Kolejna powieść autorki „Demona Copperheada”. Przeczytaj fragment „Lata marnotrawnych” Barbary Kingsolver

23 lipca 2025

Po nagrodzonym Pulitzerem „Demonie Copperheadzie” Filia wznowiła wcześniejszą powieść Barbary Kingsolver. „Lato marnotrawnych” opowiada o małym miasteczku w Appalachach w czasie jednego, parnego lata, kiedy to na tle bujnej przyrody gór Wirginii rozgrywają się trzy przeplatające się historie o miłości, stracie i rodzinie. Książka w tłumaczeniu Hanny Beliczyńskiej jest już dostępna w księgarniach, a poniżej przeczytacie sam jej początek.

ROZDZIAŁ I
DRAPIEŻNIKI

Poruszała się ze swobodą ruchów, jakiej nabiera się, żyjąc samotnie na odludziu. Ale pojęcie samotności jest tylko ludzkim przeświadczeniem. Każdy jej cichy krok był jak grom dla owadów żyjących pod stopami. Każdy wybór zmienia świat wokół. Wszystkie tajemnice mają świadków.

Gdyby ktoś ją teraz obserwował – na przykład ukryty w lesie myśliwy – zobaczyłby, jak szybkim krokiem podąża po wznoszącej się ścieżce i złowrogo patrzy pod stopy, mógłby pomyśleć, że jest to rozzłoszczona kobieta, która tropi coś nienawistnego.

Ale by się pomylił. To prawda, była sfrustrowana, lecz tylko dlatego, że tropiła w błocie ślady zwierzęcia, którego nie potrafiła zidentyfikować, a przywykła do tego, że zawsze była pewna. Gdyby jednak zadała sobie trud, by zbadać stan swego umysłu w ten wilgotny, słoneczny poranek, mogłaby stwierdzić, że jest szczęśliwa. Uwielbiała powietrze po ulewnym deszczu i odgłos spadających liści, wypełniający las szumem, jak dźwięk metalowej miotełki uderzającej o talerze perkusji, który sprawiał, że głowa pustoszała ze słów. Jej ciało podążało według własnych, niczym nieskrępowanych zasad; długie nogi poruszały się tak szybko, że trudno byłoby jej dotrzymać kroku. Co jakiś czas przykucała na ścieżce i badała odbite na listowiu zwierzęce ślady. Za każdym razem, kiedy się schylała, warkocz gruby jak jej ręka spadał przez ramię i dotykał ziemi. Jej ciało odczuwało przyjemność z poruszania się na otwartej przestrzeni, na zewnątrz ciasnej chaty, której drewniane ściany wskutek długotrwałych wiosennych opadów obrosły mchem i nieco się pochyliły. Zmarszczone brwi były jedynie wyrazem pełnego skupienia. Dwa lata życia w odosobnieniu sprawiły, że – jak osoba niewidoma – kompletnie zobojętniała na wygląd swej twarzy.

Przez cały poranek podążała śladami zwierzęcia ścieżką w górę, zręcznie omijając rododendrony, i teraz wchodziła w stary las, który nie został wycięty tylko dzięki temu, że rósł na bardzo stromym zboczu. Ulewny deszcz ostatniej nocy przedarł się przez gałęzie i zmył ślady nawet tu, na wierzchołku wzgórza osłoniętego baldachimem z konarów hikory. Z odcisków na lśniących berberysach porastających poszycie leśne wywnioskowała, jakiej wielkości mogło być zwierzę, i serce jej mocniej zabiło. Czyżby znalazła to, czego szukała od dwóch lat? Do całkowitej pewności brakowało jednak kilku szczegółów, zwłaszcza prawie niedostrzegalnych śladów pazurów spoza poduszki łapy, które odróżniają zwierzęta rodziny kotowatych od rodziny psowatych. Deszcz w pierwszej kolejności zmył właśnie te nikłe ślady i mimo usilnych starań nie mogła nic dostrzec. Zdała sobie sprawę, że poza odciskami łap musi poszukać innych znaków pozostawionych przez zwierzę, ale była wytrwałym tropicielem i nie martwiło jej to w ten cudowny niczym w raju wilgotny poranek. Niewykluczone, że pozostały jakieś odchody zwierzęcia (co też mógł rozmyć deszcz) lub inny znak charakterystyczny dla tego gatunku. Niedźwiedzie zostawiają ślady pazurów na korze drzew, czasami nawet ją nadgryzają – nie był to zatem niedźwiedź. Stworzenie miało rozmiary owczarka niemieckiego, ale z pewnością nie było to zwierzę domowe. Jeśli byłyby to ślady psa, w tym lesie i w taką pogodę mógł być to tylko dziki i wygłodniały pies.

Doszła do miejsca, w którym ślady wskazywały, że zwierzę okrążyło pień kasztana, prawdopodobnie po to, by zaznaczyć go swym zapachem. Dokładnie obejrzała pień. Był to stary, poszarpany olbrzym, próchniejący od czasu swej śmierci przez ścięcie siekierą lub zarażenie grzybem Endothia parasitica. Ten zmurszały pień stał się podłożem dla muchomorów, których delikatne kapelusze w jaskrawopomarańczowym kolorze wyglądały jak otwarte parasole. Zapewne ulewa zniszczyłaby te delikatne twory, musiały zatem wyrosnąć kilka godzin po deszczu, pobudzone amoniakiem z odchodów wcześniej przechodzącego tędy zwierzęcia. Badała to miejsce przez dłuższy czas, nieświadoma swego uroczego profilu, kształtu nosa i brody ani ruchów lewej ręki, którą odgarniała włosy opadające na oczy i opędzała się od komarów. Co jakiś czas przykucała obok pnia, podpierając się na mchu czubkami palców, by utrzymać równowagę, i przybliżała twarz do spróchniałego drzewa. Obwąchiwała go.

– Kot – powiedziała do siebie spokojnie. Nie jego miała nadzieję tu znaleźć, ale mimo wszystko to przyjemna niespodzianka odkryć na tym wzgórzu ślady rysia. Pomyślała, że te góry, pokryte mokradłami i porośnięte lasem, mogą być doskonałym miejscem do życia dla zwierząt z rodziny kotowatych, chociaż one najczęściej zamieszkują wapienne klifowe brzegi rzeki wzdłuż granicy stanów Wirginia i Kentucky. A tymczasem na jednego natrafiła tutaj. To tłumaczyło płaczliwe zawodzenie, które słyszała dwie noce temu. Był to rozlegający się w deszczu przejmujący lament, przypominał krzyk kobiety. Wiedziała przecież, że to ryś, ale ten odgłos nie pozwalał jej zasnąć. Nie ma człowieka, którego nie poruszyłby dźwięk brzmiący jak odgłos ludzkiego cierpienia. Na to wspomnienie wstrząsnął nią dreszcz. Zachwiała się, podparła rękami i wstała.

Zobaczyła go. Stał i patrzył na nią. Miał na sobie wysokie buty, panterkę i plecak większy niż jej. Jego strzelba nie była zabawką, wyglądała jak podwójna trzydziestka. Zanim zapanowała nad sobą, na jej twarzy z pewnością pojawiło się zdziwienie. Czasami spotykała tu myśliwych, ale to zawsze ona pierwsza ich zauważała. Natomiast ten miał nad nią przewagę. To on ją obserwował.

– Eddie Bondo – odezwał się, dotykając palcami ronda kapelusza. Dopiero po chwili zorientowała się, o co chodzi.

– Słucham?

– Tak się nazywam.

– Wielkie nieba – powiedziała, w końcu panując nad oddechem. – Nie pytałam o twoje nazwisko.

– Mimo wszystko powinnaś je znać.

„Nadęty zarozumialec”, pomyślała. „A właściwie naładowany. Jak strzelba, gotowy wypalić”.

– Po co mi twoje nazwisko? Chcesz opowiedzieć historię, którą będę później powtarzać? – zapytała spokojnie. Tej taktyki nauczyła się od ojca, a właściwie tak postępowali tu wszyscy – zachować spokój w momencie największego zdenerwowania.

– Tego nie powiedziałem. Ale na pewno nie gryzę. – Uśmiechnął się przepraszająco. Był od niej młodszy. Lewą rękę trzymał na ramieniu i czubkami palców gładził lufę strzelby. – Poza tym nie strzelam do kobiet.

– To dobra wiadomość.

Słowo „gryzę” wymówił z północnym akcentem. Intruz z dalekich stron, który zawadza tu jak kudzu – pnący półkrzew. Niezbyt wysoki, ale muskularny, co widać było nawet przez ubranie oraz po jego nadgarstkach, karku – w całej posturze; miał taką budowę, jakby nieustannie był gotów do działania, tak że nawet w stanie spoczynku wydawał się napięty.

– Widziałem, że wąchałaś pień – powiedział.

– Prawda.

– Masz jakiś szczególny powód?

– Tak.

– Zdradzisz go?

– Nie.

Ponownie zapanowała cisza. Patrzyła na jego ręce, ale w rzeczywistości przyciągał ją błysk w jego ciemnozielonych oczach. Przypatrywał się jej, tak jakby zainteresowała go wymowa samogłosek w tutejszym dialekcie, w jej tajemniczych „tak” i „nie”. Nagle jego usta wykrzywiły się nad prostokątną szczęką i na twarzy pojawiło się zdziwienie. Nigdy przedtem nie widziała twarzy tak przykuwającej uwagę jak ta.

– Nie jesteś zbyt rozmowna – zauważył. – Większość dziewcząt, które znam, trajkocze przez pół dnia o tym, czego jeszcze nie zrobiły i do czego nie mogą się zabrać.

– Chyba jestem inna niż twoje znajome.

Zastanawiała się, czy go uraziła. Nie miała broni, on miał, aczkolwiek powiedział, że nie będzie strzelał ani gryzł. Stali w milczeniu. Odmierzała tę ciszę przesuwającymi się obłokami i trelami rudego drozdka, który nagle wynurzył się z konarów i zawisł w powietrzu między nią i nieznajomym – jej ofiarą? Nie, raczej intruzem, który wkroczył na jej terytorium. Drapieżnikiem – byłoby zbyt mocnym określeniem.

– Masz coś przeciwko temu, że przez jakiś czas będę ci towarzyszył? – zapytał uprzejmie.

– Tak – warknęła. – Zupełnie nie mam na to ochoty.

Kim on właściwie był, mężczyzną czy chłopcem? Nagle przestał się uśmiechać i wyglądał, jakby zraniło go jej szorstkie zachowanie, jak syn złajany przez matkę. Zastanawiała się, jaki przybrać ton, żeby wybrnąć z tej sytuacji. Doskonale radziła sobie z myśliwymi, którzy zapominali, kiedy kończy się sezon na jelenie – to była jej praca. Ale zazwyczaj tylko o tym z nimi rozmawiała. Wiedziała, że dobre maniery nie były jej mocną stroną nawet wtedy, kiedy żyła w eleganckim domu, zgrabnie umieszczona między mężem i sąsiadami. Palcami odgarnęła do tyłu opadające jej na twarz długie, brązowe, przyprószone siwizną włosy i wplotła palce w warkocz.

– Tropię zwierzę – powiedziała spokojnie. – A jeśli jesteś myśliwym, to dobrze wiesz, że dwie osoby robią więcej hałasu niż jedna.

– Nie masz strzelby.

– Jak widać. W końcu jesteśmy na terenie Państwowego Parku Leśnego, gdzie polowanie jest zabronione.

– Prawda – przytaknął Eddie Bondo. – To wszystko wyjaśnia.

– Powinno.

Nie ruszał się z miejsca i przez dłuższą chwilę mierzył ją wzrokiem. Wystarczająco długo, żeby zrozumiała, że Eddie Bondo to nie chłopak, lecz mężczyzna. Czuła, jak rozbiera ją wzrokiem, ściągając z niej kolejne warstwy ubrania, a potem ponownie je nakłada, w odpowiednim porządku. Ciemnozielona kurtka z nylonu i goreteksu to służbowe ubranie pracowników Parku Leśnego, a bawełniane spodnie i jedwabne termiczne kalesony były jej. Nie miała pojęcia, co pod tym wszystkim może być interesującego dla faceta. Dawno nikt tego nie widział.

Nieoczekiwanie odszedł. I chociaż wśród konarów drzew nadal rozbrzmiewał śpiew ptaków, powietrze nagle stało się głuche i puste.

Zniknął między rododendronami i nie było żadnych powodów, by myśleć, że kiedykolwiek tu był.

Pozostawił po sobie jedynie płonący na jej szyi rumieniec.

*

Kiedy kładła się spać, jej myślami całkowicie zawładnął Eddie Bondo. Rano obudziła się z pistoletem służbowym schowanym za paskiem. Właściwie powinna go zawsze mieć przy sobie, dla obrony przy ewentualnym spotkaniu z niedźwiedziem. Uważała, że jest w tym trochę racji.

Od dwóch dni widziała go wszędzie – o zmroku przed sobą na ścieżce, w chacie na tle świecącego za oknem księżyca, w snach. Pierwszego wieczora próbowała się oszukać i zagłębić w lekturze, ale już po chwili starannie się myła gąbką i mydłem, którego zazwyczaj nie używała, ponieważ dla jeleni i innych zwierząt był to jedyny ludzki zapach, jaki znały od myśliwych – czyli była to woń napastnika. Przez dwie noce budziła się zlana potem, zaniepokojona dzikimi, stłumionymi odgłosami nietoperzy parzących się w cieniu okapu werandy. Ich agresywna kopulacja była jak konfrontacja nieznajomych.

Teraz znowu go spotkała w pełnym świetle dnia, obok pnia kasztana, w tym samym miejscu, gdzie poprzednio. Tym razem był bez broni, miał tylko plecak. Natomiast ona miała naładowany, zabezpieczony, ukryty pod kurtką pistolet.

Jak wtedy, kucała przy pniu i badała ślady, ale tym razem była pewna, że jest na tropie tego, czego szukała. Niewątpliwie były to ślady zwierzęcia z rodziny psowatych. Prawdopodobnie samicy, której jamę odkryła dwa tygodnie temu. Samiec czy samica, zwierzę to na pewno zatrzymało się przy tym pniu, może zaintrygowane lub zaniepokojone śladami rysia, a może nie. Jakie miało powody, trudno odgadnąć człowiekowi.

Stał jak wtedy i uśmiechał się do niej – jakby jej kucanie i podnoszenie się wokół pnia wyczarowało Eddiego Bondo, jakby powstał z nagłego uderzenia krwi do głowy.

– To ty – powiedział. – Inna od wszystkich dziewcząt, jakie znam.

Serce biło jej tak głośno, że zagłuszało jego słowa.

– Wydaje się, że jestem jedyną, jaką znasz, jeśli przez cały czas kręcisz się na terenie Leśnego Parku Zebulon. A widzę, że tak właśnie jest.

Tym razem nie miał kapelusza, jego czarna rozczochrana czupryna sprawiała, że wyglądał jak wrona podczas mglistej, deszczowej pogody. Zazdrościła mu trochę grubych, błyszczących, prostych włosów, które swobodnie się układały i na pewno nigdy się nie kręciły. Rozłożył ręce.

– Popatrz, kobieto, strażniczko lasu. Nie mam strzelby. Widzisz przed sobą przyzwoitego mężczyznę, który przestrzega prawa.

– To prawda.

– To więcej, niż ja mogę powiedzieć o tobie – dodał. – Obwąchujesz pnie.

– Nie roszczę sobie prawa do powiedzenia o sobie, że jestem przyzwoita czy też że jestem mężczyzną.

Jego promienny uśmiech nieco zbladł.

– To widać – stwierdził.

„Nic mi nie grozi, mam przy sobie broń”, kiedy tak pomyślała, wiedziała, że teraz ma nad nim przewagę. Wrócił. Zmusiła go siłą woli, by ponownie pojawił się w tym miejscu. Tym razem go zatrzyma. Milczał przez minutę, a może kilka. W końcu się poddał.

– Przepraszam – powiedział.

– Za co?

– Że cię niepokoję. Chciałbym ci dzisiaj przez jakiś czas towarzyszyć, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

– Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?

– Nie dawało mi to spać w nocy. Zastanawiałem się, co taka urocza kobieta jak ty obwąchuje w tym wielkim starym lesie?

Czyli myślał o niej. Nocą.

– Nie jestem Czerwonym Kapturkiem, jeśli to cię niepokoi. Jestem dwa razy starsza od ciebie. – „Dwa razy starsza”, tak powiedziała. Ten dawno zapomniany zwyczaj prostych farmerów z gór w Stanach Południowych zakradł się do jej nieumiejętnej konwersacji.

– Nie wierzę – wyznał.

Czekała na coś więcej i usłyszała.

– Jeśli wolisz, będę się trzymał od ciebie w pewnej odległości – zapewnił.

Nie chciała, żeby podążał za nią.

– Wolałabym, żebyś szedł przede mną. I proszę, staraj się nie wchodzić na ślady, które tropię. Jeśli je zauważysz, nie depcz ich. – Pokazała mu ślady rysia sprzed trzech dni, a nie świeże ślady, odbite na butwiejących liściach na zboczu ścieżki.

– Tak, proszę pani. Będę uważał. – Nieznacznie się ukłonił, odwrócił i ruszył do przodu. Precyzyjnie omijał ślady zwierzęcia, jak również delikatnie stąpał po listowiu. Zachowywał się przyzwoicie. Czekała, aż oddalił się na tyle, że prawie zniknął między drzewami. Wtedy ruszyła do przodu, idąc śladami dwóch samców, mężczyzny i kota. Miała ochotę patrzeć na niego, jak idzie, patrzeć na jego ciało tak, żeby on o tym nie wiedział.

Było późne popołudnie, ściemniało się już po północnej stronie gór, gdzie rododendrony ciasno zarastały każdą szczelinę. W ich cieniu ziemia była gładka, niczym nieporośnięta. Za miesiąc rododendrony pokryje olbrzymia kula różowych kwiatów, jak bukiet panny młodej, jakby zbyt wykwintnych w tym dzikim lesie, w tych samotnych górach, ale na razie ich pąki są jeszcze uśpione. Teraz z wilgotnej ziemi przebijały się tylko psi ząb i inne dzikie wiosenne kwiaty, które muszą pospiesznie przeżyć swoją krótką egzystencję – od pierwszych ciepłych dni maja, kiedy poprzez nagie gałęzie przedzierają się promienie słońca, do czerwca, gdy poszycie leśne pogrąża się w cieniu. W dolinie u podnóża gór, gdzie znajdują się farmy, wiosna zaczyna się już w pierwszym tygodniu maja, ale tu, na wysokości 1200 metrów, dzikie kwiaty pojawiły się dopiero teraz. Główki tych pełnych nadziei kwiatów były tak napęczniałe, że słychać było, jak miażdżyli je pod stopami. Za kilka tygodni, kiedy drzewa gęsto pokryją się liśćmi, kwiaty zginą w ich cieniu. Wiosna stopniowo będzie posuwać się coraz wyżej, po drodze obudzi niedźwiedzie i w końcu wybuchnie jak płomień, który wchłoną ciemne iglaste lasy na szczytach gór Zebulon. Ale teraz wiosna jest najbardziej nienasycona. Wszędzie, gdzie spojrzeć, coś walczy o czas, o światło, o pocałunek pyłku, o połączenie spermy i jaja, o przetrwanie.

Dwa razy się zatrzymał, raz przy pokrytym kwiatami krzaku azalii, przypominającym płonący krzew, i raz bez widocznego dla niej powodu. Ani razu jednak się nie odwrócił. Myślała, że może uważnie słucha jej kroków, a może nie. To i tak nie miało znaczenia.

Kiedy doszli do miejsca, skąd kilkudniowe ślady rysia prowadziły w górę, Deanna poczekała, aż jej towarzysz się oddali i zniknie z pola widzenia. Wtedy zeszła stromym zboczem na jeden z dobrze jej znanych szlaków służb leśnych. Jej zadaniem było utrzymywanie tych szlaków. W ciągu spędzonych tu miesięcy uporządkowała ich sto pięćdziesiąt kilometrów, a może więcej. Ten, którym teraz szli, nigdy nie zarastał, ponieważ prowadził od jej chaty do miejsca, z którego roztaczał się jej ulubiony widok. W pewnym momencie świeże ślady, które dotąd biegły obok starych śladów rysia, skręcały w bok i teraz tutaj znowu się pojawiły. Prowadziły dokładnie tam, gdzie przypuszczała – w dół, do miejsca jej ostatniego odkrycia. Dzisiaj jednak nie pójdzie tym tropem. Dwa tygodnie się powstrzymywała, żeby tu nie przychodzić. To było czternaście długich dni, które wydawały się latami. Postanowiła przyjść tu ósmego maja, by się przekonać, że to, co widziała, jest prawdą. Ale oczywiście teraz tego nie zrobi. Dołączy do Eddiego Bondo w jakimś innym miejscu, w razie gdyby ją śledził.

Zeskoczyła z wzniesienia do wapiennego wąwozu, w którego szczelinach kaskadami rosły paprocie. Płaczącą wapienną skałę pokrywały ciemne smugi po wiosennych strumieniach spływających teraz wszędzie z gór, zbyt długo dręczonych deszczami. Doszła do najstarszego w całym paśmie gór zagajnika, w pobliżu którego tryskał strumień. Pod wielkimi iglastymi drzewami leżały suche szpilki, tworząc idealnie równe koła, co wyglądało jak draperia pod świąteczną choinką. Stała tu i wsłuchiwała się w sprzeczkę znajomych jej sikorek: „Nje, nje, nje”. Nagle usłyszała trzask. Pomyślała, że to on. Śledzi ją? Czekała na skraju ciemnego lasu, aż się sam pojawi.

– Zgubiłeś ślady rysia? – zapytała.

– Nie. Zgubiłem ciebie.

– Jak widzę, nie na długo.

Teraz miał na głowie kapelusz z nisko spuszczonym rondem, co utrudniało czytanie w jego oczach.

– Dzisiaj nie tropiłaś śladów kota? – zainteresował się.

– Nie.

– Chciałbym wiedzieć, czego naprawdę szukałaś.

– Chyba jesteś bardzo niecierpliwy?

Uśmiechnął się zwodniczo.

– Co cię właściwie interesuje, moja pani?

– Kojoty.

Zobaczyła błysk w jego oczach. Mogła przysiąc, że rozszerzyły mu się źrenice. Przygryzła dolną wargę, żeby już nic nie mówić. Chyba zapomniała, jak rozmawiać z ludźmi, jak unikać odpowiedzi na pytanie i nie zdradzać tego, co istotne.

– Rysie, niedźwiedzie, lisy – wymieniła jednym tchem, żeby ukryć wzmiankę o kojotach. – Właściwie wszystko, co tu żyje, a zwłaszcza drapieżniki.

Poruszyła się w miejscu, czekając. Czuła swoje palce w butach. Czy on coś powie? Nadal milczał, więc zapytała:

– Wydaje mi się, że kiedy widziałam cię tu ostatni raz, interesowały cię jelenie?

Nieznacznie wzruszył ramionami. Sezon na jelenie skończył się przed kilkoma miesiącami. Nie da się złapać przez pracownika z oznaką służb leśnych.

– Dlaczego najbardziej interesują cię drapieżniki? – zapytał.

– Bez powodu.

– Rozumiem. Po prostu to twoja słabość. Niektórzy obserwują ptaki, inni kolekcjonują motyle, a kobietę taką jak ty interesują pożeracze mięsa.

Mógł przypuszczać, że to sprowokuje ją do rozmowy; okaże łaskawość obcemu.

– Drapieżniki znajdują się na szczycie łańcucha pokarmowego. Taki jest powód – powiedziała oschle. – Jeśli z nimi wszystko jest w porządku, to znaczy, że wszystko jest dobrze z ich ofiarami, czyli ich pożywienie jest dobre. Jeśli tak nie jest, to znaczy, że w łańcuchu pokarmowym czegoś brakuje.

– Naprawdę?

– Tak. Obserwacja drapieżników powie ci, co musisz wiedzieć o zwierzętach roślinożernych, na przykład jeleniach, o roślinności, o populacji owadów i małych drapieżników, takich jak ssaki owadożerne i gryzonie. O wszystkim.

Zauważyła, że przygląda się jej z zakłopotaniem. Przywykła do widoku jankesów, których mózgi pracują pełną parą, kiedy starają się pogodzić akcent prostych farmerów z południowo-wschodnich stanów z oznakami wyższego wykształcenia. W końcu zapytał:

– I co w gruncie rzeczy powinno się wiedzieć o ssakach owadożernych i gryzoniach?

– Gryzonie mają większe znaczenie, niż myślisz. Także chrząszcze i robaki. Wydaje mi się, że dla myśliwych las to zoo. Jak sądzisz, kto żywi te zwierzęta i sprząta klatki? Bez robaków i termitów chodziłbyś po uszy w suchych gałęziach, szukając szczeliny, przez którą mógłbyś strzelić.

Ściągnął kapelusz, onieśmielony jej nagłą chęcią rozmowy.

– Oddaję honor wszystkim robakom i termitom.

Spojrzała na niego.

– Chcesz mnie sprowokować? Niezbyt często rozmawiam z ludźmi i zapomniałam, jak odczytywać ich intencje.

– Teraz byłem, jak to się mówi, potwornie upierdliwy. – Zwinął swój bawełniany myśliwski kapelusz i włożył w pętlę przy plecaku. – A wcześniej byłem zbyt głośny. Przepraszam.

Wzruszyła ramionami.

– Pytaj o wszystko, co chcesz wiedzieć, to nie jest żaden sekret. To moja praca. Państwowa posada, za którą mi płacą. Co prawda niedużo, ale nie narzekam.

– Za co, za przepędzanie intruzów takich jak ja?

Uśmiechnęła się.
(…)

Barbara Kingsolver „Lato marnotrawnych”
Tłumaczenie: Hanna Beliczyńska
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 448

Opis: „Lato marnotrawnych” to opowieść o pewnym parnym lecie, podczas którego splatają się trzy różne historie ludzi zamieszkujących zalesione góry Appalachów i próbujących zmierzyć się z zupełnie nową, nieznaną dotąd rzeczywistością.

Ze swojego posterunku w odosobnionej górskiej chatce Deanna Wolfe, biolożka i naukowczyni, obserwuje legowisko kojotów, które niedawno pojawiły się w okolicy. Jej uporządkowane, samotne życie zostaje zakłócone przez młodego myśliwego, który wkracza w jej najbardziej prywatną przestrzeń.

Na farmie kilka mil dalej potomkini polskiego emigranta, Lusa Maluf Landowski, prowadząca dotąd miejskie życie, zostaje żoną farmera i musi zdecydować, czy na stałe związać się z ziemią, która niespodziewanie stała się jej własnością.

Jeszcze kilka mil dalej para starszych, skłóconych sąsiadów dogląda swoich farm, spierając się o Boga, pestycydy i przyszłość.

„Lato marnotrawnych” to jedna z najlepszych książek Barbary Kingsolver, która w charakterystyczny dla siebie sposób ukazuje równowagę wartkiej narracji, dramatu i idei.


Tematy: , , ,

Kategoria: fragmenty książek