Giacomo Casanova udaje się do Polski. Przeczytaj fragment powieści „Zabić Casanovę” Jerzego Żurka

Na przełomie 1765 i 1766 roku Giacomo Casanova przebywał w Polsce. Chciał zdobyć posadę na dworze króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, ale z planów tych nic nie wyszło przez głośny pojedynek z podstolim koronnym Franciszkiem Ksawerym Branickim. Pobyt w Polsce słynnego weneckiego kochanka i awanturnika stał się dla pisarza Jerzego Żurka inspiracją do napisania powieści, która została niedawno wznowiona przez Wydawnictwo Lira pod tytułem „Zabić Casanovę”. Poniżej możecie przeczytać fragment książki.
● ● ●
Powlekli go ze sobą, w kapturze na głowie, skutego niczym jakiegoś mordercę, wrzucili do celi jak worek śmieci. Gdzieś poza miastem chyba, bo żadne dźwięki nie dochodziły tu zza murów. Cela była nieduża, wysoka, z okienkiem u sufitu. Prycza i kilka kroków. Do wiadra w kącie. Nikt go nie odwiedzał. Nikt się do niego nie odzywał. Miska z kapustą raz dziennie musiała mu wystarczyć za towarzystwo. Miał tu czekać na jakieś tajne wyroki. A może po prostu na kata?
Rozległo się bicie dzwonów i krzyk ptactwa spłoszonego nagłym hałasem. Dwunasta. Świat powrócił boleśnie realny – wyszczerbiony kubek, palce porosłe brudem, liszaje wilgoci na ścianach i podłodze, zetlała kupka słomy w kącie, zasłana strzępem zasłony, którym okrył się w czasie ucieczki – to był teraz jego świat.
Jak długo go tu trzymają?
(…)
● ● ●
Kilka dni po rozmowie z konsulem Casanova został doprowadzony do Astafowa. Pułkownik nie odzywał się do niego dłuższą chwilę, nie proponował też krzesła. W jego zachowaniu było coś nowego, jakiś rodzaj zdecydowania, które może daje świadomość, że wyrok już zapadł. Zaczną bić? Wszak jęki katowanych słyszał codziennie przez ścianę. Dlaczego mieliby oszczędzać jego. Jego, którego wyrzekł się nawet własny kraj. Niech biją. Umrze bez słowa skargi. Nie chce już żyć na tym świecie.
– Był pan kiedyś w Polsce?
– Nie – odpowiedział machinalnie, jeszcze zanim zrozumiał pytanie, poprawił więc zaraz: – Nigdy. Nigdy nie byłem w Polsce.
– Ale wybiera się pan tam w najbliższym czasie.
Krew uderzyła mu do głowy, nagła nadzieja oblała go falą gorąca.
– Tak. Przyznaję, miałem taki zamiar.
– Miałem? To już pan nie ma?
Nie zobaczył spodziewanej drwiny w twarzy pułkownika. Rozmawiają o swych planach jak dwaj wolni ludzie. Chyba. Czego chcą?
– Mam. Jeśli mogę mieć?
Lekki uśmiech na twarzy Astafowa, umoczone w atramencie pióro, nieobecność wartownika przy drzwiach – to też było coś nowego.
– Co pan wie o tym kraju?
Mógłby powiedzieć: „Miałem w Paryżu kochankę Polkę, Martę, piękną, czułą, podobną do Pauline, gdybyś wiedział, jak otwierała się przede mną miłośnie i jak krzyczała z rozkoszy w swym dziwnym szeleszczącym języku, zrozumiałbyś, że wiem o jej kraju więcej niż inni. Więcej też niż ci mogę powiedzieć”.
– Niewiele. Jest nowy król.
– To już nie „nic”.
Astafow wstał, nie z szacunku jednak do polskiego władcy.
– Stanisław August herbu Ciołek. Ciołek. Tak go nazywają wrogowie. I przyjaciele, o których ostatnio zapomina. Co jeszcze? Co o nim mówią w świecie?
Chciałby powiedzieć, co w świecie gadają bez umiarkowania o tym królu. Że był kochankiem carycy, no jeszcze nie carycy, a wielkiej księżnej, i że to ona wyniosła go na polski tron, ale wolał nie ryzykować.
– Ambitny. Rządzi dobrze.
Instynkt zawiódł go tym razem. Wilcze były już nie tylko oczy, ale i cała twarz Astafowa.
– Bzdury pan gadasz, panie Casanova. Król rządzi źle, a raczej nie rządzi w ogóle. Wszędzie anarchia, napady na naszych obywateli, kupców, dyplomatów. Zagrożone są interesy Wielkiej Rosji. I honor. Rozumie pan?
Powinien opowiedzieć: „A cóż mnie obchodzi wasz honor, skoro wy depczecie po moim, o ileż mi bliższym. Cóż mi do waszych interesów, skoro moje przez was przedstawiają się gorzej niż źle. Jak mam potępiać buntowników, skoro nie wiem, przeciw czemu i komu się zbuntowali, jak oburzać się na napady i anarchię, skoro mnie samego napadnięto w kraju wzywającym do walki z anarchią?”. Dla tego wilka naprzeciwko powinien być jednak lisem, podkulić błyskawicznie ogon i zmykać, zacierając ślady.
– Teraz rozumiem. Ale ostatecznie bogactwo świata nie jest niewyczerpane, myślę, że znajdę tam to, co wszędzie. Piękne kobiety, przyjaciół, przychylnego monarchę. – Przerwał na moment potrzebny do przełknięcia śliny. – Pieniądze.
Astafow usiadł znowu. Spojrzał na Casanovę badawczo, jak szuler na szulera.
– Pieniądze?
– Prawdę mówiąc, dużo pieniędzy. Sprawa, której służę, a która ma wielkie znaczenie, powiem bez fałszywej skromności, dla całego świata, potrzebuje kapitału.
– A cóż ty, mason jesteś czy jak?
– Nie o to chodzi.
– A o co?
Mógł mówić, a to już nieźle. Skoro zaś mógł, to powinien mówić, mówić jak najwięcej.
– Bez wielkiej przesady, chodzi o przyszłość ludzkości. Jej imię: pataty, po niemiecku: kartofle. Proszę się łaskawie nie śmiać. To owoce rośliny, która nie wymaga wiele. Wystarczy ją wsadzić do byle jakiej ziemi, a wyrośnie sama, wyżywi miliony ludzi i gospodarskich zwierząt. W takim kraju jak pański zlikwiduje raz na zawsze głód.
– Co pan mi tu za bzdury opowiada. – Pułkownik rozejrzał się czujnie po pustym gabinecie. – U nas, w Rosji, nie ma głodu.
– A krochmal do bielenia tkanin, mąka do wypieków, zabawki dla dzieci…
– Dość tych bredni. Co to my kartofla nie znamy?
– Za mało, za słabo.
– Hola, panie Casanova, nie to nas teraz interesuje.
To nie. A to? Lis w Casanovie uśmiechnął się tylko.
– Pozwolę też sobie zwrócić pańską uwagę, że z bulw tej rośliny można bez trudu pędzić doskonałą wódkę.
Wilk schował zęby. Ale błysk w oku pozostał.
– Mamy własną, lepszą.
Giacomo zaryzykował nawet krok do przodu.
– Będzie o połowę taniej. Gwarantuję.
– No dobrze, dobrze, przypuśćmy. To jaki w tym wszystkim jest pański interes?
Wysłucha go, teraz już musi go wysłuchać. Taki pułkownik ma władzę, wpływy, potrafi kogo trzeba przekonać. Jeszcze się przyda kopczyk patatów w ogrodzie Tamary, jeszcze ciałem się staną opowieści o fortunie czekającej w tym kraju na odważnych.
– Moja firma, a raczej przedsięwzięcie, na czele którego stoję, może się zająć dostarczaniem wyborowej rozsady z naszych wieloletnich upraw w północnej Francji, gdzie, zwrócę pana uwagę, klimat niewiele jest łagodniejszy niż tutaj.
Musiał się spieszyć, dłoń pułkownika Astafowa uniosła się nad biurko i zastygła rozcapierzona jak do zadania ciosu.
– Mam też opracowany w najdrobniejszych szczegółach projekt loterii publicznej, która przyniosłaby spory dochód skarbowi i uciechę ludziom. Przez ponad rok zarządzałem taką loterią w Paryżu.
– Dosyć!
Dłoń spadła z hukiem, aż strużka papierów spłynęła na podłogę.
– Pieniądze damy. Wyjedzie pan do Warszawy. Trochę tylko pana poduczymy, wyposażymy i w drogę. Tak?
Powinien powiedzieć i powiedział.
– Tak.
Zawahał się jeszcze, może tak łatwo nie warto się zgadzać.
– Ale chciałbym wyjaśnić wszystko osobiście jej imperatorskiej mości.
Astafow jakby się przez chwilę chciał podnieść z krzesła i wyprężyć z uszanowaniem, ale zrezygnował w pół ruchu, opadł niezgrabnie z powrotem.
– To zbyteczne. Właśnie jej imperatorska mość, miłościwie nam panująca caryca Katarzyna, poleciła pana naszej uwadze. Osobiście.
Musiał spytać i spytał.
– Co… mam zrobić?
– Dostanie się pan na dwór i postara o zaufanie króla. Nie wątpię, że się to panu uda. Choćby za pomocą kartofli.
– I co dalej?
– Nic. – Astafow zamilkł na chwilę jak wytrawny gracz, który gotuje się do zadania ostatecznego ciosu. – Oczywiście, dopóki nie dostaniesz dalszych instrukcji.
– Od kogo?
– O to się nie martw. Znajdziemy cię, kiedy będzie trzeba.
Chcą mu płacić strachem, skąpcy. Nie jest idiotą, nie pozwoli się tak traktować.
– Ale… – Złapał się za serce, jakby teraz dopiero zrozumiał sens propozycji tamtego. – Na honor Wenecjanina! Mam być szpiegiem!
Astafow uśmiechnął się dobrotliwie.
– Dajmy spokój z honorem. Obaj wiemy, ile to warte.
– Ile?
– Co „ile”?
– Ile dostanę?
– Za co?
– Właściwie ciągle nie wiem za co.
Tamten nie przestawał się uśmiechać.
– Widzisz, tak i ja nie wiem ile.
Pułkownik, jakby rozmowę uważał za zakończoną, otworzył szufladę i zaczął w niej układać papiery z biurka. Łotry, chcą go oszukać, nawet nie ukrywają tego. Kochaj ich ze strachu, pracuj ze strachu, nakarm się strachem. Niedoczekanie. On tego gówna jeść nie będzie. Niech się sami najedzą, potwory. Ten cymbał, z jego chytrym uśmieszkiem, nielepszy od Kuca. Nawet szufladę mają wspólną. Przełknął głośno ślinę.
– A jeśli ja… nie mogę się zgodzić?
Szuflada zatrzasnęła się z hukiem. Raczej zobaczył, niż usłyszał złowieszcze:
– Co?
(…)
Jerzy Żurek „Zabić Casanovę”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 608
Opis: Czy to prawda, że słynny Casanova miał tysiące miłosnych przygód? Być może… Był, jak popularna opinia głosi, uzależniony od seksu? Niekoniecznie… A miał wybitny talent do popadania w tarapaty? Chyba tak…
Pewne jest, że Giovanni Giacomo Casanova od października 1765 roku do lipca 1766 roku przebywał w Polsce, głównie w Warszawie, gdzie zdążył narobić sobie długów, popaść w niełaskę u króla i odbyć pojedynek na pistolety z samym podstolim wielkim koronnym Branickim. Czyż nie byłoby szkodą dla ludzkości nie opisać jego podbojów, przygód i nie dać mu pobuszować w naszej wyobraźni? Z pewnością!
Jerzy Żurek z werwą prowadzi czytelniczki i czytelników przez tę wibrującą uczuciami i humorem opowieść. Razem z Casanovą podróżujemy przez pół Polski, brniemy od jednej afery do drugiej, asystujemy mu w ciągłej walce o niezależność i wolność, a często po prostu o życie. Uczucia i dylematy moralne są tu całkiem współczesne. Jest prawdziwa miłość i zwykły ludzki ból, poetyckie rozważania o sztuce życia i mniej anielskie – o meandrach użycia. Ale mamy też pościgi i strzelaniny, szpiegowskie awantury i… dobrze rokujące sadzonki ziemniaków.
TweetKategoria: fragmenty książek














