Literacka próba prześledzenia efektu motyla. Przeczytaj fragment książki „Pytanie numer siedem” Richarda Flanagana

30 września 2026

Na zdjęciu po lewej Richard Flanagan uśmiecha się, patrząc w bok, po prawej okładka książki "Pytanie numer siedem"

Wydawnictwo Czarne opublikowało nową książkę Richarda Flanagana. „Pytanie numer siedem” to wymykająca się prostym kwalifikacjom rozprawa o tym, jak z pozoru niewiele znaczące zdarzenia mogą doprowadzić do nieprzewidywalnych konsekwencji. Sercem historii jest zaś rodzina pisarza.

Motywacją do napisania książki była niepokojąca diagnoza, którą Flanagan usłyszał od lekarza. „Zdiagnozowano u mnie wczesną postać demencji” – wyznał w rozmowie z „The Observer”. „Dano mi 12 miesięcy na uporządkowanie swoich spraw, po czym mój stan miał się gwałtownie pogorszyć. Postanowiłem napisać książkę o tym, czym jest życie i czym jest miłość. Spędziłem więc 11 miesięcy, które miałem przeznaczyć na porządkowanie spraw, na pisaniu tej właśnie książki. Przesłałem ją mojej wydawczyni, z którą współpracuję od 30 lat, i czekałem pełen obaw. Po mniej więcej dobie zadzwoniła do mnie, a pierwszym pytaniem, które z siebie wykrztusiłem, było: 'Czy widać tam oznaki spadku funkcji poznawczych?’. A ona po prostu zaczęła się śmiać. Kilka tygodni później ponownie spotkałem się z neurologiem i okazało się, że w pierwotnej interpretacji wyników rezonansu magnetycznego radiolog popełnił błąd. Nie było mowy o wczesnej postaci demencji” – opowiadał pisarz.

Z samym pomysłem na książkę, która byłaby literacką próbą prześledzenia efektu motyla, Flanagan nosił się już od dawna. Kiedy w 2012 roku zbierał materiały do nagrodzonej Bookerem powieści „Ścieżki północy”, odwiedził obóz Ohama w Japonii, gdzie podczas II wojny światowej przetrzymywany był jego ojciec, zmuszany do katorżniczej pracy przy budowie Kolei Śmierci. W 1945 roku ojciec znajdował się już o krok od śmierci i właśnie wtedy Amerykanie zrzucili bombę atomową na Hiroszimę. Flanagan uświadomił sobie, że nie przyszedłby na świat, gdyby nie bomba i śmierć dziesiątek tysięcy ludzi. „To właśnie stało się zarzewiem tej książki” – przyznaje. W „Pytaniu numer siedem” pisarz cofa się do momentu, w którym idea bomby jądrowej zrodziła się w ludzkiej wyobraźni i… wskazuje na pierwszy pocałunek między H.G. Wellsem a Rebeccą West.

Książka „Pytanie numer siedem” Richarda Flanagana ukazała się w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego, a poniżej możecie przeczytać jej fragment.

1

Już od najmłodszych lat dobrze rozumiałem, że mój ojciec jest inny, że coś w życiu przeszedł, ale w domu właściwie nigdy się nie wspominało o tym, co to mogło być. Cichy, spokojny, zdystansowany mężczyzna, nigdy mnie nie dyscyplinował, do niczego nie zachęcał, nie przeklinał ani nie chwalił, na ogół był jakby za mgłą, czyli był, a jakby go nie było, jednocześnie substancjalny i niesubstancjalny.

Widział świat pod osobliwym kątem. Życie jawiło mu się jako wielka tragikomedia, w której komedię podkreślała tragedia, komedia zaś czyniła tragedię znośną. Kiedy poruszano jakiś smutny albo poważny temat, ojciec uśmiechał się słabo, wykrzywiał twarz, harmonijka zmarszczek zgniatała jego oczy w dwie kwaśne, zapadnięte porzeczki, i wtedy z jego ust wypływała jak rzeka pieśń opowieści.

Już kiedy byłem mały, wydawał mi się niemożliwie starym człowiekiem, o wiele starszym od ojców innych dzieci, krzywił wargi w nieznacznym uśmiechu i opowiadał różne anegdoty o mieszkańcach Cleveland, maleńkiej georgiańskiej osady ze stacją dyliżansów, leżącej w gęstych lasach w środkowej Tasmanii, gdzie mój tata urodził się w miesiącu, w którym Niemcy w 1914 roku napadły na Belgię – dzięki czemu oglądaliśmy to wydarzenie, tę tragedię, w jakimś większym, ważniejszym, ludzkim świetle.

Był wśród mieszkańców Cleveland niejaki Doughy Bonner, który przechwalał się, że potrafi wyprzedzić w biegu pociąg; kiedyś rozebrał się i pobiegł przez busz w kalesonach wzdłuż torów, po których jechał ekspres do Hobart, ale przegrał, choć jego postać ciągle migocze w kadrze chudopiennego, wierzbolistnego eukaliptusa jak w niemej komedii Macka Sennetta z tamtych czasów. I była też niesłychanie uboga pani Barker, która nigdy nie widziała lodów i podczas pobytu w Launceston za ostatnie grosze kupiła ich aż siedem w stożkowatych waflach, po jednym dla każdego ze swoich dzieci, schowała lody do torebki, zapięła ją, po czym wsiadła w powrotny pociąg do Cleveland.

Ojciec nie potrafił jednak przywołać zbyt wielu słów ani nawet tego swojego zwyczajowego wątłego uśmiechu, kiedy chodziło o Rightio Burtona, który wpadł do szamba w Hintoku i się utopił, ponieważ był za słaby, żeby się z niego wydostać, albo o Micky’ego Hallama, którego Japończycy bez żadnego powodu wyciągnęli z obozowego szpitala i pobili na śmierć, zmuszając innych jeńców, żeby na to patrzyli. Takie jest życie.

2

Gdy ojciec wrócił do domu po zakończeniu wojny, prawie od razu wybrał się w podróż pociągiem po całej Tasmanii. Może chciał zobaczyć ludzi i miejsca, których, jak myślał, nigdy już nie zobaczy. Może to, że gospodarze pozwalali mu siedzieć w swoich domach, kuchniach, salonach, ogródkach i mówić niewiele albo zgoła nic w cieple swej ludzkiej dobroci, i to, że mógł się zdumiewać drobnymi codziennymi aktami życzliwości, zbyt łatwo lekceważonymi właśnie jako codzienne, stanowiło dla niego bezmierne pocieszenie. Jeździł do lasu deszczowego, jeździł na plaże. Jeździł samotnie, raz jeszcze dotykając swojej ziemi, jak gdyby był to niezbędny do życia sakrament. Żadne z tych miejsc nie miało najmniejszej wartości dla reszty świata, komercja uznała je za bezwartościowe i niepotrzebne z punktu widzenia sztuki europejskiej – lecz na tych kościstych skrawkach wyspy leżącej na końcu świata, w jej nieuszanowanych i nieznanych cudach, ludzie złamani uczyli się życia na nowo.

Żeby żyć, Gordon A., żaden znajomy ojca i człowiek niesentymentalny – po prostu jeszcze jeden były jeniec wojenny – po powrocie z niewoli popłynął w górę odległych rzek Gordon i Franklin, został tam w lesie deszczowym pośród drzew starszych niż wielkie religie świata i pracował jako ścinający sosny Huona drwal, ponieważ, jak mi kiedyś opowiedział, był chory, a rzeki lasu deszczowego na południowym zachodzie okazały się dla niego krainą uzdrowienia.

Żeby żyć, Clyde Mc…, dawny kolega ojca z obozu jenieckiego, zatrudnił się jako szyper na May Queen, starym keczu pochodzącym z epoki skazańców, i wprowadzał go do olbrzymiego nieba oraz bolesnej łagodności Storm Bay, mijając gigantyczne fale Shipstern Bluff i strzeliste klify Cape Raoul, przywożąc i wywożąc zaopatrzenie i różne towary z miasteczek, które wyrosły na miejscu opuszczonych kolonii karnych w Premaydenie, Tarannie, Nubeenie i Carnarvon, słuchając pędu i łoskotu drewnianego dziobu statku, wznoszącego się i opadającego w obojętnym oceanie, albo odgłosów stad pluskających delfinów, obracających się w nadwodnych susach; śmiał się na widok przypominających scyzoryki, podskakujących tuńczyków błękitnopłetwych, które plamiły niebo – tu! tam! wszędzie! – jak gdyby skakały szaleńczo na jakiejś podziemnej trampolinie.

Żeby żyć, Boy M. na nowo zaczął kłusować w krainie śniegu, gdzie pocieszały go krzyki kurawong, odbijające się echem wśród rubinowozłotych wrzosowisk i zasp śnieżnych, niesamowitych, prastarych, wyzywających, a szare drozdy, „jo witties”, wzywały go do domu, doooomu! Każdy z tych ludzi powrócił do ziemi i morza swoich wyspiarskich pieleszy na własną modłę. Do krainy uzdrowienia. Żeby wyzdrowieć.

Żeby żyć.

3

Istnieje wykonane przed wojną zdjęcie mojego ojca, na którym jako dwudziestoczterolatek pozuje ze swoim ojcem, matką i bratem Tomem. Wyglądają na beznadziejnie ubogich, matka jest już wycieńczona gruźlicą, która ją wkrótce zabierze. Mój tata – wyższy, markotny, przystojny – w workowatych oksfordzkich spodniach i kurtce sprawia jednak wrażenie elegancika. Nie pasuje do reszty rodziny i chyba zdaje sobie z tego sprawę.

Kiedy przekroczył już dziewięćdziesiątkę i po ataku serca leżał w szpitalu, opowiedział mi, jak w tamtych czasach wstydził się swojej rodziny i jej ubóstwa. Teraz z kolei, po latach, wstydził się tamtych myśli. Kochał rodziców. Innym razem powiedział, że jego tragedia polegała na tym, że owszem, wyszedł z klasy robotniczej, lecz nigdy nie został członkiem klasy średniej. Jak dzisiaj rozumiem, jego sukces polegał na tym, że przetrwał.

Wyspę pokrywał wstyd niczym zakrzepła krew; kiedy ojciec wrócił z naszej stolicy, Hobart, gdzie grał w piłkę nożną, do Launceston, drugiego pod względem wielkości na Tasmanii i o wiele bogatszego miasta, przez które przepływały pieniądze z hodowli owiec i które utożsamiało się o wiele bardziej z australijską Wiktorią niż z Tasmanią, wszedł do sklepu galanteryjnego i poprosił o koszulę z czymś w rodzaju wyłogów, bo w Hobart widział taką na wystawie. W Launceston powiedziano mu jednak, że takich koszul nie ma. Ojciec upierał się, że są, bo widział jedną na własne oczy w Hobart, a wtedy sprzedawca przechylił się przez kontuar, powtórzył, że takie koszule nigdy nie istniały i nie istnieją, po czym dodał:

– Posłuchaj, synku, my nie jesteśmy miastem skazańców, jak Hobart, przynależymy do stanu Wiktoria i powiadam ci, że takich koszul nie ma.

Doświadczenie życiowe to jedynie chwila. Nadawanie sensu takim chwilom to życie.

4

Przez całe moje dzieciństwo ojciec jawił mi się jako człowiek chorowity i zagadkowy. Samotnik. Cierpiał na cały szereg nieokreślonych problemów zdrowotnych, znanych w rodzinie jako „tatowy wrzód”. Tatowy wrzód oznaczał, że w przeciwieństwie do swoich kumpli z wojska ojciec prawie wcale nie pił alkoholu i kiedy szedł gdzieś z wizytą, zabierał ze sobą raczej butelkę mleka niż piwo. Zażywał na ten swój wrzód wodorotlenek magnezu, zawiesinę, po której na szklankach pozostawały kredowe smugi w dzieciństwie wywołujące we mnie strach, jak gdyby mogły przenosić tę dziwną chorobę, sprawiającą, że tata był taki chudy i jakby nieobecny.

Jest jedno jego zdjęcie, zrobione, kiedy w końcu opuścił na stałe Longford, miasteczko, w którym się urodziłem i w którym bardzo mojego ojca kochano. Opublikowano tę fotografię na pierwszej stronie lokalnej gazety. Wysoki, przykuwający uwagę mężczyzna, ani młody, ani stary, ani samotny, ani mający przyjaciół, stoi w grupie siedzących wokół niego uczniów. To dziwna fotografia. Ojciec wygląda na niej raczej jak celebryta albo gwiazda filmowa niż nauczyciel. Wznosi się między dziećmi niczym gmach, jednocześnie ludzki i nieludzki. Ciepły i chłodny. Kochany i osamotniony. Uśmiecha się w typowy dla siebie sposób. Czyli kpiarsko.

Opowiadał mi kiedyś, że śniło mu się, że umarł i leży w trumnie, w której wiozą go ulicami Longfordu, a całe miasteczko wylega z domów i przygląda się przejeżdżającemu konduktowi. Wtedy, jak powiedział, zrozumiał, że musi stąd wyjechać. Podziwiano go. Czasami sobie myślę, że za życia patrzył na to zdjęcie w jesiennej samotności. Za łagodnością ojca kryło się przekonanie, że bez dobroci jesteśmy niczym. Dobroć i odwaga: mój ojciec uczynił te słowa synonimami. Być może przez całe życie hołdował takim poglądom.
(…)

Okładka książki "Pytanie numer siedem" Richarda FlanaganaRichard Flanagan „Pytanie numer siedem”
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 304

Opis: Balansując na granicy biografii, eseju i fikcji, Richard Flanagan splata historię swojej rodziny z kluczowymi wydarzeniami XX wieku, by ukazać niewiarygodne ciągi zdarzeń, które wytyczają ścieżki naszych losów, oraz by rozplątać zawiłe nici własnej historii. Od błahego pocałunku do początków fizyki jądrowej, od niewoli ojca w Japonii do zrzucenia bomby atomowej przez Amerykanów, od dramatycznego spływu tasmańską rzeką do odkrycia literatury, od niewinnych rodzinnych rozmów do bolesnego odsłonięcia własnych korzeni nierozerwalnie związanych z trudną historią wyspy.

„Pytanie numer siedem” to opowieść o życiu jako nieokiełznanym chaosie, w którym przypadki układają się w reakcje łańcuchowe o nieubłaganej logice. To także rozgorączkowana proza pełna snów i wspomnień, po mistrzowsku opowiadająca o tym, jak nasze życia wywodzą się z historii innych. I z tych, które wymyślamy o sobie sami.

Książka otrzymała Nagrodę Baillie Gifford, znalazła się w finale francuskiej nagrody Femina Étranger przyznawanej najlepszym książkom zagranicznym, otrzymała nominację do Nagrody Medici, a także znalazła się wśród dziesięciu najlepszych książek roku w rankingu „The Washington Post”.

fot. Richarda Flanagana: © Penguin Random House Australia

Tematy: , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek