Kossakówny na balu. Przeczytaj fragment książki „Maria i Magdalena” Magdaleny Samozwaniec

Wznowiona przez Wydawnictwo MG książka „Maria i Magdalena” to barwna autobiograficzna opowieść Magdaleny Samozwaniec o rodzinie Kossaków, a w szczególności o jej relacji z siostrą, poetką Marią Pawlikowską-Jasnorzewską. Autorka w lekkim, zabawnym stylu opisuje dorastanie w krakowskim dworku. Poniżej możecie przeczytać jeden z rozdziałów książki.
Rozdział XV
JEJ PIERWSZY BAL
Gdy Magdalena miała piętnaście lat, jej siostra Maria była piękną osiemnastoletnią panną, która bywała już na prywatnych balach. Madzia w granatowej sukience poplamionej atramentem, z warkoczami spiętymi na uszach w formie ślimaków, spoglądała z zazdrością, jak Lilka w długiej balowej sukni i wieczorowej narzutce z błękitnego aksamitu, obramowanej białymi muflonami, wsiadała do karetki. Kopciuszek zostawał w domu sam i oddawał się marzeniom, które jak u wszystkich ówczesnych panien kręciły się tylko koło balów i balowej sukni, posiadającej te właściwości, że z szarej i bladej pensjonarki miały uczynić młodą piękność, piękność fascynującą! Ale nie tylko marzenia pensjonarek kręciły się koło balów. Oczarowani nimi byli również i ówcześni literaci i malarze, a w „Tygodniku Ilustrowanym” i w „Świecie” coraz to ukazywały się nowelki pod tytułami: „Po balu”, „Przed balem”, „Jej pierwszy bal” etc. Te nowelki ilustrowane były przez zakochanych w owych tematach malarzy i rysowników, takich jak Kamiński, Rejchan i inni, którzy z prawdziwą miłością malowali damy zasłaniające pół dekoltu wachlarzem lub górę twarzy czarną maseczką. Och, jakżeż filuternie uśmiechały się te piękne damy. Kokietki i „szelmutki”. Czasem, o zgrozo, pokazywały kawałek lśniącej czarnej pończoszki i cały czarny pantofelek, ale to już musiały być damy z półświatka. Nie było wojen, żadna polityka nie zajmowała niczyich umysłów. Lud istniał – owszem, ale w formie ślicznie wystrojonych krakowiaków lub górali. Podobno byli też „masoni”, „nihiliści” i „anarchiści”, ale ci interesowali tylko jakichś tam „sensatów”, eleganckie społeczeństwo, do którego należało również dużo artystów i literatów, zajmowało się przeważnie takimi pogodnymi sprawami, jak: wyścigi konne, bale, a przede wszystkim maskarady. Tu dopiero ich talenciki wyżywały się. Jakże przyjemnie było pisać o wesołych przygodach na balach maskowych, gdzie maseczki w czarnych dominach „intrygowały” nieraz nawet własnego męża, czy malować te szelmutki i kolombiny, pierrotki lub markizy – jedna rozkosz! Marzenia o balach stały się taką obsesją piętnastoletniej Magdaleny, że postanowiła je zrealizować.
Salę krakowskiego Grand Hotelu wynajmowano nieraz na prywatne wieczory taneczne. Taki właśnie wieczór urządzała dla swoich córek pewna bogata dama z kresów. Panienkom, które nie były jeszcze dość dojrzałe, aby spaść na dół, na samą salę balową, wolno było spoglądać na to z góry, z galerii, gdzie chodziły w asyście jakiejś starszej osoby. Mama, nie widząc w tym nic niestosownego, pozwoliła Madzi iść na ten bal na galerię pod opieką niestrudzonej Fräulein. Nie mogła w żaden sposób przewidzieć, jaki numer przygotowuje to pomysłowe dziecko. Mając już plan gotowy, Madzia zakupiła w przeddzień butelkę esencji rumiankowej, która jej ciemnokasztanowate włosy zamieniła w ciągu godziny na złotorude. Rano zawiązała sobie na głowę batystową chusteczkę i ze zbolałą miną zeszła na śniadanie.
– Co się to Madzi stało? – zapytała Mama.
– Mam potworną migrenę.
Migrena była wówczas rzeczą tak częstą jak katar. Cierpiały na nią wciąż i Mama, i Babcia Juliuszowa; przychodziły rano do jadalnego pokoju i mówiły: „zanosi mi się na straszną migrenę” – i nikt nie doszukiwał się przyczyn, dlaczego się tak często pojawia i z czego się bierze. Nie walczono z nią zbytnio, ponieważ była również świetnym wykrętem, aby nie przyjąć gości lub nie pójść z jakąś nudną wizytą.
– To w takim razie – orzekła Mama – nie będziesz mogła pójść wieczorem na bal na galerię.
– O, na pewno przejdzie mi do wieczora – odparła Madzia bardzo zdrowym i rześkim głosem.
Gdy rodzice ze starszą córką pojechali na bal, zdjęła z głowy chusteczkę i rudowłose warkocze upięła nad czołem w tak zwaną Gretchen- Frisur*; aby być jeszcze bardziej demoniczną, wzięła na palec sadzy i pomalowała sobie nią gęste brwi na kolor kruczy. Nałożyła różową jedwabną sukienkę, jeszcze ze ślubu swojego brata, a do tego czarne pończochy i czarne lakierowane pantofelki. Wyglądała trochę jak tancerka z variété. Obie z Fräulein rozsiadły się na galerii, pod którą siedziała Mama Kossakowa ze starszą córką. Młodzieńcy znajdujący się na sali balowej, którzy bywali w domu Kossaków, poznali ją momentalnie, pobiegli na górę i poczęli namawiać, aby zeszła z nimi na dół zatańczyć.
– Mnie jeszcze nie wolno bywać na balach… Mama będzie się strasznie gniewać.
– Niech pani sobie z tego nic nie robi, ja to biorę na swoją odpowiedzialność – rzekł jeden z dziarskich młodzieńców, po czym oboje zbiegli na dół na salę balową, gdzie właśnie orkiestra zaczynała pierwszymi taktami zapraszać do mazura. Zdumiona Mama ujrzała nagle swoją młodszą córkę zamienioną w rudowłosego demona, tańczącego mazura w „pierwszej czwórce” wraz z dwiema Potockimi i jedną Tarnowską. Można sobie wyobrazić, jakiego wstrząsu doznała ta zacna matrona. W owych czasach panienka z ufarbowanymi włosami i umalowanymi brwiami – to był gotowy materiał na kokotkę.
– Czy drrroga pani nie wie, kto to jest ta złotowłosa panienka, z kruczymi brwiami, która tak dziwnie odbija od n a s z y c h panienek? – zapytała nieszczęsną Matkę siedzącą koło niej matrona kanapowa. – Pierwszy raz ją widzę.
– I ja też – skłamała pani Maniusia czerwona ze wstydu. – Nie mam pojęcia, kto to może być. – Nim pierwszy kur zapiał, wyparła się własnej córki.
Po skończonym mazurze tycjanowska piękność znalazła się w bufecie, gdzie piło się szampana, przegryzając kanapkami z kawiorem lub łososiem. I wówczas jak w marzeniach otoczyły ją roje czarnych fraków, a młodzi ludzie jeden przez drugiego prosili ją o następne tańce. Wśród dystyngowanych anemicznych panien z mondu, o bladych włosach i zielonkawych dekoltach, wyglądała jak ognisty storczyk wśród chwiejących się na długich łodygach narcyzów. Przypominała mężczyznom jakieś nocne lokale, urzeczywistniała ich krwiste marzenia o kobietce. Nigdy już przez całe swoje życie nie miała takiego powodzenia. Nieszczęśliwa Matka wydelegowała do niej brata Jerzego.
– Madzia – szepnął jej do czerwonego uszka. – Wracaj natychmiast do domu, kompromitujesz całą rodzinę.
– Ani mi się śni! Bawię się doskonale!
Do walca poprosił ją młody jeszcze wówczas hr. Sawa Pusłowski, wielki snob oraz znawca sztuki. Był krótkowidzem w złotych binoklach i przez to ulegał częstym pomyłkom.
– Czy księżniczka zechce ze mną zatańczyć walca?
– Z największą ochotą.
– A może księżniczka chce się teraz napić oranżady? – zapytał po skończonym tańcu.
– Z rozkoszą.
– A może księżniczka pragnie spocząć?
Madzia była zachwycona: „Nazywa mnie księżniczką, bo jestem najpiękniejsza z wszystkich, a królewną mnie nazywać byłoby dla niego banalne. Poznał się na mnie, chociaż krótkowidz…”
– Chciałbym księżniczce złożyć uszanowanie w domu, na ulicy Marka – rzekł prosząc ją do następnego tańca.
– Kiedy ja mieszkam na placu Kossaka.
– Jak to – więc pani nie jest księżniczką Lubomirską?
– Nieee – roześmiała się rudowłosa ślicznotka – jestem Kossakówna.
– Ach, to przepraszam bardzo – głos miłego tancerza był oschły i lodowaty. Odprowadził ją po skończonym tańcu pod ścianę, gdzie siedziały córki z matkami, i przez cały wieczór więcej z nią nie tańczył.
Można sobie wyobrazić awanturę, która po balu rozpętała się w domu. Z ust Mamy padały takie słowa, jak „zakała rodziny”, „skandal w domu Kossaków!”, „własnej córki musiałam się wyrzec…”, „jak ja się teraz ludziom na oczy pokażę!” itp. A Magdalenka wysłuchiwała tego wszystkiego z uśmiechem barokowego aniołka. Była tak szczęśliwa! Miała największe powodzenie ze wszystkich panien, dostała moc kwiatów. Nie usiadła ani na chwilę. Panowie mówili jej komplementy, o których jej się nawet nie śniło. Tańczyła mazura w pierwszej czwórce! Mogła więc teraz wysłuchać w pokorze wzburzonych słów Matki, która w końcu zawyrokowała, że póki jej włosy nie odrosną i nie wrócą do naturalnego koloru, nie wolno jej wychodzić do gości, a na ulicy może się tylko pokazywać w bardzo gęstej woalce i budce zakrywającej włosy.
_
Przypisy:
* Gretchen-Frisur – niem. fryzura grecka
Magdalena Samozwaniec „Maria i Magdalena”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 560
Opis: Barwna, pełna anegdot opowieść o rodzinie Kossaków. „Maria i Magdalena” to nie tylko rodzinne wspomnienia, ale także zapis atmosfery epoki. Na kartach książki pojawiają się wszystkie wybitne postaci tamtych czasów, od Henryka Sienkiewicza, poprzez Józefa Piłsudskiego, Karola Szymanowskiego, Tadeusza Boya Żeleńskiego, Juliana Tuwima, Zofię Stryjeńską, Witkiewicza po wielu, wielu innych. Ale oczywiście spomiędzy anegdot najmocniej wyłaniają się dwie wyraziste, a jakże różne postacie: Maria (Pawlikowska-Jasnorzewska) – wrażliwa, eteryczna poetka, skłonna do melancholii i refleksji, oraz Magdalena (Samozwaniec) – pełna energii, obdarzona satyrycznym talentem, z dużym dystansem do świata.
rys. Wojciech Kossak/Muzeum Narodowe w Krakowie/Wikimedia Commons
Kategoria: fragmenty książek















