banner ad

Ernest Hemingway o hiszpańskiej corridzie. Premiera nowego przekładu książki „Śmierć po południu”

15 marca 2026

W serii dzieł Ernesta Hemingwaya Wydawnictwo Marginesy opublikowało kolejny głośny tytuł noblisty. Tym razem otrzymujemy książkę „Śmierć po południu”, w której pisarz odmalowuje piękno i brutalność hiszpańskiej corridy. Publikacja ukazuje się po raz pierwszy w polskim wydaniu z fotografiami samego Hemingwaya. Za przekład odpowiada Marek Cieślik. Poniżej możecie przeczytać sam początek.

1

Podczas pierwszej walki z bykami, na jaką kiedykolwiek poszedłem, spodziewałem się, że przerazi mnie i może nawet przepełni odrazą to, co – jak mi powiedziano – dzieje się z końmi. We wszystkim, co wcześniej czytałem o corridzie, upierano się przy tym argumencie; większość piszących o niej osób potępiało kategorycznie walkę z bykami jako coś głupiego i brutalnego, ale nawet ci, którzy mówili o niej dobrze jako o popisie zręczności oraz widowisku, ubolewali nad wykorzystaniem koni i mówili o całej tej kwestii w przepraszającym tonie. Zabijanie koni na arenie uważano za niewybaczalne. Przypuszczam, że ze współczesnej perspektywy moralnej, to jest z perspektywy chrześcijańskiej, cała walka z bykami jest niewybaczalna; jest w niej oczywiście dużo okrucieństwa, zawsze jest niebezpieczeństwo, czy to upragnione, czy niespodziewane, i zawsze jest śmierć, i nie powinienem próbować jej teraz bronić, tylko opowiedzieć szczerze o rzeczach, które – jak odkryłem – są na jej temat prawdą. W tym celu muszę być, lub starać się być, zupełnie szczery i jeżeli ci, którzy to przeczytają, uznają ze wstrętem, że napisał to ktoś, komu brakuje ich, czytelniczej, delikatności odczuć, będę mógł tłumaczyć się jedynie, że być może tak jest. Ale ktokolwiek to przeczyta, będzie mógł wydać taki wyrok naprawdę tylko wówczas, jeśli widział rzeczy, o których się mówi, i wie bez dwóch zdań, jak by na te rzeczy zareagował.

Pamiętam, że kiedyś Gertrude Stein podczas rozmowy o walkach z bykami mówiła o swoim zachwycie Joselitem i pokazywała mi zdjęcia z nim na arenie oraz swoje i Alice Toklas, jak siedzą w pierwszym rzędzie drewnianych barrer na widowni areny w Walencji z Joselitem i jego bratem El Gallem pod nimi, a ja właśnie wróciłem z Bliskiego Wschodu, gdzie Grecy, porzucając Smyrnę, łamali nogi swoim zwierzętom jucznym i wierzchowym i zganiali je, i spychali z nabrzeża do płytkiej wody, i pamiętam, jak powiedziałem, że walki z bykami nie podobają mi się z powodu biednych koni. Próbowałem wtedy pisać i odkryłem, że największą trudność, poza prawdziwym rozumieniem, co się naprawdę czuje, a nie co się powinno czuć i co ktoś nas nauczył czuć, sprawia zapisywanie tego, co się naprawdę wydarza w działaniu; tego, czym są autentyczne rzeczy wywołujące uczucia, jakich się doświadcza. Podczas pisania do gazety człowiek opowiadał, co się zdarzyło, i przy użyciu tej czy innej sztuczki przekazywał emocję wspartą czymś w rodzaju wyczucia chwili, które dodaje pewnej emocji do każdej relacji z tego, co zdarzyło się danego dnia; ale to, co prawdziwe, sekwencja ruchu i faktu, która wywołała tę emocję i która byłaby równie zasadna za rok czy za dziesięć lat, a nawet, jeśli miało się szczęście i ujęło się ją wystarczająco czysto, zawsze, była poza moim zasięgiem i bardzo usilnie pracowałem nad tym, żeby ją uzyskać. Jedynym miejscem, gdzie można było zobaczyć życie i śmierć, to znaczy: gwałtowną śmierć, teraz, po zakończeniu wojen, była arena corridy, więc bardzo chciałem pojechać do Hiszpanii, gdzie mógłbym ją badać. Próbowałem nauczyć się pisać, poczynając od najprostszych rzeczy, a jedną z najprostszych rzeczy na świecie i najbardziej zasadniczą jest gwałtowna śmierć. Nie obejmuje ona wprawdzie żadnych problemów związanych ze śmiercią na jakąś chorobę ani z tak zwanym zgonem z przyczyn naturalnych, śmiercią znajomego czy kogoś, kogo się kochało lub nienawidziło, niemniej wciąż jest to śmierć, jeden z tematów, o których można pisać. Czytałem wiele książek, w których próbujący ją oddać autor tworzył tylko rozmazaną plamę, i uznawałem, że dzieje się tak albo dlatego, że ów autor nigdy nie widział jej wyraźnie, albo dlatego, że w chwili gdy następowała, w sensie fizycznym lub mentalnym zamykał oczy, jak można by zrobić, widząc dziecko, którego nie sposób dosięgnąć lub któremu nie da się pomóc, a które za chwilę wpadnie pod pociąg. W takiej sytuacji, jak sądzę, zamknięcie oczu przez autora prawdopodobnie byłoby uzasadnione, jako że jedynym, co mógłby oddać, byłby goły fakt, że dziecko zostanie przejechane przez pociąg, samo przejechanie tworzyłoby przykry i rozczarowujący kontrast, więc przedstawić mógłby chwilę nie dalszą niż poprzedzająca przejechanie. Ale przypadku rozstrzelania przez pluton egzekucyjny lub powieszenia to już nie dotyczy i gdyby te bardzo proste rzeczy miało się utrwalić, tak jak, powiedzmy, starał się je utrwalić Goya w Los desastres de la guerra, nie dałoby się tego zrobić przy żadnym zamykaniu oczu. Zdarzyło mi się widzieć pewne rzeczy, pewne proste rzeczy tego rodzaju, które zapamiętałem, ale z powodu brania w nich udziału lub, w innych przypadkach, konieczności pisania o nich tuż po nich i w konsekwencji dostrzegania tego, co było mi potrzebne do ich natychmiastowego zarejestrowania, nigdy nie zdołałem zbadać ich tak, jak można by zbadać na przykład śmierć własnego ojca czy powieszenie kogoś, powiedzmy, kogo się nie znało i o kim nie musiało się napisać tuż potem do pierwszego wydania popołudniówki.

Tak więc wyjechałem do Hiszpanii zobaczyć walki z bykami i próbować pisać o nich z myślą o sobie samym. Myślałem, że będą proste i barbarzyńskie, i okrutne i że mi się nie spodobają, ale że zobaczę jednoznacznie określone działanie, wywołujące we mnie poczucie życia i śmierci, nad którym pracowałem. Jednoznacznie określone działanie odnalazłem; ale walka z bykami była tak odległa od prostoty i spodobała mi się tak bardzo, że okazała się nazbyt złożona, bym mógł poradzić z nią sobie przy użyciu mojego ówczesnego warsztatu pisarskiego, więc nie licząc czterech bardzo krótkich szkiców, nie byłem w stanie napisać o niej niczego przez pięć lat – a żałuję, że nie odczekałem dziesięciu. Gdybym jednak miał czekać odpowiednio długo, pewnie nigdy nie napisałbym niczego, jako że kiedy człowiek naprawdę zaczyna dowiadywać się czegoś o czymkolwiek, ma tendencję i chęć nie do pisania o tym, lecz raczej do dalszego stałego poznawania tego czegoś, i nigdy, chyba że jest wielkim egotystą, co oczywiście wyjaśnia powstanie wielu książek, nie jest zdolny stwierdzić: teraz wiem o tym wszystko i będę o tym pisał. Ja z pewnością nie twierdzę teraz nic takiego; zdaję sobie sprawę, że co roku przybywa więcej rzeczy do poznania, ale już wiem pewne rzeczy, które mogą być obecnie interesujące, a że być może na długo stracę kontakt z corridą, równie dobrze mogę już teraz napisać, co o niej wiem. Poza tym może dobrze będzie dysponować książką o walkach z bykami w języku angielskim, a poważna książka na tak niemoralny temat może mieć jakąś wartość.

Na razie co do moralności wiem tylko, że moralne jest to, po czym czujemy się dobrze, a niemoralne to, po czym czujemy się źle, i sądząc według tych standardów moralnych – których nie biorę w obronę – walka z bykami jest moim zdaniem bardzo moralna, bo czuję się bardzo dobrze, kiedy trwa, i mam poczucie życia i śmierci oraz śmiertelności i nieśmiertelności, a po jej zakończeniu jest mi bardzo smutno, ale i bardzo dobrze. Ponadto nie przejmuję się końmi; nie żebym nie przejmował się nimi dla zasady, ale de facto się nimi nie przejmuję. Bardzo mnie to zaskoczyło, ponieważ nie umiem patrzeć na leżącego na ulicy konia bez odczuwania potrzeby przyjścia mu z pomocą, i wielokrotnie rozpościerałem jutowe derki, rozpinałem uprząż i uskakiwałem przed podkutymi kopytami, i będę robić to dalej, jeśli będzie się wyganiać konie na ulice miasta, kiedy jest dżdżysto i lodowato; na arenie corridy nie czuję jednak zupełnie żadnej grozy czy odrazy na widok tego, co się dzieje z końmi. Zabierałem na walki z bykami wiele osób, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, i widziałem ich reakcje na śmierć i przebijanie koni rogami na arenie; są dość nieprzewidywalne. Kobiet, co do których byłem pewien, że corrida im się spodoba z wyjątkiem brania przez byka koni na rogi, zupełnie to nie wzruszyło; w sensie naprawdę nie wzruszyło, to znaczy: coś, do czego odnosiły się z dezaprobatą i o czym myślały, że nimi wstrząśnie i wzbudzi w nich wstręt, w ogóle nie wzbudziło w nich wstrętu ani nimi nie wstrząsnęło. Inne osoby, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, były tak wstrząśnięte, że fizycznie robiło im się niedobrze. Reakcjami niektórych z tych osób zajmę się szczegółowo później, ale już teraz pozwolę sobie zaznaczyć, że nie było żadnej różnicy ani linii, wzdłuż których można by podzielić ich grono według jakichkolwiek standardów ucywilizowania czy doświadczenia na tych, którzy odczuli wstrząs, i tych, którzy nie poczuli się poruszeni.

Na podstawie obserwacji powiedziałbym, że ludzi być może dałoby się podzielić na dwie ogólne grupy: tych, którzy, że użyję jednego z terminów z żargonu psychologii, identyfikują się ze zwierzętami, czyli stawiają się w ich położeniu, i tych, którzy identyfikują się z istotami ludzkimi. Uważam, co wynika zarówno z moich obserwacji, jak i z doświadczenia, że ci, którzy się identyfikują ze zwierzętami, to jest niemal zawodowi miłośnicy psów czy innych czworonogów, są zdolni do większego okrucieństwa wobec istot ludzkich niż ci, którzy nie identyfikują się łatwo ze zwierzętami. Wydaje się, jakby między ludźmi istniał jakiś zasadniczy rozłam w tej kwestii, chociaż osoby, które nie identyfikują się ze zwierzętami, mogą nie przepadać za zwierzętami w sensie ogólnym, ale być zdolne do wielkiej sympatii do konkretnego zwierzęcia, na przykład psa, kota czy konia. Swoje uczucie będą jednak opierać na jakiejś cesze tego konkretnego zwierzęcia lub na jakimś z nim skojarzeniu, a nie na tym, że jest to zwierzę i stąd istota godna miłości. Co do mnie, sam pałałem głębokim uczuciem do trzech różnych kotów, czterech psów, o ile pamiętam, i tylko dwóch koni; to znaczy koni, które posiadałem, których dosiadałem lub którymi powoziłem. Rozmaite konie, które śledziłem, oglądałem podczas wyścigów i obstawiałem, budziły we mnie głęboki podziw, a po postawieniu na nie pieniędzy niemal uczucia; tymi, które pamiętam najlepiej, były: Man of War, Exterminator, myślę, że jego darzyłem szczerą sympatią, Epinard, Kzar, Héros XII, Master Bob oraz koń niepełnej krwi, zaprawiony w gonitwach z przeszkodami jak dwa ostatnie, imieniem Uncas. Wszystkie te zwierzęta budziły we mnie wielki, wielki podziw, ale w jakim stopniu moje uczucia wynikały z postawionych na te konie sum, tego nie wiem. Do Uncasa, kiedy wygrał klasyczną gonitwę z przeszkodami w Auteuil przy szansie powyżej dziesięciu do jednego, z moimi pieniędzmi na grzbiecie, czułem głębokie uczucie. Ale gdyby ktoś mnie spytał, co ostatecznie stało się z tym szlachetnym zwierzęciem, za którym tak przepadałem, że podczas rozmowy o nim z Evanem Shipmanem obaj wzruszyliśmy się niemal do łez, musiałbym odpowiedzieć, że nie mam pojęcia*. Wiem za to, że nie kocham psów jako takich, koni jako takich ani kotów jako takich.

Kwestia tego, dlaczego śmierć konia na arenie corridy nie jest poruszająca, to znaczy nie wzrusza niektórych osób, jest złożona; ale zasadniczą przyczyną może być to, że podczas gdy śmierć byka ma rys tragiczny, śmierć konia na ogół bywa komiczna. W tragedii, jaką stanowi walka z bykiem, koń jest postacią komiczną. Być może brzmi to skandalicznie, ale taka jest prawda. Dlatego też im gorsze są konie, pod warunkiem że znajdują się wystarczająco wysoko nad ziemią i są dość solidne, by pikador mógł spełnić swoją misję ze spiczastym drągiem, czyli varą, tym bardziej komiczny element stanowią. Wypadałoby, żeby człowiek czuł zgrozę i odrazę na widok tych karykatur koni i tego, co się z nimi dzieje, ale nie sposób mieć pewności, że będzie się tak czuł, chyba że o tym zawczasu postanowi, niezależnie od rzeczywistych odczuć. Są tak bardzo niepodobne do koni; w pewnym sensie przypominają ptaki, dowolne niezgrabne ptaki, takie jak marabuty czy trzewikodzioby, a kiedy po podrzuceniu w górę siłą byczych mięśni karku i barków zwisają im nogi, dyndają wielkie kopyta, więdnie szyja, a całe umęczone ciało wznosi się na rogu, nie są może komiczne, ale słowo daję, że tragiczne też nie. Cała tragedia koncentruje się w byku i człowieku. Tragiczna kulminacja kariery konia nastąpiła wcześniej, za kulisami, kiedy został kupiony przez dostawcę koni do wykorzystania na arenie corridy. W jakimś sensie koniec na arenie nie wydaje się czymś niestosownym wobec budowy tego zwierzęcia i kiedy na konie naciąga się brezent, a długie nogi, szyje i dziwnie ukształtowane łby w połączeniu z okrywającym ciała brezentem tworzą coś w rodzaju skrzydła, przypominają ptaki bardziej niż kiedykolwiek. Wyglądają trochę jak martwe pelikany. Żywy pelikan to interesujący, zabawny i sympatyczny ptak, choć kiedy weźmie się go na ręce, zaraża wszami, ale martwy pelikan wygląda bardzo głupkowato.

Niniejszy tekst nie jest apologią walk z bykami, lecz próbą całościowego przedstawienia corridy, w tym celu zaś należy przyznać pewne rzeczy, nad którymi dowodzący swojej słuszności apologeta prześliznąłby się lub które by pominął. Komizmem, który przytrafia się wspomnianym koniom, nie jest zatem ich śmierć; śmierć nie jest komiczna i nadaje chwilową godność nawet najbardziej komicznym postaciom, choć godność ta mija po ostatecznym nastąpieniu śmierci; są nim natomiast dziwne i burleskowe wypadki trzewne. Z pewnością nie ma niczego komicznego według naszych standardów w oglądaniu zwierzęcia pozbawionego zawartości trzewi, ale gdy to zwierzę, zamiast robić coś tragicznego, czyli pełnego godności, pędzi sztywnym staropanieńskim galopem wokół areny, wlokąc za sobą przeciwieństwo tumanu chwały, i gdy wleczone przez niego trzewia są prawdziwe, to jest to równie komiczne, jak w skeczu cyrkowych klaunów, braci Fratellinich, w którym za trzewia robią rolki bandaży, pęta kiełbasek i inne akcesoria. Skoro jedna z tych rzeczy jest komiczna, to druga też; humor bierze się z tej samej zasady. Widziałem to, ludzie biegną, koń się opróżnia, jedno poczucie godności za drugim pęka jak bańka mydlana w krwawym rozbryzgu i rozwleczeniu najgłębszych wartości, w całkowitej parodii tragedii. Widywałem tego typu, powiedzmy, wybebeszenia, niech padnie to najgorsze słowo, które z powodu niefortunności momentu okazywały się bardzo śmieszne. To jest właśnie coś takiego, do czego nie powinno się przyznawać, ale to z powodu nieprzyznawania się do takich rzeczy corrida nigdy dotąd nie została objaśniona.

Kiedy piszę te słowa, wspomniane wypadki trzewne nie są już elementem hiszpańskiej corridy, ponieważ pod rządami Prima de Rivery postanowiono, że końskie brzuchy będzie się chronić czymś w rodzaju pikowanych materacy, zaprojektowanych zgodnie z zapisem dekretu „w celu uniknięcia owych strasznych widoków, które takim obrzydzeniem napawają cudzoziemców i turystów”. Wspomniane ochraniacze pozwalają co prawda uniknąć rzeczonych widoków i bardzo zmniejszają liczbę koni ginących na arenach corrid, ale w najmniejszym stopniu nie zmniejszają bólu ani cierpienia koni, odbierają zaś wiele waleczności bykowi, czym zajmę się w jednym z dalszych rozdziałów, i są pierwszym krokiem na drodze do podcięcia skrzydeł corridzie. Corrida to hiszpańska instytucja; dotychczas istniała nie z powodu cudzoziemców i turystów, tylko zawsze pomimo nich, a każdy krok zmierzający do jej modyfikacji dla zyskania ich aprobaty, której corrida nigdy się nie doczeka, to krok w kierunku jej całkowitego wyplenienia.

Powyższych słów o czyjejś indywidualnej reakcji na konie na arenie corridy nie napisano z powodu jakiejś chęci autora do pisania o sobie i swoich własnych reakcjach w mniemaniu, że są one ważne, ani w ramach rozkoszowania się nimi jako należącymi do niego samego, ale raczej by dowieść, że reakcje te są natychmiastowe i niespodziewane. Nie nabrałem obojętności względem losu koni przez bezduszne oglądanie czegoś po wielokroć, czego skutkiem bywa niewzruszoność uczuć. Nie była to kwestia stłumienia emocji w wyniku oswojenia się z czymś. Jakichkolwiek emocji bym nie czuł w stosunku do koni, te same czułem, gdy po raz pierwszy widziałem walkę z bykami. Można by sugerować, że stałem się nieczuły wskutek przyglądania się wojnie albo bycia dziennikarzem, ale nie tłumaczyłoby to, dlaczego inne osoby, które nigdy nie widziały wojny czy dosłownie żadnego fizycznego okropieństwa ani też nigdy nie pracowały nawet w – powiedzmy – porannej gazecie, wykazują dokładnie takie same reakcje.

Uważam, że tragedia walki z bykami jest tak dobrze uporządkowana i tak mocno zdyscyplinowana przez rytuał, że ktoś odczuwający całość tej tragedii nie umie wyodrębnić z niej pomniejszej tragikomedii konia, aby odebrać ją emocjonalnie. Jeśli wyczuwa sens i cel całości, nawet kiedy nic o niej nie wie, jeśli czuje, że to coś, czego nie rozumie, właśnie się dzieje, to sprawa koni nie jest niczym więcej niż tylko epizodem. Jeśli jednak ktoś nie ma poczucia całej tragedii, naturalne jest, że będzie reagować emocjonalnie na epizod najbardziej malowniczy. Równie naturalne jest, że jeśli ktoś jest humanitarystą albo animalitarystą (co za słowo!), nie będzie mieć poczucia tragedii, tylko wykaże reakcję z przyczyn humanitarnych lub animalitarnych, zauważając, że najbardziej jawnie maltretowaną istotą jest koń. Jeśli ktoś taki szczerze identyfikuje się ze zwierzętami, będzie okropnie cierpiał, może nawet bardziej niż koń; ponieważ człowiek, któremu zdarzyło się odnieść ranę, wie, że towarzyszący jej ból zaczyna się odczuwać dopiero w jakieś pół godziny po jej odniesieniu i że nie jest on proporcjonalny do jej potworności; ból rany brzusznej nie pojawia się od razu, lecz później, wraz z zatrzymaniem gazów i początkami zapalenia otrzewnej; za to naciągnięte wiązadło albo złamana kość bolą od razu i straszliwie; ale o tych rzeczach nie wie lub też je ignoruje ktoś, kto identyfikuje się ze zwierzęciem, i ktoś taki będzie cierpieć autentycznie i okropnie, dostrzegając tylko ten aspekt corridy, podczas gdy na widok konia, który okulał podczas gonitwy z przeszkodami, nie będzie cierpieć wcale i uzna ten fakt za ledwie godny ubolewania.

O aficionado, czyli miłośniku walk z bykami, można by zatem powiedzieć, że jest to, najogólniej rzecz ujmując, ktoś, kto ma wspomniane poczucie tragedii i rytualnego charakteru walki, przy którym pomniejsze elementy nie są ważne, chyba że w ich odniesieniu do całości. Jest to coś, co albo się ma, albo nie, podobnie jak, i niczego tym porównaniem nie sugeruję, albo się ma wprawne ucho, czyli dobry słuch muzyczny, albo nie. Bez wprawnego ucha głównym wrażeniem widza i słuchacza obecnego na koncercie symfonicznym mogą się okazać ruchy kontrabasistów, podobnie jak widz obecny na walce z bykami może zapamiętać z niej tylko oczywistą groteskowość jednego z pikadorów. Ruchy grającego na kontrabasie są również groteskowe, a wydobywane przez niego dźwięki częstokroć, jeśli usłyszy się je osobno, bezsensowne. Gdyby widz na koncercie symfonicznym był takim samym humanitarianinem, jakim mógłby być na corridzie, znalazłby zapewne równie wiele możliwości pożytecznego działania przy polepszaniu warunków płacowych i życiowych kontrabasistów w orkiestrach symfonicznych, co przy poprawianiu sytuacji biednych koni. Będąc jednakże, przypuśćmy, że jest, człowiekiem obytym i wiedząc, że orkiestry symfoniczne są czymś całkowicie dobrym i do przyjęcia w całej rozciągłości, nie odczuwa pewnie w ogóle żadnych innych reakcji niż zadowolenie i aprobata. Nie uważa kontrabasu za element oddzielony od całości orkiestry ani podległy grającemu na nim człowiekowi.

Podobnie jak w przypadku każdej sztuki, czerpana przyjemność wzrasta wraz ze znajomością sztuki, ale ludzie wiedzą od pierwszego razu na corridzie – jeśli tylko pójdą na nią bez uprzedzeń i będą czuć tylko to, co naprawdę czują, a nie to, co według swojego mniemania czuć powinni – czy walki z bykami będą im się podobać czy nie. Mogą im się zupełnie nie podobać niezależnie od tego, czy dana walka poszła dobrze, czy źle, i wszelkie tłumaczenia okażą się bezsensowne wobec oczywistej moralnej naganności walk z bykami, podobnie jak wtedy, gdy ktoś odmawia wina, które mogłoby mu smakować, ponieważ nie uważa samego picia wina za rzecz słuszną.
(…)
_
Przypisy:

* Przeczytawszy to, pan Shipman informuje mnie, że Uncas po zapadnięciu na zdrowiu służy obecnie jako chabeta pod siodło panu Victorowi Emanuelowi. Wiadomość ta nie wzrusza mnie w żadnym stopniu.

Ernest Hemingway „Śmierć po południu”
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 568

Opis: Hiszpańską corridę Hemingway po raz pierwszy na własne oczy obejrzał w Pampelunie w lipcu 1923 roku. Niemal od początku swojej fascynacji walkami z bykami gromadził materiały do książki na ten temat. Corrida była dla niego rodzajem sztuki, rytuałem i formą konfrontacji z własną śmiertelnością, doświadczeniem metafizycznym i religijnym.

Opublikowana w 1932 roku „Śmierć po południu” to połączenie reportażu, eseju i osobistej refleksji nad ludzką odwagą. Odmalowując piękno i brutalność corridy, jej historię i ceremoniał, Hemingway zastanawia się, dlaczego człowiek własnowolnie szuka niebezpieczeństwa. W portrety matadorów wplata przemyślenia o życiu, honorze i śmierci; arena staje się zwierciadłem najgłębszych ludzkich instynktów. Zachowuje przy tym typową dla siebie precyzję stylu i rytm, którymi zjednał sobie miliony czytelników.

To książka o pasji i ryzyku, pokazująca, w jaki sposób sztuka i tragedia splatają się w niepowtarzalnym spektaklu.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek