Fascynacja, która przeradza się w obsesję. Przeczytaj przed premierą fragment powieści „Pterodaktyl” Anouk Herman

23 września W.A.B. opublikuje nową powieść Anouk Herman, autorki „Nigdy nie będziesz szło samo” oraz laureatki Nagrody Literackiej Gdynia za tom poetycki „Silesian Gothic”. „Pterodaktyl” to historia Polki mieszkającej w Norwegii, zafascynowanej piękną influencerką Ingrid Dahl. Kiedy profesor, do którego Ingrid chodziła na zajęcia, popełnia samobójstwo, ta podważa oficjalną przyczynę śmierci. Osobista tragedia błyskawicznie przeradza się w internetowy spektakl, a granice między prawdą, manipulacją i emocjonalnym uzależnieniem zaczynają się zacierać. „Pterodaktyl” to opowieść o samotności, pragnieniu bliskości i potworach, które nie kryją się w mroku ani prehistorycznych czasach, lecz rodzą się między ludźmi, którzy nie potrafią od siebie odejść.
„Anouk Herman z charakterystyczną dla siebie literacką odwagą łączy bezczelny humor z czułością i emocjonalną przenikliwością. Jej język jest jednocześnie ostry, ironiczny i niezwykle empatyczny, dzięki czemu Pterodaktyl staje się nie tylko wciągającą historią psychologiczną, ale także trafnym komentarzem do współczesnego świata, w którym prywatność coraz częściej staje się widowiskiem, a potrzeba akceptacji bywa silniejsza niż instynkt samozachowawczy” – informuje w komunikacie Wydawnictwo W.A.B.
Poniżej możecie przeczytać przedpremierowo fragment powieści „Pterodaktyl”.
Pojawia się koło południa i zamawia kawę u Liz, bo ja jestem zajęta inną klientką. Łapiemy kontakt wzrokowy nad tacą z muffinami. Za szybko podnosi swój kubek i rozchlapuje trochę kawy na blat wydawki. Minęły ze dwa dni, a jakby cała wieczność.
Gdybyśmy potrafiły porozumiewać się telepatycznie, tak mogłaby wyglądać nasza rozmowa:
– Jesteś na mnie zła?
– O podcast czy o Istvana?
– A jesteś?
– Tak.
– Tak podcast czy tak Istvan?
Ale nie komunikujemy się w ten sposób. Ingrid nigdy nie pyta, czy ktoś jest na nią obrażony. Teraz wyciera blat rękawem bluzy. Ścięła włosy do ramion i wygląda niby poważniej, lecz kiedy oblizuje rancik kubka, znów zaczynam powątpiewać, że jest dorosła.
Obsługuję kolejne osoby, ale zerkam gdzie indziej: obserwuję, jak szybko stuka w telefon przy jednym ze stolików pod oknem, jak spogląda na ulicę, jakim gestem wyciąga z torebki kalendarz.
Wróciła późno w nocy, tak późno, że sądziłam, że już raczej pojadą do nas. Jednak około drugiej weszli razem do domu. Próbowali zachowywać się cicho, tyle że przez to robili jeszcze większy harmider, zupełnie jak nastolatki.
Spałam u siebie, na dole. Podłoga przedpokoju skrzypiała, jakby od tego ich kręcenia się wte i wewte deski miały mi spaść na łeb.
Stosy drewna przygniatające moje ciało. Drzazgi w szeroko otwartych oczach gapiącej się w sufit wariatki.
– Cześć. – Podchodzę do niej po tym, jak zebrałam naczynia z sąsiedniego stolika. Ktoś znów umazał czekoladą zielone poduchy na ławie. Mam nadzieję, że to czekolada.
– Hej. – Nie patrzy na mnie, tylko dalej w telefon.
Pisze maila, nie wiem do kogo.
– Nowa fryzura – komentuję, zabierając jej kubek.
– Poszłam do fryzjera dzień po nagraniach – mówi. Głos jej się jakby zmienia, może przez to, że mówi „nagrania”, a ja wszystko widziałam, wszystko wiem. I ona wie, że ja wiem. – Żeby się trochę odświeżyć.
To nie tak, że jej chłód jest zupełnie nieuzasadniony, choć uważam, że trochę przesadza. Może faktycznie trochę się pogryzłyśmy, o ile sprzeczkę w wiadomościach w ogóle można traktować jako coś, czego konsekwencje powinny rozciągać się na spotkanie twarzą w twarz. Ale dobra, rzeczywiście, napisałam jej po emisji tak:
– powaliło cię chyba, żeby gadać o tym pierdolonym knutsenie w jakimś idiotycznym podcaście. no i czemu tego nie wycięli? a co jak cię pozwą czy coś takiego?
– wyluzuj nikt mnie nie pozwie
– skąd wiesz? nawet jeśli nie to i tak to było na maksa niesmaczne i nie zdziwię się, jeśli rodzina potraktuje to bardzo osobiście nie ma przeciez zadnej rodziny wlasciwie, gdyby nie istvan i reszta chłopaków to ten pogrzeb wgl by tak nie wyglądał
– a co na to istavn?
– a jak kurwa myslisz. caly czas tam byl i wspieral
No i dostałam bloka. Dlatego też nie wiedziałam, kiedy wróci. I dlatego dziś z worami pod oczami – nie śpię, podsłuchuję – przylazłam na zmianę, a teraz wiszę nad diwą, nad gwiazdą, która sądząc po intensywności, z jaką wali paznokciami w ekran, właśnie gasi wywołany przez siebie pożar. To ona jest obrażona, nie ja. To ona jest skrzywdzona, nie inni.
– Nie matkuj mi – mówi nagle. – Umiem wziąć za siebie odpowiedzialność. – Już mam się teatralnie obruszyć, odłożyć tacę załadowaną brudami i z ręką na sercu przyrzec, że nigdy bym nie pomyślała, że jest inaczej, ale Ingrid zmienia temat. – Przywiozłam coś.
Schyla się do rzuconej na podłogę torby i przez chwilę czegoś w niej szuka. Słyszę, że szepcze:
– Pochyl się tu.
Grzecznie przykucam. Prezent traktuję prawie jak przeprosiny, w piersi rośnie triumf, biją dzwony zwycięstwa i równie dobrze mogę się jej, wyjątkowo, posłuchać.
Wyciąga wymanikiurowaną łapę z odmętów siatki, macha mi przed oczami strunowym woreczkiem i zaraz go chowa.
– Truskawkowa – dodaje, prostując się na krześle.
Niektórzy ludzie ruchają się na zgodę, my lubimy sobie zapalić. Nasz pierwszy raz był rozkoszny i inny niż wszystkie, bo zaczęło się nie od blanta, tylko od ślicznego małego ciasteczka, które pobudziło pracę naszych ślinianek, a potem pociągnęło w podróż na planetę nie-z-tego-kurwa-wszechświata. Jak kwas, nie trawa. Następnego dnia nie poszłyśmy ani na zajęcia, ani do roboty, a i tak czułyśmy, że jesteśmy wielkie, wielgachne jak ci giganci, co zasiedlali ziemię przed dinozaurami.
– Czujesz coś? – zapytałam, wpatrzona w sufit.
A Ingrid na to, że totalnie nic i że trzeba było kupić dwa ciasteczka zamiast jednego na spółę.
– Czujesz coś? – powtórzyłam, ale już nie odpowiedziała.
Reszta zlała mi się w fioletową plamę, w której rozróżnialna była tylko błogość i jakieś zwielokrotnione odgłosy kręcącej się wyżej Sunnivy. Przypałowo tak fazować przy mamie. Ale Sunniva była dziwna, Sunniva żyła w alternatywnej rzeczywistości, według niej liczyło się tylko jedzenie obiadów i przekąsek dopasowanych energetycznie do tego, jaką jest się doszą. Ja byłam dla niej kaphą – bo jestem gruba.
Z przyjemności ego wyrwała nas Ingrid, której nagle się ocknęło, zmartwychwstało i zaczęło odpierdalać.
– Ej, myślisz, że Bóg jest? – spytała konfirmowana ateistka, postsekularna księżniczka, jakby po raz pierwszy wpadło jej do głowy, że może raczej jest coś niż nic. My, wschodniaki, niczego się nie boimy tak jak wieczności, więc na wszelki wypadek dopuszczamy możliwość, że istnieje.
– Nie wiem.
Kurczowo trzymałam się fioletu. Wrzośce, fiołki, lawenda, oset, kosmos, denaturat.
– Bo w sumie – przysunęła się bliżej, tak blisko, że przypomniałam sobie, że mam ciało – jeśli istnieje, to na pewno na nas teraz patrzy.
– Czemu miałby się na nas patrzeć?
– Nie wiem, ale chyba widziałby wszystko, no nie?
– Ale to nie znaczy, że patrzyłby akurat na nas.
– A myślisz, że nas słyszy?
Fiolet odpłynął.
– A gdyby słyszał, to co byś mu powiedziała?
– Że hej, tu Ingrid Dahl…
Parsknęłam śmiechem.
– Serio byś się przedstawiła? Kurwa, Bogu?
Odpowiedziała mi głupim śmiechem, który nagle się urwał. Jej ręka wystrzeliła w górę, palec wskazujący oskarżycielsko wbił się w powietrze dzielące nas od sufitu.
– Patrz. – Poruszyła nim. – Patrz na to.
Jej palec wyrysował nad nami koło, które, przysięgam, po chwili faktycznie zrobiło się fioletowe. To jak z powidokiem, kiedy pocierasz oczy – możesz mrugać, ale nie zniknie. I może nawet nie istnieje, ale przecież wiesz, że na coś patrzysz.
– To jest taka wielka słuchawka od telefonu.
– Stacjonarnego? – Zmrużyłam oczy.
– No, takiego z kablem sprężyną, wiesz.
Pokiwałam głową. Kabel sprężyna mignął mi gdzieś w kącie pokoju, więc mogła mówić prawdę.
– Teraz wybiorę numer do Boga.
– A jaki to jest?
– Sześć sześć sześć, sześć dziewięć, sześć dziewięć.
– A kierunkowy?
– Nie ma.
Usłyszałam dźwięk przewijania tarczy numerycznej. Potem głos, głos kobiety. Ingrid też musiała to słyszeć, bo zasłoniła ręką usta. Prawie się zesrałyśmy, w końcu nikt nas nie uprzedził, że Bóg jest kobietą i że tak płynnie gada po norwesku.
– Zjecie ze mną pizzę?
– Tak – odpowiedziałam bez zastanowienia.
– Tak – zawtórowała Ingrid.
Drzwi do mojego pokoju uchyliły się lekko.
– Z szynką czy bez?
– Halo, to o której kończysz? – Ingrid się nie podoba, kiedy odpływam myślami.
Kiedyś powiedziała, że wyglądam wtedy, jakbym była upośledzona (r-word), co było nie tylko niegrzeczne, ale też nie przystoi takiej left leaning liberal girl. Podaję jej godzinę. Mówi, że w takim razie zaczeka i że pójdziemy nad morze. Ok.
(…)
Anouk Herman „Pterodaktyl”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 288
Opis: Nowa powieść Anouk Herman, autorki „Nigdy nie będziesz szło samo” oraz laureatki Nagrody Literackiej Gdynia
Bohaterką „Pterodaktyla” jest polska narratorka studiująca i pracująca w Norwegii. Jej życie orbituje wokół Ingrid Dahl, pięknej influencerki, obiektu fascynacji i źródła nieustannego bólu. Kiedy po samobójczej śmierci profesora Gunnara Knutsena Ingrid kwestionuje oficjalną wersję wydarzeń, osobista tragedia błyskawicznie przeradza się w internetowy spektakl. Granice między prawdą, manipulacją i emocjonalnym uzależnieniem zaczynają się zacierać, a każda kolejna odsłona dramatu przyciąga nowych widzów.
„Pterodaktyl” to odważna, błyskotliwa i niepokojąca opowieść o potrzebie bycia zauważoną, która z łatwością przeradza się w obsesję, oraz o relacjach, z których nie sposób się wyzwolić. Autorka ponownie sięga po tematy tożsamości, wykluczenia i współczesnych mechanizmów społecznych, tym razem umieszczając je w realiach norweskiego środowiska akademickiego i cyfrowej kultury influencerów.
TweetKategoria: fragmenty książek












