banner ad

„Gliff” – dystopijna powieść Ali Smith od 8 kwietnia w księgarniach. Przeczytaj przed premierą fragment książki

24 marca 2026

8 kwietnia Wydawnictwo W.A.B. opublikuje nową powieść Ali Smith zatytułowaną „Gliff”. Tym razem wybitna szkocka pisarka zabiera nas w niedaleką przyszłość, w której ludzie żyją w państwie policyjnym pod nieustannym nadzorem. Fabuła skupia się na losach rodzeństwa, odkrywającego, że wokół ich domu namalowano czerwoną linię. Oznacza to, że osoby go zamieszkujące są nieweryfikowalne. Ali Smith wykorzystuje formułę powieści dystopijnej, by nie tylko pokazać dokąd zmierza świat, ale też opowiedzieć o ponadczasowym ludzkim pragnieniu sensu i poznania. Poniżej prezentujemy przedpremierowo sam początek książki.

Mama wyszła do bramy przeładunkowej, żeby się z nami przywitać. W pierwszej chwili trudno ją było rozpoznać. Wydawało się, że to po prostu jakaś pracownica hotelu. Włosy związała z tyłu w kucyk i włożyła ubranie tak dla niej nietypowe i niedopasowane do jej figury, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ciuchy robocze jej siostry, mundurek, który kazano tutaj nosić wszystkim kobietom i dziewczynom, biała koszula i długi czarny fartuch czy coś jakby spódnica. Mężczyznom i chłopakom pozwalano tu na mniej formalne stroje. Ich mundurek stanowiły markowe dżinsy i białe koszulki z materiału lepszego niż zwykłe T-shirty. Kobietom i dziewczynom nie wolno było nosić makijażu, kolczyków ani łańcuszków na szyi. Mama wyglądała na niższą i bardziej nijaką, czyściutka i klasztorna, jak służące z gorszych krajów na filmach w telewizji.

Jak się dziś miewa? pyta Leif.

Długo będzie chora? pyta moja siostra.

Mama przywołuje ją wzrokiem do porządku.

Dwa tygodnie, trzy? ciągnie Leif. Może do września?

Odległe słowo wrzesień wisi w powietrzu wokół nas w tej dziwnej przestrzeni usług dla bogaczy. Siostra wbija wzrok w swoje stopy. Leif patrzy na kamienno-betonowe mury i wielkie świece w szklanych słojach palące się bez sensu w świetle dnia.

Chryste, mówi.

Jakby to było pytanie.

Mama kręci głową i wskazuje nią jeden, a potem drugi z posągów stojących po obu stronach hotelowej bramy przeładunkowej, następnie znów kręci głową i przykłada palec do ust, jakby chciała potrzeć miejsce pod nosem, z wdziękiem, ale tak naprawdę po to, by uciszyć Leifa i nas.

Były naturalnych rozmiarów, te posągi, solidny, lśniący biały kamień. Wyglądały kościelnie. Sprawiały wrażenie połączonych, choć nie stały razem. Jeden przedstawiał piękną, smutną kobietę z chustą spływającą z głowy jak u Dziewicy Maryi, ramiona rozłożone i puste, jedna dłoń zwrócona w górę, oczy opuszczone, zamknięte lub wpatrzone w pustkę na jej kolanach, gdzie nie było nic oprócz fałd szaty. Drugi to skulone ciało mężczyzny w pozycji wyraźnie wskazującej na zgon. Głowa zwieszona w bok, ręce i nogi powinny opadać bezwładnie. Ale leżał na ziemi pod takim kątem, że zdawał się sztywny, dziwacznie pokręcony, rozciągnięty, ale jak zastygły.

Leif lekko go popchnął, aż posąg się zabujał. Matka zrobiła przerażoną minę.

Rigor mortis, mówi Leif. Oto dzisiejsza pieta. Oto co się dzieje ze sztuką, gdy ktoś uważa, że można z niej zrobić hotel.

Mama oznajmia oficjalnym tonem, jakby nas nie znała, że się odezwie. Znów tak samo porusza głową, by nam przypomnieć, że po bokach są kamery, całuje nas wzrokiem, a potem, jakbyśmy byli gośćmi, którzy całkiem miło ją potraktowali, uprzejmie ściska każde z nas na pożegnanie.

Z pomocą mapy Google odszukaliśmy w tłumie turystów drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy kampera. Łatwiej było się orientować po sklepach niż po nazwach ulic, więc najpierw obraliśmy kierunek na Chanel, największy znak na mapie. Potem Gucci. Potem Nike. Gdy w końcu odnaleźliśmy ten oddalony zakątek, gdzie znajdowało się mieszkanie Alany, budynek w ogóle nieoznaczony na Google’u, dziwnie było zobaczyć, jak Leif siada za kierownicą, bo zawsze to mama prowadziła. Dobrze sobie radziła z kamperem, który ciągle robił różne numery. On na pewno nie będzie sobie tak dobrze radził, nie ma tej pewności, może dlatego kazał nam usiąść z tyłu, choć miejsce z przodu było puste. Może nie chciał dopuścić do kłótni o to, kto siądzie z przodu. Może wolał uniknąć naszych spojrzeń z bliska, gdy się koncentrował.

Przekręcił kluczyk. Samochód zapalił.

Poczekamy miesiąc, a potem wrócimy i ją odbierzemy, nawet jeśli praca Alany wciąż będzie zagrożona, powiedział, gdy wyjeżdżaliśmy z miasta.

Ale to dobrze. To dobry uczynek. Alana jest siostrą mamy, naszą ciocią. Tylko raz nadarzyła nam się okazja do spotkania z nią, we wczesnym dzieciństwie, gdy jeszcze niewiele się rozumie, a tym razem ciocia była zbyt chora, żeby można to było nazwać spotkaniem. Ale dzięki mamie nie straci pracy, a my będziemy mieć mamę dla siebie następnego lata i we wszystkie kolejne, tego lata zapamiętamy, że tak właśnie postępuje rodzina, tak się robi dla rodziny, a przecież Alana pracuje w miejscu pełnym ludzi. Potrzeba tam pracowników. Widzieliśmy to, gdy poprzedniego wieczoru poszliśmy wypatrywać pracującej mamy z nadzieją, że uda nam się chociaż jej pomachać.

Nie zdołaliśmy jej wypatrzyć, tyle tam było ludzi. Restauracja w środku pełna, ta na dziedzińcu od frontu również, obie wypełnione ludźmi, jakich nigdy dotąd nie zdarzało mi się oglądać, nie w prawdziwym życiu. Piękni, ufryzowani, doskonali, ci ludzie jedzący w restauracji hotelu, w którym pracowała mama. Wygładzeni, zdawali się obrobieni komputerowo, jakby dało się cyfrowo poprawić wygląd prawdziwych ludzi.

Przy jednym stoliku siedziała chyba rodzinka: elegancka kobieta, zapewne matka, unosiła widelec, na którym miała kawałek czegoś, co przysuwała do ust, ale nie wkładała do nich, jak maszyna, potem jej dłoń i ręka opuszczały go na talerz, by za chwilę znów unieść. Obok niej elegancki chłopczyk trącał obojętnie zawartość swojego talerza i gapił się w przestrzeń. Mężczyzna, może ojciec, krągły, lecz elegancki, ubrany jak na ceremonię rozdania nagród w telewizji, skrolował telefon, zamiast jeść. I jeszcze dziewczynka, nie udało mi się dostrzec, co robi, bo siedziała do mnie plecami, ale wyglądała elegancko.

Wszyscy zdawali się odwróceni plecami, nawet ci przodem do mnie.

To właśnie ich oderwanie świadczyło o elegancji.

Jakby usunięto im coś żywotnego, może dla ochrony? może operacyjnie: usunięcie nadmiaru życia osobom, które na to stać, przez osoby w maskach, które pachną czystością i zakładają wenflony w szpitalu o kojącym medycznym zapachu, gdzie każdy członek idealnej rodzinki po kolei podaje ramię.

Ale gdzie to dalej trafia? Co chirurg robi ze starannie usuniętą surowicą życia? Czy da się ją gdzieś ochronić przed wszystkim? katastrofalnym żarem, brudem z rynsztoka, zanieczyszczeniem wody i powietrza, wszystkim, co się zmienia, potwornymi rozstaniami, podróżowaniem?

Byli spokojni, jak martwi. Może na tym polega wytrzymałość?

Czy to żywi ludzie czy martwa natura? Wyrwało mi się, gdy ich mijaliśmy.

Czy to co? pyta Leif.

Wskazuję ruchem głowy restaurację, do której nie weszliśmy.

Chociaż oddychają i się poruszają, są jak ze starych obrazów, pełnych owoców, globusów, czaszek i lutni, mówię.

Leif śmieje się i puszcza do mnie oko.

Hotel Splendor, mówi.

*

Zwykle gdy byliśmy już tak blisko domu, mama prowadziła samochód, a Leif mówił to, co zawsze na tym odcinku drogi, że gdy się jedzie do innego kraju, to wszystkie domy, w których mieszkają ludzie, wyglądają jak z baśni, a potem, gdy wracasz do siebie, to się zastanawiasz, czy na miejsce, w którym się samemu mieszka, też można patrzeć jak na scenerię opowieści.

Matka dogryzała Leifowi, że zawsze mówi to samo na dokładnie tym samym etapie podróży.

Nie żeby się kłócili, to nie było nic poważnego, biło od nich ciepło, gdy tak siedzieli z przodu, a Leif mówił, że nie, bo jeśli się jedzie w nowe miejsce, to wszystko jest nowe dla oczu, ale gdy wracasz do domu, to jeszcze przez chwilę masz takie świeże spojrzenie, ale nie na długo, bo zaraz znów się przyzwyczajasz.

Dziś jednak Leif nic nie mówił.

Ale odcinek drogi, na którym zawsze padają te słowa, był tak blisko domu, że nie czułoby się jego bliskości, gdyby ktoś tego nie powiedział. Pytam więc siostrę z nadzieją, że Leif mnie usłyszy, czy to nie ciekawe, że gdy jeździsz w różne miejsca, to one się zdają jak z bajki?

Ale on nie usłyszał, a jeśli usłyszał, to nic nie powiedział, zresztą siostra zasnęła oparta o mnie na tylnym siedzeniu.

Kamper był dla mnie najlepszy. Dla mojej siostry tak samo. Miał świetne kwadratowe tylne okno, które można było otwierać. I fajne stoliki, dla bezpieczeństwa składane na czas jazdy. Zdarzało nam się fantazjować na temat niebezpiecznej jazdy z rozłożonymi stolikami. Fascynowała nas zawartość zamykanych na haczyki szafek, egzotyczne produkty, inne od jedzenia i picia w domu. Podobał nam się dach, unoszony jak pojedyncze skrzydło, co pobudzało nas do fantazji, że pewnego dnia w trakcie podróży również ten dach rozłożymy.

A teraz Leif zjechał z dwupasmówki na zwykłą drogę, potem na jeszcze mniejszą, która prowadziła do domu. Na tej dróżce nasz kamper zwykle ledwo się mieścił. Jednak tego wieczoru wydawała się jakaś inna. Dziwnie szeroka.

Co tu się stało? pyta Leif. Zniknęła cała zieleń.

Znaczną część żywopłotu po obu stronach drogi brutalnie ścięto, a pobocza wyglądają, jakby przejechał tędy buldożer, po naszej lewej i prawej piętrzą się sterty ziemi, gałęzi i liści.

Spójrzcie na to, mówi Leif, trącając nogą zwalisko na chodniku przed naszym domem. Co to jest?

Końcem buta dotyka czegoś czerwonego przy naszej furtce.

Namalowanej linii.

Czubek jego buta zdobi czerwona smuga.

Ktoś namalował na ziemi linię od miejsca, w którym bok naszego segmentu styka się z budynkiem sąsiadów, państwa Upshawów, wokół całego naszego domu.

Na tle asfaltu farba jaskrawo lśni czerwienią.

Leif puka do drzwi frontowych państwa Upshawów. Pani Upshaw nie przepada za ludźmi, należy do osób nielubiących ludzi, zdarzało jej się czasem położyć zdechłego szczura na naszym śmietniku, by dać nam znać, że jej zdaniem nasze dni są policzone. Nie przejmowaliśmy się tym, nikt z nas się nie przejmował, mama zawsze powtarzała, że chętnie będziemy odliczać dni, a nawet możemy dzielić się nimi z innymi. Do drzwi podchodzi jednak pan Upshaw. Zerka wraz z Leifem w stronę czerwonej smugi, a potem stoją, rozmawiają po męsku, wskazują miejsce, w którym linia nagle się kończy, dokładnie tam, gdzie zaczyna się działka Upshawów.

Siostra dotyka farby. Pokazuje mi czerwień na swoich dłoniach. Na tyłach domu, gdzie kończył się asfalt, ten ktoś od czerwonej farby po prostu pociągnął linię przez leżące luzem kamyki, które można by bez trudu odgarnąć lub kopnąć gdzieś dalej. Znajduję patyk i dłubię w podłożu, aż robi się przerwa. Siostra przez nią przechodzi, jakby to była furtka czy brama. Wyjmuje spod szopy klucz do tylnych drzwi domu i otwiera, żebyśmy mogli wejść.

Najpierw stoję w salonie. Potem w sypialni.

W środku pachnie stęchlizną, jakby nie było nas tam przez kilka lat. Może zresztą zawsze był tu taki zapach, tylko go nie zauważaliśmy. Ale pod nieobecność mamy przedmioty na półkach, a nawet meble wyglądają jak stare rupiecie.

Wychodzę więc na dwór i idę znów dookoła domu, a potem stoję w ogródku i opieram się o furtkę od frontu. Patrzę na Leifa, który rozmawia z panem Upshawem. Obserwuję ramiona jednego i drugiego. Pod palcami czuję żłobione drewno furtki. Przypomina mi się bezpański piesek, który kiedyś, w moim wczesnym dzieciństwie, przez pewien czas z nami mieszkał. Nazwaliśmy go Rogie. Szorstkowłosy kundelek przypominający teriera. Pewnego dnia wracamy sobie z kina, a on siedzi przy kamperze na parkingu, jakby chciał, żeby go gdzieś podwieźć. Trafił więc do nas do domu, gdzie ułożył się w kuchni i od razu zasnął. Spędził tak całą noc. Potem jeździł z nami do miasta, gdy tylko mama nas tam zabierała. Puszczany wolno na parkingu, gdzieś tam sobie leciał, a potem znów czekał przy kamperze na podwózkę do domu, gdy nasze sprawy w mieście były już załatwione i można było wracać. Aż w końcu któregoś dnia nie czekał i już nie wrócił. Ruszył gdzieś dalej, powiedziała mama, teraz ktoś inny będzie jego szoferem.

Wspominam, jaki ten piesek był zwinny, potrafił bez trudu przeskoczyć furtkę, o którą teraz się opieram, pięć razy wyższą od niego. Kiedyś wiosną mama obudziła mnie wieczorem, wyciągnęła z łóżka, zaniosła do okna i pokazała mi, jak zastygł w niemożliwej pozycji na wąskiej deszczułce wieńczącej tę furtkę, wszystkie cztery łapy równiutko ułożone przy sobie, a ponad nimi naprężone psie ciałko, gdy próbował utrzymać równowagę i zwracał głowę to w lewo, to w prawo, obserwując ruch na ulicy. On tak tu tkwi od niemal dwudziestu minut, powiedziała mama, chciałam ci pokazać.

I teraz, czując pod dłonią nierówne drewno, myślę o jego mądrych oczkach, sterczących uszkach, wąsatym pysku i o tym, że gdy zeskakiwał z fotela, w którym wcześniej spał, to ten fotel jeszcze przez pewien czas był ciepły. A potem Leif żegna się z panem Upshawem, macha wesoło w stronę okna na górze, w którym zza zasłonki obserwuje nas pani Upshaw, i stuka trzy razy w pomarańczową karoserię z boku kampera, powyżej linii rdzy.

Wsiadać wszyscy z powrotem, krzyczy. Ruszamy. Gdzie twoja siostra?

Wchodzi po nią do domu i wynosi ją na rękach, leżącą w poprzek jego piersi. A ona się śmieje.

Mogę siedzieć z przodu? pytam.

Nie, odpowiada on.

A ja? pyta siostra.

Nie, odpowiada on.

Zapinamy pasy na tylnym siedzeniu, jak wcześniej, nasze miejsca wciąż są jeszcze ciepłe, a on kieruje tępy dziób kampera z powrotem po odmienionej drodze na szosę i odjeżdżamy.

Kto namalował tę czerwoną linię wokół naszego domu? pyta siostra.

Też się zastanawiam. Ale pewnie nigdy się nie dowiemy, mówi Leif.

Jacyś ludzie? pyta ona.

Jacyś pewnie tak, mówi on.

Ale dlaczego ludzie tak robią? pyta ona.

Ludzie to ludzie, mówi Leif. Ludzie bywają tajemniczy, dlaczego w ogóle ktokolwiek cokolwiek robi?

No dobra, ale dlaczego wyjeżdżamy? pytam.

Bo już czas, mówi on.

Dokąd jedziemy? pytam.

A dokąd chcecie? pyta Leif.
(…)

Ali Smith „Gliff”
Tłumaczenie: Agnieszka Wilga
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 272

Opis: Poruszająca, wymykająca się gatunkowym podziałom opowieść mistrzyni współczesnej literatury – o ponadczasowym ludzkim pragnieniu sensu i poznania.

Niedaleka, niepewna przyszłość. Świat, w którym każdego dnia wytyczane są nowe granice między ludźmi. Nowy porządek, któremu daleko do odwagi. A w samym jego środku: dwoje dzieci. I koń.

Tytułowe „Gliff” wywodzi się ze szkockiego słowa oznaczającego ulotny moment, nagły błysk, przelotne spojrzenie. Powieść stawia pytania o to, jak i dlaczego próbujemy zostawić po sobie ślad. W czasach, gdy zachodni przemysł i technologia redukują człowieka do algorytmów i danych – tego, co łatwe do sklasyfikowania i przewidzenia – Ali Smith przypomina, że nasze człowieczeństwo i indywidualna złożoność nigdy nie były ważniejsze.

Książka została nominowana do Dublin Literary Award, jednej z najważniejszych nagród literackich na świecie.

fot. Laura Bielak/mat. prasowe W.A.B.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek