak powoli się rozluźnia, mięknie, a oddech staje się coraz głębszy.
Siedziałam nadal na jej łóżku. Ten krzyk mnie zmroził. Położyłam latarkę na szafce nocnej obok lampki i w jej białym świetle na szorstką ścianę padał mój cień, mój dwuwymiarowy sobowtór, wielka chuda postać załamana u zbiegu muru z sufitem, przypominająca patyczaka pochylonego nad Lucie. Gdyby cień nie był mój, bałabym się, że pożre mi dziecko. Ale mój cień był posłuszny, przesunęłam go nieco, żeby stał się łagodniejszy, żeby stworzył osłonę dla śpiącej małej.
Jaką trzeba mieć w sobie ufność, żeby tak się oddać nocy i zaakceptować utratę świadomości! W tym czasie, gdy pozostawiamy bezbronne ciało przycumowane i odpływamy, wszystko może się zdarzyć.
Kiedy patrzyłam na swoje dziecko, zarazem tak bliskie i tak odległe, wspomniałam siebie jako dziewczynkę cierpiącą na bezsenność, chudą i z podkrążonymi oczami, wyizolowaną w końcu korytarza, w labiryncie mojej świadomości.
Jak wiele różniło te dwie dziewczynki! Lucie lubiła wsuwać się pod kołdrę i kłaść policzek na poduszce, oddawała się nocy uszczęśliwiona. Śniły jej się ogrody, do których zapraszała mnie po przebudzeniu. W czasach, gdy jeszcze chętnie mi opowiadała swoje sny, spacerowałam po tych ogrodach wzruszona pięknem innych światów, w których moje dziecko spędzało niemal połowę życia. Lucie była wielką marzycielką, tak jak inni są wspaniałymi muzykami. Bardzo wcześnie potrafiła opisywać najdrobniejsze szczegóły swoich nocnych wypraw, a ja zachęcałam ją do tego. Jedni ludzie są bardziej utalentowani w śnieniu, inni mniej. Niektórzy moi pacjenci nic nie pamiętali albo nie potrafili opowiedzieć, co im się śniło, innym okrutnie brakowało wyobraźni onirycznej. Nawet przebudzeni w trakcie snu paradoksalnego nie zawsze byli w stanie cokolwiek powiedzieć. Wystarczył sam wysiłek, aby przypomnieć sobie, co śnili, a sen już się rozmywał, rozpraszał bezpowrotnie. Moja córka natomiast równie intensywnie smakowała świat snów, jak rzeczywistość, i niczego nie zapominała.
Kiedy była niemowlęciem, stale nachylałam się nad łóżeczkiem, by sprawdzić, czy oddycha. Pierre’a bardzo szybko zaczęło denerwować, że tyle uwagi poświęcam Lucie. A przecież to on jej chciał. Kto by jednak pomyślał, że niemowlę tak bardzo zaabsorbuje kobietę, która nigdy nie marzyła o macierzyństwie?
Po cichutku wstałam z łóżka i pozbierałam z podłogi ubrania córki. Jej kapcie w gwiazdki, porzucone w kącie, znowu zaprowadziły mnie na koniec mieszkania moich rodziców, do łóżka dziewczynki, którą niegdyś byłam i która co wieczór ustawiała kapcie we właściwym miejscu w próżnej nadziei, że będzie mogła uciec.
Położyłam się obok Lucie w jej łóżku, przytuliłam się do niej i także zasnęłam w domu bez powiek wzniesionym na dzikim terenie omiatanym przez wiatr, zasnęłam na końcu długiej drogi pełnej wykrotów, daleko, bardzo daleko od wszystkich, a zwłaszcza od Pierre’a. Zasnęłam w pasterskiej chacie bez telewizji, bez zasięgu, bez zasłon.
Zasnęłam pozostawiona nocy, w której byłam tylko ja i Lucie.
*
Noc z 1 na 2 lutego, Paryż
Krąży po zrujnowanym mieszkaniu, krąży w środku nocy. Nie potrafi się wyrwać z pętli, nie potrafi przestać chodzić, od pięciu dni bez przerwy roztrząsa to samo, depcząc po gruzowisku ich życia. Okruchy! Talerze, kubki, popielniczki, butelki… Wywalał wszystko z szafek, potłuczone szkło trzeszczy mu pod butami. Plastik, kryształ, porcelana. Okruchy! Pił wódkę z musztardówek, które ocalały, potem rzucał nimi w ściany. Było to niesamowicie teatralne, podobał mu się hałas słoiczków rozbijających się o ściany. Podłogę pokrywają odłamki szkła i wszystkie te zdjęcia, jej, ich razem, rodziny, leżą porozrzucane, ich pocałunki przedarte, wakacje potargane, podróż poślubna pocięta, Lucie w dniu przyjścia na świat, Lucie w gołych rękach matki, pierwsze kroki Lucie, jej całusy, spojrzenia, śmiechy — wszystko poszarpane na kawałki! Papierowe fragmenty twarzy rozsiane na parkiecie ich mieszkania. Wszystkie te chwile, które z nabożeństwem uwieczniał, oprawiał w ramki, wieszał na ścianie, by wszem wobec pokazywać konformistyczną codzienną szczęśliwość jego rodziny, wszystkie te wspomnienia najchętniej usunąłby z umysłu. Ale podarcie papieru fotograficznego nie wystarczy, aby je wymazać. Ma je pod nogami, bez końca układają się na nowo. Skrawek obrazu i w głowie znowu pojawia się cała twarz Evy. Jej czarne oczy, regularny profil, włosy od zawsze przycinane na półmęsko.
Drzwi są pęknięte, zniszczył je waleniem pięścią i kopniakami. Dłonie go bolą, lecz nie na tyle, aby zapomniał. Ból nie jest dość silny, żeby go otumanić, przegnać gniew.
Ta kretynka zwiała z dzieciakiem i odtąd nic nie jest takie, jakie powinno być. Brutalnie potraktował przedmioty, wszystkie te rzeczy bez znaczenia, które wybierali razem, w mieszkaniu panuje chaos, jemu głowa pęka, teraz, gdy już nie ma nic do rozbijania, pozostało mu krążenie w kółko po ruinach ich wspólnego życia. Dochodzi północ, a on wie, że tak jak w poprzednie noce nie zdoła zasnąć, ostatnio nie może spać. Odkrywa, że bez niej nie potrafi spać. Gdybyż mógł uciec, na kilka chwil uciec od swoich myśli, zdrzemnąć się. Krąży jednak w kółko.
Pierwszego dnia, kiedy o szóstej po południu Lucie nie wyszła ze szkoły, gdy zirytowany czekał przed budynkiem, aż smarkula raczy się wreszcie zjawić, a dyrektorka mu powiedziała, że w południe jego żona odebrała córkę, uprzedzając, że mała przez kilka dni nie przyjdzie na lekcje — wtedy, pierwszego dnia, jeszcze niczego nie zrozumiał. Dyrektorka, patrząc na niego uważnie, uściśliła, że Eva tłumaczyła nieobecność problemami rodzinnymi, dużymi problemami. Najpierw go tym ogłuszyła, potem się zdziwiła, że nic nie wie, przyjął cios bez mrugnięcia i o nic nie dopytywał. Odszedł bez słowa, biegiem wrócił do domu, sądząc, że coś musiało się stać, tylko co? Sprawdził, czy Eva nie zostawiła mu wiadomości w poczcie głosowej, ale nie, nie pofatygowała się go uprzedzić.
Wynika z tego, że nie uważał wystarczająco! Czegoś takiego — porzucenia — w żadnym razie się nie spodziewał. Od lat w związku z nią wyobrażał sobie różne rzeczy, często ją widywał, gdy dyskutowała z mężczyznami, nienawidził takiej zażyłości, jeśli ją wyczuł: jeden uśmiech, porozumiewawcze spojrzenie czasem wystarczyły, żeby wpadł w szał. Z łatwością sobie wyobrażał, jak Eva się pieprzy z którymś z nich, zgadywał, że kiedyś może go opuścić, ale nie w taki sposób.
Po powrocie do domu nie zauważył liściku na łóżku. Wszystko jednak było jasne. Evy i Lucie nie było. W mieszkaniu panowała cisza. Tego wieczoru przygotował kolację, wyjął nawet butelkę chablis, obiecując sobie, że jeśli Eva wróci, teraz zaraz albo nawet późno w nocy, nie urządzi jej sceny, nie powie nic, a jeśli już, to niewiele. Ostatecznie znalazł liścik: „Wyjeżdżam z Lucie, odchodzę. Nie szukaj mnie”. Jakby dostał obuchem w głowę. Dwa zdania na kartce w kratkę, z pewnością wyrwanej z zeszytu Lucie.
Dopiero wtedy zapłonął gniewem, który dotąd powstrzymywał, zalała go fala wściekłości, wyładował się na przedmiotach, ścianach, na sobie. W nocy nie spał, a z samego rana pognał samochodem do szpitala. Na oddziale żony nie zdołał pohamować złości i te dupki wezwały ochronę.
Już sam nie wie, co jeszcze rozbić, żeby usunąć to, co go pali od środka, żeby pozbyć się furii, która zmusza go do ryku, całkiem ochrypł, jego palce są pokrwawione, ściany też. Sąsiedzi się wystraszyli, myśleli, że zabił obydwie, żonę i córkę, i nasłali na niego gliny. Przesłuchali go, grozili aresztem, rozpłakał się wtedy jak porzucony smarkacz, pokazał im liścik, wyznał, że żona od niego odeszła, woleli więc zostawić go na pastwę smutku, wyglądał na spokojnego i nie zgadzał się, by odwieziono go do szpitala.
Wyglądał na spokojnego, ale wcale nie był spokojny.
Jego gniew ma smak krwi. Kołacze mu w głowie, że poświęcił im życie, swoje najpiękniejsze lata. Ma świadomość, że posługuje się banałami, i to tylko wzmaga jego gniew. Ona niczego nie szanuje, niszczy wszystko, co było między nimi, skoro wybrała tak tandetne zakończenie ich historii. List pożegnalny od siedmiu boleści. Ba, nawet nie list, tylko jedna linijka napisana w pośpiechu.
Zwiała z ordynatorem swojego oddziału, to pewne jak w banku!
Po południu próbował pogadać z gościem, ale nie dał rady się pohamować i w trzy minuty wylądował na parkingu. Na pewno rozkwasił nos temu pretensjonalnemu fircykowi. Ma to gdzieś, mogą go wsadzić do więzienia, może go uspokoi parę dni w pierdlu, w przemocy pierdla. Chętnie by rozwalił cały świat, gdyby tylko mógł, zrobiłby to z rozkoszą, z Paryża zostałyby popioły i zgliszcza. To miasto, pełne jej obecności, drwi z niego, już nie może go znieść. Evą przesiąkła tu każda dzielnica, da się ją wyczuć o każdej porze dnia, a najgorsze, że on nigdy niczego nie zapomina, pamięta najdrobniejsze szczegóły z ich pierwszego spotkania. Jej tenisówki i niebieską sukienkę, w której była tamtego dnia, jej krok, pamięta plastikowe worki, którymi była obwieszona, jej uśmiech, gdy zaczepiła go na tamtym tarasie, by wyciągnąć od niego fajkę, ochrypły głos, jakim mówiła tamtego dnia. Pamięta smak wina, które pili razem naprzeciwko stacji metra Boucicaut, białego schłodzonego chablis. Już wtedy nosiła króciutko ostrzyżone włosy, wyglądała jak nastolatek. Taka drobna i o tak głośnym śmiechu. Powiedziała mu, że przygotowuje się do egzaminów na koniec pierwszego roku medycyny, nie ma czasu na zakochiwanie się ani na szukanie pracy, ale chętnie by spędziła z nim noc, tylko że — dodała — nie może go zaprosić do siebie, bo nie ma już domu i właściwie nie wie, gdzie będzie spała. Nie zadawał pytań, tylko zabrał ją do swojego gniazdka na poddaszu. Dwie służbówki przebudowane na kawalerkę, której użyczyła mu ciotka. Spodobało mu się jej olewanie wszystkiego, zwłaszcza sentymentów, i to, że ofiarowuje mu jedną noc swojego życia dla przyjemności, noc bez jutra. Ale rano popatrzył na jej plastikowe torby pełne podręczników, na jej zgrabne ciało, takie drobne, zbyt delikatne, by to wszystko dźwigać, i poczuł, że wzbiera w nim potrzeba jakiegoś jutra, obudził się wcześniej niż ona z obsesyjną myślą w głowie: zatrzymać ją przy sobie. Z mieszkaniem na poddaszu był dla niej szansą! Dała się przekonać — już on potrafi przekonywać — i rozpakowała torby na tydzień. Po czym powoli ją oswajał, gdy całymi dniami przesiadywała z nosem w książkach, robiąc notatki. On robił mniej więcej to samo, lecz zajmowało mu to dużo mniej czasu. Oddał jej nawet biurko, a sam ulokował się na kanapie, z której godzinami patrzył na nią, starając się zrozumieć, kim jest ta kobieta i co powinien zrobić, żeby nigdy nie odeszła.
Bez problemu dostał się do prestiżowej École Normale Supérieure, a ona zaliczyła letnią sesję. Dla obojga studia oznaczały awans społeczny. On udzielał korepetycji, żeby zaopatrzyć lodówkę. Jemu nic nie sprawiało trudu. Nie patrzyła na niego jak na cudaka, podziwiała jednak jego inteligencję i razem dotarli do końca studiów — dzięki kawalerce użyczonej przez jego ciotkę i wspólnej energii. Wspierał ją, nosił, kochał… A później się zmieniła, oboje się zmienili — powodem była Lucie.
Dusi go szloch, dobrze by było go zwymiotować, opada na kolana z głową w klozecie, próbując wyrzygać serce, lecz zwraca samą żółć. Z goryczą w ustach wymawia jej imię, Eva, przykłada twarz do porcelany, czuje biały chłód na ustach, na policzku, czole, potem brutalnie wali głową o muszlę. Czerwień. Znowu krwawi, ale ma to gdzieś, ból dobrze mu robi. Eva. Chciałby znowu wrzeszczeć, stracił jednak głos, może tu zdechnąć, ona też może zdechnąć, jest mu to obojętne, zwala się na posadzkę i zasypia, brudząc ją krwią.
Ze snu wyrywa go dziecięcy przeraźliwy krzyk.
Dochodzi z odpływu w wannie, rezonuje w rurach, wnika mu do czaszki. Przemyka mu przez myśl, że Lucie nie potrafi uszanować jego zmęczenia, że wkurza go w środku nocy. Wstaje, żeby ją uciszyć, i przechodząc przez salon, kaleczy sobie stopy odłamkami szkła.
I nagle sobie przypomina: odeszły!
To nie jest krzyk Lucie.
Boli go głowa, spuchnięte dłonie pewnie mają połamane kości, stopy są nafaszerowane kawałkami szkła. Jego życie się zawaliło, ale nie on wrzeszczy, on stracił głos. Słucha.
Dzieci, tak, zamiast niego dzieci wydzierają się między tymi murami, pod podłogą, za oknami! Mówi sobie, że jeszcze śpi, że nie osiągnął normalnego stanu czuwania, ale czuje, że jest przebudzony, zastanawia się, co się dzieje ze wszystkimi dziećmi w bloku, ich krzyk nie cichnie, przenika jego odrętwienie. Wydaje mu się, że szyby wibrują i światło mruga. Wychodzi więc z mieszkania, by sprawdzić, czy to szaleństwo nie jest przypadkiem rodzajem halucynacji słuchowych, czy nie uszkodził sobie czegoś w głowie, gdy walił nią o toaletę, pragnąc ukoić cierpienie.
Jednak nie, krzyk jest jak najbardziej rzeczywisty. Na jego piętrze już dwoje drzwi się otwarło, sąsiedzi w piżamie czy kalesonach stoją przed nimi lekko oszołomieni. Nikt nie zwraca uwagi na jego zakrwawione ręce i twarz. Spanikowana sąsiadka trzyma niemowlę na rękach. Dziecko ma oczy szeroko otwarte, oczy jakby ślepe, które poruszają się niepokojąco, i krzyczy, tak samo jak jego starszy brat, którego widać z klatki schodowej, stoi na końcu korytarza z rękami opuszczonymi po bokach, prosty jak wykrzyknik, tak samo jak bliźnięta, których rodzice parę dni temu nasłali na niego gliniarzy, a teraz także wyszli, żeby zrozumieć, co z tymi dziećmi się dzieje i dlaczego ich głosy łączą się w jeden krzyk zdający się trwać bez końca. Sąsiad po prawej również otwiera drzwi, z czego korzystają jego dwie suczki, aby się wymknąć z domu. Ma cztery córki, wszystkie śpią z otwartymi oczami, wszystkie krzyczą, żona akurat wyjechała, a on się dziwi, że nie może ich obudzić.
Z zewnątrz także dochodzą krzyki, we wszystkich oknach zapaliły się światła, cała ulica krzyczy. Pierre z tego wszystkiego zapomina o swojej wściekłości, zamierza wezwać straż pożarną, on ma wolne ręce, nie musi tulić żadnego dziecka.
Wrzask dobiega zewsząd. Nie przypuszczał, że tyle dzieci mieszka w bloku, przy tej ulicy, w dzielnicy, w Paryżu.
Naraz chóralny wrzask cichnie tak samo gwałtownie, jak wybuchł, wszystkie dzieci w mieście milkną jednocześnie, jakby kierował nimi niewidzialny dyrygent. Zapada cisza.
(…)
Carole Martinez „Śpij snem otępiałym”
Tłumaczenie: Bożena Sęk
Wydawnictwo: Mova
Liczba stron: 296
Opis: Laureatka polskiego Wyboru Nagrody Goncourtów 2024, powieść entuzjastycznie przyjęta we Francji, określana jako „realizm magiczny w służbie ekologii”.
Kiedy dzieci zaczynają krzyczeć przez sen, świat przestaje spać. Zjawisko ogarnia glob o 1:48 w nocy. Najpierw jedno dziecko, potem setki tysięcy – ich krzyk rozdziera ciszę i rozbrzmiewa jak złowieszcza symfonia. W samym środku tej przerażającej tajemnicy znajduje się Eva – neurolog i specjalistka od zaburzeń snu, która ucieka z Paryża wraz z córeczką Lucie, próbując ocalić ją od przemocy domowej i pogłębiającego się chaosu. Schronienie znajdują w odludnej chacie w Camargue.
Gdy na całym świecie dzieci zaczynają śnić te same koszmary o tej samej porze – a sny te zdają się zmieniać rzeczywistość – nauka przestaje wystarczać. Sen staje się bramą do mrocznego, pierwotnego wymiaru, a Lucie… może być jego kluczem.
Nastrojowa, poruszająca opowieść o snach, naturze, micie i przyszłości, którą może uratować tylko dziecko.
Kategoria: fragmenty książek















