Ludwig Wittgenstein i Adolf Hitler na szkolnym zdjęciu. Czy się spotkali? Fragment książki „Do Pana kieruję moje milczenie” Anny Arno

Opublikowana nakładem Wydawnictwa Znak książka „Do Pana kieruję moje milczenie” to zbiór esejów Anny Arno o spotkaniach, których nie było. Autorka rozważa losy znanych postaci historycznych, których drogi „proste równoległe przez chwilę niebezpiecznie się zbliżyły”. Poniżej możecie przeczytać fragment pierwszego rozdziału, w którym autorka opisuje szkolne dzieje Ludwiga Wittgensteina i Adolfa Hitlera.
1
Nieznajomi ze szkolnej ławy
W roku szkolnym 1904-1905 dwaj chłopcy chodzili do Cesarsko-Królewskiej Szkoły Realnej w Linzu. Szkoła średnia o technicznym profilu stała przy wąskiej Steingasse. Nieco ponad pół wieku wcześniej tę placówkę założył Adalbert Stifter, kierujący wówczas lokalną oświatą klasyk austriackiej literatury. Obaj uczniowie urodzili się w 1889 roku: Adolf był starszy od Ludwika zaledwie o sześć dni. Nie ma dowodów na to, że się spotkali. Nie ma też dowodów na to, że do spotkania nie doszło. Z pewnością było możliwe. Na grupowej fotografii w prawym górnym rogu stoi znudzony chłopak o obłej twarzy. To Adolf Hitler. Szczupły, ciemnowłosy kolega w rzędzie poniżej to Ludwig Wittgenstein. W roku, w którym chłopcy mogli się zetknąć, Adolf był w trzeciej, Ludwig zaś w piątej klasie. Rozminęli się aż o dwie klasy, bowiem Adolf powtarzał klasę pierwszą, z kolei Ludwig, który wcześniej pobierał lekcje domowe, był o rok do przodu. Ani jeden, ani drugi nie wyróżniał się pilnością ani najwyższymi stopniami.
Adolf Hitler wcześniej chodził do wiejskich podstawówek w Lambach i Leonding, gdzie mieszkał z rodziną. Radził sobie z programem, czytał Karola Maya i Jamesa Fenimore Coopera, na przerwach ganiał po podwórku jako Indianin. W szkole średniej zaczynają się wymagania. Adolf się nie przykłada i nauka idzie mu jak po grudzie. „Szczupły i wyprostowany, blada, mizerna twarz, z błyszczącymi oczami, prawie jak u gruźlika” – zapamiętał Hitlera nauczyciel przyrody Theodor Gissinger1. Do szkoły Adolf dociera pieszo: zajmuje mu to ponad godzinę. Nie należy do żadnej paczki; w południe stołuje się u miejscowej rodziny i zaraz po lekcjach wraca. Niektórzy traktują go z góry, bo jest ze wsi. Joseph Keplinger (później architekt w Linzu) zapamiętał Hitlera jako dobrego kompana – choć nie był bardzo silny, umiał się bronić. Nie sprawiał wrażenia gwałtownika, może był wręcz spokojniejszy niż wielu kolegów. „Spotykały się w nim dwa przeciwieństwa charakteru, to był cichy fanatyk”.
Na zakończenie pierwszej klasy Hitler dostał dwa niedostateczne: z matematyki i przyrody. Miał też dwie uwagi za brak pilności. Powtarzał rok. Z kolei w klasie trzeciej nie zdał matematyki i francuskiego. Wychowawca, uczący niemieckiego i francuskiego doktor Eduard Huemer, zawsze wywoływał Hitlera „do repetycji”: ćwiczenia polegającego na opowiadaniu czytanki. Jak zapamiętał kolega, „w wykonaniu Hitlera brzmiało to zwykle zabawniej niż w oryginale”. Kiedy po raz trzeci miał zawalić rok, nauczyciele z Linzu przenieśli go do szkoły w prowincjonalnym Steyr.

(fot. German Federal Archives/Wikimedia Commons)
W 1923 roku doktor Huemer jako świadek w procesie po puczu monachijskim wspominał młodego Hitlera. „Na pewno miał dryg, choć tylko do niektórych przedmiotów. Brakowało mu jednak opanowania. Poza tym, delikatnie mówiąc, był kłótliwy, dominujący, zarozumiały i humorzasty. Nie umiał się podporządkować szkolnej dyscyplinie. I nie przykładał się do nauki. W przeciwnym razie, przy swoich zdolnościach, miałby lepsze wyniki”. Pedagog dość wyrozumiale traktuje krnąbrnego ucznia. Z kolei Hitler swojego wychowawcę wspominał jak najgorzej: w „Mein Kampf” przyznaje, że nie miał talentu do języków, ale mimo to zrobiłby postępy, gdyby nauczyciel nie był „wrodzonym kretynem”.
Hitler jeszcze po latach nie mógł wybaczyć szkolnych niepowodzeń. Jego nauczyciele w Linzu to były osoby zaburzone, zaniedbane, w przybrudzonych kołnierzykach. Wywodzący się z proletariatu, „pozbawieni jakiejkolwiek niezależności umysłowej, wyróżniali się niewyobrażalną ignorancją i doskonale nadawali się na podpory tego zwiędłego systemu rządzenia, który dziś, dzięki Bogu, jest już pieśnią przeszłości”. Nauczyciele tłamsili wszelkie oznaki oryginalności i nie mieli sympatii dla młodzieży. Z chłopców chcieli zrobić „erudycyjne małpiszony, na własny wzór i podobieństwo”. Autor „Mein Kampf” nie ukrywa, że sam zalicza się do tych nieprzeciętnych jednostek, które nie odnajdują się w szkolnej machinie. Swoją autobiografię stylizuje na „portret młodego artysty”. Jego trudności edukacyjne wynikały z tego, że dążył do malarskiej kariery. Do losu „prześladowanego geniusza” pasował także konflikt z ojcem, który pragnął, aby syn, tak jak i on, został urzędnikiem. Hitler twierdził wręcz, że z tego powodu zaniedbał szkolne obowiązki: aby udowodnić, że jego miejsce jest nie przy biurku, lecz przed sztalugami. Artystyczne plany ojciec uważał za absurdalne, groził, że nie dopuści do tego, póki żyje. Alois Hitler zmarł w styczniu 1903 roku. Syn miał wówczas trzynaście lat.
Hitlera i Wittgensteina nic nie łączy z wyjątkiem przypadku, linii losu, które przez kilkanaście miesięcy biegły niepokojąco blisko. Szkoła stała w wąskiej uliczce, budynek był za ciasny dla ponad trzystu chłopców.
W roku szkolnym 1902-1903 Adolf Hitler jako jedyny w klasie był zwolniony z czesnego – na wyrost, bo rodzina nie żyła w ubóstwie. Z kolei Ludwig Wittgenstein był najmłodszym synem jednej z najzamożniejszych rodzin w habsburskiej monarchii, a nawet w całej Europie. Jego ojciec, Karl Wittgenstein, pchnął austriacki przemysł na nowe tory. Do spółki z Rothschildami produkował żelazo, stal i gumę. W dzieciństwie Ludwiga rodzina zajmowała potężną kamienicę w Wiedniu, w pobliżu Kościoła Świętego Karola Boromeusza: nazywano ją Palais Wittgenstein, i to nie tylko ze względu na monumentalną neorenesansową fasadę. Zdobione sztukaterią sufity, freski na ścianach, paradna klatka schodowa – wszystko to świadczyło o stylu życia wielkiej burżuazji. Podczas muzycznych wieczorów w czerwonym salonie w kryształowych lustrach odbijały się sylwetki Brahmsa i Mahlera.
Karl Wittgenstein był mecenasem Secesji Wiedeńskiej, grał na trąbce i skrzypcach, a na koncertach wzruszał się do łez. Bardzo mu jednak zależało, by synowie nie zeszli na artystyczne manowce: mieli przejąć po nim przedsiębiorstwo. Ojciec nalegał, by podjęli studia inżynieryjne albo ekonomiczne, i tępił nazbyt żywe pasje, które mogły im w tym przeszkodzić. „Jak często zdarza się wybitnym ludziom interesów, słabo rozumiał psychologię swoich bliskich. Synów mógł docenić, jedynie mierząc ich osiągnięcia własną miarą” – stwierdził biograf rodziny Wittgensteinów Alexander Waugh.
Ludwig Wittgenstein i jego dwa lata starszy brat Paul początkowo kształcili się w domu: do łaciny i matematyki przychodzili prywatni nauczyciele, resztę mieli nadrobić poprzez samodzielne lektury. Karl Wittgenstein uważał, że szkoła to strata czasu, lepiej się wyszaleć na dworze. Na zmianę decyzji o ścieżce wychowawczej młodszych synów wpłynęła jednak tragedia starszych braci.

Rodzina Wittgensteinów w Wiedniu latem 1917 roku. Od lewej: rodzeństwo Kurt, Paul i Hermine Wittgenstein, ich szwagier Max Salzer, ich matka Leopoldine Wittgenstein, Helene Wittgenstein Salzer i Ludwig Wittgenstein (fot. Wikimedia Commons)
Najstarszy Hans, fenomenalnie matematycznie i muzycznie uzdolniony, grał na skrzypcach, fortepianie i organach: może nie subtelnie, ale wirtuozersko i z pasją. Tymczasem ojciec zmuszał go do odbywania praktyk zawodowych w fabrykach w Czechach, Niemczech i Anglii. Ćwiczyć pozwalał mu tylko w wyznaczonych godzinach. W 1901 roku dwudziestopięcioletni Hans uciekł za ocean. Zaginął w 1902 roku. Według jednych źródeł miał wypadek na kajaku w Everglades na Florydzie, według innych wypadł z łodzi w Chesapeake Bay. Wszystko wskazuje na to, że popełnił samobójstwo. Z kolei w 1904 roku rozegrał się dramat cztery lata młodszego Rudolfa. Tym razem samobójstwo zostało rozegrane wręcz brawurowo. Student chemii spożył kolację w berlińskim lokalu, muzykom kazał zagrać smętną piosenkę, po czym połknął cyjanek. Jedni twierdzili, że miał kompleksy z powodu swojego homoseksualizmu, inni, że cierpiał, bo ojciec nie pozwolił mu studiować aktorstwa.
Po śmierci starszych braci rodzice nie wymawiali na głos ich imion. Dwóch młodszych posłali do publicznych szkół, by mogli odetchnąć od ciężkiej atmosfery w domu. „Ojciec w końcu zrozumiał, że to, co było dobre dla niego samego, może okazać się zgubne dla jego synów” – wspominała ich siostra Hermine.
Po rodzinnych tragediach Karl Wittgenstein musiał się domyślać, że ani Ludwig, ani dwa lata starszy Paul nie nadają się do prowadzenia interesów. Świat Paula kręcił się wokół fortepianu. Jednak rodzina uważała, że nie jest równie zdolny jak Hans, a muzyka pochłania go wręcz chorobliwie. W każdym razie Paul dostał się do gimnazjum w Wiener Neustadt. Z kolei Ludwig miał luki w podstawowej edukacji i nie miał szans na przyjęcie do szkoły o profilu klasycznym. Nawet przed egzaminem w Linzu pobierał korepetycje. Zresztą wydawało się, że rozsądnie będzie rozdzielić wiecznie rywalizujących ze sobą braci. W dzieciństwie Ludwig nie wykazywał szczególnych talentów ani artystycznego polotu, nawet mówić zaczął bardzo późno. Miał za to zdolności manualne: jako dziesięciolatek skonstruował z patyków i drutu sprawny model maszyny do szycia. Ojciec mógł jeszcze mieć nadzieję, że przynajmniej zostanie inżynierem. Dlatego też posłano go do szkoły technicznej, w dodatku daleko od stolicy. Oderwanie od domu i praktyczne zajęcia miały „wyrobić charakter” nazbyt delikatnego chłopca.
„Linz. – Ludzie uśmiechają się mimo woli w Austrii, wymawiając tę nazwę, która samym brzmieniem swoim jak gdyby napraszała się o niemiecki rym 'Provinz’ – zauważał Stefan Zweig. – Drobnomieszczańska ludność wiejskiego pochodzenia: robotnicy okrętowi, rzemieślnicy, przeważnie ubodzy ludzie, a wśród tego tłumu tylko kilka arystokratycznych rodzin z dawna osiadłego tutaj austriackiego obywatelstwa wiejskiego”. Na wieść o „zsyłce” nastoletni Ludwig odetchnął z ulgą. Zamieszkał na stancji u nauczyciela Strigla. Przybrana rodzina traktowała go serdecznie, a z ich synem połączyła go przyjaźń: burzliwa i podszyta erotyczną fascynacją. Ludwig z przymrużeniem oka nazywał kolegę „Herr Pepi”. Striglowie całe lata powtarzali jego zabawne powiedzonka.
Tymczasem szkoła okazała się udręką. Wcześniej, przebywając w domu, Ludwig nie nawiązał kontaktów z rówieśnikami: matka na próżno namawiała go, by pobawił się z dziećmi służby. Tym trudniej było mu się odnaleźć w nowym środowisku. W prowincjonalnym technikum mały Wittgenstein był jak niebieski ptak. Elegancki, nadwrażliwy i nietowarzyski, lekko się zacinał. Wypowiadał się wytwornie, do kolegów zwracał się formalnym Sie i sam unikał spoufalania. Irytowały go burszowskie zagrywki rówieśników, a oni wyśmiewali się z wiedeńskiego paniczyka. Kolega z klasy, Stiegler, twierdził, że z nim jednym Wittgenstein przeszedł na ty. Po latach Stiegler – wówczas emerytowany rachmistrz – w gazecie znalazł wzmiankę o Wittgensteinie: „a więc został wielkim matematykiem. Uważaliśmy go za aroganta”. Siostra Hermine tłumaczyła, że był dojrzalszy i poważniejszy od rówieśników. „Przede wszystkim jednak był duchowo niezwykle wrażliwy i wyobrażam sobie, że kolegów także postrzegał jak istoty z innej, strasznej rzeczywistości”.
Wyniki w nauce Wittgenstein miał mizerne. Nie mógł wysiedzieć na lekcjach i często je opuszczał. Najlepsze oceny dostał z religii: nie wynikało to jednak z uduchowienia, raczej z pobłażliwości katechetów. Za słabe świadectwo i setki godzin wagarowania niesforny uczeń nie został przez rodziców skarcony. Zatroskany ojciec proponował, by Ludwig wrócił do Wiednia, dobrze zjadł, do woli się wyspał, a potem wypocił i wyszalał na świeżym powietrzu.
W latach nauki Hitlera i Wittgensteina szkoła w Linzu była rozpolitykowana. Zarówno w gronie pedagogicznym, jak i w ławkach znajdowali się „klerykaliśc” i wierni poddani Habsburgów, nacjonaliści i liberałowie. Widywało się czarno-żółte emblematy monarchistów i czarno-czerwono-złote barwy pangermańskiego ruchu z 1848 roku. Monarchiści zbierali fotografie cesarskiej rodziny i kubki z podobiznami Franciszka Józefa i Sisi. Z kolei nacjonaliści ustawiali gipsowe popiersia Bismarcka, kolekcjonowali kufle z maksymami o heroicznej historii Niemiec. Stowarzyszenia o profilu narodowym – Deutscher Schulverein oraz Verein Südmark – rozprowadzały „bony na fundusz wolności”: przeznaczone na zwalczanie czeskich wpływów i propagowanie kultury germańskiej.
Mimo wszystko nauczyciele nie deklarowali skrajnych politycznych sympatii. Historyk Leopold Pötsch przemawiał na zgromadzeniach nacjonalistycznych, ale wystąpił też na jubileuszu habsburskiego cesarza. Dyrektor szkoły Hans Commenda w młodości należał do nacjonalistycznych bractw, ale jako dyrektor pozostawał lojalnym poddanym cesarza. Większą gorliwością wykazywali się uczniowie. W monarchii habsburskiej zakazane było celebrowanie pruskiego zwycięstwa nad Sedanem, a nawet eksponowanie portretów Bismarcka. Młodzież świętowała po kryjomu, śpiewając nacjonalistyczną, antyfrancuską „Die Wacht am Rhein” (Straż na Renie). Także Hitler był oczarowany „niemieckością”. Aby drażnić niepodzielających jego poglądów nauczycieli, układał ołówki w czerwono-czarno-złote stosy. Był upominany za noszenie w klapie bławatka, symbolu poglądów narodowych i wszechniemieckich.
Jak twierdził Hitler, pierwszą lekcję nacjonalizmu odebrał właśnie w szkole średniej. Pośród całej nudy i frustracji wyjątkiem były wykłady Leopolda Pötscha, nauczyciela geografii i historii, który pełnił również funkcję szkolnego bibliotekarza. Pötsch pochodził z przygranicznej miejscowości w południowej Karyntii i za największych wrogów niemieckości uważał Słowian. Jego wykładów jedenastoletni Hitler słuchał z wypiekami na twarzy. Historyk opowiadał o glorii narodu, przywołując chwalebne wyczyny teutońskich plemion. Jak po latach zapewniał Führer, Pötsch uświadomił mu „degenerację” habsburskiej monarchii, wskazał ścieżkę prawdziwego, narodowosocjalistycznego patriotyzmu. Profesor wyróżnił zaangażowanego ucznia: to on nosił mapę.
Po latach Hitler z satysfakcją przyjął wiadomość, że jego ulubiony profesor był członkiem nielegalnej nacjonalistycznej Austriackiej SS. Sam Pötsch zdenerwował się jednak, gdy odnalazł swoje nazwisko w „Mein Kampf”: w przeciwieństwie do Hitlera, nigdy nie był przeciwnikiem wielonarodowej Austrii i nie podżegał do nienawiści. Kiedy w 1936 roku grupka pedagogów wysłała pozdrowienia dawnemu uczniowi (obecnie Führerowi), Pötsch odmówił złożenia podpisu. Nie zdołał się jednak wymigać od zaszczytu państwowego pogrzebu w 1942 roku.
W okresie, gdy edukację w Linzu pobierali Hitler i Wittgenstein, Żydzi stanowili zaledwie jeden procent mieszkańców miasta. W szkole było siedemnastu żydowskich chłopców. Do tej garstki najpewniej nie zaliczano przyszłego autora „Traktatu logiczno-filozoficznego”: był ochrzczony, wyróżniał się na lekcjach religii. Mało prawdopodobne, by koledzy postrzegali go jako Żyda. Znaczące wydaje się jednak zdanie, które zanotował Wittgenstein po pierwszym dniu nauki: „klasa w szkole realnej. Pierwsze wrażenie: gówno. Stosunek do Żydów”. Przepytywani przez historyków koledzy Hitlera rozmaicie wspominali „kwestię żydowską” w szkole. Jedni nie zauważali różnic w traktowaniu. Inni mówili o „bojkotowaniu” Żydów w starszych klasach, co miało także reperkusje w młodszych rocznikach. W Linzu (a tym samym w szkole) poważniejszy „problem” stanowili Czesi: znacząca była imigracja zarobkowa i w związku z tym mówiono o konieczności chronienia „niemieckich wartości”.
Hitler w „Mein Kampf” wspominał, że w szkole poznał jednego żydowskiego chłopca, którego pozostali traktowali z dystansem – wówczas jeszcze nie przywiązywał do tej sprawy wielkiej wagi. Dopiero kilka lat później zaczął coraz częściej słyszeć słowo „Żyd”, zwykle w kontekście politycznym. Zapewne Wittgenstein nie był „Żydem z Linzu”, który rozbudził pierwsze uprzedzenia i zainspirował skrajny antysemityzm Hitlera. Naciąganie niepewnych poszlak, dorabianie dowodów to tylko historyczne fantazje.
Ludwig Wittgenstein ukończył szkołę realną. Na ścianie nowego budynku przy Fadingerstrasse widnieje tablica upamiętniająca abiturienta z 1906 roku. Na ścianie starego budynku przy Steingasse (obecnie hotel) na wspólnej tablicy znalazły się nazwiska Adalberta Stiftera i Ludwiga Wittgensteina, „jednego z najsłynniejszych uczniów” tej placówki. Imieniem Wittgensteina nazwano też uliczkę w dzielnicy Kleinmünchen.
Adolf Hitler nie przystąpił do matury. W „Mein Kampf” wyróżnił Linz jako miejsce kształtowania się swojego światopoglądu. Nazywał go „rodzinnym miastem”, a spędzone tam lata określił jako swój najlepszy czas. Marzył, że uczyni to miasto kulturalną stolicą Rzeszy, metropolią nad Dunajem. „Muzeum Hitlera” miało przebić wiedeńskie Muzeum Historii Sztuki, a nad grobem rodziców Führera miała stanąć iglica wyższa niż ta na dachu stołecznej katedry. W mieście młodości Hitler projektował sobie sielankową starość w domu udającym tradycyjną austriacką farmę. Albowiem, jak pisze Claudio Magris, podobnie „jak wielu bezlitosnych tyranów, również i on, zabójca milionów, pragnący eksterminacji całych narodów, był sentymentalny, wzruszał się, myśląc o sobie. (…) W Linzu, gdzie spędził pogodne lata, krwawy despota marzył o odnalezieniu czegoś w rodzaju dzieciństwa, pory życia wolnej od projektów i zamierzeń”.
(…)
Anna Arno „Do Pana kieruję moje milczenie”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 256
Opis: Co by było, gdyby? Gdyby Wittgenstein zdążył spotkać się z Traklem, zanim ten przedawkował? Gdyby Adolf Hitler dostał się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych? Gdyby Rilke w przeddzień pierwszej wojny światowej nie wyjechał z Paryża?
Anna Arno opisuje spotkania i przeoczenia, sytuacje potencjalne, w których bliskość stała się przepaścią. Z literackim sznytem eseistki i precyzją historyczki prowadzi czytelnika do szkoły w Linzu, szpitala garnizonowego w Krakowie czy majątku Lwa Tołstoja w Jasnej Polanie. Zaplata losy bohaterów, którzy mogli lub pragnęli się spotkać, a jednak się rozminęli.
Esej Arno to portret czasów, gdy w cieniu rodzących się totalitaryzmów kiełkują nowa wrażliwość, filozofia i sztuka. To także medytacja o milczeniu, losie i niemożliwości jego pokonania.
TweetKategoria: fragmenty książek
















