Kryminał noir łączący policyjne dochodzenie z folklorem Sardynii. Przeczytaj fragment „Wyspy dusz” Piergiorgia Pulixiego

„Wyspa dusz” Piergiorgia Pulixiego to kryminał noir, który rozgrywa się w niezwykłej scenerii Sardynii. Głównymi bohaterkami książki są dwie inspektorki policji, Mara Rais i Eva Croce, zesłane do nowo utworzonej sekcji spraw nierozwiązanych. Na prośbę umierającego śledczego podejmują się wyjaśnienia zagadkowych morderstw sprzed lat. To prowadzi je do świata dawnych wierzeń i rytuałów, które na Sardynii wciąż są żywe. Poniżej możecie przeczytać sam początek książki.
Prolog
Z piątki policjantów pracujących przy sprawie morderstwa Dolores Murgii tylko ja pozostałam przy życiu. Straciłam czworo kolegów, czworo przyjaciół. Niektórzy mówili, że na tej sprawie ciąży klątwa. Że lepiej będzie, jak o niej zapomnimy, zostawimy nierozwiązaną. Tymczasem nie przestaliśmy drążyć i obudziliśmy sas animas malas, złe duchy, a mrok pochłonął nas wszystkich po kolei. Niczym przekleństwo.
Wiem, co o mnie mówią. Twierdzą, że moi koledzy mieli więcej szczęścia ode mnie, że to ja, wciąż żywa, zapłaciłam najwięcej i jeszcze zapłacę. Teraz to na mnie ciąży przekleństwo. Straszliwie ciężki do dźwigania krzyż. W lepsze dni staram się przekonać samą siebie, że to nie ma znaczenia: taki mamy zawód i zamordowanej dziewczynie należy się sprawiedliwość. W te gorsze myślę, że wszystko zrobiłam źle, że pozwoliłam, by innych na darmo pochłonął mrok. Ostatnio złych dni jest więcej, coraz trudniej mi wstać i wyjść do pracy. Powinnam była z niej odejść zaraz po tym, jak zostałam sama, ale nie potrafiłam. Zbyt wiele upiorów, zbyt wiele żalu. Ponoć upiory z czasem bledną, poddają się i opuszczają umysł. Moje są żywe jak nigdy wcześniej. Przypominają mi, że jestem jedyną śledczą z grupy specjalnej, która pozostała. Na mnie spoczywa odpowiedzialność, by dokończyć tę pracę, nawet jeśli wszyscy zdają się już nie pamiętać o Dolores i innych dziewczynach.
Poczucie winy nie pozwala mi zapomnieć o upiorach. Przypomina o nich bez przerwy. Nie da się ich zignorować. Dlatego wciąż jestem policjantką. Nie z powodu Dolores, ale z powodu upiorów. Bo wiem, że sobie nie pójdą, dopóki ta sprawa nie zostanie zamknięta do końca.
Rzucam okiem na fotografię mojej grupy, którą trzymam na ścianie. W ich uśmiechach szukam siły i jakiejś formy pojednania. Przed wyjściem patrzę na siebie w lustrze. Nie podoba mi się to, co widzę. Dostrzegam tylko moje ciało, ale nie widzę w nim duszy. Zostawiłam ją na tamtym makabrycznym miejscu zbrodni. I muszę tam wrócić, by ją odzyskać.
Mam tylko nadzieję, że nie będzie za późno.
Część I
Sa die sos mortos
Dzień zmarłych
1
Dolina rzeki Aratu, Górna Barbagia,
Sardynia, 1961
Pies zwietrzył krew z odległości kilkuset metrów. Wilgoć nocy wyostrzała zapachy śródziemnomorskiej makii, podkreślała i tak już oszałamiający przepych woni mirtu, czystka, poziomkowca, janowca i macierzanki. A jednak w charakterystycznym dla tych gór bukiecie aromatów, który wiatr przyniósł do pokoju przez lufcik w zepsutym oknie, zwierzak bezbłędnie wychwycił coś jeszcze: kwaśną, żelazistą woń ludzkiej krwi. Nastawił uszy, podniósł się na łapach i wydał z siebie głuche warknięcie.
Chłopiec obudził się i kazał psu spać. Zwierzę zdawało się go nie słyszeć: jakby przyciągane przez jakiś tajemny zew, wyskoczyło z pokoju i wybiegło przed dom. Popędziło w stronę lasu rosnącego na tyłach domostwa, za strużką zapachu odcinającego się od ziemistych woni podszytu i wilgotnych aromatów ziół skropionych rosą. Gruczoły węchowe prowadziły psa niczym radar. Biegnąc przez porośniętą starymi dębami gęstwinę, poranił sobie boki w labiryncie dzikich jeżyn, ale to go nie zatrzymało. Im bliżej był źródła tego zapachu, tym ostrzejszy i gwałtowniejszy się on stawał, jakby krew przemieniała się w przeszywający krzyk. Zwolnił, gdy znalazł się u stóp skalistego zbocza, na polanie porośniętej nielicznymi drzewami. Ta wolna przestrzeń otoczona była poziomkowcami, wiekowymi dębami i jałowcami starymi jak same góry. Korony drzew przestały szumieć. Ucichło nawet brzęczenie owadów, zatopiło się w nienaturalnej ciszy, która niczym zaklęcie otulała ukrytą wśród wzniesień polanę. Garbaty księżyc zlewał z wysoka srebrzyste światło, a ono padało na sylwetkę istoty ludzkiej okrytej owczą skórą i obleganej przez roje muszek.
Kundel z przestrachem rozejrzał się wokół. Opasana naturalnymi skalnymi stopniami, gdzie rozgościły się mchy i porosty, chroniona przez obfitolistne gałęzie drzew zdających się stawać w jej obronie, wznosiła się tam starożytna kamienna budowla, pożerana przez gęsty mur splątanych roślin; była niczym trachitowa wagina w zagłębieniach skalnej ściany. Z wnętrza świątyni wydobywał się welon niebieskawej mgły, a pies usłyszał gulgotanie wody. Dotąd zawsze trzymał się z daleka od tego miejsca, nawet w najbardziej piekielnych godzinach lata, gdy nękało go nieznośne pragnienie. Miejsce to, owiane żałobnym, grobowym spokojem, wchłonięte przez zmysłową roślinność, emanowało czymś złowrogim. Psie zmysły krzyczały, żeby stamtąd odszedł, a jednak z jakiegoś powodu nie mógł tego zrobić. Postanowił naruszyć tę niewidzialną granicę. Zbliżył się do istoty ludzkiej na kilka kroków. To była kobieta, naga pod owczą skórą. Z rany na jej gardle, wilżąc ziemię, kapała krew. Ręce miała związane za plecami. Znajdowała się w centrum megalitycznego kręgu, przed świątynią chroniącą świętą studnię. Teraz szmer wody wewnątrz budowli był jeszcze głośniejszy. Nad wciąż ciepłymi zwłokami unosiła się śmierć; pies niemal słyszał jej głos uwięziony wśród gigantycznych kamieni. Jedna ze stel, okazalsza od innych i ozdobiona płaskorzeźbą półksiężyca, jarzyła się bladą poświatą, jakby kamień patrzył lodowatym wzrokiem na pozbawione życia ciało.
Psie łapy drżały jak witki na wietrze. Zwierzak czuł w nozdrzach kwaśną woń niebezpieczeństwa. Wiedział, że nie należy do tego miejsca, że samą swoją obecnością narusza prastarą równowagę. Boki bolały go od otarć, których się nabawił, gnając przez makię, jednak fizyczna dolegliwość była niczym wobec paraliżującego strachu. Wszystkie dźwięki ginęły, zagłuszone łomotem bijącego w szalonym tempie serca.
– Angheleddu! – Głos wołającego go dziecka usłyszał dopiero wtedy, gdy podeszło na kilka metrów.
Odwrócił się gwałtownie. Zobaczył, jak jego mały człowiek się zbliża i zatrzymuje kilka kroków przed skuloną na ziemi kobietą. Zapach otulających ją skór był tak silny, że tłumił woń wydzielin ziemi i ciała. Tak intensywny, że pokrył nawet cierpki zapach adrenaliny i strachu emanujący z ciała dziecka.
Angheleddu wydał z siebie głuchy skowyt, jakby chciał odwieść malca od podejścia do ofiary i sanktuarium.
Była to jedna z nocy tak chłodnych, że pękały wargi i knykcie. Dziecko drżało, ale nie z zimna: widok leżącego na ziemi ciała stłamsił wszelkie inne doznania. Poza krwią spływającą kamiennymi kanalikami w stronę studni był jeszcze jeden przerażający szczegół: zwłoki miały twarz zakrytą drewnianą maską z długimi, ostrymi rogami; przypominała mu maski z wiejskiego karnawału, na który kiedyś zabrał go ojciec – wówczas jeszcze przez wiele tygodni zakłócały mu one sen. Założyłby się o wszystkie swoje dziecięce skarby, że twarz kobiety zakrywała carazza ’e boe, maska byka.
Sparaliżowany strachem nie mógł oderwać wzroku od gęstych ciemnych włosów kontrastujących z bladą skórą kobiety i owczym futrem.
Pies stanął przed chłopcem, jakby chciał chronić go przed tym widokiem, i zaczął napierać pyskiem, żeby stamtąd odszedł.
Nagły dźwięk sprawił, że pies i dziecko zadrżeli. Dochodził z wnętrza świątyni otoczonej teraz całunem mgły niemal całkowicie uniemożliwiającej widzenie.
W migotliwym świetle gwiazd listopadowego nieba trudno było dostrzec kontury sanktuarium. Chłopiec dopiero niedawno przeniósł się tu wraz z ojcem węglarzem i choć zdążył już dokładnie zbadać okoliczne góry, to nigdy wcześniej nie trafił do tego starodawnego miejsca, jakby sama roślinność chciała zamaskować jego istnienie.
Wykonał ruch w stronę studni, ale pies zagrodził mu drogę.
Rozległ się ciężki odgłos kroków. Ktoś wychodził po schodach na powierzchnię. Każdemu krokowi towarzyszyło ostre metaliczne dzwonienie.
Pies i dziecko znieruchomieli, jakby sparaliżowani jakimś zaklęciem. Z sercem w gardle zobaczyli, jak kurtyna mgły rozstępuje się przed gigantycznym stworem wychodzącym z wnętrzności ziemi na jej powierzchnię niczym pierwotne leśne bóstwo zbudzone z długotrwałego letargu. Stwór miał ludzki, choć monstrualny wygląd, jego twarz również zakrywała maska o długich koźlich rogach, jeszcze bardziej przerażająca za sprawą migotliwego światła trzymanej w ręku pochodni. Odziany był w ciężki płaszcz z niewyprawionych kozich skór, spięty w talii grubym pasem. Na szerokich ramionach dźwigał pęk żelaznych dzwonków, a w lewej ręce, bez wątpienia ludzkiej, trzymał nóż o zakrzywionym ostrzu, wciąż wilgotny od wody i krwi. Głowę okrywała mu czarna kobieca chusta, podobna do tej, którą nosiła babcia chłopca, nogi zaś, grube i długie niczym pnie dębu, ochraniały skórzane nogawice i wysokie czarne buty, podobne do cusinzos, które wkładał jego ojciec, gdy wychodził w pole.
Gigant ich dostrzegł, ale ta obecność zdawała się go nie obchodzić.
Angheleddu i chłopiec stali jak skamieniali. Patrzyli, jak stwór zbliża się do kobiety i zdecydowanym ruchem obnaża jej zakrwawione plecy, odkłada na bok pochodnię, wyciąga zza pasa barani róg i wylewa z niego odrobinę wody na skórę swej ofiary, odsłaniając przy tym świeże nacięcie o promienistym kształcie przypominające sa pintadera, którą matka chłopca pieczętowała surowy chleb, nim włożyła go do pieca. Potem, jakby czekał na jakiś sygnał, podniósł zakrytą maską twarz ku rozgwieżdżonemu niebu. A ono zdało się naprawdę odpowiadać, bo po krótkiej chwili znów wzmógł się wiatr, hucząc wśród drzew niczym wściekła bestia.
Chłopiec poczuł się tak, jakby coś w lesie obudziło się z długiego snu, a ten lodowaty oddech wysysał z niego duszę.
Spod ciężkiej drewnianej maski gigant dudniącym głosem wyrecytował coś, co brzmiało jak modlitwa do gwiazd: A una bida nche l’ant ispèrdida in sa nurra de su notte. Custa morte est creschende li lugore a sa luna. Abba non naschet si sàmbene non paschet.
Malec zrozumiał tylko znaczenie kilku z tych słów: woda, śmierć, księżyc, krew. jednak sam ton demona wystarczył, by ogarnęła go niejasna bojaźń, jakby ten rodzaj modlitwy otworzył otchłań zamieszkaną przez sas animas – dusze. Ów pierwotny język nie przemawiał do umysłu, lecz do trzewi. Do trzewi człowieka i do trzewi ziemi.
Angheleddu przezwyciężył paraliż i zaczął warczeć.
Bóg-bestia odwrócił się do psa, pochylił i wyciągnął monstrualną dłoń. Na jej wierzchu chłopiec dostrzegł jasną bliznę w kształcie półksiężyca; zobaczył także blask stalowego ostrza i zamknął oczy w obawie przed najgorszym. Olbrzym nie miał jednak morderczych zamiarów; pogłaskał tylko psa, który znów znieruchomiał, zahipnotyzowany mrocznymi zagłębieniami koźlej maski.
Kiedy chłopiec otworzył wilgotne od łez oczy, ze zdumieniem zobaczył kundelka przy swoich nogach. Olbrzym ukoronował głowę kobiety wieńcem z liści i oddalił się wolnym krokiem w stronę lasu, aż pochłonęła go ciemność.
Chłopiec usłyszał trzask ognia, nim jeszcze zobaczył światło. Płomienie zaczęły pożerać makię, języki ognia lizały drzewa. Kilka chwil później otoczyły całe sanktuarium.
Angheleddu chwycił zębami spodenki chłopca, jakby chciał go wyrwać z katatonii.
Wściekłe szczekanie było dla malca ledwie słyszalnym dźwiękiem w tle. Wpatrywał się w zwłoki kobiety, do których zbliżał się płomień. Dopiero zaciskające się na jego łydce psie zęby pomogły mu opuścić bagniste głębiny nieświadomości i wrócić do zmysłów. Ogień pochłonął już sporą część zbocza. Gęsty czarny dym zawisł w powietrzu, wyciskając łzy z oczu, podmuchy gorąca stawały się coraz trudniejsze do zniesienia. Jeszcze chwila, a zamknęłaby się przed nimi droga ucieczki.
Chłopiec pobiegł w tę stronę lasu, której pożar jeszcze nie ogarnął, nie odwracając się i nie patrząc już więcej na zwłoki pochłaniane przez ogień niczym na stosie pogrzebowym. Z ciała kobiety nie pozostanie nic poza garścią popiołu.
Wróciwszy do domu, cuchnąc jeszcze dymem, wślizgnął się pod koc, a Angheleddu dygotał przy jego nogach.
Wystraszony tym, że bestia przyjdzie także po niego, chłopiec nikomu nie wyznał, czego był świadkiem. Wmówił sobie, że wszystko to mu się śniło, ale kobieta w masce byka nie miała najmniejszego zamiaru opuszczać ani jego snów, ani codzienności.
Dręczyła go przez wszystkie następne dni.
Aż do samego końca.
Tak samo nie potrafił już nigdy zapomnieć tajemnej formuły: Abba non naschet si sàmbene non paschet.
„Woda się nie zrodzi, jeśli krew jej paść nie będzie”.
2
Kompleks nuragijski Sirimagus, Tratalias,
południowa Sardynia, rok 2016
Na Sardynii cisza jest prawie jak religia. Rozległe przestrzenie i wiekowe głusze, z których utkana jest wyspa, mają w sobie coś świętego. Przenikają wszystko: ciągnące się aż po horyzont wzgórza śródziemnomorskiej makii, rozległe połacie pól obsianych pszenicą, równiny porośnięte czystkiem, lentyszkiem, mirtem i poziomkowcem, powietrze przesycone ich odurzającą wonią, góry wznoszące się nieśmiało ku niebu, jakby bały się je zbezcześcić, omiatane przez mistral płaskowyże i pastwiska karmiące stada. Nad wszystkim tym ciąży przenikliwa cisza. Człowiek nie dąży do zdominowania przyrody, bo żywi wobec niej bojaźń – wrodzoną, zaszczepioną mu we krwi, pradawną. Instynktownie rozumie, że natura rządzi losami ludzi i zwierząt, i szybko uczy się ją poznawać oraz tłumaczyć na zrozumiały dla siebie język. A cisza, jakkolwiek dziwne może się to zdawać, przemawia, poucza, napomina. Tych zaś, którzy nie okazują jej należnej czci, przeklina.
Moreno Barrali stał na szczycie wzgórza Sirimagus, patrzył na ścielącą się niżej, pogrążoną w nierealnym spokoju równinę i próbował wydobyć z tej ciszy hipotezę. Powiedziano mu, że dziewczyna zaginęła w tej okolicy. Płaszczyzna usiana była nuragami, grobowcami olbrzymów, megalitycznymi murami i pozostałościami starożytnych sardyńskich osad. Ezoteryczne miejsce, ośrodek starożytnego kultu, tak jak we wcześniejszych przypadkach. Tyle tylko, że nie doszło tam do żadnego morderstwa. Po informacji o zaginięciu dziewczyny mężczyzna wraz z miejscowymi pasterzami i rolnikami przeczesał tu każdą piędź ziemi, ale nie znalazł żadnego śladu.
„To jeszcze nic nie znaczy. Dziewczyna zaginęła dwa dni temu – pomyślał. – Ktokolwiek ją zabrał, mógł zatrzeć wszystko”.
Tylko że sam w to nie wierzył: we wcześniejszych przypadkach ciała były pozostawione na widoku. Poza tym nie nadszedł jeszcze sa die de sos mortos, Dzień Zmarłych. Czuł, że Dolores wciąż żyła. Została gdzieś ukryta w oczekiwaniu na tę przeklętą noc.
Rozejrzał się. Dzień był pogodny, choć do końca października został niecały tydzień. Chmury rzedły powoli na nieskazitelnie błękitnym niebie. Powietrze było łagodne i czyste. Słońce jaśniało żółtokremowym blaskiem.
Poszukał wzrokiem niewielkiego zalewu.
„Sirimagus oznacza jeziorko maga albo diabła”, pomyślał. Miejscowi ludzie od pokoleń twierdzili, że zdarzały się tam nadprzyrodzone zjawiska. „Czyżby wybrał to miejsce właśnie z tego powodu?”
Rozważania przerwał mu nagły atak kaszlu, który zgiął go wpół; poczuł się tak, jakby w jego kiszkach zalegał papier ścierny. Ból przypominał mu o spotkaniu, na które musiał się stawić. A już był spóźniony. Popatrzył ostatni raz na równinę, szukając jakiegoś szczegółu, który mógłby zdradzić, co stało się z dziewczyną, ale na próżno. „Może się mylisz. Może znikła, bo chciała, i nie ma nic wspólnego z tamtymi dziewczynami”, powiedział do siebie.
W rzeczywistości doskonale wiedział, że tak nie jest.
A raczej nie wiedział, lecz przeczuwał.
Dołączył do grupy, z którą wszedł na wzgórze, i wszyscy razem zeszli na dół.
3
Szpital onkologiczny, Cagliari
Każdy policjant ma przynajmniej jedną taką sprawę: nierozwiązaną, odbierającą sen, która prześladuje go nawet po latach, budząc w środku nocy przytłaczającym poczuciem winy, gwałtownymi napadami wspomnień i niemożliwymi do zapomnienia obrazami. A jeśli jesteś zbyt młody, by mieć swoją własną sprawę, to dziedziczysz ją po jakimś starszym śledczym. To jak przekazanie pałeczki, rodzaj paktu mającego uciszyć demony przeszłości, uspokoić zmory i pomóc człowiekowi spokojnie umrzeć, bez zgryzoty z powodu tego, co można było zrobić, a czego się nie zrobiło.
Starszy inspektor policji państwowej Moreno Barrali wrócił myślami do swojej nierozwiązanej sprawy, kiedy onkolog w szpitalu powiedział mu w elegancko dobranych słowach, że radioterapia nie przyniosła pożądanego efektu.
– Ile? – zapytał.
– Ile czego? – zapytał zdezorientowany lekarz.
Policjant wstał. W tym momencie nawet zwykłe podniesienie się z krzesła zdawało się rozrywać mu mięśnie. Gdyby nie laska, pewnie nie ustałby prosto. Wszystko przez ten spacer po Sirimagus, ale nie tylko; czuł, że zostało mu niewiele czasu. Musiał się jednak dowiedzieć, ile dokładnie.
– Ile mi jeszcze zostało?
– Powinniśmy zrobić kilka dodatkowych badań, żeby zrozumieć, w jakim stadium…
– Panie doktorze, ja umieram, nie owijajmy w bawełnę. Muszę tylko wiedzieć, kiedy to nastąpi, żeby… się zorganizować.
– Przy takiej diagnozie ma pan od czterech do siedmiu miesięcy, maksymalnie osiem. Problemem jest stan ogólny. Jeśli będziemy kontynuować terapię…
– Nie. Żadnej terapii. Czasami trzeba pogodzić się z porażką. Jestem zbyt zmęczony, by dalej walczyć – powiedział policjant.
– Rozumiem. W takim razie nawet mniej.
Barrali się wzdrygnął.
– Przykro mi.
– A ona? – zapytał Moreno, stukając się w czaszkę. – Jak długo jeszcze będzie normalnie funkcjonować?
To było jego największe zmartwienie. Choroba zaczęła mącić mu jasność umysłu i plądrować wspomnienia. Myślenie było z każdym dniem trudniejsze. Czasami urywał w środku zdania, nie wiedząc, jak je zakończyć, wzbudzając pełne litości zakłopotanie rozmówców.
Wystarczyło spojrzenie, którym w odpowiedzi obdarzył go lekarz. Już wiedział, że nie może dłużej czekać. Do końca miał nadzieję, że sam da temu radę, ale nadszedł czas, by poprosić o pomoc.
– Dziękuję za wszystko, panie doktorze.
Opuścił szpital, ruszając się z wysiłkiem. Wsiadł do taksówki i kazał się podrzucić pod stary bar, do którego chadzał po zejściu z nocnej służby w czasach, kiedy był jeszcze zwykłym krawężnikiem. Wewnątrz wszystko było takie samo jak przed trzydziestu pięciu laty: mdłe światło, podłoga w czarno-białą szachownicę, masywny mahoniowy bar, błyszczące w półmroku mosiężne kolby nalewaków piwa, neonowe napisy, popielniczki z reklamami wermutu Cinzano, zakurzona szafa grająca, a na ścianach pożółkłe plakaty z Campari, sąsiadujące z czarno-białymi plakatami bokserskimi. Jedyna różnica polegała na tym, że obecnie barman nie siedział pochylony nad gazetą, ale nad tabletem, z którego czytał wiadomości.
„Tak, poza tym jednym wszystko zostało takie samo. Tylko ty zmieniłeś się nie do poznania”, powiedział sobie Barrali, patrząc na własne odbicie w lustrze. Ten wychudzony osobnik zniszczony chorobą, z zapadniętymi policzkami i przerażonym, niedowierzającym spojrzeniem, to nie mógł być on. Ale lustro nie kłamało. Mimo wczesnej godziny zamówił grappę i usiadł w odległym kącie, z trudem łapiąc oddech. Łyknął odrobinę destylatu. Zasłużył sobie, choć lekarz z pewnością byłby innego zdania.
„Pieprzyć lekarzy. Skończyłem z nimi”, pomyślał, patrząc na swoją prawą dłoń z najwyższą trudnością utrzymującą kieliszek. Widział, jak drży, jakby nie należała do niego, jakby to nie on był więźniem tego chorego ciała, z którego z każdym kolejnym dniem uciekało życie.
„Czy to zło, które widziałeś, tak cię zaraziło?” Wolał sobie nie odpowiadać na to pytanie. Miał ważniejsze sprawy do załatwienia.
Z kieszeni wyjął kartkę. Uznał, że nie może dalej odkładać tego telefonu: zbyt długo już z nim zwlekał, łudząc się, że uda mu się, jeśli nie pokonać raka, to przynajmniej przeżyć jeszcze rok, może nawet dwa. Teraz uświadomił sobie jasno, że nie jest już w stanie samodzielnie wymierzyć sprawiedliwości. Ta pełna rezygnacji świadomość była niemal wyzwalająca, dała mu poczucie ulgi.
Wypił ostatni łyk, nałożył okulary i wybrał numer jedynej osoby, która, jak sądził, mogła mu pomóc.
– Dzień dobry, Mara. Tu Moreno Barrali… Wybacz, że przeszkadzam. Poprosiłem Farciego o twój numer… Tak, nadal jestem na zwolnieniu. Chciałbym z tobą porozmawiać… Nie, wolałbym nie w kwesturze… Tak, to Farci poradził mi, żebym do ciebie zadzwonił. Wiem, co o mnie mówią, ale proszę, żebyś mi zaufała… Jestem teraz w barze… Jeśli to możliwe… Tak, to raczej pilne… Dziękuję. – Podał jej dokładny adres. – Doskonale. W takim razie poczekam tu na ciebie. Do zobaczenia.
Zamówił kolejną grappę i wyjął zdjęcie przedstawiające Dolores, ostatnią z dziewczyn. Potem wyciągnął jeszcze dwie, znacznie starsze i podniszczone fotografie. Oglądał je i studiował tyle razy, że mógłby zamknąć oczy i nie stracić niczego z ich wyrazistości.
Gdy wraz ze zwykłymi falami wspomnień, poczucia winy i gniewu przetaczały się przez jego umysł obrazy i wspomnienia, zaczął je porządkować, by przekonać koleżankę do przejęcia odpowiedzialności za jego jedyną nierozwiązaną sprawę i niedopuszczenia do kolejnego morderstwa, które – był tego pewien – nastąpi za kilka dni.
(…)
Piergiorgio Pulixi „Wyspa dusz”
Tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo: Mova
Liczba stron: 448
Opis: Mroczny thriller z Sardynii, w którym ślady dawnych rytuałów prowadzą do serca współczesnego zła. Bestseller, który podbił Europę. Thriller noir nagrodzony prestiżowymi wyróżnieniami Premio Giorgio Scerbanenco oraz Premio La Provincia in Giallo. Określany jako „literatura gatunkowa najwyższej próby” („Il Quotidiano di Puglia”) oraz powieść, która „przenosi nas w samo serce sardyńskiego mroku” („France Inter”).
Cagliari, współczesna Sardynia: piękna i słoneczna, a jednocześnie naznaczona cieniem pradawnych kultów. W policyjnym archiwum powstaje sekcja spraw nierozwiązanych, do której trafiają niepokorna śledcza Mara Rais oraz Eva Croce, przeniesiona z Mediolanu specjalistka od zbrodni rytualnych. Stare akta ożywają, a trop prowadzi do przedchrześcijańskich wierzeń i sekty, która nigdy nie przestała istnieć. W miarę jak śledztwo pogłębia się, obie inspektorki odkrywają, że największe zagrożenie nie kryje się w legendach, lecz w ludziach – i w demonach, które każda z nich nosi w sobie.
„Wyspa dusz” to gęsty, mroczny noir łączący policyjne dochodzenie z folklorem Sardynii, a zarazem poruszająca opowieść o przemocy wobec kobiet, korupcji i zmowie milczenia. Na tej wyspie prawda bywa groźniejsza niż zbrodnia, a sekrety, które przetrwały wieki, wciąż mogą zabijać.
TweetKategoria: fragmenty książek
















