Młodzi mężczyźni i ich życie bez perspektyw w Irlandii Północnej. Przeczytaj fragment powieści „Blisko domu” Michaela Mageego

6 lutego 2026

Wydawnictwo Czarne opublikowało powieściowy debiut północnoirlandzkiego pisarza Michaela Mageego. „Blisko domu” to czerpiąca z osobistych doświadczeń autora historia młodego mężczyzny z klasy robotniczej z Belfastu, który jako pierwszy w rodzinie ukończył studia, ale wraca do rodzinnego domu i starych nawyków, szalonych nocnych zabaw, dorywczych prac i wiecznej pustki w kieszeni. Aż pewnej nocy trafia na imprezę i otoczony szyderczymi nieznajomymi popełnia wielki błąd. „Blisko domu” to opowieść o zmaganiu się z męskością i brakiem perspektyw, o rozdarciu między światem, z którego się pochodzi, a tym, do którego się trafiło. „To książka o młodym człowieku z dyplomem uniwersyteckim, który nie może stanąć na nogi, znaleźć pracy ani jakiejkolwiek stabilizacji. Choć wcale tego nie planowałem, odnosi się to do doświadczeń wielu ludzi, niezależnie od tego, czy pochodzą z biednych rodzin, czy z niższej klasy średniej” – mówi Michael Magee. „Jednym z najbardziej zaskakujących aspektów wydania tej książki był odzew, jaki otrzymałem od młodych mężczyzn z klasy robotniczej. Dostrzegli w niej siebie i było w tym coś bardzo poruszającego, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że powieść nie jest typowym medium, za pośrednictwem którego opowiadane są ich historie” – dodaje. Książkę w tłumaczeniu Hanny Pustuły-Lewickiej znajdziecie już w księgarniach, a poniżej publikujemy jej fragment.

Boże Narodzenie w tamtym roku spadło na mnie znienacka i nie dlatego, że byłem zarobiony ani nic z tych rzeczy. Nie mogłem znaleźć pracy. Facet od zasiłku odgrażał się, że wyśle mnie do River Island na bezpłatny staż, czterdzieści godzin tygodniowo, żebym zdobył doświadczenie w pracy w handlu. Ubzdurał sobie, że o tym właśnie marzę. Dwanaście tygodni stanowiło limit szukania pracy, potem próbowali cię zapisać na program aktywizacji zawodowej albo mogłeś się pożegnać z zasiłkiem. Można by sądzić, że wykorzystam cały ten wolny czas na odbębnienie prac społecznych, ale dojazd z Dun­murry do Turf Lodge był tak kłopotliwy, że ograniczałem się do wymaganego minimum, jednej zmiany tygodniowo.

Pierwszego wieczoru kierownik czekał na nas przed kościołem. Powiedział, że w weekend jest troje chrzcin i że ma być idealnie czysto. Na drugim końcu kruchty znajdował się magazynek, a w nim trzymetrowe gumowe węże, które przyciągnęliśmy do kaplicy, powtykaliśmy w otwory w ścianach i włączyliśmy ssanie. Ciągnąłem swoją rurkę tam i z powrotem, odkurzając klęczniki i przejścia między ławkami i po ich bokach. Wąż zostawiał pasiasty ślad na beżowej wykładzinie, włoski kładły się w jedną stronę, a potem w drugą. Odkurzyłem odcinek od wejścia do stopni ołtarza i marmurowe płyty wokół tabernakulum. Nikt się nie odzywał. Czułem, że coś w tej przestrzeni nakazuje nam milczenie, i inni chyba też to czuli.

Zmiany trwały po cztery godziny, od piątej po południu do dziewiątej wieczorem; przez dwa miesiące odrobiłem czterdzieści godzin. Zostało mi jeszcze ponad sto. Na szczęście mama miała zdrowe podejście. Nie wierciła mi dziury w brzuchu. Ale oczekiwała, że będę wynosił śmieci i pomagał w domu, i słusznie. Nie brała ode mnie pieniędzy na czynsz. Zresztą nie mogłaby, nawet gdyby chciała, byłem spłukany. Wróciłem do oszukiwania kas samoobsługowych w Tesco na naszej ulicy.

Kiedyś poszliśmy tam razem i pokazałem jej, jak to się robi. Wyjaśniałem na bieżąco, bezczelnie, na oczach faceta, który podchodził do nas ze swoją kartą za każdym razem, kiedy maszyna mówiła „nierozpoznany artykuł w strefie pakowania”. Chwyciła mnie za ramię i powiedziała: Nigdy więcej tego nie rób, słyszysz, co do ciebie mówię? To grzech, skończysz w więzieniu, co było zabawne, bo dawno przestała chodzić do kościoła po latach siedzenia w pustej ławce, gdy wszyscy inni przystępowali do komunii. No i tamten ksiądz, który próbował wyciągnąć od niej pięćset funi za unieważnienie małżeństwa, do końca życia nie zapomni, jakim tonem do niej mówił. Od tamtej pory zdążyła zmądrzeć. Inaczej nie obcięłaby swoich rachunków za prąd, zaparłaby się, jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi i każdy licznik na naszej ulicy miał z boku magnes. Zapytałem, czy żałuje teraz tamtej decyzji, i przyznała, że owszem. Byłoby nam trochę łatwiej, powiedziała. Ale taka wtedy była, takie miała przekonania, jakoś przeżyliśmy, prawda?

W tamtym roku nie musiałem kupować jej prezentu pod choinkę. Jednak na widok bratanicy i bratanków, dla których nic nie miałem, poczułem się jak palant. Mama zauważyła to i zawołała mnie na górę, do swojej sypialni. Masz, daj im, powiedziała, wręczając mi trzy pięciofuntowe banknoty. Trząsłem się, nie wiedziałem, jak się daje dzieciakom pieniądze, i bałem się, że pięć funi to za mało i uznają mnie za skąpca. Moi bracia tak by zrobili, nieważne, ile by dostali, tacy po prostu byli. Poczekałem, aż zaczęły się zbierać do wyjścia, i wsunąłem im banknoty do kieszeni, żeby nikt nie zobaczył nominałów. Moja bratanica spojrzała na mnie ze współczuciem i próbowała oddać mi pieniądze.

Nie musisz, naprawdę, powiedziała.

Anthony i Gerard o mało nie umarli ze śmiechu.

Duży chłopiec w tym roku zaciska pasa, zauważył Gerard.

Ja i Anthony byliśmy niżsi od Gerarda, ale szersi w ramionach, Gerard miał metabolizm, który mu wchodził na ambicję. Przesiadywał w solarium i bez przerwy chodził na siłownię, żeby zbudować masę. Wszyscy trzej odziedziczyliśmy próżność po mamie, która zawsze spędzała dużo czasu przed lustrem, ale Gerard przeginał. Kiedy jeszcze miał włosy, nosił przy sobie tubkę żelu. Ludzie nazywali go Danny Zuko. Gerard dostosował się i kupił sobie skórzaną kurtkę. Zaczął łysieć pierwszy z nas trzech, golił głowę do samej skóry, miał taki kształt czaszki, że wyglądało to całkiem nieźle. Za to był zbudowany jak spaghetti i Anthony uwielbiał się nabijać z jego chodzenia na siłownię. Gerard podniósł ręce i napiął mięśnie.

Daj im pół roku, powiedział.

Rozpakowaliśmy prezenty przed kolacją; jak zwykle były zestawy upominkowe Lynxa, czekoladki Quality Street, bokserki Calvina Kleina, które mama kupowała tanio z Chin, i po buteleczce wody po goleniu. Stawaliśmy kolejno przed lustrem i psikaliśmy ją sobie na karki. Mama nie miała nic do rozpakowania. Zrobiła to samo co zawsze, tydzień przed świętami kupiła sobie kolczyki i kazała Anthony’emu i Gerardowi za nie zapłacić. Odsunęła włosy, żeby mi pokazać. Nigdy wcześniej nie przyglądałem się jej uszom. Zaskoczyły mnie.

Nie podobają ci się?, spytała na widok mojej reakcji.

Podobają. Są śliczne.

Pociągnęła palcami skórę na szyi.

Starzeję się, powiedziała.

Stłoczyliśmy się we czworo przy stoliku śniadaniowym. Wyjęliśmy sztuczne ognie i założyliśmy papierowe czapeczki. Gerard opowiadał, jak rano pojechał do byłej, żeby popatrzeć, jak jego syn będzie rozpakowywał prezenty. Powiedział, że widok twarzy chłopaka schodzącego z góry był wart wszystkich pieniędzy. Anthony przytaknął, nie ma nic lepszego na świecie. Jak zwykle szarpnął się na rowery, tablety i gry wideo, wydał po tysiaku na każde dziecko, a jego żona Berenice, bo nadal była jego żoną, skoro się przecież nie rozwiedli, dostała dwutygodniowe wakacje w Vegas. Twierdził, że chce dać dzieciom to wszystko, czego sam nie miał w dzieciństwie, ale prawda była taka, że Berenice pochodziła z dzianej rodziny i Anthony próbował im dorównać. Nie przychodziło mu do głowy, że jego dzieci ucieszyłyby się z czegokolwiek. Za bardzo upodobnił się do swojego ojca, który miał głęboko w dupie, w jakich warunkach dorastają jego synowie, ale kupował im prezenty po kilkaset funtów. Co roku w pierwszy dzień świąt grali z nim w karty. To była duża gra z wysokimi stawkami, zawsze w gronie tych samych sześciu czy siedmiu mężczyzn.

Dlaczego nie pójdziesz razem z nimi?, spytała mama.

Ograłbym ich do czysta.

Anthony ochnął. Podoba mi się twoja postawa. Odważne słowa.

Bardzo odważne, powiedział Gerard.

Ile musiałby postawić?

Dużo.

Mogłabym ci pożyczyć, powiedziała mama.

Nie chcę pożyczki, mamo. Dobrze mi tutaj.

Ile musiałby mieć, Gerardzie?

Kilka ładnych papierów na moje oko, kupę szmalu.

Ja biorę cztery, powiedział Anthony.

Cztery? Tylko?

Patrzcie jaki krezus.

Musiałbyś mieć więcej niż cztery, znacznie więcej niż cztery.

Sześć?

Gerard roześmiał się, ale nic nie powiedział; wiedza, ile kasy przeznaczył na wieczór twój przeciwnik w kartach, może się okazać atutem. Mama była zbulwersowana.

Sześćset? Skąd masz takie pieniądze?

Z narkotyków. I z napadów na ludzi.

Gerard jest męską prostytutką.

Czyste sado-maso. Maski i nasutniki z chwościkami.

Co tydzień w piątek wieczorem możesz go spotkać na tyłach ratusza w sześciocalowych szpilkach i podwiązkach na udach.

W zeszłym tygodniu wpadłem tam na naszego Seana.

Wystarczy. Nie podoba mi się takie gadanie, powiedziała nasza mama.

Jakie gadanie?

O narkotykach i napadaniu na ludzi. To wcale nie jest zabawne.

Nie napadamy na ludzi. Handlujemy tylko narkotykami.

Przestań. Nie żartuję.

My też nie.

Kiedy wyszli, przy stoliku śniadaniowym zostaliśmy tylko mama i ja. Wciąż miała papierową czapeczkę, która tkwiła przekrzywiona na czubku jej głowy. Mogli ten jeden raz z nami zostać, powiedziała. Albo wziąć cię ze sobą…

Mówiłem już, że nie chcę. Dlaczego miałbym tam z nimi iść?

Widzę, że jest ci przykro.

Nie jest mi ani odrobinę przykro.

Jest. Widzę to po twojej minie. Co roku cię tu zostawiają.

Jedna z ulic w zachodnim Belfaście w czasie, gdy rozgrywa się akcja książki (fot. Eric Jones/Wikimedia Commons)

Wieści, jak to wieści, rozeszły się po internecie. Ktoś umarł na domówce w Twinbrook. Mówiono o trefnej partii tabletek, ludzie lądowali w szpitalu. Kolejne zgony. Wysłałem wiadomość do Ryana, by sprawdzić, czy coś o tym wie. Odpowiedział, że jakiś dzieciak z Ardoyne wyzionął ducha na środku ulicy, na oczach kumpli. Miał szesnaście lat. I jeszcze kobieta w Andytown i trzy osoby w Belfaście Wschodnim. Mówili o tym w wiadomościach. Reporter, stojąc na szczycie Summer Hill, opowiadał, że ludzie wybiegali w delirce z mieszkania na parterze, zrywali z siebie ubrania i wrzeszczeli, że gotują im się wnętrzności. Jednym z nich był Anthony. Gerard zadzwonił do mamy, by jej powiedzieć. Uniknął najcięższych objawów, przetrzymali go w szpitalu przez noc i odesłali do domu. Ale zmarł jego kumpel. W jednej chwili gibał się w tańcu pośrodku dużego pokoju, a w następnej wił w agonii na podłodze.

To mógł być Anthony, powiedziała mama. Niewiele brakowało, a chowalibyśmy teraz Anthony’ego.

Kiedy wreszcie do niej oddzwonił, poszła do swojej sypialni i nie wychodziła stamtąd przez godzinę.

Jak się czuje?, zapytałem, gdy w końcu zeszła na dół.

Dobrze, jest u Gerarda.

Cóż, dobrze, że chociaż gdzieś jest.

Wcale nie dobrze, synu, powiedziała. Musi przestać brać narkotyki, bo umrze. Powiedziałam mu to, a on kazał mi się przestać wtrącać. Jak mam się przestać wtrącać?

Przez kilka następnych dni prawie nie spała. Słyszałem, jak w środku nocy schodziła na dół i włączała telewizor. Anthony przestał odbierać telefon. Mama zapytała, czy może przyjechać i go zobaczyć, odchodziła od zmysłów z niepokoju. Powiedział nie. Wtedy rzuciła, że zobaczy go na cmentarzu, a on odparł, że nie chce jej na swoim pogrzebie.

Dlaczego nie mogę przyjść? Co mu zrobiłam?

Nic mu nie zrobiłaś, powiedziałem. Anthony po prostu potrzebuje przestrzeni. Ledwo się tam mieści ze swoją głową, gdyby cię zobaczył, mógłby się poczuć jeszcze gorzej.

Ale ja jestem jego mamą, powiedziała.

Kiedy w sylwestra rano zszedłem na dół, siedziała w podomce przy stoliku śniadaniowym. Żaluzje były opuszczone, telewizor wyłączony. Przed nią stał pusty kieliszek, a obok nieotwarta butelka wina. Podniosłem butelkę i schowałem ją z powrotem do szafki, odstawiłem kieliszek do zlewu. Skórę wokół jej oczu znaczyły czarne obwódki. Wyglądała, jakby była chora.

Byłam dla was zła?, zapytała. Nie byłam dobrą matką?

Byłaś idealna, mamo. Mieliśmy wspaniałe dzieciństwo.

Zacząłem mówić o tym, jak zabierała nas na wakacje do Bundoran, kiedy byliśmy dziećmi. Brała tanią pożyczkę z kasy zapomogowej i razem z ciocią wynajmowała domek na skraju miasta; spędzaliśmy tam tydzień, razem z kuzynami był nas jakiś tuzin. Całe dnie spędzaliśmy w wesołym miasteczku, jeździliśmy samochodzikami, chodziliśmy na plażę, łaziliśmy po skałkach i bajkowych mostkach. Pamiętasz, jak Anthony skakał z trampoliny do morza? Pokręciła głową i spojrzała w okno. Padał śnieg. Płatki nie docierały do ziemi, sunęły wielkimi zawijasami w poprzek ulicy.

Czuję się, jakby to była moja wina.

Co, to?

Spojrzała na mnie. Widziałem, jak jej wzrok cofa się w przeszłość.

Jak mogłam nie wiedzieć?

Mówiła o Anthonym. Mówiła o tym, co mój ojciec robił mu, kiedy był małym chłopcem. Starałem się zachować spokój. Starałem się być głosem rozsądku, ale czułem się jak ktoś, kto płynie na ratunek człowiekowi wciąganemu przez morskie odmęty. Była już za daleko.

O Boże. Przepraszam cię, synu. Przepraszam cię.

Oderwała pas papierowego ręcznika i dwoma rękami trzymała go przed twarzą.

Nie miałam pojęcia. Przysięgam na Boga, że nie wiedziałam.

Obszedłem stolik i objąłem ją. Wpadła w panikę i powiedziała: Przestań, bo się rozpłaczę. Ale już teraz płakała. Schowała twarz w dłoniach i rozszlochała się na dobre.

Późnym wieczorem poszedłem na górę sprawdzić, co z mamą. Siedziała w łóżku oparta o zagłówek, z dłońmi schowanymi w rękawach wełnianego swetra, i oglądała telewizję. Wyglądała lepiej niż rano, widocznie się trochę przespała, i była spokojniejsza, bardziej zgaszona. Poprosiłem ją, żeby zrobiła dla mnie miejsce; poprawiła poduszki obok siebie i się przesunęła. Byliśmy przyzwyczajeni do takiego leżenia razem, nie mieliśmy innego wyjścia w tamtych tygodniach po moim powrocie z Liverpoolu, kiedy mama mieszkała w zapasowym pokoju u babci. Jedliśmy tam kolację, oglądaliśmy telewizję, a w nocy spałem na rozłożonych na podłodze poduszkach. Któregoś ranka mama próbowała przestąpić przeze mnie, idąc do toalety, i wylądowała mi tyłkiem na twarzy. Spytałem, czy to pamięta. Uśmiechnęła się.

Chwała Bogu, że byłam wtedy w pidżamie, powiedziała.

Na szafce przy łóżku leżała pusta paczka po czipsach, wełniany sweter mamy był obsypany okruszkami. Próbowała się z nich otrzepać, ale wplątały się w wełnę i nie mogła się ich pozbyć. Okładała się obiema rękami, mocno, właściwie się biła. Chwyciłem ją za nadgarstki i powiedziałem, żeby przestała. Patrząc na mnie z zakłopotaniem, opadła z powrotem na zagłówek.

Do dziś mi się śni, powiedziała.

Zapytałem: Kto?, ale doskonale wiedziałem, o kim mówi.

Opowiedziała mi swój sen, w którym jechali drogą, samochodem mojego ojca. Miał na sobie biały podkoszulek, taki, jakie nosił w lecie, i czerwone szorty, był śliczny i opalony – pracował na powietrzu, na budowie, miał umięśnione ramiona. W radiu leciało „It’s Raining Men”, stara wersja, The Weather Girls, i tata nastawił ją na cały regulator. Okna były otwarte, wiaterek wiał na przestrzał, i kiedy zatrzymał się na światłach na Falls Road, wszyscy go widzieli i się z niego śmiali. Ojciec miał to gdzieś. Jechał sobie po prostu, śpiewając na całe gardło. A potem byli razem w łóżku, uprawiali miłość – tak właśnie powiedziała, „uprawiali miłość” – i było dokładnie tak jak na początku, kiedy zaczynali ze sobą chodzić, kiedy rozmawiali o tym, że wezmą ślub i będą mieli dzieci. Wyniosą się stąd, zaczną nowe życie. Wiedziała, że to jej się śni, i właśnie o to chodziło. We śnie była tamtą dawną sobą, tak szczęśliwą i zakochaną, że nie była w stanie normalnie funkcjonować, ale jednocześnie osobą, którą jest teraz, i przez cały czas myślała: nie, nie możesz tego zrobić, musisz to przerwać.

Co będzie, jeśli Anthony się o tym dowie?, zapytała we śnie.

Tata uśmiechnął się i powiedział: Będzie dobrze, nie przejmuj się, nikt się o niczym nie dowie, i zaprowadził ją z powrotem do łóżka.

Czy jestem okropną matką?, spytała.

Objąłem ją i przytuliłem.

Już dobrze. Mnie też się śni.
(…)

Michael Magee „Blisko domu”
Tłumaczenie: Hanna Pustuła-Lewicka
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 384

Opis: Szczery i poruszający obraz pokolenia stojącego w obliczu niepewnej przyszłości. Irlandia Północna, 2013 rok. Dwudziestokilkuletni Sean przyjeżdża do rodzinnego Belfastu ze świeżo zdobytym dyplomem anglisty. Powrót do domu oznacza powrót do dawnych nawyków. Na uniwersytecie zgłębiał wybitną literaturę, teraz pochłania go proza życia: brak pieniędzy, miłości, sensu. Do perfekcji opanowuje technikę drobnych kradzieży w Tesco, biegle wciąga kokainę z klucza, a gdy ktoś stanie mu na drodze, nie ma skrupułów, by go znokautować. „Tkwisz w swojej dziurze, skazany na trzy albo cztery ciągle te same gęby, pijesz, ćpasz, kręcisz się po barze, aż w końcu zupełnie nie ma z kim gadać” – te słowa powracają do Seana jak refren. Dopiero gdy trafia przed sąd, a w jego życiu niespodziewanie pojawia się przyjaciółka z przeszłości, Sean zaczyna zdawać sobie sprawę, że los może się jeszcze odmienić.

W swojej debiutanckiej powieści Michael Magee tworzy szczery portret młodych ludzi z klasy robotniczej, z pierwszego pokolenia urodzonego po zakończeniu Kłopotów. Opowiada o ich niespełnionych nadziejach, bolesnych zmaganiach z rzeczywistością, narastającym gniewie i braku perspektyw. „Blisko domu” to również oda do Belfastu: miasta naznaczonego bliznami po konfliktach, w którym wciąż wybrzmiewa echo brutalnej, traumatycznej przeszłości.

fot. główna: mat. prasowe

Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek