banner ad

Małe miasteczko, czasy wielkiego kryzysu, burze pyłowe i preriowa wiedźma. Przeczytaj przed premierą fragment powieści „Antidotum” Karen Russell

21 kwietnia 2026

6 maja wydawnictwo Znak opublikuje nową powieść Karen Russell, autorki „Swamplandii!”. „Antidotum” to historia o małym miasteczku w Nebrasce, któremu grozi zagłada w obliczu pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego lat 30. i szalejących burz pyłowych. Mieszkańcy zmagają się nie tylko z zewnętrznym zagrożeniem, ale przede wszystkich z własnymi demonami: serią brutalnych morderstw młodych kobiet, które giną na terenie całego hrabstwa; wewnętrznymi konfliktami i wielką tajemnicą, która sięga czasów powstania miasteczka i jest tak potworna, że każe myśleć, iż sami sprowadzili na siebie klątwę. Karen Russell eksploruje temat pamięci i wyparcia, zbiorowej traumy i przepisywania historii. To także opowieść o władzy, korupcji i dziedzictwie przemocy z fantastyczną postacią Wiedźmy z Prerii, która jest powierniczką wspomnień mieszkańców. Poniżej prezentujemy przedpremierowo fragment książki w tłumaczeniu Marii Makuch, w którym poznajemy preriową wiedźmę.

Preriowa wiedźma

W jednej chwili można stracić wszystko. Majątek, rodzinę, słońce. Tę lekcję musiałam przerobić dwa razy w życiu. Po raz pierwszy stało się to, gdy miałam piętnaście lat i uciekłam z Domu dla Samotnych Matek. Drugi raz, kiedy byłam preriową wiedźmą przykutą łańcuchem do pryczy w więzieniu z pustaków. – Twój drugi dom – mawiał Szeryf. Oficjalnie nie istnieję na jego Zachodzie; niemniej odwiedzanie mnie jest zbrodnią.

W Czarną Niedzielę, zanim jeszcze ktokolwiek wiedział, że nazwą ten dzień Czarną Niedzielą, w więzieniu obudził mnie odgłos, jakby pociąg towarowy drążył we mnie tunel. Rozdzierające wycie, od którego trzęsły się kamienne mury. Leżałam na pryczy, drżąc jak łupina. Wpiłam się palcami w materac. Na początku zamieniłam się w jeden strach, bałam się, że gdzieś odpłynę. Co się ze mną stało podczas snu? Czułam, jak jakiś nóż wydłubuje mi z kości cały szpik. Coś istotnego we mnie stopniało i wypłynęło, a to miejsce wypełniła nowa nieważkość. Lekkość i coś niedobrego, spowijająca mnie biel przemieszczała się wzdłuż kręgosłupa i sączyła z ust. Zbankrutowana, to słowo powstało w moim mózgu. Na początku nie rozpoznałam, że głos, który woła o pomoc, jest mój. Spanikowana, wyciszyłam się – nie mogłam już sobie pozwolić na najmniejszą utratę ciężkości. W zdrętwiałych kończynach poczułam mrowienie, ukłucia igieł z powrotem zszywały je z mózgiem. Nie było to szczęśliwe zjednoczenie. Dziesięć białych palców u nóg wyrastało jak grzyby spod brudnego zielonego koca, przebierały w powietrzu w najwyższym wysiłku, na jaki potrafiłam się zdobyć. Lampa naftowa w korytarzu świeciła słabym szmaragdowym blaskiem, poza którym cela pogrążona była w cieniu. Ten ból wcale nie był mój. Przeleciał jak wiatr. Potem przewiercił mi skórę i pochłonął świat.

A może kiedy się obudziłam, czarna burza już na dobre się zbliżała. Dławiący gorąc wypełnił więzienie, a za nim nastąpiły smagające bicze pyłu. Dotarło do mnie, że tu zostanę pogrzebana, zanim przypomnę sobie, kim jestem. Minuty i godziny straciły dla mnie jakiekolwiek znaczenie; skuliłam się na pryczy, oczekując, że cyklon rozerwie mnie na kawałki. Wreszcie wiatr zaczął słabnąć. Smuga światła rozcięła burzowe niebo – przez okienko w celi patrzyłam na bladą ścieżkę, coraz jaśniejszą i szerszą. Zielonkawy krążek zawisł nad ścianą chmur i wieki minęły, zanim rozpoznałam, że to słońce. Przecież to nie była północ, tylko trochę po południu.

Zaczęłam sobie przypominać ziemię poza celą, prerię bez krańców. Powróciła do mnie nazwa miasteczka, gdzie pracowałam: Uz, Nebraska, na południowy wschód od Sandhills i na zachód od rzeki Platte. Od czterech lat tkwiliśmy w najgorszej suszy, jakiej kiedykolwiek doświadczył przybysz na Wielkie Równiny Prerii. Inne istnienia prowadziły dawniejsze zapiski. Topole opowiadały liczącą tysiące lat historię zapisaną w nierównych kręgach, której nie kwapił się czytać żaden polityk. Kongresmeni szkolą się, by ograniczyć myślenie do cykli wyborczych, pomijają planetarne. Zauważają spadki i wzloty na rynku, ale nie pamiętają, jak odczytywać kręgi. W Uz od miesięcy brakowało prądu. Plagi szczęk i żuwaczek. Koniki polne zbite w szumiące chmury z grzechotem tłukły o kabiny traktorów. Tysiące zajęcy rozproszonych na Równinie pożerały wszystko, co było zielone. Skrzydlate chrząszcze w kolorze indygo spadały Bóg jeden wie skąd, kolby kukurydzy w kształcie wklęsłej klepsydry, jakich przed rokiem 1931 nikt jeszcze na Wielkich Równinach nie widział. Czerwony piasek z Oklahomy, czarny pył z Kansas i gołębioszara ziemia ze wschodnich równin Kolorado uformowały nad Uz falujący dach z pyłu rozbłyskujący piorunami cieplnymi.

Szeryf z rodziną mieszkał naprzeciwko więzienia w piętrowym domu szkieletowym z cegły, projekt z katalogu Sears, Roebuck. Dom rozsiadł się na wolnym kawałku ziemi, pięćset jardów od krat w moim okienku dwie na dwie stopy. Pył wpadał do celi i to, co na zewnątrz, stawało się coraz mniej rzeczywiste. Dom Szeryfa rozmył się jak na szkicu węglem. Wymazany gumą, kolejny raz przerysowany i w końcu niewidoczny dla oka. Niebo z całą pewnością spadało.

W końcu zdobyłam się na krzyk pomocy. Czułam przerażenie, wypuszczając tyle powietrza naraz – nieważkość wdarła mi się do głowy. Nikt nie zareagował. Jak długo tkwię w tej pułapce? Cela miała siedem stóp na osiem, ze sprzętów były w niej tylko prycza i blaszane wiadro do połowy wypełnione szczynami poprzedniego więźnia. A może moimi. Byłam chyba jedyną na odsiadce w tym pudle. Jednak się myliłam. Coś delikatnie wylądowało mi na piersi, a potem wskoczyło na gzyms pod oknem celi – ogromna kotka o zjeżonym marchewkowym futrze wydawała się absurdalnie jasna. Uszy miała nastawione do przodu, pazury zaciśnięte na gzymsie. Jej złote oczy patrzyły na mnie łagodnie. Nie słyszałam, aby cokolwiek ją przywoływało. Lecz po chwili kotka przecisnęła się przez kraty i zwinnie wskoczyła w żywioł.

Gdy tylko zniknęła, poznałam ją – kotka Szeryfa, puchata i pręgowana, w czasie moich odsiadek często sypiała mi na piersi. Szeryf z głupoty i lenistwa w ogóle jej nie nazwał, nawet Kotem. Pewne wspomnienie wróciło do mnie wraz z wyciem: kiedyś Szeryf utopił w miednicy miot jej kociąt, co było dla mnie słyszalne. Zalała mnie fala pisku pięciu kociąt, wpijających pazurki w wytłumione ściany w obrębie murów. Znowu słyszałam ten plusk, gdy worek został odrzucony. Wylana woda ściekała korytarzem, ich głosy przeszły 15 w nienaruszoną ciszę. Szeryf uwięził matkę w szafie obok, zamykając nas obie w klatce dla bezsilnych świadków. Jej wściekłe wrzaski mieszały się z gasnącymi piskami. Ostatnie głosy tego świata nie brzmiałyby bardziej rozpaczliwie.

W dziedzinie tortur i głupi człowiek potrafi być erudytą. Szeryf przykucnął przed Celą numer 8, szczerząc się do mnie przez kraty, gdy nalewał mleko dla matki nieżywych kociąt. – Był jakiś hałas, co? W moment zapomnisz ten paskudny wypadek. Taka potężna wiedźma jak ty…

Zanim przywołałam swoje imię, powróciło to, czym się zajmuję. „Tak, jestem Antidotum”, przyszło do mnie i pozostało w pamięci. „Jestem preriową wiedźmą”. Drzwi do mojego życia otwarły się na oścież. Teraz zobaczyłam swój wynajmowany pokój w pensjonacie. Mój afisz w oknie na drugim piętrze, ręczne pismo wykaligrafowane złotymi literami: ANTIDOTUM Z UZ! TERAZ PRZYJMUJE DEPOZYTY. Ogłosiłam usługi bankowe jako panaceum na wszelkie dolegliwości: od zgagi po koszmary nocne. Jak pamiętam, jacyś moi klienci ułożyli o mnie reklamę, korzystając ze słów na plakacie:

„Antidotum na chorobę z miłości! Antidotum na rozpacz! Antidotum na wzdęcia! Antidotum na wyrzuty sumienia! Antidotum na bezsenność! Antidotum na spocone dłonie! Antidotum na marzycielstwo! Antidotum na wstyd!”

Prawie wszyscy na Wielkich Równinach o nas wiedzieli, nawet ci, którzy zaprzeczali, że istniejemy. Skrytki, tak nas czasem nazywano. Preriowe wiedźmy. Teraz dopiero sobie przypomniałam, co robię, żeby zarabiać na chleb – co robiłam już od wczesnej młodości. Wchłanianie i przechowywanie wspomnień moich klientów. Deponowanie tajemnic mieszkańców Uz. Grzechy i zbrodnie, pierwsze i ostatnie razy, noce niewysłowionej grozy i radość świeżych poranków – kto by tam wiedział, co moi klienci przelewali ze swoich ciał w moje? Tego się tylko domyślałam. Podczas przekazów znikałam, stając się pojemną nijakością. Ciało preriowej wiedźmy jest do 16 wynajęcia. Skrytką, w której przechowuje się wiedzę o czymś, czego nie można znieść lub znieść tego, że się zapomni.

Połowa miasta Uz używała mnie jak banku i nawet ci, którzy napiętnowali mnie jako oszustkę i szantażystkę, wiedzieli, że świadczę usługi w Pokoju numer 11. Ludzie przychodzili i płacili mi za przechowanie pewnych fragmentów swojego życia. Na przykład zbyt przykrego wspomnienia, z którym ciężko przychodziło im dalej żyć, lub zbyt cennego, aby myśleć o nim na co dzień. Kiedy szeptali mi coś do ucha przez zieloną trąbkę, ich wspomnienia uchodziły z nich i wnikały we mnie. Wymiana była bezbolesna. Opowieści klientów nigdy mnie nie dotykały, ponieważ nie byłam przebudzona, aby je słyszeć. Pogrążona w transie mogłam się rozszerzać, by chłonąć cokolwiek. Póki transfer się nie zakończył, nie powracałam do stanu przebudzenia. – Wiem tyle o swojej zawartości – zapewniałam klientów – co skrytka bankowa o zdeponowanej w niej forsie. Tyle co zalewa octowa w słoju wie o pływających w nim korzeniach. – Co strych wie o swoich duchach. Ich zmarli żyli we mnie, cierpliwie czekając na moment, kiedy zostaną wspomniani. Pod ciężarem depozytów czułam przytłoczenie. Po dokonanym transferze często miałam ostry ból w klatce piersiowej albo miednicy – czasem była to migotliwa jasność, jakby w piersi krążyła złota rybka – w ten sposób wiedziałam, że transfer zakończył się powodzeniem. Nowy klient uśmiechał się z zakłopotaniem i mówił:

– Myślę sobie, co to ja pani właśnie powiedziałem? Całkowicie wyparowało mi to z głowy!

Teraz zrozumiałam, dlaczego moje ciało odczuwało tak przerażającą lekkość, dlaczego wciąż powracało do mnie słowo bankructwo. Stało się ze mną coś, czego nie umiałam się bać.

Piętnaście lat depozytów jakimś sposobem zostało ze mnie wyjętych podczas snu. Wypompowano je z mojego ciała, jakby ktoś odessał wodę z liścia. Gdzie się podziały? Z mojego ciała dostały się w jakiś żywioł? Czy gdzieś, w jakimś miejscu, nadal pozostają nietknięte? Czy może pochłonął je pył? Z każdym głębszym oddechem docierało do mnie coraz więcej o skali i formie tego, co straciłam. Przewróciłam się na bok i podciągnęłam koszulę nocną – tkanina workowa z GROVER’S ORCHARD przeznaczona do innych celów, za krótka na kobietę mojego wzrostu, z nadrukiem w piaskowe brzoskwinie, które z każdym oddechem zdawały się dojrzewać i parcieć. Pięściami wymacałam brzuch, jakby tysiące tajemnic zgromadzonych we mnie mogły jedynie się przemieścić.

Właściwie nie zapomniałam tych tajemnic, bo tak naprawdę nigdy ich nie znałam. Może jednak nie jest to do końca prawdą. Znałam je w taki sposób, w jaki znałam ciebie, mój Synu, zanim się urodziłeś. Schroniony w moim ciele jako ucisk i ciężar. Wspomnienia żyją. Gdy gromadzisz ich tyle co ja, zaczynasz słyszeć trzask swoich kości. Teraz czułam zagrożenie, że sama wyparuję.

Jak się okazało, nie byłam jedyna. W tym samym czasie farmerzy z Równin tracili całe zbiory. Rodziny chowały się w piwnicach swoich domów, podczas gdy chmury tyły od czarnej ziemi. Niebo zmieniło się w burczący brzuch. Gdy ciemność zaćmiła słońce, zaskoczeni na polach Uzjanie myśleli, że oślepli.

Wielu z tych farmerów i ranczerów także straciło – o czym nie wiedzieli – potężne obszary swojej przeszłości. Dnie i noce, które trzymałam dla nich w rezerwie, podczas gdy oni pochłonięci byli sprawami życiowymi. Klienci, którzy od mojego przybycia do Uz lojalnie korzystali z oferowanych przeze mnie usług bankowych, wkrótce dowiedzą się o krachu – jak mogłabym temu zapobiec? Pojawią się, aby podjąć, co im się należy, a ja nie miałam niczego do zwrócenia. Zachowałam jedynie garść faktów o swoim samotnym życiu.

Zawsze prowadziłam skrupulatną dokumentację. Potrafiłam powiedzieć, kto był u mnie 12 lipca 1927 roku, i podać, ile trwała wizyta. Byłam w stanie oszacować co do grosza, ile pieniędzy zarobiłam w hrabstwie Uz w latach 1920–1935. Lecz jakie to miało znaczenie, że od jednego klienta pobierałam dwa dolary, a od innego dwieście? Żadna z liczb wpisanych do księgi rachunkowej nie była miarodajna w stosunku do ogromu moich strat. Prawdę oddawały skurcze żołądka i szpony rozpaczy.

Czarna Niedziela, zanim tak nazwały ją gazety i zmiotły do historii, zmiażdżyła region na pył i nadała mu nazwę Great Dust Bowl. Podobnie jak wielu moich sąsiadów obudziłam się do zgliszcz. Będąc w środku żywiołu, myślałam, że najgorsze za mną. Jednak się myliłam. Pył szykował mi jeszcze jedną lekcję: póki oddychasz, masz więcej do stracenia.
(…)

Karen Russell „Antidotum”
Tłumaczenie: Maria Makuch
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 512

Opis: Co pamiętamy? Co wypieramy? I kto decyduje, która wersja dziejów przetrwa? Antidotum – preriowa wiedźma z miasteczka Uz – przechowuje cudze traumy i tajemnice jako depozyty, które w każdej chwili można odzyskać. Do czasu. 14 kwietnia 1935 roku największa w historii Ameryki burza piaskowa unicestwia wszystko, również wspomnienia, które mieszkańcy powierzyli Antidotum. Jeśli ich sekrety wyjdą na jaw, wiedźmie grozi niebezpieczeństwo.

Niespodziewanie pomoc oferuje jej Dell, nastoletnia koszykarka polskiego pochodzenia, która sama ucieka przed własną przeszłością. Między dwiema kobietami rodzi się nieoczekiwany sojusz. Wkrótce odkrywają, że nad miastem ciąży klątwa, a w pustoszących je burzach grzmią echa dawnych krzywd, które domagają się zadośćuczynienia.

„Antidotum” to pełna magii opowieść o kłamstwie, winie i odkupieniu. O ludziach, którzy muszą zdecydować: czy ocalić przeszłość, czy pozwolić jej zniknąć w pyle historii. Ale czy można zbudować przyszłość na zapomnieniu?

fot. Michael Lionstar/mat. prasowe

Tematy: , ,

Kategoria: fragmenty książek