„Dina, Dina” – nowa powieść Agaty Romaniuk zapowiedziana na 25 marca. Przeczytaj przed premierą początek książki

23 lutego 2026

Agata Romaniuk, autorka głośnych reportaży i książek dziecięcych, napisała nową powieść. „Dina, Dina” to historia ukraińskiej imigrantki, która studiuje malarstwo we Włoszech, ale po inwazji Rosji na Ukrainę postanawia powrócić w rodzinne strony, by zająć się̨ schorowaną babcią. Dina próbuje poznać siebie i znaleźć własny głos. Zrozumieć, kim chce być i gdzie właściwie przynależy. Książka opowiada o tych zmaganiach, ale też o różnych rodzajach miłości.

„Cztery lata temu siedziałam na Piazza Maggiore w Bolonii. Przypadkiem usłyszałam rozmowę, którą toczyli przy stoliku obok zakochani. Ona planowała wrócić do Ukrainy, on chciał ją zatrzymać. Zapamiętałam, że miała rajstopy w kropki. Chude łydki w męskich butach. Siedzieli w plamie marcowego słońca. To były pierwsze dni wojny. Nie wiem, jak się potoczyła ta historia naprawdę, ale może mogłaby tak, jak zrobiłam to w powieści” – wyjaśnia autorka we wpisie zamieszczonym w mediach społecznościowych.

„W tym samym czasie, kiedy miała miejsce opisana powyżej rozmowa, w moim warszawskim domu mieszkały uciekinierki z Charkowa – Dina z babcią i mamą. To nie jest historia tej małej, o połowę młodszej od dziewczyny na Piazza Maggiore, ale jest opowieścią dla niej” – dodaje. Autorka informuje, że 10 procent dochodu z książki przeznaczy na wsparcie medyków w Ukrainie.

Powieść „Dina, Dina” ukaże się 25 marca nakładem Wydawnictwa W.A.B. Poniżej przeczytacie przedpremierowo sam początek książki.

Miała rajstopy w kropki. Cienkie, czarne, przezro­czyste. Na prawej łydce poszło jej oczko. Wąska ścieżka jasnej skóry zaczynała się tuż pod kolanem i bieg­ła po skosie w dół, żeby następnie zanurkować w ciężkich męskich butach. Skrzyżowała nogi, wiercąc się niespo­kojnie przy okrągłym stoliku na Piazza Maggiore. Zerk­nęła na zegarek, Luca się spóźniał. Pomyślała, że może w ogóle nie przyjdzie, choć przecież obiecał, że wyrwie się z targów przynajmniej na chwilę. W porze obiado­wej było mniej tłoczno. Wydawcy i autorzy szli coś zjeść albo porozmawiać przy kawie, na stoisku nie potrzeba było więcej niż jednej osoby. Ojciec oczywiście nie będzie zadowolony, ale Luca nic sobie z tego nie robił. Na co dzień nie miał wiele wspólnego z rodzinną firmą, w przeciwieństwie do sióstr nie pracował na stałe w wydawnictwie Libri Conti, ale w tym roku przypadła jego kolej, żeby pomóc na targach. Ostatecznie to była najważ­niejsza impreza w roku. No więc teraz się spóźniał. Dina zamówiła kolejne espresso. Miała jeszcze godzinę do za­jęć z historii sztuki. Jeśli się pojawi, pomyślała, to będzie szedł od strony bazyliki, bo tylko tam mógł zaparkować.

Zmrużyła oczy i wtedy go zobaczyła – niewysoki, z plecakiem przewieszonym przez ramię, szybko stawiał kroki. Pomachał jej na powitanie, a może tylko tak to za­ pamiętała, nie wiem. Nie było mnie tam przecież w ten słoneczny zimowy dzień, na tym placu w Bolonii, nie mogłam jej towarzyszyć, córce mojej najbliższej przyja­ciółki, choć zawsze starałam się być na wyciągnięcie ręki, zwłaszcza od kiedy Chiara… Ale nie wchodźmy w to teraz, po prostu mnie tam nie było. Dina opowiedziała mi, co się wydarzyło. Ale przecież historie opowiedziane zawsze są jak odbicie w lustrze – krzywe, niepełne, znie­kształcone. Tak więc może i Dina, siedząc jakiś czas póź­niej na sofie w moim ursynowskim mieszkaniu, blada i zakatarzona, nogi podkulone, skarpetki frotté, zmęczo­na, senna, myślami już gdzie indziej, przekazała mi tylko jakąś możliwą wersję ich spotkania. Wspomnienie, które niekoniecznie w pełni oddaje jego przebieg. W każdym razie zapamiętała pospieszny pocałunek na powitanie i suche, szorstkie usta chłopaka, który usiadł naprzeciw­ko niej i powiedział:

– Nigdzie nie pojedziesz. Tam jest piekło. Resta qui, per favore.

– Nie mogę tu zostać – przerwała mu. – Poza tym nie pytałam cię o zdanie. Ani o zgodę. – Dina poruszyła się niespokojnie na krześle. Było jej niewygodnie. Oparła dłonie na stoliku, który przechylał się na jedną stronę, jakby okulał, i głośno wypuściła powietrze. Luca złapał ją za nadgarstek.

– Po prostu nie możesz jechać. Tu jest nasze życie. Ty, ja, wszystko. Na zawsze, Dina.

Niszczo ne wiczne – odparła po ukraińsku. Nic nie jest na zawsze.

Może coś sobie wtedy jeszcze powiedzieli. Może jedno z nich wstało, gestykulowało nerwowo, może dłonie, jej albo jego, ostro cięły powietrze. A może któreś podnios­ło głos i w końcu się pokłócili. Nie wiem. Wiem tylko, że był szósty dzień wojny i że chłopak miał rację. Po co kto­kolwiek miałby tam teraz wracać.

Rozdział 1

Akwarele nie stawiają oporu. Niepilnowane rozlewają się barwną plamą, tracą kontur, nie trzymają kształ­tu. Nie dają szansy na żadne poprawki. Jest w nich mięk­kość i pozorna uległość, choć tak naprawdę żyją własnym życiem. Nieposłuszne nikomu potrzebują dużo wody, powietrza i przestrzeni. Dina kochała je od zawsze, odkąd ojciec przyniósł jej pierwsze pudełko farb wodnych ku­pionych na Umańskiej w małym sklepiku na rogu, do którego chodzili po gazety dla babci Luby. Pędzelki trzy­mała w poszewce od poduszki zawieszonej na klamce okna, tak szybciej schły. Ten najmniejszy, z sobolowego włosia, był okrągły i szczególnie miękki. Myła go mydłem i ciepłą wodą, a potem suszyła bawełnianą szmatką. Wyjeżdżając na studia, wzięła go ze sobą, ale tu, w Bolonii, wszyscy używali tylko syntetycznych pędzli. Koleżanka z grupy popatrzyła na nią jak na dzikuskę, kiedy powie­działa, że jej pędzelek do akwareli, podarunek od bab­ci, jest z futra łasicy syberyjskiej. Zupełnie jakby to ona sama oskórowała zwierzę i zostawiła je na płocie, żeby skruszało. Na zdziwione spojrzenia odpowiedziała mil­czeniem. Takie sytuacje się powtarzały.

Często czuła się jak dziewczyna z odległego kraju, obca, inna. Nie chodziło o jej akcent, bo mówiła po włosku czysto i śpiewnie, jakby urodziła się nad Saveną, ale takie właśnie drobiazgi zdradzały ją zawsze. Podobnie jak mi­łość do akwareli. Academia di Belle Arti di Bologna nie była miejscem, gdzie farby wodne cieszyłyby się specjal­nym poważaniem. Dina malowała więc nimi głównie dla przyjemności, jak w dzieciństwie, kiedy zapełniała kolej­ne kartki, które przynosił ze szpitala ojciec, nie zważając na regulamin, który tego zabraniał. Awers: wyniki mor­fologii, opis złamania, skierowanie, nowotwór. Rewers: barwne plamy, rozmyte postaci i zwierzęta, nieistniejące miejsca, niekontrolowany wybuch kolorów. Liczne kartki puchły od nadmiaru wody, wznosiły się i falowały, a po­tem schły potulnie na żeberkach kaloryfera, na których rozkładała je babka Luba. Wystarczyło jednak, żeby ktoś otworzył drzwi, byle powiew, przeciąg, a już zrywały się do lotu. Niespokojne wznosiły się do góry i lądowały na linoleum w kuchni albo na wytartym żółtym dywanie koło regału, w którym babcia trzymała armeński koniak, medale i odznaczenia należące do ojca. Dinowe akware­le nie miały długiego życia. Zebrane lądowały w pudełku na makulaturę razem z krzyżówkami, rachunkami i ga­zetami codziennymi. Tylko nieliczne babcia przyklejała na lodówce i szafce pod oknem, która służyła za spiżar­kę. Dina najbardziej lubiła malować zwierzęta: różowe nosorożce, opalizujące ważki rozedrgane w locie, niebies­kie chrabąszcze. Często jednak zaplanowane odcienie mieszały się i zlewały w jedną nieokreśloną burą barwę. I tylko Dina wiedziała, że szarość jest tak naprawdę mie­szaniną najdzikszych kolorów.

Bolońska pracownia akwareli profesor Aoki była mała i ciemna, brakowało w niej powietrza i światła, którego tak łakną farby wodne, ale Wydział Malarstwa od daw­na pękał w szwach. Nie mógł pomieścić wszystkich chęt­nych studentów, ich sztalug, płócien, werniksów i innych gromadzonych na uczelni przez lata akcesoriów. Tak więc to, że w ogóle udało się znaleźć miejsce na pracownię akwareli, zakrawało na cud. Przeznaczono na nią małe pomieszczenie na poddaszu, w którym kiedyś było uczel­niane archiwum, i chociaż dawno wyniesiono stamtąd wszystkie dokumenty, ich zapach i kurz zdawały się wciąż unosić w powietrzu. Pojedyncze okna znajdowały się w połaciach dachu i dawały niewiele światła. Pod każ­dym wykuszem ustawiono jeden pulpit, w sumie było ich sześć, tyle, ilu studentów, i teraz każdy z nich siedział we własnej plamie słońca. Profesor Aoko krążyła mię­dzy nimi bez słowa, nieduża, z przedziałkiem pośrod­ku czarnych, gładko zaczesanych włosów, który sprawiał, że jej głowa przypominała błyszczącego żuka. Nigdy się nie uśmiechała i Dina nieraz się zastanawiała, czy gdy­by jednak zdobyła się na uśmiech, jej twarz, gładka, jakby zbyt mocno napięta na okrągłych policzkach, nie pękłaby na pół. Głęboka bruzda rozorałaby ją wówczas od żuch­wy przez kość policzkową aż do skroni. Niczego nie dałoby się już uratować. Ale Mieke Aoko nigdy się nie uśmiechała. Udzielała wskazówek cichym, monotonnym głosem, jakby czytała prognozę pogody w radiu dla eme­rytów. Dina bardzo to lubiła, szczególnie w kontrze do ekspresyjnych i głośnych włoskich profesorów, którzy chcieli, żeby ich pracownie wypełniał gwar i nieustające dyskusje. Tu, na poddaszu, było cicho, a zajęcia toczyły się niespiesznie.

Profesor Aoko miała swoje zasady. Wymagała, żeby malować wyłącznie na papierze o wysokiej gramaturze, który zrobiony w stu procentach z bawełny, bardzo chłon­ny, wymusza dyscyplinę. Pozwalała używać tylko ręcznie robionych japońskich farb Kuretake Gansai w kostkach, bo miały największe stężenie pigmentu i jednocześnie jedwabistą, kremową konsystencję. Swoją pierwszą ka­setkę Gansai Dina kupiła z pieniędzy zarobionych na pilnowaniu córeczek wuja Alessandro. Nie znosiła tych rozwydrzonych i płaczliwych bliźniaczek i każdy kwa­drans spędzony z nimi przeliczała na kostki farby. Tram­polina w ogrodzie: palona sjena. Kąpiel dziewczynek: ultramaryna. Kakao na dobranoc: ochra. Kiedy w końcu miała upragniony zestaw dwudziestu czterech kolorów zamkniętych w lakierowanym czarnym pudełku, wpatry­wała się w nie jak w barwne czekoladki. Nigdy później nie chciała już malować innymi farbami.

Dziś też miała ze sobą kasetkę japońskich farb wod­nych, ale był to zestaw szczególny – zgaszone pudrowe kolory w stylu art nouveau, ledwie tuzin. Idealnie nada­wały się jednak do projektu, który zgłosiła na zaliczenie semestru. Profesor Aoko chciała ją namówić na coś tradycyjnego, bo w przeciwieństwie do innych studentów Dina wykazywała się cierpliwością i uważnością koniecz­ną do żmudnej wielogodzinnej pracy. Od wielkich kon­trastowych plam kolorystycznych zawsze wolała detal i precyzję. Pod wpływem nauczycielki Dina rozważała pracę w stylu sumi-e, który łączy kaligrafię z malarstwem, ale jest monotonny kolorystycznie, bo używa się w nim wyłącznie czarnego tuszu i czerwonej farby, a Dinę po­ciągały kolory. Zdecydowała się więc na serię pocztówek. W czasie wakacji w bibliotece uniwersyteckiej trafiła na album o etegami. Wyczytała w nim, że kiedy pod koniec XIX wieku cesarska poczta wprowadziła tanie znaczki, Japończycy masowo zaczęli wysyłać sobie życzenia nowo­roczne. Co zamożniejsi zamawiali ręcznie malowane mi­niaturowe akwarele, zazwyczaj bardzo konwencjonalne i ozdobne. Dominowały widoczki góry Fudżi, gałązki kwitnącej wiśni i świątynie. Aż do czasu, kiedy znany kaligraf Kunio Koike, znudzony powtarzalnymi wzora­mi, zaczął malować proste, osobiste obrazki na papierze washi, robionym z morwy i łyka dziko rosnącego ganpi. Rozsyłał je przyjaciołom. Podchwycili to inni, którym brakowało talentu, żeby tworzyć dopracowane dzieła, ale chcieli namalować coś swojego.

Dina przez wiele tygodni ćwiczyła pozornie łatwą technikę etegami, która na pierwszy rzut oka wydaje się sprowadzać do spontanicznych pociągnięć pędzlem i kil­ku znaków zapisanych tuszem sumi. Należy jednak wyćwiczyć odpowiedni kąt, pod którym unosi się, a potem opada łokieć, i delikatny ruch pędzla. Jednostajny, ciągły, ale zdecydowany jak ścieżka skalpela. Początkowo Dina pracowała za szybko, chcąc natychmiast zobaczyć efekt, albo przeciwnie – ślęczała nad każdym szczegółem w nie­skończoność. Wiosną profesor Aoko udzieliła jej jednej wskazówki: karu-sa, co oznacza „lekko”. Od tego momen­tu część każdego dnia Dina spędzała na tarasie w miesz­kaniu matki, gdzie poranki były chłodne i rześkie nawet w największe upały, ze stosem kartek gasenshi, grubych i porowatych, ćwicząc idealny ruch ręki, jak inni ćwiczą asany. We wrześniu poczuła się gotowa i razem z profe­sor Aoko zdecydowały o temacie projektu etegami. Dina przyniosła album z ptakami i razem wybrały tuzin naj­mniejszych i najdelikatniejszych, po jednym na każdy miesiąc. Tego dnia właśnie pochylała się nad szkicem jemiołuszki. Zawsze najpierw rysowała ołówkiem, żeby potem rozbić dokładność i precyzję szkicu na rozmyte plamy barwne. Pracowała akurat nad rdzawymi lotkami ptaka, kiedy usłyszała głos siedzącej obok dziewczyny, która dołączyła do grupy późno, ledwie dwa tygodnie wcześniej, tłumacząc się wypadkiem na skuterze. Rzeczywiście, na lewej ręce miała ortezę, co czyniło ją trochę nie­zdarną. Na ostatnich zajęciach potrąciła miseczkę z wodą, która natychmiast rozlała się po deskach starej podłogi i podeszła pod stopy Diny. Przepraszała bardzo głoś­no i ostentacyjnie. Potem już ze sobą nie rozmawiały. Po zajęciach Dina zawsze wymykała się po cichu. Teraz jed­nak dziewczyna nachyliła się do niej i zapytała szeptem:

– Ej, możesz mi pożyczyć jeden arkusz? Zapomniałam kupić ten papier, co kazała signora Biscotti. – Przewróciła oczami, wskazując na nauczycielkę. Dina wiedziała, że profesor Aoko ma takie przezwisko, ale sama nigdy go nie używała. Podała dziewczynie papier, a ta dodała: – Przecież wygląda jak biscotti, suchy i twardy, prawda? I w dodatku taka skwaszona zawsze.

– Ja myślę, że ona jest po prostu smutna. – Dina nie podniosła głowy znad pulpitu.

Va bene, jak chcesz. Nie znasz się na żartach, co? Spodobałabyś się mojemu ojcu. Jesteś taka poważna i skupiona. Nie to co ja – powiedziała dziewczyna, marsz­cząc nos i wyciągając rękę. – Jestem Giulia. Giulia Conti, jak to wydawnictwo Libri Conti. Wszyscy zawsze pytają, więc mówię od razu. A ty?

– Ja jestem Dina. Jak nic konkretnego.
(…)

Agata Romaniuk „Dina, Dina”
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 340

Opis: Agata Romaniuk, jedna z najpopularniejszych polskich pisarek, autorka m.in. „Krótko i szczęśliwie” oraz „Z miłości? To współczuję”, wraca z nową książką. „Dina, Dina” to subtelna i poruszająca, rozpisana na wiele tonów historia, rozpięta między Italią, Warszawą, Bagramem i Charkowem, między latami osiemdziesiątymi a współczesnością. To opowieść o rodzinnych tajemnicach i splątanych losach, a także o dojrzewaniu do bycia kobietą i odkrywaniu siebie na nowo.

Dwudziestoletnia Dina studiuje malarstwo w Bolonii i pracuje jako ilustratorka książek dla dzieci. Kiedy w Ukrainie wybucha wojna, postanawia wrócić́ do rodzinnego Charkowa, by zająć́ się̨ schorowaną babcią, która ją wychowała. Dina próbuje różnych wersji siebie, chce się umościć w swoim ciele i znaleźć własny głos. Zrozumieć, kim jest, kim chce być i gdzie właściwie przynależy. O tych zmaganiach, ale także o różnych rodzajach miłości, jest ta książka.

„Dina nie wie do końca kim jest, kim chce być, dokąd przynależy. Próbuje, jak kostiumów, różnych wersji siebie. To osobiście bliskie mi doświadczenie. Te poszukiwania zajęły mi jednak dłużej o całe dekady niż powieściowej Dinie. Znaleźć swój głos wcale nie jest łatwo, szczególnie jeśli jest się, jak bohaterka książki, młodą dziewczyną, której rodzice zbyt byli zajęci walką ze sobą, żeby zauważyć córkę. Teraz, po latach, ona szuka swojego miejsca i próbuje naprawić relację z ojcem. Pisząc powieść, sama byłam ciekawa, czy Dinie się to uda” – wyjaśnia Agata Romaniuk.

Tematy: , , , , , ,

Kategoria: fragmenty książek